![]() |
|
[04.10.1972] Wlazł kotek na płotek - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [04.10.1972] Wlazł kotek na płotek (/showthread.php?tid=6016) |
[04.10.1972] Wlazł kotek na płotek - Victoria Lestrange - 09.05.2026 „Niedługo” to był bardzo nieprecyzyjny odcinek czasu. Mogło to być kilka minut, kilka dni, a dla niektórych nawet kilka miesięcy. Zwykle „niedługo” w słowniku Victorii znaczyło faktycznie krótki czas, tym razem jednak, przynajmniej w jej własnej definicji, bardzo się pomyliła. Sierpień upłynął jej straszliwie wręcz szybko i choć zajrzała do książki, którą pożyczyła z prywatnych zbiorów Vakela, przeczytała ją, to jakoś nie miała czasu jej od razu oddać (ale dbała o nią, a jakże). Doświadczenia z pogranicza śmierci – tak nazwał to Vakel, a Victoria nie mogła się nie zgodzić, bo i ona miała po tym wszystkim, co wydarzyło się w Beltane, takie myśli, że albo była bardzo bliska śmierci, albo w jej trakcie, nim coś się… odwróciło, a lektura dzieła wybranego przez Dolohova tylko ją w tym utwierdziła. I tak nastąpił wrzesień, a później nieszczęsna Spalona Noc, po której Victoria w ogóle nie myślała o tym, by książkę oddać – zwyczajnie o niej zapomniała. Przypomniała sobie dopiero, gdy przeglądała swoje rzeczy podczas przeprowadzki. Zapakowane zostały szybciutko, czary-mary i po kłopocie (a na pewno szybciej, niż gdyby miała wszystko pakować ręcznie…), ale w nowym domu przykuwała nieco większą uwagę co do tego, gdzie co umieścić, i w ten właśnie sposób natrafiła na dzieło szczegółowo opisujące doświadczenia z pogranicza śmierci. Jej praca nie wyglądała już aż tak szaleńczo, mogła więc znaleźć choć odrobinę czasu, by udać się do Praw Czasu. Był wczesny wieczór, było jeszcze jasno, choć za niedługo zacznie się ściemniać. Październik, jak to październik, był już chłodny, ale Victoria miała na sobie płaszcz tylko dlatego, że wiedziała, jak o tej porze roku ubierają się ludzie, a nie dlatego, że ten zapewniłby jej ciepło… Po tych miesiącach zdążyła się już przyzwyczaić, że nie ma takiej ilości ubrania, dzięki której będzie jej chociaż odrobinę przyjemniej, a dzisiaj… Dzisiaj po prostu nie chciała się rzucać w oczy bardziej, niż już miało to miejsce, gdy ludzie rozpoznawali ją na ulicach. Może i nie była umówiona, ale to była jej rodzina, tak? Z Delyrą widywała się co jakiś czas, również tutaj, na Horyzontalnej, wpuszczono ją więc do środka, a gdy wspomniała, że właściwie, to przyszła do mistrza Dolohova, bo ma coś, co do niego należy… To nakazano jej poczekać. Więc czekała, spoglądając w spokoju na ściany. Było w niej… trochę więcej spokoju niż w lipcu, gdy jakaś jej część myślała, że nie zostało jej zbyt dużo życia, ale też trochę więcej smutku, bo jej życie towarzysko-uczuciowe nie wyglądało najlepiej. – Dobry wieczór, Vasilij – przywitała się, gdy Vakel w końcu się zjawił. – Wybacz, że o takiej porze i bez zapowiedzi, ale chciałam ci oddać książkę – pewnie już to wiedział, pewnie też wiedział, dlaczego przyszła akurat dzisiaj po pracy, a nie na przykład miesiąc temu. RE: [04.10.1972] Wlazł kotek na płotek - Vakel Dolohov - 24.05.2026 Wszystko wokół Dolohova zdawało się tętnić życiem jeszcze bardziej niż zwykle. Osmolonej fasady budynku i popękanych okien nie naprawiono szczególnie szybko (bo żal się było pchać przed szereg kiedy inni permanentnie stracili domy), ale Horyzontalna 14 wyglądała zadziwiająco wręcz dobrze jak na to, że przez Londyn dopiero co przeszedł olbrzymich rozmiarów kataklizm. Widać było od razu, że Dolohov zainwestował w coś (prawdopodobnie przed Spaloną Nocą) sporo pieniędzy. Zmienił się wystrój, odrobinę też układ pomieszczeń. W środku krzątali się jacyś pracownicy, ale w kamienicy czuć też było obecność jego siostry, kuzynki, córki, żony, uczennicy – wszyscy szykowali się do nieuchronnego otwarcia instytutu, o którym wkrótce miał usłyszeć cały świat. Spodziewać się można było po tym planie wiele: od wiwatu fanów, po krytykę osób doszukujących się w tym wszystkim jakiegoś spisku. Przyzwyczajony do wiecznego napięcia i udawania Vasilijj zdawał się jednak z tym wszystkim na tyle pogodzony, aby wyjrzawszy ze swojego gabinetu aby spotkać się z Victorią, wyglądał tak samo jak zawsze. Było to absolutnym kłamstwem. Nie z powodów, jakich można było się spodziewać. Niech go krytykują, niech rzucają mięsem, niech krzyczą, niech skomlą – to był jego żywioł! Odeprze każdy atak i uczyni swoją akademię najbardziej znaną uczelnią wyższą świata, ponieważ wiedział jak to zrobić i wiele lat przepracował troszcząc się o popularność i prestiż własnego nazwiska. Oh nie, jeśli cały stres związany z przygotowaniami robił coś z jego ciałem, to jedynie dodatkowo go napędzał. Mus działania w świetle reflektorów działał na niego lepiej niż kawa. – Dobry wieczór, Victorio – powiedział wesoło, nie pozwalając wydostać się oczyma lub gestem tej swędzącej myśli, że to wszystko było absolutnym kłamstwem. Nie spał dobrze. – Wiesz, po czym najłatwiej poznać, że ma się do czynienia z zestresowaną dzwudziestką-dwójką? Przepraszają cię jeszcze zanim zdążysz się z nimi przywitać. – Dmuchnął sobie w grzywkę wyraźnie rozbawiony i wyciągnął rękę po książkę. – Przydała się? Skończyłem ze spotkaniami zawodowymi na dziś, więc mogę zaprosić cię na filiżankę herbaty. RE: [04.10.1972] Wlazł kotek na płotek - Victoria Lestrange - 02.06.2026 Coś tam obiło jej się o uszy w sprawie jakiegoś Londyńskiego Uniwersytetu, coś o Vakelu, o Ministrze, o Anthonym, ale prawdę mówiąc szybko zdążyła o tym zapomnieć. Jej uwagę skupiły najpierw tajemnicze czarne róże w rodzinnym ogrodzie, później Spalona Noc… Następnie jej dom na Pokątnej, w którym działy się tak dziwne i niepokojące rzeczy (sumarycznie), że musiała skupić się na tym, by jak najszybciej się stamtąd wynieść, bo nie chciała narażać swoich sióstr, ani w ogóle nikogo. Wszystko to przeplatało się ze sobą i skutecznie wywiało jej z głowy plotki z początku września. Zresztą skąd miała wiedzieć, że po fiasku jakim była próba dogadania się z Eugenią Jenkins, Vakel wziął sprawy w swoje ręce, i organizował prywatną akademię – no nie miała prawa tego wiedzieć, tym bardziej, że jej zainteresowania nie bardzo kręciły się wokół wróżbiarstwa, numerologii, astrologii i Trzeciego Oka. W jej kompetencjach leżały eliksiry i wszystko co z nimi związane. I owszem, myślała o tym, by napisać artykuł naukowy na temat wampirów i eliksirów, jakie mogłyby pomóc im w egzystencji, bo miała przecież całkiem niezlą bazę: swoje własne doświadczenie i eksperymenty, ale od myśli i nieposkładanych w całość notatek, daleko było do sensownego tekstu, nad którym pisaniem niezbyt się znała. Choć może w wolnej chwili poskłada to w całość i poprosi kogoś o zrecenzowanie… Może własną babcię. To były jednak plany niekonkretne i na później. Teraz zaś… Vakel wyjrzał ze swojego gabinetu i wyglądał jak zawsze: pewien tego, co robi, pewien siebie, w jakiś sposób nawet wesoły. Jego kamienica wyglądała dobrze, ale też nie wszystko w Londynie spłonęło doszczętnie, jej własne do niedawna lokum (choć ciągle była w trakcie przeprowadzki, czas czas czas…) ucierpiało tylko z zewnątrz i po pięknym bluszczu może i nie było śladu, ale w środku było bez zmian. Tutaj zaś praca wrzała i gdy czekała na mistrza Dolohova, kilka razy nawet minęli ją jacyś pracownicy zajmujący się wystrojem pomieszczeń. – Nie będę ukrywać, że jestem zestresowana. Kiepski czas – przyznała, chociaż nie od razu zrozumiała o co mu chodziło z tą dwudziestką-dwójką. W pierwszej i odruchowej myśli miała ochotę go poprawić, bo miała przecież lat dwadzieścia siedem, ale na szczęście rozum szybko załapał, że chodziło o numerologiczną dwudziestkę-dwójkę. Victoria uczyła się w szkole numerologii, z obowiązkowych dodatkowych przedmiotów na trzecim roku wybrała (żadne zaskoczenie) opiekę nad magicznymi stworzeniami, wróżbiarstwo (z którego zrezygnowała po roku) i numerologię (którą kontynuowała); mugoloznawstwo nigdy ją nie interesowało (i pewnie rodzina by się oburzyła, gdyby je wybrała), a starożytne runy to nie był w ogóle jej konik. Ale jednak nie myślała na co dzień o numerologicznych aspektach liczb. – Była całkiem interesująca. I jestem też teraz przekonana, że to, czego doświadczyłam, rzeczywiście mogło być takim właśnie doświadczeniem – powiedziała, podając mu książkę i uśmiechnęła się lekko. – Czemu nie? Herbata na pewno nie zaszkodzi – chyba, że Vasilij zobaczy na jej dnie w fusach coś okropnego… Tymczasem Dolohova nawiedziło wrażenie. A może bardziej przeczucie. Przeczucie, że powinien wyjść teraz ze swojego domu i przejść na skrzyżowanie Horyzontalnej z Pokątną, bo jego obecność tam, dzisiaj, teraz, może coś zmienić. Dziewczynka, jakiś dziwny facet… RE: [04.10.1972] Wlazł kotek na płotek - Vakel Dolohov - 07.06.2026 – Udane próby ukrycia tego w na wpół spalonej stolicy sprawiłoby jedynie, że wielu wzięłoby cię za dziwaczkę – rzucił, nie bawiąc się w żadne próby ujęcia tego w sposób niebezpośredni. No bo, do diabła – pół Londynu poszło z dymem, ludzie płonęli żywcem na ulicach – jeśli ktoś się teraz dekorował we wstążki i udawał, że go to ani trochę nie przytłoczyło, więcej sobie robił szkody niż pożytku. No, a przynajmniej swojemu wizerunkowi. Dolohov nie udawał. Nie zamierzał jednak oddać się tym emocjom w sposób, który pozwoliłby śmierciożerstwu pożreć go w całości. Stąpał ostrożnie, ale zamierzał uczynić tworzący się instytut miejscem nauki i wolności. Nie chciał pozwolić, aby kolejne pokolenia cierpiały przez starców chcących skuć w kajdany każdy dobry pomysł tylko i wyłącznie dlatego, że leżał zbyt daleko od ich ograniczonego światopoglądu. Jego rzeczywistość była niebieska, ale przyszłość tego świata była pełna kolorów. Długie, smukłe palce wróżbity zacisnęły się na okładce przekazanego mu tomiszcza, a on uśmiechnął się szerzej. Tak naprawdę, to kiedy przekazywał jej te informacje… strzelał. Któż jednak, jeśli nie on, miał obserwować jak jego nawet najbardziej odważne założenia okazywały się trafnymi? Intuicja prowadząca go przez życie działała dobrze, chociaż inni prorocy zdawali się sporadycznie cierpieć przez zepsuty, wewnętrzny kompas. Nietrudno mu więc było posądzać samego siebie o wybitność. – Zapraszam więc. To był długi dzień, więc ucieszy mnie pogawędka w innym miejscu niż w pracy – przyznał, gestem zapraszając ją na górę, ale nagle zatrzymał się i zmrużył oczy. Perfekcyjnie ułożone włosy, wyprasowany garnitur, uśmiech z okładki czarownicy – przepiękna maska zdobiąca jego jestestwo rozsypała się na moment, a on spojrzał w nicość jak ktoś doświadczający uczucia głębokiej derealizacji. Dar, z którym się urodził, piękny i pożądany przez masy nie bez powodu, potrafił wytrącić go z równowagi w najmniej oczekiwanych momentach. Zawahanie się przed wejściem na schody przez wspięciem się na piętro własnej kamienicy i tak wydawało się niczym w porównaniu do absurdalnego, letniego objawienia, którego Victoria była świadkinią. – Ja… – zaczął, ale ewidentnie nie doszedł jeszcze do siebie. Oparł dłoń o ścianę, żeby się wesprzeć. Jedna z pracownic podeszła bliżej i położyła mu rękę na ramieniu w geście troski, ale oddelegował ją szybko. – Jest w porządku, wracaj do domu, zanim cię noc zastanie. – Dziewczyna pożegnała się z nimi skinieniem głowy, chociaż widać było jak przez moment analizuje ruchy chuderlawego ciała swojego pracodawcy. – Wybacz – zwrócił się do Victorii – to ten moment, w którym dociera do mnie coś ważnego. Nie chcesz może napić się herbaty w lokalu na zewnątrz? – Wycofał się z zaproszenia jej na górę, a książkę odłożył na biurko Peregrinusa, nie zamierzając zahaczać o swoją bibliotekę. RE: [04.10.1972] Wlazł kotek na płotek - Victoria Lestrange - 12.06.2026 Uśmiechnęła się krótko, na uwagę Vakela, myśląc sobie, że może i nie była żadną wybitną aktorką, za to potrafiła całkiem dobrze ukrywać swoje emocje i po prostu nie była tak łatwa do rozczytania przez postronnych, natomiast stres musiał się w niej odbijać w jakiś sposób. Niewyspanie również, bo godziny pracy w ostatnim miesiącu miała raczej mocno niestandardowe, a stres i problemy związane z kamienicą na Pokątnej też nie wpływały dobrze… Ale zaczynała widzieć słońce na horyzoncie, choć oczywiście bardziej metaforyczne, październik w końcu przywitał ich typową dla Anglii jesienią: ciemnym i ciężkim od chmur niebem i deszczem, który tylko momentami dawał trochę odpocząć. Jak choćby dzisiejszego wieczoru. – Nie mam nawet powodu, by to kryć – powiedziała za to, przyglądając się przy tym Dolohovi. – Natomiast cieszę się, że widzę cię w zdrowiu i dobrym humorze. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej – tak ogólnie lepiej. W Anglii, Wielkiej Brytanii. Że ludzie podniosą się z tej tragedii, że się odbudują. Niektóre straty były nie do odzyskania, ale jeśli cokolwiek można było powiedzieć o ludziach to to, że doskonale się adaptowali do sytuacji i warunków, przed którymi stawiał ich los. Zrobiła już krok za nim, kiedy zatrzymała się, równie nagle co Vasilij, zdążyła się z nim tylko zrównać i zauważyła tę… dziwną zmianę. To jak uśmiech na jego twarzy znikł nagle i wyglądał, jakby był… nieobecny. To znaczy był tutaj ciałem, jak najbardziej, ale nie duchem. I miała skojarzenie z tym, co zobaczyła na sławnym już pojedynku te dwa miesiące temu – jak Dollohov nagle zrobił się nieobecny, a później gdzieś poszedł. Teraz natomiast… Stał przed schodami i wyglądał tak, jakby miał się zaraz osunąć po ścianie, a prawdę mówiąc Lestrange w odruchu już wyciągała rękę, by go w razie czego złapać i przytrzymać. Ale chyba nie było to potrzebne, biorąc pod uwagę, że jedna z pracownic Praw Czasu również to zauważyła i najwyraźniej lepiej wiedziała, jak sobie z tym radzić, ale jasnowidz ją odesłał. – Dobrej nocy – pożegnała ją Victoria i lekko przekrzywiła głowę, przyglądając się Vasilijowi. – Nie szkodzi. Na pewno wszystko dobrze? Wyglądałeś, jakbyś zobaczył coś, co… jest trudne. To zawsze tak wygląda? – Victoria nie bardzo znała się na jasnowidzeniu, właściwie jedyny wróżbita, którego darzyła większym szacunkiem, to był właśnie Vakel. Oczywiście znała również Morpheusa… Swego czasu, gdy była jeszcze gówniarzem i szlajała się z Brenną, starszy jasnowidz miewał na nie oko (a może nawet i troje oczu), ale ich relacja była raczej luźna. Vakela, na swój sposób, znała trochę lepiej, ze względu na Lyrę. – Może być na zewnątrz – dodała jednak i uśmiechnęła się do czarodzieja. – To całkiem przyjemny wieczór, nie pada i jest chyba… hmm… nie aż tak zimno, ale trudno mi powiedzieć, prawdę mówiąc – westchnęła i powiedziała to niemal przepraszająco, czekając, aż Vakel odłoży książkę, zgarnie swój płaszcz i będą gotowi do wyjścia. – Wybieracie się na bal? – zagadnęła go, gdy już byli na zewnątrz. Miała, rzecz jasna, na myśli bal maskowy, który miał się odbyć za trzy dni. |