Secrets of London
[wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie (/showthread.php?tid=6025)

Strony: 1 2


[wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 11.05.2026

Prawdopodobnie Brenna była ostatnią trzeźwą osobą w pomieszczeniu.
Nie przeszkadzało jej to specjalnie: piła dość rzadko, najczęściej wznosząc pojedyncze toasty, i tak też było tego wieczora, wzniosła tylko jeden toast, gdy zrobili to wszyscy, chociaż nie miała pojęcia na czyją cześć, bo zaczął go zawodnik niemieckiej drużyny. Sądząc po tym, jak to brzmiało w jej uszach, prawdopodobnie wzywał do podboju jakiegoś europejskiej kraju albo ogłaszał nadchodzącą wyprawę wikingów (tu trochę się jej pomyliło ze skandynawią), ale no: nie wypadało odmówić. Ale poza tym nie piła, bo po pierwsze, była w obcym kraju, po drugie, była też prawie pewna, że przyjdzie jej stąd Kitty wynosić na własnych plecach.
Szczęściem dla niej i wielu jej przyjaciółek było to, że one zwykle były bardzo drobne, a ona z kolei wysoka i sprawna. Nosiła czasem do Wieży Gryffindoru kuzynkę Jane, wynosiła z imprez pijaną Avelinę, zdarzało się jej nieść na rękach Nor, gdy ta skręciła sobie kostkę, a Kitty, koleżanka z roku z Gryffindoru, drobna, zwinna, świeżo upieczona ścigająca angielskiej drużyny quidditcha, korzystała z takiej formy odprowadzania nie raz, nie dwa.
Oczywiście, że to ona zaciągnęła Brennę do innego kraju. I oczywiście, że Brenna dała się zaciągnąć podczas własnego, krókie urlopu, najpierw do Niemiec, na te wielkie, przerażone oczy „bo ja nigdy dotąd nie wyjeżdżałam z Anglii, a zespół to prawie sami mężczyźni i się boję”, potem na mecz na proszące „bo ktoś musi mi kibicować, a tu będą tylko Niemcy, przecież się zapłaczę, jeśli nie będzie na trybunach ani jednego Anglika” i wreszcie na imprezę po meczową, w podobno najsłynniejszym londyńskim barze, „bo co jeżeli ktoś mnie porwie?! Brenna, ty słyszałaś, co się działo w magicznym Berlinie za Grindewalda? Nic mnie nie obchodzi, że on siedzi w więzieniu, może dalej tu porywają ludzi! Niemcy to straszni ludzie! I nie mów mi, o moich kolegach z drużyny, na pewno zapomną o moim istnieniu, jak zobaczą Niemki, podobno wszystkie są takie piękne, jasnowłose i niebieskookie, i w ogóle!”.
Sądząc po tym, że od dobrych dziesięciu minut zamiast wrócić do stolika, przy którym siedziały z jeszcze jedną angielską zawodniczką, Kitty stała przy barze i flirtowała z niemieckim pałkarzem, zmieniła zdanie w kwestii tej straszności.
– Wiesz, co mnie najbardziej bawi, Mar? – spytała Brenna drugą ścigającą. Brenna prawie jej nie znała, ale to nigdy jej nie przeszkadzało w zagadywaniu ludzi na śmierć. – Kitty nie zna ani słowa po niemiecku, a on cały czas nadaje po niemiecku właśnie. Niebieskie oczy to chyba język uniwersalny czy coś takiego – rzuciła.
– Mhm – odparła tylko Mara i ułożyła głowę na stoliku, chyba w celu zaśnięcia, a Brenna westchnęła, z nagłą myślą, że oby jednak dziś Kitty się nie upiła, bo jedną z nich to może stąd wynieść, ale z dwiema na raz będzie trudno.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/d1/bb/fed1bb37efc2578588d14a05e46f2998.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 11.05.2026

Lukas wyszedł z toalety aż nazbyt rozbawiony. Właściwie nie był pewien, co było śmieszniejsze: jeden z rezerwowych Heidelberg Harriers śpiący z policzkiem przyciśniętym do zimnych kafelków czy Heinrich wystawiający środkowy palec przed pokaźnymi lustrami nad rzędem umywalek, próbując udowodnić sobie, że jest bardziej męski niż odbicie w lustrze. Finalnie misja została wykonana, a wielki, koślawy napis „Harries fliegt schneller” zdobił teraz jedną ze ścian pomieszczenia. Poprawił rękawy koszuli i przez chwilę tylko stał w progu, pozwalając, by uderzył w niego cały hałas lokalu. Było głośno, zadymienie szczypało w oczy, blaty kleiły się od piwa, a emocje po meczu wciąż wisiały w powietrzu. Na ścianach wisiały stare plakaty drużynowe, część jeszcze sprzed wojny, część nowsza, z zawodnikami uśmiechającymi się sztywno spod ruchomych podpisów. Pomiędzy nimi wciśnięto wyblakłe fotografie miasta: szerokie aleje, ruiny, odbudowane kamienice i ten pokaźny mur.
Lukas zdążył już przywyknąć do Niemiec, ale Berlin nadal miał w sobie coś innego niż Heidelberg. Heidelberg był treningiem, dyscypliną i stadionem pachnącym mokrą trawą, świerkowym drewnem oraz kiełbasą podawaną podczas meczu. Berlin był bardziej nerwowy. Szybszy w uśmiechu, krótszy w cierpliwości. Miasto, które nauczyło się bawić głośno, bo cisza zbyt łatwo przypominała o tym, co zostało pod brukiem.
Tego wieczora jednak nikt się tym nie przejmował. Wygrali, więc świat miał obowiązek na kilka godzin stać się prostszy. Przy długim stole jego drużyna świętowała tak, jakby zwycięstwo w towarzyskim meczu było co najmniej początkiem nowego porządku w Europie. Jeden z zawodników stał na krześle i wygłaszał toast z takim zaangażowaniem, że równie dobrze mógł wzywać do podboju kontynentu albo do zamówienia następnej beczki piwa. Sądząc po reakcji sali, jedno i drugie spotkałoby się z równym entuzjazmem.
Lukas zgarnął z baru kufel i ruszył między stolikami. Mijał znajome twarze, czerwone od alkoholu, śmiechu i zwycięskiej pychy. Ktoś klepnął go w plecy, ktoś zawołał jego nazwisko po niemiecku z akcentem tak przesadzonym, że brzmiało to jak obelga albo komplement. Odpowiedział półuśmiechem, nie zatrzymując się. Dopiero po przeciśnięciu się między tancerzami zauważył dziewczyny z przeciwnej drużyny.
Jedna z nich leżała głową na stoliku z godnością człowieka, który postanowił przegrać z rzeczywistością i nie zamierzał się tego wstydzić. Druga siedziała obok z miną osoby, która zaczyna rozumieć, że sprowadzono ją do obcego kraju nie na wycieczkę, tylko do służby ratunkowej. Kawałek dalej pałkarz z jego drużyny krzyczał coś w niebogłosy do dziewczyny, która tylko potakiwała. Lukas przystanął na moment, obserwując tę scenę z rosnącym rozbawieniem. Znał tego pałkarza i przez chwilę nawet postanowił posłuchać, jak tamten opowiadał jej o tym, że tłuczki szanują go bardziej niż ludzie, a jego miotła ma temperament godny rasowego rumaka. Po chwili jednak, czując zbyt duże zażenowanie, okręcił się na pięcie, podszedł do stolika i oparł dłoń o wolne krzesło.
– Widzę, że koleżance smakowało niemieckie piwo – odezwał się po angielsku, wskazując ruchem głowy na dziewczynę opartą o blat.
Miał na sobie częściowo rozpiętą drużynową szatę, pod którą widać było ciemną koszulę. Włosy, wciąż lekko wilgotne po niezbyt udanej próbie doprowadzenia się do porządku w toalecie, układały się tak, jak chciały. W jego ruchach było zmęczenie, ale przykryte zwycięstwem, a zwycięstwo zawsze dodawało mu tej irytującej pewności, przez którą wyglądał, jakby całe pomieszczenie było tylko kolejną trybuną.
– Spokojnie, to normalny etap. Najpierw człowiek mówi, że wypije tylko jedno, potem zaczyna rozumieć niemieckie przyśpiewki, a na końcu budzi się rano z podpisanym cyrografem.
Uśmiechnął się, po czym spojrzał w stronę baru, gdzie Kitty wciąż dzielnie prowadziła rozmowę
– A tamta z kolei prowadzi właśnie bardzo zaawansowane negocjacje międzynarodowe. On nie mówi po angielsku, ona chyba nie mówi po niemiecku, albo nie przeszkadza jej rozmowa z wariatem, ale oboje wyglądają na zadowolonych. Sport naprawdę łączy ludzi.
Dopiero po tym przeniósł wzrok by spojrzeć Brennie w oczy, jakby dopiero teraz uznał, że warto przyjrzeć się jedynej osobie przy stoliku, która nie wyglądała na pokonaną przez alkohol czy hałas.
– Lukas Nott – przedstawił się, lekko unosząc kufel. – Ten od znicza. Albo ten, którego przed chwilą próbowali ogłosić bohaterem wieczoru. Ciężko powiedzieć, bo przy piątym toaście zaczęli nazywać tak każdego.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 11.05.2026

Było bardzo ciężko znaleźć miejsce, sytuację i towarzystwo, w którym Brenna nie czułaby się swobodnie. Nie przeszkadzało jej zupełnie, że otaczają ją gracze quidditcha, którymi zupełnie nie była, i ewentualnie fani, trenerzy oraz partnerzy graczy quidditcha, do których też się za bardzo nie zaliczyła. Bycie trzeźwą pośród pijanych też nijak nie ruszało dziewczyny: raczej wywoływało to już w niej rozbawienie. Niektórzy tu byli zmęczeni meczem i zabawą, inni pijani piwem oraz triumfem albo piwem i żalem, jeszcze inni pozowali, a ona po prostu z rozbawieniem obserwowała Kitty i Niemca O Trudnym Imieniu, znad swojej szklanki wody, machając nogą. Oderwała wzrok od przyjaciółki dopiero, kiedy przy ich stoliku zmaterializował się jakiś chłopak: obrzuciła go spojrzeniem, gotowa od razu przejść do dania mu na dzień dobry w nos, gdyby okazało się, że ściągnęła go tu nieprzytomność Mary, ale zaraz znów rozsiadła się wygodnie na fotelu, gdy wyszło na to, że albo chodziło o wolne miejsce, albo że szukał kogoś, kto jeszcze nie jest pijany.
I mówił po angielsku!
– Jej, nie mówisz, jakbyś właśnie przywoływał stado demonów albo wzywał do podboju jakiegoś niedużego, europejskiego państwa – oświadczyła. Cóż, może sekretem tego, że niebycie pijaną Brennie w niczym nie przeszkadzało, było to, że nie potrzebowała alkoholu, żeby pleść absolutne głupoty. Zaraz jednak stało się jasne, że po prostu gość nie był Niemcem: nazwisko Nott kojarzyło się z Anglią, i oczywiście z quidditchem, nawet jeśli Brenna potrafiła wymienić może dwóch graczy z imienia, i to tylko dlatego, że znała ich ze szkoły.
– Nott. Oczywiście, że od znicza. Albo od kafla lub tłuczka – podsumowała, w odpowiedzi na toast unosząc po prostu swoją szklankę, absolutnie pozbawioną niemieckiego piwa, po którym mogłaby zaprzedać duszę. Każdy Nott był od jakiejś quidditchowej piłki, a przynajmniej tak się jej zdawało. – Brenna. Obstawa tych tutaj. – Tu kciukiem wolnej dłoni wskazała na Kitty, w rozanieleniu opowiadającej coś drugiemu zawodnikowi. Może jej oczy też były uniwersalnym językiem, bo kiwał z przejęciem głową, jakby wszystko rozumiał. – Mam dopilnować, żeby nie podpisały żadnego cyrografu. Albo żeby nie porwał ich jakiś Niemiec, chociaż trochę się obawiam, że jest jeden zainteresowany, ale jak teraz interweniuję, Kitty śmiertelnie się na mnie obrazi. A po Niemiecku zna na pewno przynajmniej trzy słowa, bo nawet mnie ich nauczyła. Może wystarczą w tej konwersacji. Ja na pewno w każdym razie nie zrozumiałam żadnego z tych pięciu toastów, chociaż pierwszy brzmiał baaaardzo bojowo – stwierdziła, chociaż zaraz z powrotem przeniosła spojrzenie na koleżankę i z trudem powstrzymała westchnienie. Och oby ta fascynacja nie przetrwała do rana, a najlepiej to niech pierzchnie o północy, jak podobno większość czarów.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/d1/bb/fed1bb37efc2578588d14a05e46f2998.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 11.05.2026

Lukas uniósł brwi, kiedy Brenna porównała niemieckie toasty do przywoływania demonów albo nawoływania do podboju małego europejskiego państwa. Przez chwilę wyglądał tak, jakby naprawdę rozważał, czy nie powinna otrzymać za to punktów za trafność obserwacji. W końcu parsknął cicho, kręcąc głową z rozbawieniem.
– To akurat bardzo uczciwy opis języka niemieckiego. – przyznał.
– Człowiek nie wie, czy ktoś życzy mu zdrowia, czy właśnie wypowiedział wojnę Luksemburgowi. Dla jasności: pierwszy toast był mniej więcej o tym, że Harriers latają szybciej, biją mocniej i piją dłużej. Czyli standardowo połowa sportowej poezji, połowa groźby przeciw prawu.
Zerknął na jej szklankę wody i pokiwał głową z udawanym uznaniem, jakby zobaczył przed sobą nie napój, tylko akt stanowczej kontroli. W tym lokalu woda wyglądała niemal podejrzanie. Wszędzie dookoła królowało piwo
– Brenna, bodyguard – powtórzył, jakby testował te słowa. – Brzmi poważnie. Dużo poważniej niż „osoba, którą przywieziono do Niemiec pod pretekstem moralnego wsparcia, a która za godzinę będzie prawdopodobnie organizować ewakuację pijanych z pola bitwy”.
Spojrzał znów w stronę Kitty i niemieckiego pałkarza. Tamten, wciąż pełen zapału, gestykulował już tak szeroko, że o mało nie strącił stojącego obok kufla.
– Jeśli zna trzy słowa, to zależy które – powiedział Lukas po chwili namysłu. – Ja, nein i bier wystarczą na większość wieczoru w Berlinie. Jeśli zamiast tego nauczyła się wyrażenia „kocham twoją miotłę”, sprawa może się skomplikować.
Roześmiał się, upił łyk ze swojego kufla, po czym spojrzał na Mary, wciąż spoczywającą z godnością poległą na blacie.
– Ta wygląda na łatwiejszy przypadek. Jej dusza najwyraźniej już podpisała cyrograf z tym stołem. Przynajmniej stół jest lokalny, stabilny i prawdopodobnie nie będzie próbował jej zabrać na romantyczny spacer po Berlinie.
Za jego plecami rozległ się kolejny głośny wybuch śmiechu. Ktoś zaczął skandować nazwę drużyny, ktoś inny odpowiedział mu kompletnie inną melodią, a trzeci zawodnik, najwyraźniej poruszony własnym patriotyzmem klubowym, próbował objąć ramieniem człowieka, którego jeszcze godzinę wcześniej wyzywał za zły manewr na boisku. Lukas nawet nie odwrócił głowy. Był to naturalny stan rzeczy po wygranym meczu. Sportowcy po zwycięstwie przez jakiś czas zachowywali się jak dzieci, którym ktoś pozwolił biegać po salonie w brudnych butach.
– Jeśli chcesz, mogę tłumaczyć na bieżąco, zanim twoja Kitty przypadkiem zgodzi się na ślub, pojedynek albo zakup używanej miotły z podejrzaną historią – zaproponował, zerkając znów w stronę baru.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 12.05.2026

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/d1/bb/fed1bb37efc2578588d14a05e46f2998.jpg[/inny avek]

– Uważam, że to idealny język do przywoływania demonów i tak dalej. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ponoć służy do tego łacina. Jakim cudem będąc z Anglii i mieszkając tutaj zachowałeś zdrowe zmysły? Zdarzyło ci się kiedyś znaleźć demona pod prysznicem podczas nauki języka?
Łacina szeleściła. Język niemiecki… zgrzytał. A w dodatku, przynajmniej zdaniem Brenny, Niemcy strasznie szybko wyrzucali z siebie słowa. Chyba wolała już wycieczki do Rosji niż do Niemiec, nawet jeżeli magiczny Berlin był dużo ładniejszy i prawdopodobnie mniej niebezpieczny od magicznego Peterburga.
– Mam wprawę w dokonywania takich ewakuacji – stwierdziła po prostu, bo w sumie od początku spodziewała się, że prędzej czy później skończy w takiej roli. Prywatna taksówka, jedyna, która prawdopodobnie zdoła się teleportować bez rozczepienia, a w razie potrzeby jeszcze uniesie koleżankę: ale Brennie jakoś nigdy nie było przykro z tego powodu. Lubiła być przydatna i naprawdę uważała wręcz za przejaw rozsądku i przewidywania ze strony koleżanek, że najpierw się upewniają, że będzie na miejscu ktoś, kto się nie upije. A poza tym Kitty była naprawdę słodka i nie umiałaby jej odmówić (a niemiecki zawodnik wyraźnie się z nią zgadzał, przynajmniej w kwestii tego, jak była słodka).
– Trafiłeś z miotłą i piwem, ale trzecie absolutnie niezbędne słowo to łazienka – wyjaśniła bardzo rozbawiona. Może tych słów było jeszcze parę, bo Kitty próbowała nauczyć się podstawowych zwrotów, ale Brenna miała wrażenie, że ostatecznie w głowie zostały jej tylko te trzy, które uważała za najważniejsze. A przynajmniej te zostały w głowie Brenny, i to mimo tego, że akurat ona nie zamierzała ryzykować z niemieckim piwem i na pewno nie groziło jej szukanie miotły ani chwalenie się taką: ostatni raz latała, kiedy miała jakieś piętnaście lat i grali w wakacje w quidditcha z krewnymi i znajomymi. Natomiast uważała, że już słowo łazienka w obcym kraju naprawdę bardzo się przyda.
– Hm… – mruknęła, znów utkwiwszy wzrok w Kitty i sportowcu. Kitty zachichotała. On się uśmiechnął. Widać bariery językowe nadrabiał pewnością siebie. Bren miała dziwne wrażenie, że wszyscy gracze quidditcha byli szaleńczo wręcz pewni siebie. – Wyglądają ci, jakby potrzebowali tłumaczenia? Jeśli zgodzi się na pojedynek, po prostu zamieni się ze mną, a nie jestem pewna, czy chcę stawać na drodze ewentualnym oświadczynom. Jesteś pewien, że kolega się na ciebie nie wkurzy, jeśli pójdziesz robić za tłumacza?
Miała trochę wrażenie, że mógłby się wręcz obrazić albo potraktować Lukasa jako konkurencję. Zwłaszcza że Kitty lubiła jasnookich blondynów, i ten przy ladzie, i ten tutaj Nott się więc wpisywali w jej upodobania.

Czy Mara się obudzi?
[roll=TakNie]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 12.05.2026

Nauka języka nie przyszła mu łatwo. Przez pierwsze miesiące niemiecki brzmiał dla niego jak seria zaklęć rzucanych przez kogoś wyjątkowo wściekłego, a każda dłuższa rozmowa kończyła się bólem głowy i ochotą udawania, że nagle musi pilnie wrócić na trening. Ambicja nie pozwoliła mu jednak odpuścić. Skoro miał grać w niemieckiej drużynie, wygrywać na ich boiskach i sprawić, żeby zapamiętali jego nazwisko, musiał rozumieć nie tylko polecenia trenera, ale też szatnię, kibiców i ludzi, którzy próbowali rozmawiać z nim po meczu. Z czasem więc zacisnął zęby, nauczył się wystarczająco dużo, a potem jeszcze więcej, aż język przestał być przeszkodą, a stał się kolejnym narzędziem. Dopiero teraz, słysząc porównanie Brenny, wzruszył ramionami, wyraźnie rozbawiony.
— Złego diabli nie wezmą — wzruszył ramionami.
Przeniósł spojrzenie na Kitty i pałkarza, którzy najwyraźniej odkryli już tę odmianę porozumienia, w której słowa były tylko zbędnym dodatkiem do spojrzeń, uśmiechów i przesadnie szerokich gestów. Patrząc na nich, Lukas miał coraz silniejsze wrażenie, że żadne tłumaczenie nie było tam potrzebne. Co najwyżej ksiądz gotowy wykonać akt połączenia młodych.
— Masz rację, niech cieszą się chwilą — stwierdził, wracając spojrzeniem do Brenny. — Czasami lepiej nie przeszkadzać ludziom w katastrofie, skoro wyglądają na szczęśliwych.
Upił łyk z kufla, po czym oparł go o blat i przyjrzał się jej uważniej. Nie pasowała do reszty tego obrazka w sposób, który trudno było zignorować. Nie miała w sobie meczowego rozgorączkowania, siedziała trzeźwa, przytomna, gotowa w każdej chwili przejąć kontrolę nad sytuacją, co podtrzymywało jej wyjątkowe poświęcenie.
— Nie widziałem cię w rosterze drużyny — zauważył. — A takich osób raczej się nie przegapia. Często dajesz się wciągać w podobne wyprawy ratunkowe? Bo jeśli to stały element znajomości z tobą, zaczynam rozumieć, czemu zabrały cię do Berlina.
Kącik ust drgnął mu lekko.
— Ile bym dał za takiego specjalistę od kryzysu.
W tym samym momencie Mara poruszyła się przy stole. Najpierw tylko drgnęły jej palce, potem uniosła głowę z blatu z takim wysiłkiem, jakby wracała z dalekiej podróży przez obce wymiary. Mrugnęła raz, potem drugi, spojrzała przed siebie kompletnie nieprzytomnie i przez kilka sekund zdawała się nie rozpoznawać ani lokalu, ani znajdujących się w nim ludzi. Lukas spojrzał na nią z powagą, która była stanowczo zbyt uroczysta jak na tę sytuację.
— O, dzień dobry. Witamy z powrotem w świecie żywych.
Uniósł kufel w jej stronę w czymś na kształt bardzo oficjalnego toastu.


[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 13.05.2026

– Ale jeśli wyciągnie nagle podejrzanie wyglądający, bardzo stary pergamin z nadpalonymi brzegami i każe go jej podpisać własną krwią, będę musiała interweniować, lojalnie ostrzegam – uprzedziła Brenna. Po prawdzie co jakiś czas zerkała kontrolnie ku Kitty, ale ta nie była mimo wszystko pijana: trochę ją pewnie hamowało bycie w obcym kraju, trochę to, że będąc nowa w drużynie, nie chciała przesadzać. Jeżeli koniecznie chciała flirtować z jakimś gościem z obcego kraju, który nie znał słowa po angielsku i którego więcej nie zobaczy, jak za trzy dni jej drużyna zagra drugi mecz i się stąd zabiorą, to kim była Brenna, by jej czegoś zabraniać?
– Oczywiście, że nie było mnie w tym całym rosterze. Ja i drużyna quidditcha? Bogowie, to skończyłoby się jakąś tragedią – roześmiała się i nie chodziło nawet o to, że miotły nie były jej ulubionym sposobem podróżowania (a nie były), ani o to, by nie była sprawa fizyczna (bo była). Brenna po prostu… miała pewnego rodzaju pecha. Gdyby próbowała latać w drużynie quidditcha, prawdopodobnie podczas ich meczów dochodziłoby do huraganów, na treningu trzasnęłaby ją błyskawica albo wszyscy zawodnicy trafiliby do szpitala, bo spadliby z mioteł w wyniku bardzo dziwnego wypadku. Nie, nie pasowała do zawodowych sportowców, choć treningi uskuteczniała regularnie: ot nawet jak nie było tego widać na pierwszy rzut oka, to była przeciętną gliną do szpiku kości. – Poprosiła, żebym z nią pojechała, a musiałam wykorzystać urlop, więc uznałam, że dlaczego nie? Słyszałam, że macie tu świetne pieczenie i kluski. Turystyka kulinarna to jedyna słuszna turystyka.
Na ten urlop wysłano ją praktycznie siłą, bo w ciągu ostatniego roku Bren wykorzystała cały jeden dzień i zajmująca się grafikami pracownica była już zdesperowana.
– Może raz czy dwa wynosiłam ją po jakiejś imprezie. Ale obawiam się, że tobie bym się nie przydała, jesteś na pewno cięższy od niej – przyznała, a potem zmarszczyła lekko brwi, bo Kitty i jasnowłosy zawodnik zniknęli sprzed baru. I Brenna zaczęła rozglądać się z westchnieniem, bo naprawdę, naprawdę, koleżanka mogłaby dać jej znać, jeśli postanowiła wyjść z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie zostawiać teraz z zastanawianiem się, czy to pora na wyciągnięcie stąd Mary, czy na gorączkowe szukanie Kitty.
Tymczasem Mara potarła czoło. Zamrugała. I skupiła spojrzenie na Lukasie.

1 – Mara uśmiecha się do Lukasa i pyta, kim jest ten przystojniak
2 – Mara pochyla się i wymiotuje pod stolik
[roll=1d2]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 13.05.2026

Dziewczyna zwymiotowała pod stolik, a Lukas zamarł z kuflem uniesionym w połowie drogi do ust. Spojrzał najpierw na Marę, potem na miejsce, w którym zniknęła większa część jej godności, a na końcu na Brennę. Jego twarz przez krótką chwilę pozostawała zastygła w widocznej konsternacji. Czy to był moment, by się ewakuować? Jak najbardziej. Czy wypadało zrobić to od razu po przedstawieniu się? Niestety, trochę mniej.
— Cofam toast — oznajmił w końcu, ostrożnie odstawiając kufel na blat. — Chyba potrzebna jej trochę dłuższa przerwa.
Odsunął się minimalnie, bardziej z rozsądku niż obrzydzenia. W podobnych miejscach widział już rzeczy gorsze, choć zwykle po drugiej nad ranem i niekoniecznie przy stole, przy którym próbował prowadzić względnie normalną rozmowę z osobą poznaną jakieś dwie minuty wcześniej. To znacząco zmieniło zasady gry. Przy własnej drużynie pewnie zacząłby żartować, śmiać się albo kląć. Przy obcych dziewczynach należało przynajmniej udawać, że człowiek ma jakieś wychowanie.
— Nie chcę się narzucać — dodał, zerkając na Brennę i wskazując w stronę drzwi. — Ale w tamtym kierunku jest toaleta i chyba twojej koleżance przyda się teraz chwila ciszy.
Przeniósł wzrok na Marę, po czym szybko zrezygnował, jakby uznając, że patrzenie na cudzą klęskę dłużej niż kilka sekund jest już niegrzeczne. Sam też poczuł, że jeśli zostanie przy stole jeszcze chwilę, niemieckie piwo może postanowić podążyć tym samym kierunkiem, co u nieszczęsnej ścigającej. A na to jego duma nie była gotowa.
Sięgnął do kieszeni po papierosy i skinął głową w stronę wyjścia.
— Wyjdę na minutę. Papieros. Świeże powietrze. Prewencyjnie, zanim ja też podpiszę cyrograf z podłogą. — dodał grzecznie, sam egzekwując swój plan ucieczki.
Nie czekał długo na odpowiedź. Wstał i przecisnął się między stolikami, mijając rozkrzyczanych zawodników, rozlane piwo i kogoś, kto próbował zaśpiewać klubową przyśpiewkę. Chłodne powietrze uderzyło go dopiero za drzwiami, przynosząc ulgę niemal natychmiast. Berlin nocą był ostrzejszy, mniej przyjazny niż rozgrzane wnętrze lokalu, ale przynajmniej nie pachniał piwem, potem i zgonem. Odpalił papierosa, zaciągnął się raz i przymknął oczy. Przez kilka sekund wszystko było prostsze. Zimno, dym, bruk pod butami. W jego myśli wdarła się lekka, niechciana zazdrość. Czemu takie sytuacje zawsze spotykały właśnie jego? Może w innych okolicznościach to on zniknąłby gdzieś w towarzystwie Kitty, zamiast stać pod lokalem i żałować interakcji z angielkami. Wtedy usłyszał śmiech i ocknął się natychmiast. Uniósł głowę w stronę dźwięku. Kilka metrów dalej, przy bocznym wejściu, zobaczył znajomą sylwetkę pałkarza. Tego samego, który jeszcze przed chwilą prowadził z Kitty wybitnie jednostronną rozmowę o miotle, tłuczkach i prawdopodobnie własnej wyjątkowości. Teraz siedział już na miotle, z szerokim, pijacko triumfalnym uśmiechem, a przed nim, zdecydowanie zbyt roześmiana jak na osobę świadomą konsekwencji, usadowiła się Kitty. Miotła poderwała się z ziemi.
— Jebani szczęściarze… — mruknął pod nosem, po czym poczuł dziwne uczucie deja vu.
Pałkarz ruszył w stronę rynku, niezbyt wysoko, ale wystarczająco pewnie, by całość wyglądała jak początek bardzo głupiej historii. Kitty zawołała coś, co mogło być protestem, zachwytem albo pierwszym znanym jej niemieckim słowem użytym w zupełnie złym kontekście. Lukas przez chwilę stał nieruchomo z papierosem w ustach. Potem odwrócił głowę w stronę drzwi lokalu, zastanawiając się czy powinien dalej mieszać się w tą sprawę.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 14.05.2026

Tu rzuciłam na wydarzenia
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/d1/bb/fed1bb37efc2578588d14a05e46f2998.jpg[/inny avek]

Brenna zdecydowanie nie obwiniała Lukasa o tę ucieczkę, bo na jego miejscu... no dobra, będąc na jego miejscu by została, nieważne, czy znałaby taką osobę, czy nie. W gruncie rzeczy Marę pierwszy raz w życiu zobaczyła przedwczoraj. Ale Brenna była pod pewnymi względami naprawdę niereformowalnym przypadkiem i nie niekoniecznie wymagała takiego samego stopnia bycia powalonym od całej reszty świata.
– Hej, hej, Mar? – zmartwiła się, chwytając ją pod ramię. Jakiś pracownik już biegł do ich stolika, więc widać byli przygotowani na takie „efekty dodatkowe” po dzisiejszym after party i gotowi ruszać do akcji, by posprzątać wszelkie niespodzianki, nim ktoś w nie wdepnie. Spojrzała na Lukasa, trochę nieuważnie. Może żałowałaby biednego faceta, który chciał pewnie pogadać z kimś mówiącym w normalnym języku, a trafił na coś takiego, ale w tej chwili bardziej przejęła się Marą. – Jasne, jak już zaprzedawać duszę, to przynajmniej jakiejś ładnej blondynce – rzuciła do niego z rozbawieniem, zaraz jednak skupiła całą swoją uwagę na zawodniczce. Postawiła ją na nogi, a potem na wpół poprowadziła, na wpół zaniosła ku toalecie.
Pięć minut, jedne wymioty i jedno opryskanie twarzy wodą później Mara poczuła się trochę lepiej. Nie na tyle lepiej, aby kontynuować zabawę, ale dość, aby była gotowa na ewakuację. Jako że Brenna miała zamiar znaleźć jeszcze Kitty, zwerbowała do pomocy jednego ze ścigających z angielskiej drużyny, który wprawdzie wzdychał, prychał i narzekał, ale wyszedł z nimi na zewnątrz, w ślad za palącym właśnie Nottem.
W samą porę, aby i oni stali się świadkami tego, jak Kitty i pałkarz akurat startują na swoją romantyczną przejażdżkę.
Brenna uniosła nieco brwi, trochę w powątpiewaniu, czy wsiadanie na miotłę sportową we dwoje, po kilku głębszych, w ciemną noc, gdy ewidentnie zbierało się na deszcz, to na pewno najlepszy pomysł na świecie. A jakaś siła wyższa ewidentnie albo usłyszała ją, i postanowiła, że to pora na „pomyślane w złą godzinę”, albo usłyszała Lukasa i uznała, że poklepie go po ramieniu i udowodni, że wcale nie byli to tacy szczęściarze, żeby Nott przypadkiem się nie przejmował. Bo pałkarz… chyba stracił panowanie nad miotłą, albo ktoś przy tej majstrował. Unieśli się kilka metrów nad ziemię i nagle zarzuciło nimi w lewo, potem w prawo, a później miotła ruszyła do przodu, zygzakiem, ewidentnie lecąc nie tak, jak powinna. Śmiech Kitty zamienił się w krzyk.
Och, to dopiero będzie problem, jak dwoje zawodników zostanie znokautowanych przez szaloną miotłę…
– O jasny szlag – wyrwało się Brennie, potem wepchnęła Marę w ramiona ich kolegi i rzuciła się do przodu, mijając Notta. Miotła nie leciała z pełną prędkością, zarzucało ją na boki, ale i tak nie miałaby szans jej dogonić.
Oczywiście gdyby biegła jako człowiek.
Na bruk opadły cztery łapy i berlińską ulicą, w ślad za oszalałą miotłą i krzyczącą parą, pomknął ciemny wilk.


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 15.05.2026

Wszystko trwało ledwie kilka sekund. Miotłą szarpnęło, kierując parę niebezpiecznie w górę. Lukas wyprostował się gwałtownie, a papieros wypadł mu z ust, gasnąc gdzieś na mokrym bruku. Przez ułamek chwili patrzył tylko, jak pałkarz próbuje utrzymać uchwyt i jak całe to pijane, romantyczne szaleństwo nagle przestaje być zabawne. Równie dobrze mógł odwrócić się na pięcie, wrócić do środka i udawać, że niczego nie widział. To by było wygodne, możliwość zapomnienia, że cudza głupota właśnie zamieniła się w realne zagrożenie. Ale wtedy dostrzegł twarze gapiów: nagle trzeźwiejące, pobladłe, zastygłe w tym paskudnym momencie, w którym wszyscy już wiedzą, że zaraz może stać się coś złego. To wystarczyło, by myśl o odpuszczeniu zdechła. Odwrócił się gwałtownie w stronę rzędu “zaparkowanych” mioteł ustawionych przy wejściu do lokalu. Kilka należało do zawodników, kilka do gości, wszystkie stały posłusznie przy ścianie. Lukas wyciągnął rękę, skupiając spojrzenie na najbliższej sportowej miotle.
— Do mnie! — rzucił ostro.
Jedna z nich zadrżała, wysunęła się spomiędzy pozostałych i pomknęła w jego stronę. Złapał ją w locie, niemal bez patrzenia, z tą samą pewnością, z jaką chwytał znicz po udanym podejściu. Wskoczył na nią od razu, odbił się od bruku i poderwał w powietrze, zanim ktokolwiek stojący przy wejściu zdążył mrugnąć. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Alkohol, zaduch lokalu i resztki mdłości zniknęły natychmiast, zastąpione ostrą jasnością działania. Przed sobą widział miotłę pałkarza, szarpaną jak rzecz wadliwą albo przeklętą, widział Kitty kurczowo trzymającą się przed nim i ciemną sylwetkę wilka pędzącą ulicą poniżej. Ulica rozciągnęła się pod nimi, tracąc ostrość.
— Zieh sie zu dir, Idiot! — wrzasnął w stronę pałkarza, pochylając się niżej nad trzonkiem.
Nie wiedział, czy tamten go usłyszał. Nie miało to większego znaczenia. Dystans między nimi zaczął się zmniejszać, ale miotła uciekinierów nie leciała prosto. Rzucało nią w lewo i prawo, nieprzewidywalnie, jakby walczyła z rękami właściciela. Lukas nie mógł po prostu zrównać się z nimi od boku. Jeden zły ruch i wszyscy troje wylądowaliby twarzami na bruku. Zamiast tego poleciał niżej, próbował znaleźć się tam, gdzie spadnie ciało, jeśli któreś z nich puści. Miotła szarpnęła nagle ostrzej niż wcześniej, jakby coś w jej trzonku pękło. Pałkarz przeklął głośno, próbując zapanować nad lotem, ale ruch przyszedł za późno. Kitty, dotąd kurczowo wciśnięta przed nim, straciła równowagę. Jej dłoń ześlizgnęła się z drewna, ramię odskoczyło w bok, a ciało na krótką chwilę zawisło w powietrzu w tej paskudnej, nienaturalnej pauzie, w której człowiek jeszcze nie spada, ale już wie, że zaraz zacznie. Lukas zobaczył to od razu. Wszystko wokół zwęziło się do jej ręki, do odległości między nimi, do szaleńczo krótkiego momentu, który miał zdecydować, czy zdąży. Pchnął swoją miotłę w bok gwałtownie, aż trzonek zaprotestował pod nim ostrym drgnięciem. Nie myślał o wysokości, o prędkości, o bruku czekającym niżej. Ściął tor lotu pod niebezpiecznym kątem i rzucił się całym ciałem w jej stronę, jedną ręką trzymając miotłę, drugą wyciągając przed siebie. Próbował złapać ją za nadgarstek, zanim ciężar ciała pociągnie ją niżej poza zasięg. Palce wyciągnął do granic, czując, jak wiatr rwie mu rękaw i jak własna miotła ucieka spod bioder przy zbyt gwałtownym manewrze. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że dzieli ich tylko kilka cali.

// Rzucam Aktywność fizyczną z bonusem Nott’ów na to czy złapię Kitty.
[roll=PO+10]

Palce zamknęły się na jej nadgarstku. Przez ułamek sekundy Lukas poczuł ulgę tak gwałtowną, że niemal pomylił ją ze zwycięstwem. Zaraz potem ciężar Kitty szarpnął go w dół, brutalnie i bez ostrzeżenia, wyrywając mu bark z równowagi. Miotła zachwiała się pod nim i przechyliła niebezpiecznie na bok, a bruk pod nimi nagle znalazł się zdecydowanie zbyt blisko. Lukas szarpnął własną miotłę wyżej, wciąż trzymając Kitty za rękę. Pochylił się w przeciwną stronę, próbując wyciągnąć dziewczynę w górę i wyrównać lot, ale manewr był zbyt gwałtowny. Noga uderzyła w tylny uchwyt, trzonek stanął niemal w poprzek nad ziemią, a chwilę później oboje runęli na bruk. Nie był to elegancki upadek. Raczej ciężkie, bolesne lądowanie na tyłkach, z którego żadne z nich nie będzie dumne następnego ranka. Na szczęście byli już wystarczająco nisko, by skończyło się najwyżej na siniakach. W tym samym czasie, Pałkarz, pozbawiony ciężaru Kitty, wyrwał do przodu z prędkością, nad którą najwyraźniej nie panował już wcale. Miotła niosła go prosto ku ścianie jednej z kamienic, szarpana i rozkołysana, ale nie dość, by zmienić kierunek. Wilhelm próbował jeszcze ciągnąć trzonek, ale panika przejęła stery. Wszystko zwiastowało krwawą kraksę.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]