![]() |
|
[19.09.72] Krzyczące kwiaty - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [19.09.72] Krzyczące kwiaty (/showthread.php?tid=6039) Strony:
1
2
|
[19.09.72] Krzyczące kwiaty - Brenna Longbottom - 15.05.2026 adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Bogini była Brennie świadkiem, że nie potrzebowała jeszcze więcej zajęć i spraw. Spalona Noc zepsuła jej zdrowie, i psychiczne, i fizyczne, w pracy i Londynie trwało szaleństwo, a tamtego dnia coś potrzaskało się w zbyt wielu członkach Zakonu Feniksa – i Brenna nie miała pojęcia, kto pierwszy się rozpadnie, ani w ilu przypadkach zdoła pomóc. Wciąż kombinowała, co do cholery mogli zrobić apropos Burke i Fortynbrasa, bo kończyły się im tropy i Brenna zastanawiała się, jak głupie byłoby uderzenie wprost do Eden. Burke… sam Burke zdawał się jej prędzej narzędziem, a tym, kto powinien przyciągać ich uwagę, zdecydowanie Malfoy. Po co był mu ten cholerny kosmyk włosów? Kiedy jednak dostała list od Victorii, spytała o sprawę i tylko westchnęła. Nie była zaskoczona, że dostali ją szeregowi Brygadziści, do tej pory biegający z mandatami po miotły. Sama pewnie taką kradzież zepchnęłaby na młodszych pracowników, zbyt zajęta innymi rzeczami. Jeżeli jednak Lestrange miała rację i ktoś mieszał przy tym czarną magią… To niekoniecznie musiało być związek ze śmierciożercami, co jednak jeśli miało? Jeśli chcieli jakoś użyć tych madragor? Gdyby Brenna to zignorowała, po prostu czułaby się okropnie, jak potem wyszłoby, że jednak coś się stało. Poza tym po prostu nie ignorowała, kiedy ktoś z przyjaciół zwracał się do niej w jakiejś sprawie. Tego dnia więc czekało ją bardzo dużo dodatkowej pracy. Zabrała z Ministerstwa te dokumenty, do których mogła mieć dostęp. Przejrzała je pobieżnie. Odłożyła, sięgnęła po proszek Fiuu… I odłożyła go z powrotem. Znacznie lepiej będzie się do Victorii po prostu teleportować. * Zmaterializowała się w przedpokoju Victorii, gdzie się umówiły: w rękach ściskała teczkę z dokumentami. I już miała zawołać Lestrange, że się pojawiła, kiedy na jej oczach po ścianach przemknęła pajęczyna drobnych pęknięć. Brenna wypuściła teczkę, papiery posypały się na podłogę. Cofnęła się i wpadła na drzwi, w jakimś ataku paniki: ze szczelin tryskały iskry, dłoń Brenny namacała na ślepo klamkę i już miała wypaść na zewnątrz, gdy do jej umysłu dotarło, że w tym budynku była Victoria. Jej koty. Może siostry. - Victoria! - zawołała, zaciskając powieki, próbując jakoś się opanować, bo normalnie przecież wbiegłaby po prostu do środka, jej szukać, ale... nie mogła się ruszyć. A potem otworzyła oczy. Korytarz znów wyglądał normalnie. Brenna zamrugała, spazmatycznie wciągając powietrze w płuca, a wreszcie w jakimś odruchu przykucnęła, sięgając po rozsypane papiery. !Trauma Ognia RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Pan Losu - 15.05.2026 Jeżeli znajdujesz się w pomieszczeniu, jego ściany pokrywają się pajęczyną pęknięć, z których sączy się żar. Czy to kolejna klątwa Voldemorta? Ogień w tych szczelinach syczy, tryskają z nich iskry. Dopiero po zamknięciu oczu na kilkadziesiąt sekund i kilku głębokich wdechach dociera do ciebie, że to omamy. RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Victoria Lestrange - 16.05.2026 Tak naprawdę, to nie było dobrego momentu dla żadnej ze spraw, które wszyscy mieli na głowie. Po tym, co wydarzyło się podczas Spalonej Nocy chyba wszyscy w Ministerstwie mieli ręce pełne roboty i Victoria zdążyła zapomnieć, co to znaczy „czas wolny” (pomijając te krótkie momenty, w których nie była w pracy, ale wtedy nie siedziała po prostu na fotelu i nie patrzyła tępo w ścianę). I jednocześnie te cholerne czarne róże z Maida Vale spędzały jej sen z powiek – a tym bardziej po tym, co zobaczyła tam 4 dni temu, co spowodowało, że napisała do Mirabelli Abbott. I był to list, który pociągnął za sobą kolejny ciąg zdarzeń, jak to, że napisała do Brenny, chociaż nie chciała jej zawracać głowy, ale to wszystko mogło być… miała takie poczucie, że jakoś powiązane. Czarne róże, pustynna mandragora, jej nagłe zniknięcie. Głowa ją trochę bolała i potrzebowała odpoczynku, ale był to ten rodzaj luksusu, na który nie było ją w tej chwili stać i to pomimo niemałej fortuny, która spoczywała na koncie w banku Gringotta. Skrzatka była w tym mieszkaniu dopiero od czterech dni, ale Pani Księżyca wiedziała, jak bardzo jej obecność pomagała trzem zapracowanym czarownicom. Gdy więc Brenna pojawiła się w przedpokoju kamienicy na Pokątnej, ta kręciła się po kuchni i nie zareagowała od razu na charakterystyczny trzask teleportacji. Ale usłyszała krzyk kobiety i stanęła w przejściu z kuchni do przedpokoju, zastając teczkę i papiery na podłodze, a Brennę przyciskającą się do drzwi, z zamkniętymi oczami. – P-p-panienko L-longbottom? – zaskrzeczała, jak zwykle się jąkając, mnąc swój fartuszek, gdy patrzyła na brązowowłosą swoimi wielkimi, zielonymi oczami. I gdy Brenna kucnęła, by pozbierać te papiery, ta rzuciła się jej na pomoc. – J-j-ja p-pozbieram, p-p-panienko – wyjęczała. I tę właśnie scenę zauważyła Victoria: skrzatkę i Brennę zbierające papiery z podłogi, gdy wyszła z piwnicy. Wcześniejszy krzyk Brenny i ją zaalarmował, bo jakoś nie pasowało to do całej sceny, że Brenna zjawia się w jej mieszkaniu. Normalnie pewnie przyszłaby po nią skrzatka i Victoria bardzo wątpiła, że ta nagle zapomniała jak się podejmuje gości. Poza tym… Brenna by przecież tak nie wołała…? – Hejj, coś się stało? – zapytała, zbliżając się do Brenny i Strzałki. – Wybacz, zasiedziałam się trochę nad kociołkiem – dodała, patrząc na zegarek na ręce. Powinna być gotowa trzy minuty temu. RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Brenna Longbottom - 16.05.2026 – Cześć – powiedziała Brenna, posyłając skrzatce uśmiech, i bardzo starając się, aby głos jej nie zadrżał. – Nie przejmuj się, to moja wina, ja je upuściłam… – zapewniła, szybko zgarniając dokumenty i zdjęcia, i upychając je byle jak w teczce. Serce wciąż nie chciało się uspokoić, a gdy uniosła głowę, jeszcze raz spojrzała w miejsce, z którego wcześniej sączyły się iskry. Było jej trochę słabo. Nie tylko ze strachu, jaki pozostawiło po sobie to wspomnienie, ale też z jakiegoś gorszego lęku, tkwiącego pod skórą. Może naprawdę oszalała. Może powinna przestać oszukiwać siebie i wszystkich wokół, i przyznać, że jest bezużyteczna. Zanim dojdzie do czegoś takiego podczas jakiejś akcji. Zanim zrobi komuś krzywdę. Musiała… Nie była pewna, co musiała, ale na pewno powinna poszukać jakiegoś specjalisty. – Cześć, Tori – przywitała się, gdy pojawiła się Victoria. Wstała, przyciskając do piersi pozbierane dokumenty i do niej też się uśmiechnęła, chociaż trochę blado. – Chyba jestem bardzo zmęczona, bo zdawało mi się, że coś tutaj widzę. Powinnam się wreszcie wyspać. Albo to, albo odbiło mi już do końca, bo to właściwie nie pierwszy raz, ale przynajmniej teraz to znikło, a nie nawiedza mnie pół dnia… – Mam dokumenty odnośnie sprawy, o którą pytałaś – dodała, a jej ton stał się bardziej rzeczowy niż wcześniej. – Przydzielono do niej młodzików, Detektywi nie bardzo mają czas teraz na jakieś kradzieże, śledztwo jutro miało zostać umorzone… ale powiedziałam, że zabiorę je i jeszcze przejrzę, skoro mówisz, że ktoś mógł przy tym grzebać z czarną magią. Może coś wyłapię. Albo ty coś zauważysz, skoro znasz sprawę lepiej? Skąd w ogóle ta myśl o czarnej magii? Bo jeżeli szło o Brennę, to wiedziała póki co tyle, ile wyciągnęła z pobieżnego przejrzenia dokumentów, i nic nie wzbudzało w niej tam wielkiego zaniepokojenia, ale zakładała, że Lestrange musi mieć jakieś powody. Może dlatego, że robiła coś tam dla towarzystwa, albo aurorzy dostali jakiś cynk, który nie dotarł do Brygady. RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Victoria Lestrange - 17.05.2026 Nie tak łatwo było zmusić skrzata do tego, żeby nie pomagał, tym bardziej, gdy czuły, że muszą i że to ich obowiązek i tak samo było ze Strzałką, która nie chciała słyszeć o tym, że ma stać i patrzeć jak Longbottom w pojedynkę kuca i zbiera papier, nawet jeśli to ona je upuściła. – S-strzałka po-pomoże, p-p-panienko – nie dawała za wygraną i część tych papierów podała Brennie sama, tworząc w teczce jeszcze większy bałagan. Victoria nie miała rzecz jasna prawa wiedzieć, co właśnie działo się w głowie Brenny, ale miała oczy i widziała chociaż tyle, że coś jest nie do końca w porządku, tylko nie wiedziała co dokładnie. Z początku założyła, że jej przyjaciółka jest po prostu wykończona – zresztą jak oni wszyscy – a teraz jeszcze zamiast odpoczywać, to przychodziła do niej z papierami na temat sprawy, o której sama jej zawracała głowę… I trochę czuła wyrzutów sumienia, ale z drugiej strony ta cholerna pustynna mandragora mogła się im wszystkim jeszcze przydać. – Tutaj? – Lestrange zmarszczyła lekko brwi i sama rozejrzała się po korytarzu, unosząc głowę i patrząc po ścianach i suficie w poszukiwaniu czegoś, czego zdecydowanie nie powinno tutaj być. – Hmm, nic tu chyba nie ma… Nie widziałam żadnych dziwnych rzeczy od miesiąca – znaczy od czasu poltergeista, który napsuł jej krwi bardzo mocno. – Strzałko, widziałaś tutaj coś? – N-nie, panienko. S-strzałka nic nie w-widziała, ani n-nie s-słyszała o-odkąd tutaj j-j-jest – padło w odpowiedzi, a wielkie oczy skrzata patrzyły to na jedną, to na drugą. – W porządku… Zrobisz nam dzbanek herbaty? – poprosiła, co spotkało się z kiwnięciem głowy i skrzatka domowa niemalże pobiegła do kuchni, a Victoria przyglądała się jeszcze chwilę Brennie. – Dægberht odwiedził mnie przedwczoraj, przyniósł mi syrop własnej roboty… Taki, po którym ma się zrobić milej, gdy będzie już zbyt trudno. Napijesz się go ze mną? – im wszystko było trudno, wszyscy byli zmęczeni… ale fakt faktem Victoria nie miewała omamów (a przynajmniej nie od kilku miesięcy). – Jadłaś coś? Poproszę Strzałkę, żeby nam coś przygotowała – chociaż tyle mogła zrobić, skoro Brenna po godzinach przychodziła do niej popracować nad kolejną sprawą. Sprawą, którą najwyraźniej zrzucono na nieopierzonych młodzików. – Chodzi o to, że badaliśmy tę mandragorę w lipcu i już wtedy zachowywała się dziwacznie. Mocno niestandardowo – mówiła, gdy szły po schodach na piętro, bo prowadziła je do salonu, gdzie powinno być im zdecydowanie wygodniej. I gdzie właśnie urzędowały oba koty Victorii, a jakże. – A dokładniej to żerowała na innych roślinach i to bardzo dosłownie, Brenn. Urosła w ekspresowym tempie, zjadła rośliny, z którymi była znaleziona w magazynie OMSHM-u, atakowała ludzi… Pomijając, że była ogromna… tak naprawdę ogromna, o wiele za duża niż klasyczna mandragora jaką mieliśmy na zielarstwie. Była trzymana w takiej wysokiej na dwa metry tubie, Brenn... Podejrzewam, że tak urosła przez te dziwne anomalie związane z roślinami, ale to nie tłumaczy dlaczego w wielkiej tubie z ziemią były dwie sztuki zamiast jednej i jedna była zjadana… wchłaniana… przez drugą. Czuć było od niej coś, czego nie powinno tam być. Nie wiem czy to czarna magia, ale podejrzewam że przy sadzonce ktoś eksperymentował nekromancją, a może chodzi o coś jeszcze innego. No i tak gigantyczny okaz nie mógł tak po prostu sobie zniknąć. Nas zaatakowała podczas badania i to nie tylko swoim wrzaskiem – to nie był… nieszkodliwy okaz. Pomijając, co krzyk dorosłej mandragory mógł zrobić z człowiekiem, to to, jak się zachowywała, było bardzo alarmujące. I to było w lipcu, a dwa miesiące później? Jak duża była teraz? RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Brenna Longbottom - 17.05.2026 Brenna nie próbowała walczyć ze Strzałką: wiedziała, że skrzaty bywają mocno specyficzne i pewnie gdyby upierała się, że ta nie może jej pomóc, to pewnie by ją unieszczęśliwiła. Sama w tej chwili nie była pewna, co się z nią dzieje. Nie wiedziała, czy rzucono na nią jakąś klątwę, czy zatruła się dymem, czy po prostu Spalona Noc zostawiła w niej jakąś traumę, a zmęczenie sprawiało, że zaczynała już halucynować na jawie. Początkowo zakładała, że to samo przejdzie po paru dniach, ale teraz, gdy zobaczyła ten ogień w ścianach… nagle zaczęła zastanawiać się, czy jednak nie szaleje: albo czy nie oberwała tamtej nocy jakimś dziwnym zaklęciem. Bo przecież klątwę ściągnęliby w szpitalu, prawda? – Taaak, wiem, to musiało mi się przewidzieć – skwitowała tylko, zanim ruszyła za Victorią z papierami. Położyła je na stoliku i przywitała się z Luną, bo Kwiatuszek chyba wolał przyjmować pieszczoty, kiedy sam się na nie zdecyduje, a potem, słuchając opowieści Lestrange, zaczęła porządkować zabrane akta i układać raport oraz zdjęcia i kopię dokumentacji wraz z informacjami dostarczonymi przez Abbottów. Nie było tego jakoś tak wiele. Brenna już co nieco wiedziała z tych papierzysk, ale opowieść Victorii i tak sprawiła, że pokręciła głową. – Biorąc pod uwagę, że madragora rozmiarów dziecka może zabić, ostatnie czego potrzebujemy to taka dwumetrowa i czarnomagiczna w dodatku. Ale z tego co mówisz, dla mnie najpewniejszy trop… to Towarzystwo. Czy ktoś w środku nie musiałby pomóc przy takiej kradzieży? – zapytała, przesuwając ku Victorii kartki z raportem, sporządzonym przez Brygadzistów, którzy mieli zajmować się tym śledztwem, a sama zaczęła jeszcze raz przyglądać się dokumentacji. – Możemy to przejrzeć. Mogłabym tam pójść i spróbować z widmowidzeniem, ale jeżeli nie stało się tam nic… drastycznego, to raczej nic nie da. – Ta zdolność, zwana niekiedy odczytem historycznym była straszliwie kapryśna. A z kolei aby podziałało coś wyciągnięcie z przedmiotu… to musiałby być istotny przedmiot. Choć zawsze mogli próbować. – Choć to się zobaczy, bo i tak powinnyśmy się rozejrzeć za śladami włamania. Znam Mirabellę, odkąd byłam mała, więc raczej nas tam wpuści, zwłaszcza jeżeli jej zależy na znalezieniu sprawców. Ale skoro należysz teraz do Towarzystwa, to pogadanie z nimi z twojej strony wydaje mi się najlepszym punktem zaczepienia. percepcja na analizę dokumentów [roll=PO] RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Victoria Lestrange - 19.05.2026 – Ile ostatnio śpisz, Brenn? – zapytała, patrząc na przyjaciółkę z wyrazem współczucia, ale też pewnego zrozumienia. Sama nie sypiała zbyt dużo, była przemęczona, wszyscy byli prawdę powiedziawszy, a braki snu powodowały pewne przywidzenia… słuchowe, wzrokowe… taki tryb życia nie był dobry dla nikogo, ale też obecnie nie mieli za bardzo wyjścia. Może więc wypicie tej herbaty z kilkoma kroplami syropu od Berhta chociaż odrobinę trosk ściągnie z ich barków? Choćby na chwilę. Fakt, Kwiatuszek tylko otworzył jedno, czujne oko, i łypnął na Brennę ze swojej doniczki, w której zwykle się mościł, po czym ziewnął przeciągle, za to Luna, jak zwykle rozpierana przez energię, gdy tylko zauważyła nowy element na horyzoncie, wystartowała ze swojego miejsca, gdzie drzemała i dwie sekundy później już się kręciła wokół nóg Brenny, domagając się całej atencji, jaką tylko mogłaby otrzymać. Mała czarna kulka nie potrzebowała wiele, by zacząć mruczeć i już chwilę później dawała ewidentne znaki, że najchętniej to by się pobawiła. – Technicznie chyba tak… Pytanie kiedy ta mandragora zaginęła, bo jeśli to było już po Spalonej, no to może złodzieje wykorzystali jakiś chaos związany z tym, jak bardzo to dotknęło być może członków towarzystwa i tak dalej? Pani Abbott napisała mi o tym dlatego, że kilka dni temu przyszło mi do głowy, by może jakoś porównać wyniki badań nad mandragorą z tym co się dzieje u nas w ogrodzie… czekaj, pokażę ci, co mi napisała dokładnie – i z tymi słowami Victoria teleportowała do swojej sypialni, żeby zabrać stamtąd list od Mirabelli. Mniej-więcej w tym samym czasie pojawiła się też skrzatka z dzbankiem herbaty i w ciszy rozkładała filiżanki na stoliku. Chwilę później Victoria wróciła z kopertą*, którą wręczyła Brennie, rzuciła jakąś dzwoniącą kocią zabawkę-myszkę Lunie, która zerwała się z miejsca i za nią pognała, i postawiła na stoliku flakonik z syropem od Flinta. Sięgnęła po raport, który wcześniej przysunęła do niej Brenna i na moment zapadła cisza, gdy szybko przebiegła go wzrokiem. – Trudno powiedzieć jak oni je w ogóle stamtąd wynieśli… Brenn, ta mandragora obudziła się jak tylko trochę wyciągnęliśmy ją z ziemi. Wrzask to jedno, ale ona ma też takie… witki… którymi jest w stanie bić dookoła i paraliżować ludzi – skrzywiła się na samo wspomnienie, bo transportowanie czegoś takiego nie było łatwe, a kradzież? – My je rozdzieliliśmy i siedziały potem w dwóch tubach, ale nie mam pojęcia skąd nagle wzięły się dwie, skoro jak przynieśli je do Towarzystwa, to była jedna. W każdym razie obie tuby są puste – więc technicznie to zaginęły dwie wielkie mandragory, a nie jedna, chociaż praktycznie nic to nie zmieniało, bo fakt pozostawał faktem. – Kto wie, może zdarzyło się tam coś drastycznego, wątpię, że były grzeczne – mruknęła. – Na pewno trzeba przejrzeć tamto miejsce. Wpuszczą nas, nie będą robić problemu. * list od Mirabelli RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Brenna Longbottom - 21.05.2026 – Za mało, ale czy jest w Ministerstwie ktoś, kto sypia wystarczająco? – spytała tylko retorycznie, wciąż uśmiechając się do Victorii. Nie było sensu zapewniać, że dba o wypoczynek, posiłki i sen, bo to już byłoby nazbyt oczywiste kłamstwo, ale też Brenna doskonale wiedziała, że nie jest w tym odosobniona. Jeżeli nie wszyscy, to niemal wszyscy działali teraz na pełnych obrotach, czy tego chcieli, czy nie, i obojętnie, jaki mieli stosunek do spraw mugolaków i ataków Voldemorta. Nawet jeśli ktoś uważał, że w sumie to eksterminacja takich jest przydatna, i pracował na zwykłym, urzędniczym stanowisku, nagle miał bardzo, bardzo dużo pracy. Chętnie pogłaskała Lunę, podrapała pod brodą i nawet pozwoliła, aby ta złapała łapkami jej palce w zabawie, ale nie mogła teraz poświęcić kociakowi tyle uwagi, ile chciała. Potrzebowała niestety i obu rąk, i pełnego skupienia, jeżeli miała z tych dokumentów cokolwiek wyciągnąć. – Uch. Uważasz, że te czarne kwiaty mogą mieć coś wspólnego z madragorą? – zastanowiła się, rozkładając dokumenty. – Jeżeli… jeśli faktycznie w tych zakopanych tam fiolkach była krew i jakaś czarna magia, to by chyba bardziej wskazywało na to, że użyto tego zjawiska rozrostu roślin w dwóch różnych sprawach, potencjalnie używając czarnej magii? Bo chyba pod tą madragorą nie mogliby zakopać czegoś takiego? – spytała, przesuwając palcami po skroniach, bo głowa bolała ją i na myśl o tym ogniu, który ledwo co widziała w ścianach, i zapewne od ciągłego stresu, i teraz od prób znalezienia sensu w tych wszystkich papierach. – Powinnam była bardziej przykładać się do zielarstwa – westchnęła jeszcze Brenna, spoglądając na zdjęcie tuby, w której podobno znajdowała się madragora. Czarne róże, madragory, ostatnio natykała się na tego typu rzeczy trochę za często i widziała wyraźnie braki w swojej wiedzy, ale jednocześnie nie było większych szans, aby znalazła czas na podszkolenie się naprawdę porządnie w tej dziedzinie. – Czyli wyniesiono o b i e tuby. Z tego co mówisz, to za duże, aby się z tym teleportować… Musieli je jakoś wynieść, przetransportować, załadować do czegoś. Nawet jak panowało tam zamieszanie, to chyba trzeba założyć, że najmniej ktoś ze środka mógł dostarczył informacji, świadomie albo nieświadomie – stwierdziła, przygryzając kciuk i przypatrując się zdjęciom oraz innym dokumentom. – Kto w ogóle wiedział o tych mandragorach? Tylko osoby, które tam wtedy były, czy całe towarzystwo? Cały OSMH czy tylko osoby powiązane z tym transportem? Czy spotkania towarzystwa się odbywają? Albo mogłabyś nie wiem, umówić się z jakimiś osobami stamtąd? Wiesz, chodzi mi nie o przesłuchanie najpierw, tylko próbę wyciągnięcia z nich czegoś przy… niezobowiązującej rozmowie. Może i szanse na powodzenie takiej strategii były niewielkie, ale zgrywać dobrego i złego glinę to jeszcze zdążą. – Okay, czyli… przeglądamy to do końca i próbujesz załatwić na możliwość wbicia na to miejsce zbrodni? RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Victoria Lestrange - 23.05.2026 Nie, nie było w Ministerstwie nikogo takiego, a na pewno nie w komórkach szybkiego reagowania, jak choćby w biurze brygadzistów czy aurorów. Wszyscy mieli masę roboty i tonę nadgodzin, i nikt chyba nawet nie oczekiwał, że to się szybko skończy, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń. Victoria też mało sypiała, ale teraz już nawet się nie łudziła i nie próbowała zasnąć bez wspomagaczy: codziennie przed snem piła eliksir nasenny, albo zapalała kadzidło, ale eliksiry zwykle działały szybciej. Nadal było to za mało, ale każdy potrzebował trochę snu raz na jakiś czas. I miała szczerą nadzieję, że Brenna również się nie wygłupia i po prostu kładzie się spać, kiedy miała taką możliwość, a nie forsowała się do upadłego, bo w tym zawodzie chroniczne niewyspanie oznaczało potencjalny uszczerbek na zdrowiu: swoim, a może nawet czyimś, o ile nie coś gorszego. – Nie bezpośrednio wspólnego – aż tak daleko nie szła w swoich botaniczno-nekromanckich teoriach. – Ale moim zdaniem za wzrost i rozrost jednego i drugiego odpowiadają te dziwne anomalie – i skrzywiła się lekko przy tym, bo i Brenna i Victoria doskonale wiedziały przecież co to oznaczało: zachwianą równowagę której miedzy innymi ona była powodem, wziąwszy nieintencjonalnie energię z Limbo. Energię, której prawdę mówiąc oddawać wcale nie chciała, bo po pierwsze Śmierciożercy nie oddadzą dobrowolnie tego, co sami zabrali, a po drugie to kto wie, może im się to jeszcze przyda (nawet jeśli Victoria nie testowała, w jaki sposób kontrolować tę nadmiarową energię, którą w sobie miała). – Chciałam zrobić może jakieś badania i porównać jedno i drugie – ale obecnie nie było to możliwe… a jedyna próbka, jaką udało im się pobrać w lipcu, została zniszczona (nawet jeśli „niechcący”, ale nie byłoby to słowo użyte przez Victorię) przez jedną z osób, która brała udział w tamtych badaniach. – Przy mandragorze używano nekromancji, może czarnej magii, a przy różach… Sama wiesz, coś tam jest mocno nie tak – zapach popiołu czuły przecież obie i to przed Spalona Nocą. – Sama pomyśl. OMSHM znajduje paczkę, w niej mała mandragora, która zeżarła wszystko inne, dostarczają to do Towarzystwa Herbologicznego, które dba o mandragorę, ta rośnie w zastraszającym tempie do olbrzymich rozmiarów, a w trakcie badania okazuje się, że ta jakoś… nie wiem. Podzieliła się w swojej gigantycznej donicy i jadła swoją córko-siostrę bliźniaczkę. Z jednej mamy dwie. I te róże w Maida Vale… wzięły się znikąd, wcześniej zostały wytępione. Wyniosłam jedną, jest tutaj – wskazała głową w stronę regału, na którym stała sobie donica z jedną, samotną, czarną różą, na którą Brenna mogła wcześniej nie zwrócić uwagi. – A kilka dni temu w oranżerii widziałam drugą taką donicę. I samotną różę. Znowu – ktoś z premedytacją sadził samotne róże w zajebiście starych donicach? Victoria tego nie wiedziała, ale skądś te róże musiały się brać. – Tuby zostały, wyniesiono ich zawartość i to jest właśnie problem, bo musieli je z tych tub wyciągnąć i przy tym jakimś cudem nie obudzić, albo poradzić sobie z ich wrzaskiem i gwałtownością, a potem jakoś przetransportować – Victoria skrzywiła się wyraźnie. – Potrzebowaliśmy sześciu czy siedmiu osób, żeby je od siebie rozdzielić do dwóch osobnych tub i uspokoić – przyznała z zamyśleniem, przygryzając przy tym usta, po czym westchnęła i nalała sobie i Brennie herbatę, po czym sięgnęła po flakonik od Flinta. – Chcesz? – zapytała Brennę, nie mając zamiaru dolewać jej żadnego syropu-eliksiru bez jej zgody, ale do swojej filiżanki odmierzyła dokładnie jedną kroplę i wymieszała wszystko łyżeczką. – Myślę, że wiedziały na pewno osoby, które tam pracują tak na co dzień i opiekują się roślinami w szklarni… A oprócz tego… No nie wiem czy dosłownie wszyscy członkowie Towarzystwa wiedzieli. Nie wiem nawet kto dokładnie należy do Towarzystwa, dołączyłam do niego dopiero w lipcu i poznałam tylko kilka osób – tych, które tam wtedy były. No, wiedziała, że Berht należał do Towarzystwa, ale nie było go wtedy w Anglii, nie wiedział nawet, że Victoria dołączyła do klubu, więc pewnie nie wiedział też nic o mandragorach. A inni? Zagadka. – OMSHM… Na spotkaniu Towarzystwa był wtedy Jonathan Selwyn i mówił, że jakaś jego pracownica została sparaliżowana, gdy odkryli przesyłkę… Chyba można założyć że wie całe OMSHM albo przynajmniej połowa, takie plotki pewnie się rozchodzą, że coś się wydarzyło z przesyłką w magazynie – przeglądała ten raport, starając się jakoś poukładać w głowie co się tam mogło potencjalnie stać, ilość osób, które coś wiedziały i ile z tego w ogóle było w raporcie… – Nie miałam za bardzo okazji się ze wszystkimi tam, wiesz, zakolegować… Sama wiesz, jak wyglądał mój lipiec i sierpień – sięgnęła po swoją filiżankę. – Ale myślę, że można po prostu porozmawiać tak nieoficjalnie z ludźmi, którzy tam pracują… Może coś słyszeli, albo chociaż jakieś plotki. RE: [19.09.72] Krzyczące kwiaty - Brenna Longbottom - 27.05.2026 W przypadku róż, Brenna może trochę na wyrost, zakładała ingerencję człowieka: ostatecznie nie zakopujesz w ziemi czarnomagicznego eliksiru, zawierającego krew i cuchnącego czarną magią, tylko ot tak, dla sportu, by sprawdzić, czy ktoś cię przyłapie. W wypadku madragory miała już większy problem. Czy ktoś kombinował przy czym za pomocą czarnej magii? – W porządku. Mamy więc kogoś, kto wiedział czego szuka, gdzie tego szuka, skoro było tak wielkie, miał przygotowany sposób na transport, musiał wiedzieć, że rośliny są agresywne i mieć pomysł, w jaki sposób je uspokoić. Prawie na pewno więc informator u kogoś związanego z towarzystwem albo OMSH, bo nawet jeżeli mógł dowiedzieć się o samej madragorze z plotek, to z tego co mówisz, nie dokonałby tego ktoś bez przygotowania… ani wiedzy przyrodniczej. Chyba że, i tu pytanie, czy to w ogóle możliwe, zwyczajnie je… uśmiercił i zabrał to co zostało? Wnioskując po tym, że z madragor robiło się eliksiry, to jakoś je cięto, i nawet jak wyglądały jak niemowlęta, były w istocie roślinami, nie ludźmi. Czy złodziej mógł więc na przykład je rozciąć albo zrobić coś, co uśmierci je w tubie, żeby potem zabrać resztki, takie nie drące się i nie wymachujące rączkami? Brenna nie miała ani zielonego, ani żadnego innego pojęcia, bo jej wiedza zielarska o zwykłych mandragorach ograniczała się do tego, że lepiej nie słuchać ich wrzasków. O takich czarnomagicznych to wiedziała jedno wielkie nic. – Dobra… gdyby trzeba było podpytać Jonathana o pracowników i to całe sparaliżowanie, to mogę ogarnąć – stwierdziła z zamyśleniem. Selwyn nic o tym nie wspominał, ale i czemu by miał: nie wydawało się, że to ma cokolwiek wspólnego czy z Zakonem, czy ze śmierciożercami, czy (przed kradzieżą) jest zadaniem dla funkcjonariuszy. – Myślę, że jeśli możesz spróbować pogadać z ludźmi, którzy tam pracują, to całkiem niezły początek, a potem spróbuje się jakoś wcisnąć w harmonogram obejrzenie miejsca zbrodni. Czy w ogóle masz pomysł do czego mogliby wykorzystać te wielkie, kanibalistyczne mandragory? W sensie do jakichś eliksirów? Czy raczej jako broń biologiczna? |