Secrets of London
[Marsz Praw Charłaków 1969] This place sucks - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Marsz Praw Charłaków 1969] This place sucks (/showthread.php?tid=6042)



[Marsz Praw Charłaków 1969] This place sucks - Deirdre Malfoy - 17.05.2026

Deirde założyła skórzane rękawiczki, zbiegając po schodach, czując kłucie w piersi. Jej koleżanka spiesząca obok niej niemal potknęła się o swoją magimedyczną szatę, wiążąc na jej froncie biały fartuch. Wszyscy studenci, którzy przeszli edukację z sytuacji kryzysowych, zostali wezwani do jednej sali wykładowej i przedstawiono im sytuację, która dla wielu była kompletnym zaskoczeniem. Uczestnicy Marszu Praw Charłaków zostali zaatakowani i św. Mung spodziewał się wielu ofiar z obu stron konfliktu, dlatego zostały wydzielone strefy pracy. Wszelkie dyskusje były ucinane w zarodku, a studenci podzieleni wedle swoich roczników i przydzieleni do swoich zwierzchników, przed którymi odpowiadali. Wszyscy otrzymali potrzebne wyposażenie do działania na oddziale i mieli ruszyć na miejsce.

Malfoyówna nie przewidziała takiego obrotu sprawy. Rano jej ojciec krytykował ideę marszu przy śniadaniu, uważając ją za idiotyczną, wszyscy wietrzyli przynajmniej kilku rannych, jak to w przypadku dużych zbiorowisk ideologicznych, kilka rozbitych witryn. Nikt nie spodziewał się tego. Z ogólnej mobilizacji medycznej jasne było, że dyplomowani medycy potrzebują wsparcia studentów ze względu na ilość przypadków i absolutną potencjalną losowość obrażeń. W przedstawionej odprawie usłyszeli, że rany będą wahały się od rozcięć i drobnych złamań, po ofiary stratowania, klątw i zaklęć, co mogło znaczyć cokolwiek, od oparzeń, po poprzestawiane kości w ciele i zniszczony układ krwionośny, w zależności od kreatywności napastników.

Studenci zostali przydzieleni do obrażeń powierzchownych i łatwiejszych, aby odciążyć dyplomowanych medyków w ich walce o życia, gdy oni będą zajmować się opuchliznami, pękniętymi żebrami czy zasklepianiem powierzchownych ran.

Deirdre była w środku swojej edukacji, więc została przydzielona na triage, gdzie miała oceniać obrażenia dostarczonych przez BUM, teleportujących się lub docierających w inny sposób pacjentów. 

Pierwszą osobą był starszy czarodziej z siwą brodą, przyprowadzony przez dwóch aurorów, utryzmujący, że znalazł się w tłumie przypadkiem. Nie był w stanie utrzymać równowagi. Miał rozległe oparzenia na lewej stronie szyi i twarzy, a jego szata była przepalona w kilku miejscach. Mężczyzna mówił składnie, ale skarżył się na duszności i zawroty głowy. Malfoyówna akurat zawiązywała chustkę, chowając swoje włosy pod nią. Zacisnęła supeł i zęby jednocześnie. Prędko przyczepiła mężczyźnie kolorowe oznaczenie, wskazujące jego miejsce do mniej doświadczonych uzdrowicieli.

Następna była młoda charłaczka została wniesiona na noszach przez ratowników BUM-u, cała roztrzęsiona i zapłakana. Nie miała widocznych ciężkich obrażeń poza rozciętym łukiem brwiowym i krwią na dłoniach, ale nie reagowała poprawnie na pytania, które zadawała jej Deirdre, potarzając w kółko, że zgubiła młodszego brata podczas paniki w tłumie. Jej źrenice były nierówne, a z tyłu głowy wyczuwało się opuchliznę. Deirdre podejrzewała wstrząśnienie mózgu albo uraz od uderzenia o bruk. Studenci wyznaczeni do transportu pacjentów przejęli ją, gdy tylko Deirdre oznaczyła ją jako pacjenta do natychmiastowej pomocy.

Młody chłopak został teleportowany wprost do sali przyjęć i zwymiotował na podłogę sekundę po pojawieniu się. Nie miał większych ran, ale jego prawa ręka była wykręcona pod dziwnym kątem, a palce poruszały się mimowolnie. Dzieciak w ogóle nie kontaktował, ale co kilka sekund tracił kontakt z rzeczywistością i patrzył przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Deirdre znała go, chociaż raczej przelotnie, był synem jednej z przyjaciółek jej mamy, chociaż nie mogła przypomnieć sobie, której. Wiedziała za to, że nie jest ofiarą ataku, a kimś, kto nie spodziewał się, że pośród charłaków będą ci, co chcą ich bronić. Przyczepiła mu oznaczenie natychmiastowej pomocy, ale do innej grupy, niż tam, gdzie trafiła charłaczka. Jeszcze ktoś z tamtych by go zaatakował.

Auror trafił na triage z krwią spływającą po czole i pękniętą różdżką wetkniętą za pasek. Zachowywał pełną świadomość, ale jego prawa ręka drżała tak mocno, że nie potrafił utrzymać kubka z wodą. Skóra na jego przedramieniu była pokryta czarnymi liniami przypominającymi popękane szkło. Deirdre nie była pewna, czy to efekt poparzenia magicznego, czy rozwijającej się klątwy, ale z racji na jego responsywność, wyznaczyła go do bezpiecznych obrażeń. Razem z aurorem do szpitala trafiła dwójka młodych mężczyzn, których Malfoyówna znała ze szkoły, którzy byli na tym samym roku i w tym samym domu, co ona. Oboje byli skuci magicznymi węzami.

Wyższy miał brzydką ranę na twarzy, podbite oko i robił grymas, gdy brał głębszy wdech, drugi zaś wyglądał, jakby ktoś uderzył go mocno w głowę, miał złamany nos i wybitą przednią jedynkę. To ostatnie odkryła, gdy uśmiechnął się szeroko na jej widok.

Maaalfoooy, jak dobrze cię widzieć. Co słychać?

—  Carrow, nie mam czasu. Weź dla mnie głęboki oddech. — Powiedziała do pacjenta, oglądając delikatnie jego nos. Zdecydowanie nie potrzebowali bezpośredniej pomocy medycznej, więc oboje dostali najniższy stopień, co w obecnym zamieszaniu oznaczało godziny czekania. Jej oznaczenie spotkało się z ogólnym jęczeniem dwójki, szybko opanowanym przez BUM-owca, który trzymał nad nimi piecze.