Secrets of London
[12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) (/showthread.php?tid=6044)



[12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) - Aaron Andrew Moody - 17.05.2026

Aaron Andrew Moody nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę, zaczął więc od wpakowania rąk do kieszeni.

Hej.

Nie słychać było, gdy wszedł do pokoju wspólnego. Co było dziwne, bo zwykle obwieszczał swoją obecność całkiem głośno. Przy Woodym gęba mu się nie zamykała, a gdy wrzeszczał na boisku, głos jego niósł się hen po błoniach: podobnie jak i radosny rechot, gdy znowu udało im się coś nabroić, naturalnie, umykając przed brojenia konsekwencjami. A jednak bez najlepszego przyjaciela obok, Aaron zawsze zdawał się zdecydowanie mniej wylewnym. Znikał szeroki uśmiech, którego wspomnienie można było dostrzec wyłącznie w zewnętrznych kącikach oczu: w liniach uśmiechu wypalonych przez lato, wiatr i nawyk patrzenia pod słońce, wtedy gdy ścigali się na miotłach. Spontaniczność ustepowała miejsca zachowaniom wyuczonym, zdecydowanie bardziej kontrolowanym. Na twarz powracał wyraz skupienia, może nawet powagi, a zmarszczone brwi czyniły go podobnym do despotycznego ojca, który wpoił w niego tę dyscyplinę. Być może to nie grube dywany tłumiły odgłos zbliżających się kroków. Może to Aaron po prostu stąpał lżej. Było w nim czasem coś z kota, który skrada się nisko na łapach. Jak gdyby chciał wbić pazury w zdobycz, w którą wbił wcześniej spojrzenie zielonych ślepi. Bo Aaron czuł, że wszystko musi wydrzeć życiu pazurami. Tak bardzo przyzwyczajony był do tej myśli, że bezwartościowym wydawało mu się to, co przychodziło zbyt łatwo. Miał wrażenie, że ludzie to wyczuwają. To dążenie, żeby zawsze przekraczać samego siebie. Wiele od siebie wymagał, a gdy oczekiwaniom tym nie potrafił sprostać, czuł się gorszym. Nie myślał o innych ludziach w takich samych kategoriach, w jakich myślał o sobie, a jednak trudno było nie odnieść wrażenia, że jest się przez Aarona osądzanym, gdy ten zaczynał się dystansować. Jego cisza nagle stawała się wrogą, uprzejmość mylona była z rezerwą, a bezpośredniość, którą ludzie zwykle uznawali za ujmującą, zyskiwała znamiona agresji. Nie chciał się wywyższać, tkwiła w nim jednak ta chorobliwa wiara to, że musi robić więcej, wciąż więcej, jak gdyby życie było niekończącą się listą rzeczy do odhaczenia. Siedem lat w szkole, potem trzy lata służby w brygadzie, egzaminy, kurs aurorski, jeszcze więcej egzaminów. Ale najpierw musiał jeszcze ogarnąć drużynę, stertę pracy domowej, życie towarzyskie, odpisać na list od matki, który tydzień już przeleżał na jego biurku, a potem...

"Aaron, wrzuć na luz", mówił Woody.

Wrzucenie na luz szlag trafił, bo Aaron musiał przeprowadzić kwalifikacje do drużyny qudditcha. Odpowiednio wcześnie, żeby wymyślić dobrą strategię na rozpoczynający się sezon, i zdążyć zapoznać z nią wszystkich nowych zawodników. Wszyscy mogli spróbować swoich sił, ale paru znajomych zaprosił osobiście. Chciał między innymi zobaczyć, jak Julian Bletchley próbuje swoich sił na miotle. Nie chodziło wyłącznie o talent (bo Woody latał w drużynie najlepiej ze wszystkich, czym chwalił się bardzo głośno, rzucając wszystkim wyzwanie, żeby wykręcili w powietrzu więcej beczek od niego, nie wyrzygawszy przy tym śniadania), ale o pewien rys charakteru, który dla drużyny mógł okazać się szczególnie wartościowym. Odwaga. Upór. Gotowość do podjęcia walki nawet wtedy, gdy przewaga przeciwnika zdaje się przytłaczającą. No i Julian był kolegą Woody'ego. Był też kolegą Aarona, ale Aaron zawsze miewał problemy ze stwierdzeniem, czy ludzie go realnie lubią, czy tylko tolerują. Niespecjalnie więc kwapił się poświęcać tej kwestii zbyt wiele myśli, nie podobało mu się bowiem, do jakich wniosków mógłby dojść. Zwłaszcza, że naprawdę dobrze się bawił, gdy tego lata wspólnie ćwiczyli latanie.

Tylko że nie dalej jak wczoraj Julian dostał szlaban, bo pobił się z jakimiś Ślizgonami, którzy ostro go zwyzywali. Pewnie, że dobrze zrobił, że wymierzył rasistowskiemu ścierwu fangę w nos. A jednak nie dość, że sam oberwał, dostał kilkudniowy szlaban, bo rzucał się potem przy belfrze, że to wszystko niesprawiedliwe. Niesprawiedliwym byłoby również, gdyby Aaron odwlekł kwalifikacje do drużyny z jego powodu, o czym dosyć szorstko poinformował kolegę w porze obiadowej. Głupio się złożyło. To przecież nie tak, że chciał zrobić przykrość Julkowi. Nie wiedział, dlaczego odburknął mu wcześniej znad książki o historii magii, gdy zobaczył, że tamten udaje się odpracować szlaban. Nic dziwnego, że atmosfera była między nimi napięta. Nie powinien obarczać go swoimi pretensjami. A jednak czuł się tak, jak gdyby wszyscy chcieli mu wszystko utrudniać. Nic nie mógł na to poradzić.

Wciąż uważam, że to głupie, że się z nimi biłeś.

Taki był właśnie Aaron. Prędzej by się zesrał, niż wyparł swoich przekonań. A jednak usiadł po chwili na podłodze obok Juliana, wypuściwszy powietrze nosem.

Uważam też, że to było odważne. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1513726d3fac01780f7a51a8acdbe2a4/556f2bc63d1d38cd-02/s1280x1920/4a04337448b27837d02a60a46f7e788757bccd89.jpg[/inny avek]


RE: [12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) - Julián Bletchley - 18.05.2026

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/a2/86/7a/a2867af88113736047f2cc112601766d.jpg[/inny avek]
Pokój wspólny Gryffindoru tonął w bursztynowym blasku późnego popołudnia. Ogień trzaskał w kominku ospale, a gdzieniegdzie rozlegały się urywane wybuchy śmiechu i prowadzone sprzeczki młodszych uczniów o zasady gry w gargulki. Jednocześnie dla młodego Gryfona wszystkie te odgłosy zlewały się w przytłumiony pomruk.

Napady… nie, naboje, nie, na Matkę, powstania goblinów z roku tysiąc siedemset osiemdziesiątego drugiego, pomyślał, kiedy pióro zastygło mu w dłoni w połowie słowa. Z końcówki gęsiego przyboru do pisania spłynęła ciężka kropla atramentu i rozlała się po pergaminie czarną, połyskującą plamą. Tego dnia nawet sama historia odmawiała posłuszeństwa ręce, która usiłowała ją spisać. Julian patrzył na nią z drętwieniem. Odnosił wrażenie, że obserwował własne życie, jak historię, której nikt nie pragnął poznać.

Pergamin wsparty był o wysłużony podręcznik historii magii, którym próbował się wspomagać. Litery natomiast rozmazywały mu się przed oczyma za każdym razem, gdy myśli powracały ku boisku za błoniami.

„Mugolski kundel.”
„Mieszańcy winni sprzątać sowiarnię, nie wałęsać się po zamku.”
Były chwile, a ta była właśnie jedną z nich, kiedy Julian zastanawiał się, czy ci, którzy pluli na jego krew, nie mieli w gruncie rzeczy racji. Dotknął językiem wnętrza policzka. Poczuł metaliczny smak krwi. Śliwka pod okiem pulsowała tępym bólem ilekroć marszczył brwi, a że od obiadu pozostawał nieprzerwanie naburmuszony, negatywne myśli zdążyły już zakorzenić się w nim na dobre. Jeszcze ta rozcięta warga...

Gdy Aaron usiadł obok niego na kamiennej posadzce, na której próbował właśnie sklejać resztki własnej dumy, Juluś posłał mu swoje uparte spojrzenie. Początkowo słowa chłopaka nawet nie dotarły do niego od razu. Musiały przedrzeć się przez mur gniewu i upokorzenia, jaki wzniósł wokół siebie, jednakże gdy wreszcie już przeniknęły, przyniosły jedynie gorzką irytację. Atmosfera między nimi od obiadu była napięta. Aaron miał swoje racje. Julian miał swoje. Żaden nie zamierzał odpuścić.
— A co miałem zrobić? Stać grzecznie i przytakiwać, jak nazywają moją matkę zdechłą mugolką? — odpowiedział, kiedy spojrzał na swoje dłonie. Drżały mu, toteż palce zacisnął mocniej na grzbiecie książki.


RE: [12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) - Aaron Andrew Moody - 31.05.2026

Aaron skrzywił się, słysząc jak Julian przywołuje rzuconą w jego stronę obelgę. Trudno było nie uczuć gniewu, gdy słyszało się takie rzeczy. Opanował się jednak, bo w tej chwili najważniejsza była rozmowa z Julianem.

No tak, rzucanie się na nich z pięściami na oczach wszystkich na pewno było lepszym rozwiązaniem – zauważył sucho. – Myślisz, że teraz wyglądasz na twardziela? – Aaron pokazał na otaczający podbite oko siniak, ciemniejący powoli na twarzy Julka. Nic dziwnego, w pojedynkę rzucił się na trzech starszych uczniów. Szorstką była troska, która wybrzmiała w jego głosie. A jednak niewątpliwie była to troska. – Pobili cię, stary. Nie mówię tylko o twarzy.Obita duma bolała o wiele gorzej.Namieszali ci w głowie, a to jest jeszcze gorsze. To, że pozwoliłeś, żeby ruszyło cię to, co gada to ścierwo.

Nie było nic gorszego niż to. Gdy ktoś zdołał przeniknąć do wnętrza twojej głowy. Wiedział, że potężni czarnoksiężnicy są w stanie dokonać tego za pomocą legilimencji, ale nie potrzeba było przecież magii, żeby na kogoś wpłynąć. Jakie to było głupie, że wyrzucał sobie na przykład, że nie został prefektem! Ojciec strasznie go o to maglował, chociaż Aaron prefektury wcale nie chciał. Nie wyobrażał sobie gorszej fuchy, a pomagał przecież w wakacje na budowie u stryjka… A jednak poczuł się zawiedzionym, gdy nie otrzymał odznaki. Nie znosił tego uczucia. Tego, że żałował utraty czegoś, czego nigdy w pierwszym miejscu nie chciał, dlatego tylko, że w głowie słyszał głos powtarzający mu, że jest porażką. Żeby był to chociaż głos ojca, ale nie, głos był jego własnym. W którymś momencie różnica się zatarła, dawno już przestał się zastanawiać, w którym. Wiedział jedynie, że zinternalizować cudzy głos było niebezpiecznym. Wystarczyło spojrzeć na chłopaków, z którymi pobił się Julian. Wytrącili go z równowagi, sprowokowali do konfrontacji na własnych warunkach… Zostawili go nie tyle z podbitym okiem, co z poczuciem upokorzenia i bezsilności.

To nie tak, że Aaron wzdragał się przed przemocą.

W jego oczach Julian popełnił błąd nie dlatego, że uderzył, ale dlatego, że pozwolił komuś innemu zdecydować, kiedy, i jak to zrobi. Aaron prawdopodobnie nie zrobiłby tym chłopakom niczego na oczach nauczyciela. Nie rzuciłby się na nich w impulsie. Nie dlatego, że się bał, lecz dlatego, że uważał to za marną strategię. Nie pozwoliłby sobie na utratę kontroli. Nie, Aaron uczył się na własnych błędach. Skończył w tym roku szesnaście lat, więc miał się już za wielce dorosłego, a przynajmniej na takiego chciał pozować. Zapamiętałby nazwiska tych chłopaków, wywiedziałby się, z kim trzymają. Gdzie bywają. Czego się boją. Zaczekałby na odpowiedni moment, taki, w którym przewaga należałaby do niego. Zrobiłby to tak, żeby pamiętali o tym długo, ale jednocześnie tak, żeby samemu uniknąć konsekwencji.

Julian działał impulsywnie. Aaron działał systemowo.

Przewrócił kartki leżącej przed Julianem książki do historii magii, jak gdyby chciał zorientować się w temacie, który chłopak akurat przerabiał. Ach, bunty goblinów. Rzeczywiście, dużo mówiło się o nich na czwartym roku. Postukał palcem w nagłówek rozdziału.

Nihil novi. Nic nowego.

Było takie powiedzenie, że społeczeństwa nieznające własnej historii są skazane na jej powtarzanie. Bo wszystko w historii się przecież powtarzało. Cywilizacje powstawały i upadały w niekończącym się cyklu plag, wojen i przewrotów. Czym dyskryminacja goblinów różniła się od rasizmu wobec mugolaków i ludzi niemagicznych? Czym od pogardy wobec wilkołaków? To nie były osobne zjawiska, lecz kolejne odsłony tego samego mechanizmu nienawiści. Nienawiści wobec wszystkiego, co uznane za obce albo zwyczajnie odmienne. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1513726d3fac01780f7a51a8acdbe2a4/556f2bc63d1d38cd-02/s1280x1920/4a04337448b27837d02a60a46f7e788757bccd89.jpg[/inny avek]


RE: [12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) - Julián Bletchley - 26.07.2026

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/a2/86/7a/a2867af88113736047f2cc112601766d.jpg[/inny avek]
— Andy, no to co miałem kurwa zrobić? — warknął, powtarzając się. — Niech sobie zapamiętają, że następnym razem dwa razy się zastanowić zanim znowu otworzą mordy. Gdybym nic nie zrobił, dopiero wyszedłbym na frajera — splótł ręce na piersi, mimo że bardziej przypominało to próbę ukrycia drżenia dłoni niż oznakę pewności siebie. — Zresztą… co ty możesz o tym wiedzieć?
To było poniżej pasa. Juluś wiedział o tym w tej samej chwili, w której słowa opuściły jego usta, jednakże… nie zamierzał ich cofać. Zbyt długo tłumił w sobie wściekłość, żeby nagle zacząć ważyć każde zdanie.

Jednocześnie nie wiedział jednak, że za lodowatą powściągliwością Aarona nie kryła się pogarda, lecz troska, którą niektórzy ludzie potrafili okazywać wyłącznie poprzez napomnienia i surowe słowa. Julian nie miał dostępu do tego, co skrywało się za jego spojrzeniem, nie potrafił odczytać myśli, których tamten nigdy nie wypowiedział. Docierały do niego jedynie kolejne wyrzuty, kolejne uwagi, kolejne przypomnienia o błędach, jak gdyby całe jego istnienie sprowadzało się do listy przewinień spisanej cudzą ręką.

Był jak zwierzę zapędzone do kąta. Każde słowo odbierał jak następny cios, więc odpowiadał jedynym sposobem, jaki w tamtej chwili znał — gryzł zanim ktoś zdążyłby uderzyć pierwszy. Mugolski kundel, ponownie przemknęło się przez jego umysł.

Następnie wzdrygnął się, gdy Aaron stuknął palcem w rozdział o buntach goblinów. Zawahał się, czy w ogóle odpowiadać. Gniew wciąż burzył się w nim jak wrzątek w czajniku, gotowy gwizdnąć i wypierdolić wszystkiemu dookoła. Oparł głowę o oprawę kominka, czując, jak ciepło ognia grzało mu plecy przez koszulkę.
— A to… — machnął ręką w stronę książki historii. — To wszystko pierdolenie. Bunty goblinów, czysta krew, rasistowskie bzdury. Słyszysz to na lekcjach i myślisz „co za durnie, przecież to było wieki temu, ludzie są głupi”, a potem idziesz na korytarz i to samo słyszysz na swój temat, tylko słowa są inne. I nic się nie zmieniło. Nic — głos mu się załamał.


RE: [12.09.1937, Hogwart] Rzecz o historii magii (i jak łatwo ją przekłamać) - Aaron Andrew Moody - 01.08.2026

Nie rozumiesz? — Niespodziewanie cichym był głos Aarona, który nagle wydał się dziwnie przejętym. Była w nim jakaś surowa zaciętość, gdy zajrzał Julianowi w twarz. Jego wrażliwość miała brzegi tak ostre, że można się było o nią pokaleczyć, widać było jednak, że mówi z serca. — Takim ludziom zależy tylko na tym, żeby pociągnąć cię z sobą na dno.
"Gdybym nic nie zrobił, dopiero wyszedłbym na frajera."
Aaron chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zamarł.
"Zresztą… Co ty możesz o tym wiedzieć?"
Nie odpowiedział. Przez chwilę po prostu przypatrywał się koledze w milczeniu.
Masz rację, Julianie, pomyślał spokojnie. Nie wiem, jak to jest czuć się poniżonym. Nie wiem, jak to jest, bić się w obronie sprawy. A już na pewno nic nie wiem o tym, jak to jest, gdy bije silniejszy.
Ojciec nauczył go przecież, że siła nie polega na słuszności, ale na zdolności przetrwania i narzucenia własnych warunków. Może dlatego Aaron nigdy nie próbował mu się stawiać, gdy go tłukł. Wolał skupić się na przepraszaniu ojca za to, że żyje, licząc, że ten prędzej odpuści. Na tym polegało przetrwanie. Podczas bezsennych nocy, gdy przewracał się poobijany z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji, zastanawiał się, czy czyni go to wszystko tchórzem. Jasne, każdy ojciec sprawiał czasem manto synowi, ale nie każdy ojciec był łowcą czarnoksiężników. Być może to sprawiało mu w tym wszystkim największy problem: pogodzenie obrazu ojca-bohatera z obrazem ojca-kata. Zrozumiałby przecież, gdyby kara mu się należała. Czasem nawet wmawiał sobie, że tak było, chociaż nie umiał doszukać się przewinienia. Być może coś odpyskował. Być może krzywo spojrzał na ojca przy kolacji. Być może za głośno oddychał. Z pewnością coś przeskrobał, powtarzał sobie, inaczej matka stanęłaby w jego obronie, nigdy jednak nie usłyszał z jej strony choćby słowa protestu.
Ojciec nie mógł się mylić. Inaczej musiałby samego siebie wtrącić do za kratki. Statystycznie od 50% do 68% osadzonych w Azkabanie doświadczyło w dzieciństwie przemocy domowej. A więc gorzej niż w rzucie monetą, myślał sobie. Aaron Andrew Moody obciążony był statystyką. Czasem zastanawiał się, czy to go skrzywi. Czy będzie kiedyś tłukł dziewczynę, którą weźmie za żonę? Czy będzie bił własne dzieci? Orzeł czy reszka?
Aaron nie był głupi. Wiedział, że mu odwalało. Wiedział, że nie powinien usprawiedliwiać ojca.
Wiedział, że powinien mu się postawić.
Wciąż jednak ojciec pozostawał ojcem. Bać się ojca było rzeczą naturalną. Ojciec dyscyplinował, ojciec nadawał bieg domowemu życiu; Aaron nie potrzebował ojca, który rozpieszcza. Przyjąłby z godnością razy jego dyscypliny, gdyby granice między tym, co dozwolone, a tym, co warunkowało karę, były jasno wytyczone, tyle że granice nigdy jasnymi nie były. Pewne zasady Aaron wpojone miał jednak bardzo głęboko — rodzicowi należał się szacunek z samej racji bycia rodzicem. Synowi nie wolno było się postawić. Nie wolno było mu podnieść ręki na ojca. Gdyby to zrobiłby, jak mógłby nazywać się synem? Gdyby to zrobił, matka nigdy by się już do niego nie odezwała. Gdyby to zrobił, z pewnością zawaliłby się świat, a jako pierwsze runęłyby mury Azkabanu.
Nie mógł do tego dopuścić.
Może dlatego po prostu milczał.
Przez głowę przemknęło mu wiele myśli, sposobów, na jakie mógłby się odgryźć. Bo przecież w tym wszystkim najbardziej zabolało go nie to, że Julian wziął go za zadufanego w sobie mądralę. Najbardziej zabolało to, że gdyby się dowiedział, mógłby wziąć Aarona za tchórza. Tchórzostwo ugodziłoby w jego dumę najbardziej, bo nie mógłby wtedy nazywać się przyjacielem Woody'ego, z którym już w dzieciństwie ryczał zgodnie "śmierć przed hańbą", przeganiając ptaki z okolicznych zagajników, gdy bawili się w oblężenie Warowni. Nie mógłby nosić z dumą krawata w barwach Gryffindoru, szczycić przynależnością do domu, który wybrał, nie chcąc słyszeć innych propozycji tiary przydziału. Nie mógłby nawet spojrzeć w lustro.
Przez głowę przemknęło mu wiele myśli, nie sięgnął jednak po żadną z nich. Nie ubrał ich w słowa. Bał się destrukcyjnego potencjału, jaki jego słowa mogły nieść. Bał się w takich momentach samego siebie. Aaron zastanawiał się, czy to także czyni go tchórzem.
Wiem tylko, że wolałbym już, żeby zwyzywali mi matkę, niż mówili do mnie "Andy" — wykrzywił paskudnie się do Juliana po chwili ciszy, miną wyrażając, co myśli na temat przywołanej przez niego ksywki.
Jego żart był lekkim. Był potrzebnym, żeby z ramiona Aarona zniknęło napięcie, a pojawiła się znajoma pewność siebie. Był potrzebnym, aby oboje wrócili do normalności wyrażonej wspólnym siedzeniem po turecku obok kominka. Nie wybaczyłby sobie, gdyby jego własne ego sprawiło, że skrzywdziłby kogoś, na kim mu zależy. Julian miał prawo być wściekły: wciąż jeszcze przeżywał wszystko, co się stało. Jakim Aaron byłby kolegą, gdyby obrażał się za prawdę rzuconą mu w twarz? Bo było to prawdą, że nie doświadczał tego, co Julian. Nie stykał się z jawnymi przejawami rasizmu, a w jego sytuacji bardziej dotkliwymi zdawały się różnice natury klasowej, a jednak był świadomy istnienia problemu: tym bardziej chciał być z Bletchleyem solidarny.
Jak na moje — stwierdził Moody, w milczeniu wysłuchawszy całej tyrady kolegi — właśnie wyliczyłeś najważniejsze argumenty przemawiające za tym, że to nie jest tylko pierdolenie. Jak myślisz, dlaczego nic się nie zmienia? Nic się nie zmienia, bo nie wyciągamy z historii właściwych wniosków.
Choć początkowo chciał po prostu odciągnąć myśli kolegi od bójki, widocznie się ożywił.
Właśnie dlatego się uczę, wiesz. Właśnie dlatego to jest dla mnie tak ważne. Nie chcę powtarzać tych samych błędów. Ja zamierzam zmienić bieg historii. — Nieoczekiwany uśmiech rozlał się na jego twarzy, poblask ognia trzaskającego w kominku zatańczył na dnie ciemnozielonych oczu. Szkoda, że Aaron uśmiechał się tak rzadko. Jego uśmiech był jak pożoga, która pochłania wszystko na swojej drodze: niebezpieczny, szalenie niebezpieczny, a jednak nie sposób było odwrócić od niego wzroku. Tak musieli patrzeć Rzymianie na płonącą Kartaginę. Był to bowiem uśmiech triumfalny, przypominający o tym, że wszystko jest możliwe, a świat, choć wielki, pozostaje na wyciągnięcie ręki. Była w nim naiwność młodzieńca, owszem. Była w nim też siła męża. — Pytanie brzmi, czy chcesz zmienić ją ze mną. Czy pozwolisz tamtym zgnić w perspektywie dziejów, czy dasz im władzę, aby pisali dalej twój życiorys. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1513726d3fac01780f7a51a8acdbe2a4/556f2bc63d1d38cd-02/s1280x1920/4a04337448b27837d02a60a46f7e788757bccd89.jpg[/inny avek]