Secrets of London
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki (/showthread.php?tid=6052)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18


[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Baba Jaga - 20.05.2026

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - The Edge - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie Badacz Tajemnic II

— Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki —



Nad wejściem do restauracji błyszczał wielki, złocisty napis "Zaklęta Łyżeczka". W jego towarzystwie natomiast wisiał szyld, przedstawiający złotą łyżeczkę deserową, która bujając się na boki, dotykała co jakiś czas znajdującego się obok niej ciastka i ,niczym za dotknięciem magicznej różdżki, zmieniała je na inne. Ciasto z kremem, szarlotka, deser w salaterce… jedno przeskakiwało powoli w drugie, w nieskończonej gonitwie i jednocześnie przyciągając spojrzenia przechodniów ruchem. Tych natomiast trochę było, bo była przecież sobota, dzień wolny, więc każdy mógł przyjść, zapoznać się z wnętrzem i poczuć w nim jak w domu. Przynajmniej tak to wszystko planował Bertie Bott.

Wejście stało otworem; drzwi zostały zablokowane, gdzieś obok znajdowała się informacja o Wielkim Otwarciu. Dołączono do tego balony, świeże rośny w donicach, które zieleniły fasadę i sprawiały, że ta wyglądała mniej smętnie w jesiennych klimatach. Po wejściu można było natrafić na kelnera lub kelnerkę, którzy odprowadzali do stolików. Pojedyncze osoby sadzane były przy wolnych miejscach, a dla większych grup starano się znaleźć wspólny stolik.

Gości prowadzono od wejścia dalej, przez krótki przedsionek, którego drzwi prowadziły do właściwej sali restauracyjnej. Do wnętrza wpadało barwne światło, bo okna zostały częściowo przeszklone witrażami, a stoliki można było znaleźć w różnych rozmiarach; tak samo dla par, jak i wieloosobowych grup. Parę kroków od wejścia znajdowały się też schody, którymi można było udać się na piętro, gdzie znajdowały się miejsca zapewniające nieco więcej prywatności; przestrzeń została przedzielona kolumnami, a gdzieniegdzie znajdowały się między nimi przepierzenia. Na miejsce na piętrze mogły liczyć osoby, które znały Bertiego Botta nieco bliżej.

Serwowane dzisiejszego dnia menu było okrojone specjalnie na tę okazję. Wybrano parę potraw, a serwowane one były w małych porcjach, które sprzyjały zaznajomieniu się z nimi, ale pozwalały uniknąć przejedzenia. Można było więc spróbować wszystkiego po kolei i nie cierpieć na ból brzucha. Każdemu odwiedzającemu pozwalano wylosować upominek, będący tajemniczym opakowaniem słodyczy, przygotowanych przez Bertiego Botta. Aby to zrobić, należało włożyć rękę do kosza, którego otwór został zaklęty tak, by nie dało się podglądać co było w środku.

Pośród tego wszystkiego był Bertie Bott; uśmiechnięty, elegancko ubrany i gotowy na ten wielki dzień. Witał każdego gościa, krążąc od stolika do stolika i oddając się przelotnym rozmowom. To był niewątpliwie jego dzień, ale gotowy był oddać całą glorię i chwałę w ręce odwiedzających, w końcu bez nich Zaklętej Łyżeczki w ogóle nie było!


— Menu —

Zupy

  • Brązowa zupa windsorska — zupa wołowo-jagnięca, podawana z kaszą jęczmienną. Niektórzy mówią, że to danie rodziny królewskiej, ale nie ważne jak stoi prawda, jedzący i tak poczuje się w centrum uwagi.
  • Zupa warzywna — zagęszczony częściowo blendowanymi warzywami i podawany z grzankami. Sprzyja mówieniu tego, co ma się na myśli.

Dania

  • Zapiekanka pasterska — potrawka z mielonego mięsa jagnięcego z dodatkiem warzyw, przykryta ziemniaczanym purée i zapieczona. Pełen serca posiłek, po którym docenia się bardziej swoich bliskich.
  • Niedzielna pieczeń — pieczone mięso (do wyboru wołowina lub kurczak), yorkshire pudding, warzywa oraz sos. Sycący i sprawiający, że jesteśmy gotowi na wszelkie przeciwności losu.

Desery

  • Jabłkowy zawrót głowy — tradycyjna tarta z jabłkami, podawana z bitą śmietaną i gałką lodów waniliowych. Uspokaja nerwy.
  • Trifle — deser składający się z warstw; ciasta biszkoptowego nasączonego winem Chateaux des Dragones, galaretki owocowej z owocami, sosu z cukrem i wodą różaną. Całość zwieńczona jest bitą śmietaną. Osładza życie i przywołuje wspomnienia dzieciństwa.

Napoje

  • Piwo raptuśnikowe — przyjemnie musujące i łaskoczące podniebienie, sprawia że pijącemu polepsza się humor. Śmieje się częściej i rzuca żartami jak z rękawa.
  • Smoczy grzaniec — na bazie wina z winnicy Chateaux des Dragones. Pobudza zmysły i sprawia, że pijącemu robi się przyjemnie ciepło. Uwaga, odradza się picia duszkiem, gdyż może wywołać puszczanie pary nosem.
  • Nalewka babuni — o smaku wiśniowym lub ziołowym. Wzmocni ciało i umysł, sprawiając że pijący ma ochotę wspominać stare, dobre czasy. Bo kiedyś to było…
  • Soki — o smaku jabłkowym i gruszkowym, prosto z sadów Doliny Godryka. Czai się w nich nutka melancholii, sprawiająca że w pijących budzi się troska o drugiego człowieka.
  • Herbata — ziołowa, czarna, owocowa. Tradycyjny napój, poprawiający samopoczucie i skłaniający do zwierzeń.

*Potrawy można poprosić w wersji wegetariańskiej i bez laktozy, należy jednak wspomnieć o tym przy zamówieniu.

  • Każda postać która pojawi się w temacie, może rzucić kością z wykrzyknikiem, !Słodycze Bertiego. Zawiera ona paczuszki ze słodyczami, które rozdawane są każdemu wizytującemu. Rzucić można tylko raz na postać.
  • Jeśli potrzebujecie pomocnej dłoni czy towarzysza do pisania, nie bójcie zagadać się do Bertiego, od tego jest żeby swoim klientom pomóc i ucieszyć do nich buzie. Jeśli natomiast marzy wam się, by ktoś odegrał dla was jakiegoś npc typu kelnerka/ ciocia/ przypadkowy odwiedzający usadzony z wami przy stole, również jestem do waszej dyspozycji, ale dla spokojności ducha dajcie mi znać, bo czasem nie umiem patrzeć.
  • W przypadku wylosowania słodyczy, które w jakiś sposób nachodzą efektem na już posiadane przewagi, można poprosić mnie o wymienienie ich.
  • Pić mogą państwo do woli, ale uprasza się o wybranie tylko jednej zupy, dania i deseru z karty.
  • Cała impreza jest zorganizowana tak, że każdy może się na niej pojawić, bez rezerwacji miejsc i zapowiedzi. Przyjść z ulicy, jak kto woli.
  • Pamiętajcie proszę, że jest to impreza towarzyska i podlega zasadom opisanym w ich temacie.
  • Całość imprezy trwa od dzisiaj do końca sierpnia.



RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Alastor Moody - 20.05.2026

Istniała spora szansa, że na własne wesele Alastor Moody nie ubrałby się tak korzystnie, jak na otwarcie restauracji Bertiego Botta. Ba, nie gońcie go za to za mocno, ale o ile przy imprezach rodzinnych nieszczególnie intensywnie myślał o braniu urlopu, a i nieczęsto robił to dla własnej dziewczyny, dzisiejszego dnia zjawił się w Zaklętej Łyżeczce w czymś innym niż mundur Aurora.

Pewne elementy jego aparycji zostały zachowane.

Nie wstawisz sobie przecież na imprezę przyjaciela nowych zębów, ani nie kupisz butów innych niż te, które wyglądają jakbyś miał zaraz iść na mugolski poligon, kiedy dno twojej sakiewki świeci pustkami, ale...

Wyglądał dzisiaj łagodniej niż zwykle.

Możesz powiedzieć: zabiję dla ciebie, zaduszę twych wrogów, pokonam każdego, kto chciałby cię skrzywdzić w tych cholernie niespokojnych czasach. Ale mogłeś też powiedzieć: będę dla ciebie dobry, uprasuję elegancką koszulę w kaczki, którą dałeś mi kiedyś na urodziny, umyję się, użyję resztki wody kolońskiej i przyjdę. Nie było tak, że musiał robić tu za sztuczny tłum – bo to był Bertie kurwa Bott – ale za tłum najbliższy sercu wypadało robić, albo można było darować sobie nazywanie samego siebie przyjacielem.

Więc przyszedł. Szedł Pokątną bardzo pewnym siebie krokiem, ale przy samej restauracji nieco zwolnił. Nie było to wywołane zwątpieniem (a gdzieżby!) czy brakiem pewności siebie. Alastor zwyczajnie upajał się widokiem zainteresowania, jakie zdążyło już narosnąć wokół Zaklętej Łyżeczki i Bott mógł zobaczyć przez okienko, jak Alastor zatrzymuje się nieopodal, mierzy fasadę budynku wzrokiem i nieudolnie maskuje łzy wzruszenia, wyraźnie poruszony. Zachowywał się trochę, jakby widział to miejsce pierwszy raz, ale tak przecież nie było.


RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Kożuch - 21.05.2026

Kożuch szanował Bertiego Botta. Nie jako człowieka, rzecz jasna, bo ludzi szanował mniej więcej podobnie, jak psy z krótkimi mordami. Szacunkiem darzył jego twórczość. A konkretniej czekoladę. Czekolada była bowiem jednym z największych osiągnięć magicznej cywilizacji zaraz obok ogrzewanych rur i kocimiętki. Psy jej nienawidziły. Psy po niej zdychały. Kożuch uważał to za wyjątkowo eleganckie rozwiązanie problemu psów. Dlatego tylko kiedy tylko usłyszał, że Bott otwiera własną restaurację, a przy okazji organizuje darmowy poczęstunek, zadek zaczął mu drżeć z podniecenia. Gdy zaś dotarło do niego, że wśród darmowych rzeczy znajdować się będą również napoje wyskokowe, sprawa była już przesądzona. Nie miał zamiaru przepuścić takiej okazji obok wąsów. Człowiek jeśli rozdawał alkohol za darmo, należało przynajmniej okazać mu elementarny szacunek i pojawić się osobiście.

Z tej okazji Kożuch postanowił nawet się przygotować. Z samego rana odbył szbyki prysznic nad rynną odpływową przy rogu jednej z kamienic. Woda była lodowata, za to nie śmierdziała rdzą. W końcu była to kamienica na Pokątnej, a nie na Nokturnie. Futro odzyskało odrobinę dawnej bieli, niewiele ale zawsze coś. Kożuch otrzepał się potem z godnością tonącego szczura i przez chwilę siedział nieruchomo na murku, liżąc łapy z taką powagom, jakby przygotowywał się do wizyty w ministerstwie. Na ogół, kołtuny w sierści niespecjalnie mu przeszkadzały. Bywały wręcz użyteczne. Dzieciaki rzadziej wyciągały do niego swoje żałosne witki, kiedy wyglądał jak coś wyciągniętego hakiem z kanału. Kożuch nie cierpiał dzieci. Pachniały mlekiem w proszku, lepikiem i impulsywną potrzebą dotykania wszystkiego, czego nie powinny. Mimo wszystko dzisiaj kocmołuchem być mu się zwyczajnie nie opłacało. Brudas szybko wylądowałby za drzwiami. A wtedy pozostałoby już tylko siedzieć pod ścianą i czekać, aż wydarzenie dobiegnie końca, a wszystko co niedojedzone i niedopite trafi do miski Kożucha, czyli na śmietnik. Oczywiście miał w tej dziedzinie ogromne doświadczenie i pewną zawodową dumę, ale świeże i ciepłe zawsze było lepsze niż zimne i przeżute przez cudze dłonie.

Przez chwilę kręcił się wokół wejścia, obserwując ludzi wpływających do środka. Pachnieli perfumami, świeżo wyprasowanymi szatami i pieniędzmi. Kożuch znał ten zapach, bo zwykle zwiastował obecność osób naiwnych, a naiwni ludzie stanowili najkrótszą drogę do darmowego jedzenia. Potrzebował tylko swojego biletu do środka. Usiadł więc tuż obok wejścia i rozpoczął polowanie. Kożuch uniósł łeb i zamiauczał przeciągle, wyciągając z gardła najwyższe częstotliwości, na jakie było go stać. Brzmiało to mniej więcej jak konający akordeon, ale doświadczenie nauczyło go, że ludzie interpretowali podobne dźwięki jako “biedny kotek”. Zwłaszcza damy. Zwłaszcza po dwóch kieliszkach wina. A kiedy tylko łapał z którymś przechodniem kontakt wzrokowy, natychmiast rozpoczynał przedstawienie. Wyprężał grzbiet, przeciągał się leniwie i ocierał bokiem o najbliższy narożnik, roztaczając wokół siebie cały ten żałosny, lecz skuteczny koci czar. Mrużył przy tym ślepia z udawaną łagodnością, choć w rzeczywistości kalkulował już, kto wygląda na wystarczająco miękkiego, by przemycić go do środka. Bo Kożuch znał ludzi. Wiedział, że wystarczy kilka żałosnych miauknięć i odpowiednio smutna mina, a człowiek sam zacznie sobie dopowiadać historię. A potem taki idiota otwierał drzwi. I właśnie na to Kożuch cierpliwie czekał.




RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Woody Tarpaulin - 27.05.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=JsqvV7K.png[/inny avek]Woody Tarpaulin rzecz jasna o otwarciu Zaklętej Łyżeczki słyszał — nasłuchiwanie plotek z Londynu było częścią jego pracy jako człowieka poinformowanego o tym, co w trawie piszczy. Nie ciągnęło go tam początkowo. Bertiego Botta zawsze uważał za równego gościa. Bott trzymał się z Moodymi, więc zły być nie mógł, i jakoś mu tak uczciwie z oczu patrzyło.
A co by tam Woody Tarpaulin mógł w Zaklętej Łyżeczce robić? Ano wypadałoby ponarzekać, że do kuchni Lewisa to się nie umywa, choćby z honorowego poczucia lojalności — lecz jaka to radość umniejszać dobremu człowiekowi?
Siedział u siebie, miał tu zajęcie. Tego popołudnia ruch w Rejwachu był, jak najbardziej, lecz ino Woody zobaczył, że Zenon wychodzi, i tak go zaczepił. Załatwienie spraw z Kozłem było świetną wymówką, aby chwilowo czmychnąć od zdziadziałego pijaka z parchatym nosem, który rozwijał właśnie, wisząc nad ladą, historie swojej młodości. Czynił to tutaj każdego tygodnia i nieważne jak bardzo Woody by nie szanował deklaracji, że dziad był w 1900 roku porucznikiem mugolskiego wojska w bitwie na wzgórzach Tugela, to już mu te krwawe afrykańskie opowieści wychodziły uszami.
Gdzie cię, Mr Zenon, wywiewa, co?
I wtedy się dowiedział od Zenona, że w Zaklętej Łyżeczce dają za darmo.
Zenon wyszedł, chwila minęła i napatoczyła się Asena. Mówią, że miłość rodzica do dzieci nie ma ceny — to samo powiedzieli mu chwilę wcześniej o obiedzie w Zaklętej Łyżeczce.
Ubierz się jak do ludzi, usłyszała Asena. Zabieram cię dziś obiad.
Piękny gest, bezcenny. Woody załatwił szybko kogoś, kto ich zastąpi pod nieobecność na barze — co nie było trudne, mieli teraz kilkoro świeżaków do wyboru. On sam również się przebrał: w starą pachnącą kurzem i lekką stęchlizną szatę wyjściową (trochę go cisnęła w pasie, chyba była jeszcze z ubiegłego życia) i klasyczny czarny kapelusz.
Tak oto stanęli przed drzwiami Zaklętej Łyżeczki Nokturniarze w wydaniu francja-elegancja — i stało się wówczas dla Aseny jasne, że ten obiad, na który ją stary wspaniałomyślnie zabiera, to darmowy poczęstunek.


RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Lukas Nott - 27.05.2026

Najpierw dało się ich usłyszeć. Kilka głosów naraz, śmiech odrobinę zbyt donośny jak na elegancką ulicę, czyjeś parsknięcie i szmer rozbawionego oburzenia, gdy jeden z rezerwowych spróbował poprawić drugiemu przypinkę, niemal wbijając mu ją krzywo w klapę marynarki. Szli zwartą grupą, jak osobliwa delegacja dryblasów, która przez pomyłkę trafiła na salonowe otwarcie zamiast do szatni po meczu. Wyróżniali się wśród tłumów zebranych pod restauracją nie tylko wzrostem i szerokimi ramionami, ale też tą specyficzną energią ludzi przyzwyczajonych do tego, że kiedy gdzieś się pojawiają liczne spojrzenia kierują się właśnie na nich. Dopiero potem można było dostrzec szczegóły: ciemne, dobrze skrojone garnitury, małe herby Puddlemere United przy piersiach i dyskretne przypinki połyskujące przy kołnierzach. Wyglądali reprezentacyjnie, niemal dostojnie, choć pod tą warstwą klubowej elegancji nadal kryła się grupa zawodników, którym bliżej było do pomeczowego hałasu, mokrej murawy i śmiechu niosącego się po szatni niż do grzecznego stania w kolejce po stolik. Lukas szedł z przodu, choć formalnie wcale nie powinien. Nie był kapitanem i doskonale o tym wiedział, ale istniały sytuacje, w których hierarchia przegrywała z tym, kto pierwszy otwierał usta. A poza tym Bott otwierał restaurację. Miało być jedzenie. Dużo jedzenia. Różne dania, desery, napoje, magiczne efekty i kuchnia przygotowana specjalnie na ten dzień. Dla Lukasa brzmiało to mniej jak obowiązek reprezentacyjny, a bardziej jak zaproszenie do miejsca, w którym ktoś wreszcie potraktował jedzenie z należytą powagą. Quidditch był sensem życia, oczywiście. Był prędkością, krzykiem trybun, ryzykiem i tym krótkim, cudownym momentem, w którym człowiek wiedział, że jest dokładnie tam, gdzie powinien. Ale gotowanie pozostawało tą częścią życia, którą Lukas ubóstwiał po cichu, trochę na uboczu, jak sekret zbyt osobisty, by oddać go ludziom na żarty. Na boisku wszystko działo się szybko, pod presją, na oczach tłumu. W kuchni liczył się smak, cierpliwość i ten jeden ledwie uchwytny moment, w którym sos gęstniał tak, jak trzeba, mięso miękło pod nożem, a człowiek wiedział, że coś wyszło dokładnie tak, jak powinno.
Przy wejściu do Zaklętej Łyżeczki zwolnił. Złocisty szyld poruszał się nad drzwiami, a zaczarowana łyżeczka leniwie dotykała kolejnych deserów, zmieniając je jeden w drugi. Ciasto z kremem, szarlotka, deser w salaterce, wszystko przesuwało się w kuszącym, słodkim rytmie, który w oczach Lukasa był już niemal bezczelną prowokacją. Wyglądało to tak, jakby sama restauracja mrugała do niego porozumiewawczo, obiecując rzeczy, których człowiek o zdrowym apetycie nie powinien ignorować.
— Pamiętajcie — rzucił James przez ramię, zatrzymując drużynę ostatnim spojrzeniem kapitana. — To restauracja, nie szatnia. Nikt nie krzyczy nad zupą, nikt nie robi zakładów o ostatni kawałek pieczeni i proszę, choć raz zachowujcie się jak ludzie.
Słowo kapitana było rzeczą świętą, więc kilka min wyraźnie spoważniało. Przynajmniej na tyle, na ile mogli spoważnieć ludzie, których właśnie wpuszczano do miejsca pachnącego ciepłym jedzeniem. Blondynek wzruszyl ramionami i już miał chwytać za klamkę, kiedy malutka sylwetka mignęła mu gdzieś z boku. Kot. Siedział przy wejściu z miną istoty, która być może nie miała zaproszenia, ale posiadała pełne przekonanie, że zaproszenia są dla słabych Futro miał jasne, choć wciąż noszące ślady życia, które najwyraźniej nie zawsze prowadziło przez salony. Było w nim coś z ulicznego cwaniaka i obrażonego arystokraty po wyjątkowo złych decyzjach: ten rodzaj bezczelnej godności, z którą można siedzieć pod drzwiami restauracji i wyglądać, jakby to restauracja powinna przepraszać za opóźnienie.
Lukas pochylił się lekko, unosząc brew.
— No proszę. Jaki ładny sierściuch. Ty też przyszedłeś ocenić kuchnię? 
Jeden z zawodników za jego plecami westchnął ciężko.
— Nott, błagam, nie zaczynaj rozmowy z kotem przed wejściem.
— To nie rozmowa. To rozeznanie konkurencji — odparł Lukas z szerokim uśmiechem. — Powodzenia, mały.
Wyprostował się i ruszył do środka. Wnętrze uderzyło go ciepłem, zapachem jedzenia i barwnym światłem przechodzącym przez witraże. To wystarczyło, żeby jego twarz wyraźnie się rozjaśniła. Spojrzał na stoliki, na kelnerów roznoszących małe porcje, na ludzi próbujących wszystkiego po kolei, i przez chwilę wyglądał mniej jak zawodnik quidditcha na oficjalnym wyjściu, a bardziej jak ktoś, kto właśnie znalazł się w miejscu znacznie ciekawszym, niż wypadało przyznać na głos.
— Dzień dobry — zwrócił się do kelnerki z uśmiechem. — Puddlemere United. Obiecujemy, że jesteśmy mniej kłopotliwi, niż wyglądamy.
Z tyłu ktoś zakaszlał znacząco, jednak Lukas nawet nie mrugnął.
— W większości… — poprawił bez zawahania.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/1f/a4/b9/1fa4b9b426b67f3f8e3b1526033b253c.jpg[/inny avek]


RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Lorien Mulciber - 27.05.2026

[inny avek]https://i.ibb.co/ccHQGmPj/image.png[/inny avek]

Musiał minąć grupę rozentuzjazmowanych kursantów, żywo dyskutujących o planowanej na poniedziałek ich pierwszej, poważnej debacie (ach młodość), aby wreszcie znaleźć Lorien w jednej z sal Wizengamotu. Nie widzieli się poprzedniego wieczoru, ani nawet popołudnia. A mimo to wiedział, że się zdecydowała. Potrzebowała w życiu jakiejś zmiany. Padło na Ministerstwo.
- Moglibyśmy… Moglibyśmy to jakoś…- Słowo “uczcić” nie przeszło jej przez gardło. To nie było to. Ale nie wiedziała jak inaczej mogłaby swoje decyzje nazwać. Zmiana. Na lepsze, gorsze - nieważne.
Mogli się wybrać do Zorzy.

W Zorzy zawsze miała zarezerwowany stolik w ulubionej sali i równie ulubione cierpkie, korzenne wino, serwowane w schłodzonej karafce.
Ale mruknął coś o nowej restauracji Botta. Coś o fachowo zaimpregnowanych przęsłach więźby dachowej i obiektywnej wyższości stosowania pięciocalowej taśmy dylatacyjnej przy układaniu instalacji podłogowych, ale Lorien zdołała wyłuskać z tego to co zdało jej się najważniejsze.
- Tak, chętnie się z tobą wybiorę na otwarcie.- Odpowiedziała, na moment tylko podnosząc głowę znad stosu niesprawdzonych jeszcze prac, które dziś pisali jej podopieczni. - Ale załóż tę nową koszulę.- Dodała jeszcze, na wszelki wypadek jakby planował iść, nie daj bogowie, we flaneli.

- * -

Zaklęta Łyżeczka nie brzmiała jak restauracja z surowym dresscode (a raczej - dokładnie to usłyszała od Aarona, który na pytanie o rzeczony dresscode machnął ręką, bo nie dopytał. Po co pytać o takie rzeczy, to przecież “tylko restauracja Bertiego”). Słyszała jak na korytarzach Ministerstwa przebąkiwano coś o otwarciu lokalu, w którym będzie ciepło, komfortowo i “normalnie jak u mamy”. Lorien miała tylko nadzieję, że nie jej mamy, bo gdy bogowie rozdawali umiejętności kulinarne, to Adeline Prewett stała w kolejce po zajebisty biust.
Problem był taki, że Mulciber nie posiadała żadnych casualowych rzeczy. Miała szaty na Bardzo Ważne Gale i Przyjęcia. Miała szaty na Nieco Mniej Ważne Gale i Przyjęcia (czyt. Imprezy Charytatywne)  Miała szaty do swojej Bardzo Ważnej Urzędniczej Pracy. Nic co pasowałoby pod styl “nie-no-kochanie-załóż-to-w-czym-będzie-ci-wygodnie-we-wszystkim-wyglądasz-pięknie”. Więc założyła po prostu  jasnozieloną jedwabną szatą z kwiecistymi wzorami haftowanymi srebrną nicią. Zdobioną odpowiednio drogą koronką jak dla kogoś o jej pochodzeniu z dobranymi do kompletu rękawiczkami. Włosy rozpuszczone - w końcu to miało być casualowe wyjście! Nie było potrzeby upinać je w wymyślną fryzurę.
Opierała się całym ciężarem ciała o zaoferowane przedramię aurora, postukując nieco nerwowo trzymaną w wolnej dłoni laseczką o bruk uliczny.

- Podoba mi się zamysł z witrażami.- Powiedziała, uważnie przyglądając się uważnie wnętrzu. Ostatnimi czasy kiedy Lorien mówiła “podoba mi się…” Aaron mógł to odczytać tylko w jeden sposób - pytanie pozostawało, w którym konkretnie pomieszczeniu w domu w Dolinie coś sobie właśnie umyśliła. Tym razem była to wymagająca gruntownego remontu oranżeria.
Jeżeli dane im było minąć gospodarza skłoniła głowę w geście kulturalnego przywitania, ale jeśli był zajęty rozmowami - nie odrywała go od nich. Nigdy nie mieli przyjemności się zapoznać, więc nie nie godziło się go zaczepiać. Zresztą i tak przyszli tylko na chwilę.
Lorien dostrzegła bowiem bardzo ważną rzecz. Rzecz, która dla pana Moody’ego mogła skończyć się bardzo źle.
Otóż wszyscy, na których udało jej się zawiesić wzrok (a była to głównie jakaś ściśle zwarta grupa chłopaczków, których kojarzyła, ale nie do końca wiedziała skąd. Pewnie z gazet) byli gustownie i odświętnie odziani. I może to jeszcze by przeszło. Wiadomo. Młodzi, muszą się pokazać. Ale potem… och potem wzrok pani Mulciber padł na Clemensa Longbottoma ubranego W WYJŚCIOWĄ SZATĘ.
Aaron mógł poczuć dokładnie moment, w którym oparty o jego przedramię wysoki sąd zadecydował, że chłopu należy dożywotnio odebrać przywilej decydowania o swojej garderobie. Lorien wbiła mocno paznokcie w jego przedramię, prezentując prześliczny uśmiech.


RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Asena Greyback - 27.05.2026

Odjebali się jak szczury na otwarcie kanału - tak przynajmniej komentowała to w myślach Senka, kiedy dreptali sobie w stronę Zaklętej Łyżeczki, a ona spoglądała na swoje odbicie w mijanych witrynach sklepowych. Nie zamierzała jednak narzekać, bo okazje by założyć coś ładnego, można było zliczyć na palcach jednej ręki. Wcisnęła się w więc w sukienkę, uczesała i miała bardzo dużą nadzieję, że nikt kto patrzył na Woodrowa nie stwierdzi, że był zdecydowanie dla niej za stary.

O samym otwarciu lokalu mieszczącego się na Pokątnej, oczywiście słyszała. Ba, chyba każdy kto czytać umiał i miał dwoje uszu, przynajmniej przelotnie zapoznał się z informacją, że Bertie Bott otwierał swój lokal pod koniec października. A jeszcze że postanowił robić dzień otwarty za darmo? O, to dopiero była gratka, której nie można było przepuścić. Nie, jeśli było się rasowym pracownikiem Rejwachu.

- Woody, tu jest jakby luksusowo - stwierdziła, kiedy stanęli przed wejściem do Zaklętej Łyżeczki. Co prawda, rzuciła to z pewnym rozbawieniem, ale nie dało się ukryć że miejsce błyszczało nowością. Czyściutkie, zadbane, do tego nigdzie nie łuszczyła się farba, albo nie kruszyła cegła, nie to co na Nokturnie. Obsługa też wydawała się niesamowicie wręcz miła i ciepło nastawiona do człowieka. Senka sama potrafiła być niezwykle łaskawa dla klientów, ale uśmiech kelnerki Łyżeczki, rozświetlał jej twarz w zatrważający wręcz sposób, kiedy prowadziła ich do wolnych miejsc. Zostawiła im karty i zapewniła, że zaraz wróci zebrać zamówienie.

- No, no. Elegancja Francja. Myślisz, ze też możemy sobie takie witrażyki zamontować?


[inny avek]https://64.media.tumblr.com/31b816d77eabd0df63ebb2781ccf3638/39d21962a91c4221-72/s500x750/073bd096915ec5db93190758139414504c1b691b.pnj[/inny avek]


RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Zenon Kozioł - 27.05.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=TcmZtQq.jpeg[/inny avek]
Stolik dla trzech osób… Nie, nie przyszedłem tu sam…
Z boku wejścia stał Zenek oraz jedna z nieszczęśliwie zagarniętych przez niego kelnerek, chociaż po zachowaniu Zenka trudno było wywnioskować, kto był bardziej nieszczęśliwy. Co i rusz przeczesywał włosy, ciągnął za krawat albo wkładał ręce do kieszeni, by niemal natychmiast je wyjąć. Kiwał się na piętach w przód i w tył, w przód i w tył. Raz wyciągnął nawet łapacz snów, by po chwili natychmiast go schować. Kelnerka, zatrudniona przez Bertiego Botta, by naturalnie umilać gościom przebieg wydarzenia, spoglądała na niego z zatroskaną miną. Po chwili jej usta znowu zaczynały się poruszać.
Nie, trzy osoby będą. Mówiłem — wzdychał ponownie Zenek i znowu zaczynał się kiwać.

Szczuroszczety pracowały bez wytchnienia dzień i noc, by uprasować Zenkowi odświętną białą koszulę. Na ramiona zarzuciły mu niezwiązany krawat, a nogi odziały w plisowane spodnie. Na koniec, gdy godzina otwarcia Zaklętej Łyżeczki się zbliżała, cztery szczuroszczety zamieniły się w konie, a piąty — w woźnicę. Nie no, żartuję, Zenek przyszedł pieszo.

Skanował nerwowo gości restauracji, tych wchodzących, rozsiadających się i tych, co już skakali do łazienki. Raz w jedną, raz w drugą, głowa chodziła mu równie żwawo, co reszta ciała. Zenek oczekiwał na swoich towarzyszy. Trudno powiedzieć, czy zjawił się spóźniony, przedwcześnie czy idealnie na czas. Zenek sam nie wiedział. Faktem było, że Crowa i Nory Figg (tej od przepysznej białej czekolady) nigdzie nie widział.

Szczęśliwie nie stał w lobby całkiem sam. Mignął mu znajomy kapelusz zakrywający znajomą łysinę, a tuż obok niego — pani w wieku płodnym. Gdy kelnerka odeszła od niego na sekundę, bo ileż można, miała innych gości do obsłużenia, Zenek czmychnął do środka. Przecież wstęp i tak był wolny.
Zaszedł do stolika Woody'ego i Aseny, z nonszalancją nachylając się nad siedzącymi gośćmi. Ręce trzymał w kieszeni.
Woody, Asena, dzień dobry — kiwnął każdemu z osobna głową, chociaż widzieli się jeszcze kilka godzin temu w Rejwachu — Gratuluję pożycia.



RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Astoria Avery - 28.05.2026

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1870aad01c6e81489720b74d0e4ab88f/772576ae06ebf83e-f4/s500x750/1256ddf6f4292f4828d844a609cd4ddfdf470a47.jpg[/inny avek]Już z daleka dostrzegła złocisty napis nad wejściem do restauracji i była zaskoczona, jak wiele osób zmierza w tym samym kierunku. Nawet jakieś kocie przybłędy próbowały szczęścia, żeby nachapać się za darmo. Pewnie podobnie było z niektórymi ludźmi, ale wolała nie myśleć o różnorodności towarzystwa w tej zamkniętej przestrzeni.
Zaklęta Łyżeczka prezentowała się zaskakująco ciepło - nie w przesadnie luksusowy czy ostentacyjny sposób, do jakiego przywykła wśród magicznej arystokracji, lecz raczej jak miejsce stworzone z autentyczną chęcią przyciągnięcia ludzi i zatrzymania ich tam na dłużej. Panowała tu jakaś dziwnie swojska atmosfera, od której Astoria zwykle trzymała się raczej na dystans, a jednak teraz, po ostatnich tygodniach pełnych dymu, zmęczenia i nieustannego napięcia, okazała się… zaskakująco znośna. A może nawet potrzebna.
Nie przyszła tutaj z wielkim entuzjazmem. W gruncie rzeczy długo zastanawiała się, czy w ogóle się pojawić. Matka niemal siłą wypchnęła ją jednak z posiadłości, argumentując, że zamknięcie się między czterema ścianami i oddychanie wyłącznie zapachem ziołowych inhalacji nie przywróci jej do życia szybciej. Może miała rację. Dlatego postanowiła wyciągnąć Cedrica, który w ostatnim czasie stawał się cocraz bardziej nieuchwytny, jakby stopniowo oddalał się od wszystkiego, co wcześniej wydawało się naturalną częścią ich codzienności. Czasami znikał na kilka dni bez słowa wyjaśnienia, pozostawiając po sobie jedynie tę charakterystyczną atmosferę niedopowiedzenia, która od pewnego czasu przylgnęła do niego jak druga skóra. I zwykle nie naciskała, ale o dziwo sam wyraził chęć wspólnego wyjścia do restauracji. Może oboje czuli potrzebę podtrzymania czegoś, co powoli zaczynało się rozluźniać. A może po prostu dlatego, że po ostatnich tygodniach mieli  poczucie, iż ludzie znikają zbyt łatwo i zbyt nagle, by odkładać spotkania na później.
Kelner odprowadził ją do stolika, a ona po drodze dostrzegła kilka znajomych twarzy, w tym Notta i szlamę o osobliwym nazwisku - witała się powściągliwym skinieniem głowy. Kiedy dotarła do stolika, usiadła ostrożnie, wygładzając materiał sukienki na kolanach, zanim wreszcie pozwoliła sobie naprawdę rozejrzeć się po restauracji. Menu wzięła do rąk bardziej odruchowo niż z faktycznej potrzeby natychmiastowego wyboru. Zamówiła na początek herbatę, żeby trochę się rozgrzać. Oczywiście od razu zwróciła uwagę na możliwość zamówienia wersji wegetariańskich - jedyna rozsądna decyzja w miejscu, które najwyraźniej chciało przyciągnąć różne typy klientów. Jej spojrzenie przesuwało się po nazwach potraw, ale uwaga szybko zaczęła odpływać gdzieś indziej. Ku światłu. Witraże przyciągnęły ją niemal natychmiast. Przez kilka dłuższych chwil obserwowała, jak kolorowe refleksy przesuwają się po wnętrzu.
Co kilka minut nadal podnosiła wzrok na drzwi. Mimowolnie. Jakby jakaś część niej wciąż zakładała, że Cedric jednak się pojawi. Nawet jeśli zwykle był niesamowicie punktualny, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że puste miejsce naprzeciwko niej nie wyglądało jak spóźnienie, a wystawienie.


RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Woody Tarpaulin - 28.05.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=JsqvV7K.png[/inny avek]Pan Woody Tarpaulin siedział w Zaklętej Łyżeczce błogo nieświadom tego, że właśnie zeznał w sprawie przeciwko Aaronowi Moody’emu na niekorzyść przyjaciela. Gdyby tylko wiedział, że obciąży go swoją szatą… wyprałby ją przynajmniej, dołożył pasującą poszetkę, może jakieś perfumy, lakierki.
Widząc jednak kreacje pozostałych gości oraz całość luksusowego entourage’u, nie pożałował, że kazał się Asenie odstroić i sam również zrezygnował ze swojego codziennego kiczu. Nie przyszedł tutaj, aby wyróżniać się i ściągać uwagę, chociaż… im dłużej patrzył na Greyback i jej kieckę, tym większych nabierał wątpliwości, czy rzeczywiście wmieszają się w szary tłum.
Podniósł nos znad karty dań i przesunął oceniająco wzrokiem po witrażykach. Pasowały do tego wnętrza, dodawały mu życia i koloru, ale…
U nas to będzie jak pięść do nosa — zawyrokował po uważnej ocenie. Już miał zanurkować z powrotem w kartę, którą akurat przerzucił na apetyczną stronę alkoholi, lecz jego oceniający wzrok ześlizgnął się przypadkiem na twarze przy wejściu. Twarze, które doskonale znał ze Złotego Znicza, którego nabożnie czytywał co dwa tygodnie. — Senka, patrz, Zjednoczeni Puddlemere — objaśnił jej, po czym spojrzał na kobietę wyczekująco, aby sprawdzić, czy podzieli jego entuzjazm. — Słyszałaś no o ostatnim transferze? Musiałaś słyszeć. — Yhym, tak, jasne. — To słuchaj. Nowy szukający. Importowali nam go z…
Przed długim wywodem ocaliło wilczycę pojawienie się Zenona. Woody łaskawie zaniechał wówczas ukradkowo rzucanych na drużynę łypnięć okiem (być może dlatego, że Zenek mu ich częściowo zasłonił) i poświęcił mężczyźnie uwagę. Czego też prędko pożałował. Cholera, czuł, że za krótka ta kiecka.
— Zenek. Zenuś. — Pogroził Koziołkowi palcem. — Bo ja ci dam pożycie, ino wrócimy do domu. Uważaj sobie, bo zaraz będziesz biegł do Rejwachu Asence przynieść coś skromniejszego. — Pokręcił z przyganą głową i rozejrzał się za jakim towarzystwem, o którym by poznał, że jest ono z Zenonem. — Żeś mi nawet nie powiedział, z kim ty tu dziś.