Secrets of London
07.10.72 — Don't Blink - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+---- Dział: Epping Forest (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=123)
+---- Wątek: 07.10.72 — Don't Blink (/showthread.php?tid=6059)

Strony: 1 2


07.10.72 — Don't Blink - Dægberht Flint - 24.05.2026

7 października 1972
Epping Forest

Dla Dægberhta Flinta nie istniało coś takiego jak zwyczajny spacer po lesie – bo nawet kiedy się na to silił, przydarzały mu się rzeczy niezwykłe. Dzisiaj na przykład, najwyraźniej trafił na jeden z posągów, o których czytał niegdyś w starych tomiszczach przechowywanych w kairskiej bibliotece.

Był niemalże pewien, że stojący przed nim posąg był żywy. Oh, z każdą sekundą utwierdzał się w tym coraz mocniej – bo to przecież niemożliwe, żeby w samym sercu Epping natrafić na takie arcydzieło. Kobieta zaklęta w tym kamieniu wyglądała tak, jakby biegła. Sukienkę miała podwiniętą, materiał wyglądał na miękki, jakby mógł zatopić w nim palce. Włosy – rozwiane, posklejane od potu i wiatru. Jeśli się mylił i jego umysł poety zwiódł go na manowce, to niech go zapoznają z mistrzem, co to stworzył, bo mógłby się od niego uczyć sam Bernini i powinni go w Anglii pasować na rycerza. A jeśli miał rację, to… cóż, jeszcze długo się z tego miejsca nie ruszy.

Czytał przecież o takich posągach i wiedział, że nie było warto ryzykować odejścia bez patrzenia na ich skamieniałe oblicze. Najlepiej, gdyby tutaj przyszedł ktoś, kogo będzie można nastraszyć na równi z tym, jak go nastraszyli w tym Kairze. Wtedy Flint się sprytnie ulotni, porzucając pechowca sam na sam z potencjalnym posągiem-mordercą i pomodli się w Whitecroft za jego ucieczkę lub własną pomyłkę. Ewentualnie za pamięć nad jego biedną, umęczoną duszą.

Tylko, no cóż… niewielu wybierało się w głębię lasu tak wcześnie rano, a jak się już ktoś trafił, to nie bez powodu unikał towarzystwa. Gdyby chciał zagadywać obcych, to by się udał na targ, a nie do Epping Forest. Dægberht stał tak więc już drugą godzinę, wpatrując się w Zoię i myśląc o tym, jak wysokie musiało być ryzyko rozszczepienia, kiedy się próbowało teleportować spomiędzy tylu drzew.

Ah, gdyby miał odrobinę więcej szczęścia i skręcił w lewo, siedziałby teraz w cyrku Bellów, zamiast sterczeć tu jak słup soli. Na szczęście o tym nie wiedział, więc żałował obranej ścieżki jedynie z powodu wpadnięcia w pułapkę.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - The Hollow - 25.05.2026

Zerwał się z łóżka jeszcze przed świtem, dręczony koszmarami. Ostatnio zdarzały mu się rzadziej, naprawdę rzadko, zupełnie jakby jego dawne życie już się przeterminowało i osunęło w odmęty pamięci – wyblakłe jak stara, pozostawiona na słońcu gazeta. Chełpił się odzyskanym zdrowiem psychicznym. Do czasu Spalonej Nocy. Gdy ktoś przez lata żył w przekonaniu, że wszyscy bliscy mu na świecie skończą w ogniu piekielnym, jeśli jego dziesięcioletnie „ja” nie podporządkuje się prawom Proroka (o jedyny, umiłowany Boże, jak bardzo, już trzydziestoletni głupiec, naginał je wszystkie), to wieść o pożarach dławiących całe miasta nie była szczególnie krzepiąca.
I jeśli ktoś nie był zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia, ostrzegała Apokalipsa, którą straszono dzieci. Bolała go głowa i większość mięśni.
Cyrk wydał mu się o tej porze wyjątkowo ponury. Bez muzyki i świateł, w dzień nijaki jak ten, gdy jego najbarwniejsze charaktery spały jeszcze głębokim snem, to zbiorowisko kolorowych namiotów wyglądało raczej jak obóz dla uchodźców niż miejsce zapewniające ludziom rozrywkę. Zaparzył w termosie kawę i wlał do niej setkę wódki. Chciał wierzyć, że ukoi go las, ale pamiętał o bardziej niezawodnych środkach, dlatego z papierosem w ustach, jeszcze nieodpalonym, i scyzorykiem w kieszeni, puścił się między drzewa.
Jesień była już naprawdę wyraźna, jedynie pojedyncze drzewa bukowe trzymały się jeszcze resztek zieleni. Wypatrywał grzybów na truciznę lub pyszny sos, ale dziwna, gęsta mgła, którą otulił się las, nie ułatwiała mu tego zadania. Nie był pewien, ile tak krążył bez celu, ale w istocie, pewnie też za sprawą kilku haustów swojego życiodajnego eliksiru i papierosa, poczuł się ze sobą trochę lepiej. Skupił myśli na tym, by oddychać, nasłuchiwać i patrzeć. Dopiero wtedy dostrzegł w oddali posąg, a tuż obok niego mężczyznę. Początkowo założył, że to miejsce lokalnego kultu lub pochówku, ale musiał wykluczyć obie te opcje, gdy tylko podszedł bliżej, bo miejsce nie miało właściwej im energii.
– To Twoje? – spytał rezolutnie i z właściwą sobie przekorą, wskazując termosem na posąg. Potrzebował chwili, aby zdać sobie sprawę, że ciemnowłosy nie jest miejscowym; był zbyt stworzeniem zbyt uderzająco pięknym jak na tutejszy rodowód. Nie mógł też widzieć go wcześniej, na którymś z ostatnich pokazów, bo zwyczajnie by go zapamiętał. Uwięziona w lesie kamienna figura może i była osobliwa, ale w pierwszej chwili bardziej zainteresował się żywym niż, jak założył, martwym. Pomyślał, że mógł się lepiej ubrać, może nawet umyć, no albo chociaż przeczesać włosy. Jasnoszare oczy Eugene'a spoczęły na zamyślonej twarzy nieznajomego, a dłonie na ponów otworzyły termos z głośnym kliknięciem, by pociągnąć z niego kolejny łyk. – Bardzo ładne.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - Dægberht Flint - 30.05.2026

Dægberht nie lubił oceniania książek po okładce ani ludzi po pozorach, dlatego zmierzył przybyłego tu przed chwilą jegomościa spojrzeniem (przerywanym kilkoma powrotami do posągu – bo przecież nie mógł przestać na niego patrzeć bez obaw o własne życie) i wziął go wpierw za włóczęgę, następnie za pijaka. Kiedy już się na sobie zawiódł przez tak bezczelne traktowanie obcych ludzi (nawet jeśli cała walka rozgrywała się w jego głowie, to wciąż było to bardzo rzeczywiste), przypomniał sobie nagle o czymś dosyć ważnym – nieszczególnie mu to pijaństwo przeszkadzało. Może sam spijał się co najwyżej rumem, żeby lepiej rymować, to się jednak wychował w portowej knajpie i nie był mu obcy widok kogoś, od kogo capiło wódą, chociaż trzymał w dłoni całkiem niepozorny termos.

– Dzięki – spróbował odpowiedzieć nonszalancko, ale nonszalancji w nim nie było. Gdyby ktoś zechciał spisać tę scenę na pergaminie, do jego dialogów musiałby użyć najbardziej fikuśnej czcionki, a później przydusić zwiniętą rolkę koronką tak, jakby była szyją pierwszoklasistki występującej na szkolnym apelu. – Oddam zupełnie za darmo. – Sam to niby powiedział, w dodatku w pierwszej chwili uznał to za naprawdę dobry dowcip, ale po chwili pobladł i tak mu mina zrzedła, jakby efektem miała być czyjaś śmierć. Zdenerwowany przęłknął ślinę i bardzo szczerze tegoż pijaczynę przeprosił. – Wybacz, to kłamstwo. Nie wiem, czy możesz to zabrać, bo nie jest moje! – I bardzo chętnie by się tego pozbył, ale nie mógł przecież zrobić tego za sprawą kłamstwa lub niedopowiedzenia.

Na szczęście nie musiał być wylewny w temacie powodów tak dziwnego zachowania. Mógł zamilknąć, poprawić i tak nienagannie ułożone włosy i zastanowić się nad tym, czy warto było uciec stąd biegiem. Wydanie się w tym, iż złożył przysięgę Pani Księżyca wywoływało u niektórych atak niepohamowanej głupawki, podczas której celowo go prowokowali. Zupełnie jakby chcieli zobaczyć, czy przy kłamstwie naprawdę zdecyduje się uciąć własny język.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - The Hollow - 01.06.2026

Gdyby usłyszał myśli Dægberhta, pewnie śmiertelnie by się obraził. W swojej głowie nie był przecież pijakiem, tylko rozsądnym czarodziejem, który korzystał z niezwykle skutecznych i łatwo dostępnych środków łagodzących nieprzyjazną rzeczywistość. Różnica była istotna, a jeśli ktoś jej nie dostrzegał, to musiał być pozbawiony wrażliwości. Nie miał jednak dostępu do jego głowy (na szczęście, i tak był stacją radiową dla trupów; większego hałasu mógłby nie znieść), dlatego musiał ograniczyć się do obserwacji ciała. Mężczyzna sprawiał wrażenie bardzo zaniepokojonego, choć zdaniem Eugene’a sytuacja wyglądała na zupełnie zwyczajną, pomijając może fakt, że obaj znajdują się daleko od jakichkolwiek zabudowań o bardzo wczesnej godzinie, a tylko jeden z nich wybrał się na grzyby. Potrzebował chwili, by dopasować napięcie na twarzy nieznajomego do jakiejś znanej emocji. Postawił na strach.
– Dlaczego boisz się posągu? – spytał z właściwą sobie bezpośredniością, ale bez widocznej w głosie oceny, i zbliżył się do pomnika, by lepiej mu się przyjrzeć. Dorastał w specyficznej grupie i wiedział, że z tym, w co wierzą ludzie, trzeba obchodzić się bardzo ostrożnie. Lękom należał się szacunek. Termos położył na ziemi, tuż obok leżącego tam przewróconego pnia. Wciąż trochę bolała go głowa, co utrudniało wyciąganie logicznych wniosków. Przesunął palcami po kamiennej ręce dziewczyny, od ramienia aż po palce. Kamień był zimna, osiadły mgłą, dziwnie zamknięty w sobie, jakby nie był wyłącznie materią. Krótkie oględziny potwierdził tylko to, co już wiedział. Nie wyczuwał śladów śmierci. Żadnego znajomego ciężaru miejsc, w których ludzie zostawiali swoich zmarłych, ani charakterystycznego niepokoju przestrzeni wykorzystywanych do kultu, choć miejsce, mimo to, pozostawało osobliwe. Znów spojrzał na mężczyznę. Wydawało mu się, że lekko drżał, a wilgoć zdążyła osiąść na jego włosach i ubraniu, dlatego założył, że siedział tu już długo i zwyczajnie przemarzł. Nie zwykł zakładać, że każda napotkana w lesie rzecz lub osoba może stanowić zagrożenie, więc mógł zachowywać się jak kompletny ignorant w obliczu potencjalnego niebezpieczeństwa, ale chciał mu jakoś pomóc.
– Jak zamieniona w kamień, nie? - zagadnął dość przyjaźnie, chwaląc raczej kunszt rzeźbiarza niż stawiając diagnozę rzeczywistości. Dlaczego ten pomnik w ogóle się tu, pośrodku niczego, znalazł? Nie był pewien, czy musi poznać odpowiedź na to pytanie.
– Pracuję w cyrku Bellów. Rozbiliśmy się niedaleko. Jeśli chcesz, zaparzę Ci herbaty.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - Dægberht Flint - 04.06.2026

Włosy marynarza zafalowały na delikatnym, jesiennym wietrze, a on poprawił wzorzysty pled będący jedynym, co narzucił na koszulę w celu zapewnienia sobie utrzymania ciepła w mroźny poranek. Mógłby przez to sprawić wrażenie kogoś, kto nie przywykł do tego, że zastała go jesień, ani do lasu w którym oboje się z Eugenem znajdowali. Flint jednak – może poza srebrnymi oczyma wyglądającymi wręcz sztucznie – zdawał się być jednym z czarodziejów, którym do bycia częścią Epping pozostawało jedynie porosnąć mchem.

Nie wila, nie wróżka, żadna leśna zjawa – coś pomiędzy, zawieszone na granicy bycia częścią społeczeństwa i istotą, którą Ministerstwo spróbuje sklasyfikować w swoich pełnych niejasności dokumentacjach.

– To bardzo osobiste pytanie – odpowiedział dowcipnie, tym razem nie skazując się już na przekomiczną panikę, bo nie mógł posądzić samego siebie o łgarstwo. – To też bardzo osobiste pytanie – skwitował, przystawiając przy tym pieczątkę na myśli, że stojąca obok nich (a może raczej – zamrożona w nieskończonym biegu) Zojka była w rzeczywistości czymś więcej niż posągiem. Nie podejrzewał się jednak o zdolność uczynienia z tym czegokolwiek mającego sens… Mógłby, co najwyżej, opowiedzieć o tym Victorii po powrocie do Londynu. Dotyk autorskiej różdżki mogła zdziałać cuda.

Lub przypieczętować tragiczny los. Ale gdyby tak było – cóż, tu przynajmniej i on okazałby się pomocny.

– Bellów? – Odwrócił spojrzenie w jego kierunku w sposób instynktowny. Następnie zamrugał. Spoglądał to na „posąg”, to na gagatka z termosem i dotarło do niego, że absolutnie nic się nie stało. Niebezpieczeństwo ze strony zastygłego kamienia mógł dopisać na dość obszerną listę niebezpiecznych urojeń generowanych przez podatny na takie historyjki łeb. – Miałem zapytać, czy nie znamy się przypadkiem sprzed dobrej dekady – miał wszak wrażenie, że kojarzył tę twarz, ale skąd indziej niż z Hogwartu… za dużo ich mijał i rozmawiał z ludźmi, coby kojarzyć wszystkie dzieciaki mijane na ulicach wszystkich kontynentów – ale w takim razie zakładam, iż nie!? – Był najwyraźniej kimś pełnym uprzedzeń. Nie zakładał możliwości, aby ktoś z cyrku pełnego osób z marginesu mógł otrzymać pełną edukację. Jednocześnie, chociaż srebrne oczy najwyraźniej oceniały i mapowały to co widział w swojej sieci pełnej skojarzeń, nie był wcale człowiekiem złym. Może… odrobinę podejrzliwym. – Nigdy nie odmawiam herbaty, panie Bell – przyznał, zgodnie z prawdą, kłamać przecież nie mógł – i ciekaw jestem wszystkiego zawsze, ale… czyżeście nie uciekli ze stolicy przed pożogą, jaką wam tam zgotowano? Nie zapytałeś mnie nawet o imię. – Nie zapytał też o zasobność portfela.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - The Hollow - 05.06.2026

Uśmiechnął się nieznacznie w reakcji na tę wymijającą odpowiedź. Wyczuł jednak, że stres stopniowo ustępuje, energia się zmienia, a chłopak łagodnieje i odrywa wzrok od posągu; dopiero wtedy zauważył, jak niezwykłe ma oczy. Alternację atmosfery wziął za komplement. Eugene niby nie lubił się w tej roli, bo życzył sobie mieć wyjebane na wszystkich i wszystko (kiedy w rzeczywistości nigdy nie zostawiłby człowieka w potrzebie), ale wiedział, że gdy się postara, ma właściwości kojące – nauczył się tego, gdy jeszcze mieszkał ze wspólnotą i obserwował działania Proroka. Sprzyjała mu też flegmatyczna natura człowieka żywego tylko w połowie.
Nadal nie ustalił, przynajmniej nie z całkowitą pewnością, czy chłopak jest wariatem i stanowi dla siebie zagrożenie, czy raczej nie, dlatego ucieszył się, że przystał na propozycję herbaty.
– Jest to możliwe, choć mało prawdopodobne.
Gdyby widział go niedawno, z pewnością pamiętałby o spotkaniu. Jeśli w grę wchodziło mijanie się dawno, przeszło dekadę temu, pewnie mogło mu to umknąć. Był wtedy nawiedzonym dzieckiem, może nastolatkiem, w umiarkowanym stopniu zainteresowanym żywymi i zupełnie niewrażliwym na cudzą urodę, zwłaszcza męską. Ciemnowłosy mógł być jego rówieśnikiem, choć nie z tego samego rocznika. Z drugiej strony, nie miał żadnego powodu, by zapisać sobie w pamięci kogoś tak nieistotnego i nijakiego jak Eugene. No, chyba, że pamiętał jego krzywy nos, wtedy jeszcze. Podniósł termos z ziemi i otrzepał go z przyklejonych igieł sosny. Mgła powoli rzedła między drzewami, ale chłód wciąż wciskał się pod ubranie. Był ciekaw, o co chodzi z tym posągiem, ale zdusił to w sobie, żeby nie wyjść na natręta. Może to było głupie, a przynajmniej nieuzasadnione, niemniej zależało mu, by mężczyzna poczuł się przy nim bezpiecznie. Czy to się jakoś leczy, tę skłonność do przygarniania zbłąkanych psów, nieproszony etat hycla?
– Nie jestem z Bellami od zawsze – dodał zaraz, wzruszając ramionami. Nie od zawsze, ale wystarczająco długo, by czuć się nieswojo, gdy o tym mówił. Nigdzie nie był dłużej niż z nimi, jednak zdarzało się, że ten detal miał znaczenie; cyrk miał długą historię, znaną wielu, pełną postaci i epizodów, a E. stanowił w niej tylko krótki epizod. Zdarzało się, że o czymś nie wiedział albo nie słyszał, a wtedy jego tożsamość bywała kwestionowana. Brał takie rzeczy do siebie. Czasem pozwalał, by ta myśl go przygnębiła. – Uczyłem się w Hogwarcie. Spędziłem chwilę w Ministerstwie. I tak, rzeczywiście, uciekliśmy. Od jakiegoś czasu stacjonujemy w Epping.
Nie chciał rozmawiać o tym, co zdarzyło się w Londynie. Na pewno nie przed śniadaniem. Ruszył w stronę, z której przyszedł, choć wolniej, by go nie popędzać, ale poprowadzić.
– Uznałem, że pytanie o imię będzie zbyt osobiste – odpowiedział, znów lekko uśmiechnięty, może nieco zbyt przebiegle. Z trudem powstrzymał śmiech. – Poczekam, aż sam zechcesz zdradzić mi tę tajemnicę. Ja nazywam się Eugene. To znaczy „wielkoduszny”.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - Dægberht Flint - 05.06.2026

Próbował w jakiś sposób zamaskować narastające w nim zakłopotanie. Już przed chwilą zdążył oderwać wzrok od posągu i nic się nie wydarzyło. Każda kolejna sekunda utwierdzała go w przekonaniu o jego niezręcznej pomyłce, ale nie chciał się przecież tak po prostu do tego przyznać przed obcym człowiekiem. Niejaki Eugene mógł być kimś bardzo wylewnym jak na spotkanie dwóch kompletnie losowych dusz w głębi lasu, ale Dægberht jako doświadczony podróżnik wiedział dobrze jakiego typu zagrożenia czyhać mogły za następnym drzewem.

Ale… wyszedł już na głupka z tą swoją nadmierną ostrożnością, czyż nie? Mógłby to sobie wszystko darować i iść stąd, ale ładna buzia i smukłe ciało nie były ozdobą kogoś, kto dorósł pochylając głowę przy odpowiadaniu na pytania. Jego twarz kąpała się latami w słońcu Kairu, a on błyszczał jaśniej niż najpiękniejszy klejnot szlifowany strumieniem życiodajnej rzeki.

Flint był dokładnie tym, kogo się spodziewano po człowieku tak pięknym jak leśna zjawa – zarozumialcem. Słusznie posądzano go o narcyzm. Nie był kimś złym, właściwie to serce miał na dłoni i duszę jak skowronek, lecz upartość nie opuszczała go od kołyski na krok.

– Czy mógłbyś podać mi jeszcze kod do swojej kłódki i numer skrytki w Gringottcie? Sprawdzam coś tylko. – Zmarszczył brwi, przerzucając ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Poprawił wpierw pled zarzucony na ramiona, następnie przerzucił przez ramię długie, falowane włosy sięgające mu bioder. Po tym geście splótł ręce na wysokości klatki piersiowej, badając cyrkowca uważnym spojrzeniem. – Moje miano tajemnicą nie jest. Dægberht Flint – bo przecież czystokrwiści zawsze przedstawiali się nazwiskiem. To należące do Flintów nosiło w sobie opowieści o statkach, smrodzie portu, knajpie w Docklands, podróżach, szkutnictwie, ale też – czego przy obecnych nastrojach politycznych przeoczyć się nie dało – pokoleń dobierania sobie żon tak, aby chronić rodzinne dziedzictwo. A ich dziedzictwem był ogień. Smocza oliwa zdolna do wypalenia wszystkiego, czego dotknęła. Paliła do cna. Bezlitośnie. Dægberht przedstawił się w pełni świadom tego, iż nosił w sobie wspomnienie szaleńczego ognia. – W kulcie Matki uważamy naiwność za cnotę, ale ja uważam, że istnieją sytuacje, kiedy jej brak jest wskazany. W czasach pogardy wielkoduszność lubi porywać do grobu, Eugene. – I z żalem stwierdził, że wolałby zastać za tymi drzewami niebezpieczeństwo. Bycie okradzionym w Epping Forest było lepsze, niż ujrzenie gorzkiej prawdy – że ci, których w Anglii mordowano mieli wiele powodów do strachu, nie ponosząc za to wszystko winy większej niż bezczelne w oczach Śmierciożerców… pragnienie życia.

Oh, Pani Księżyca, czyż oni również nie są twoimi dziećmi?


RE: 07.10.72 — Don't Blink - The Hollow - 06.06.2026

Zostawił posąg za plecami z pewną ulgą. Nie był poszukiwaczem przygód, raczej przeciwnie – ciągnęło go do zwykłego życia i prostych, niewymagających przyjemności. Pociągnął łyk z termosu, chcąc się tylko w tym utwierdzić. Zwrócił uwagę na jego włosy i poczuł ogromną chęć, by ich dotknąć, przeczesać chuderlawymi palcami, ale nie znalazł pretekstu dla tak osobliwego, intymnego gestu wobec nieznajomego. Pomyślał zaraz o gęstych, jasnych puklach swoich mormońskich sióstr, splatanych w grube warkocze, i nawiedziło go coś na kształt nostalgii, która pasowała do ponurego, wilgotnego lasu. Po tych wszystkich latach odseparowania nie potrafił tęsknić za rodziną — w pamięci zostawały mu tylko nieistotne szczegóły, choćby zapach krochmalu, którego nie potrafiły ukryć żadne kadzidła. Nieustanne przeczesywanie włosów drewnianą szczotką. Niektóre psalmy. Większość wersetów. Oczy Proroka, mądre i niebieskie jak nieboskłon. Kij trzcinowy, stary pasek. Żadna z jego sióstr nie była tak ładna jak ten chłopak. Wspomnienia to taki kamień w bucie.
– Wyglądam Ci na kogoś, kto ma taką skrytkę?
Kto miłuje srebro, nie nasyci się srebrem, a kto miłuje bogactwo – nie przyjdzie mu z tego pożytek. I to jest marność, pomyślał głupio.
Obaj prezentowali się teraz mizernie, ale Eugene wyglądał zazwyczaj nijako, bo kiepsko się prowadził i ubierał jakieś quasi-gotyckie szmaty, a Dægberhta odarł z godności deszcz, chłód i umiarkowana dawka własnej paranoi, już na szczęście zaleczonej. Zdał sobie sprawę, że słyszał wcześniej to rzadkie imię w opowieściach. Nosił je chłopiec, którego raczej trudno było spotkać na lądzie. Stało się dla niego jasne, że mają więcej wspólnego, niż myślał, ale nic nie powiedział – zachowanie własnych zdolności w tajemnicy było jedyną przewagą, na jaką mógł sobie w tym układzie pozwolić. Nie sądził zresztą, że może mu czymkolwiek zaimponować.
– Byłbym szczęśliwy, gdybym w końcu wylądował w grobie.
Czy ktoś, kto jest tak blisko związany ze śmiercią, może w ogóle się jej obawiać? Nie życzyłby sobie tylko spłonąć. Szli przez chwilę, a niebo z wolna jaśniało. Droga w tę stronę wydała mu się krótsza, bo myślał, co powinien zrobić. Z egoistycznych pobudek nie chciał dzielić się swoim ładnym, dobrze urodzonym gościem, dlatego uznał, że zaprowadzenie go do części głównej nie jest najlepszym pomysłem – jeszcze natknęliby się tam na tego czy innego gadułę-ekstrawertyka, których w cyrku nie brak, a Eugene poczułby się jak gość na własnym występie. Las powoli ustępował miejsca otwartej przestrzeni. Między drzewami zamajaczyły znajome kształty namiotów i drewnianych wozów. Ten, w którym mieszkał Eugene, znajdował się na skraju, częściowo schowany między drzewami. Był raczej stary, pomalowany kiedyś na ciemną zieleń, ale dawno wyblakły od deszczu i słońca. Na drzwiach wejściowych wisiał wpół urwany plakat reklamujący Cyrk Bellów. Papier pożółkł już od czasu, a rogi podwijały się od wilgoci. Nadal jednak można było rozpoznać roztańczone sylwetki akrobatów, błysk jasnych gwiazd nad namiotem i wymalowane z przesadnym rozmachem hasło obiecujące „cuda, jakich nie widziała Anglia”. Jego pseudonim sceniczny został upchnięty w prawym, dolnym rogu, daleko za bardziej spektakularnymi atrakcjami; osobiście uważał, że to uczciwe przedstawienie hierarchii. Gestem zaprosił go do środka, próbując szybko sobie przypomnieć, w jakim stanie zostawił wszystko, gdy wychodził.
– Co właściwie robisz w Epping?
Spojrzeniem rzucił mu wyzwanie. Odpowie, nie odpowie? Za wcześnie na występ.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - Dægberht Flint - 06.06.2026

– Może być opis deski w wozie, pod którą trzymasz skarpetę z knutami, jeśli skrytka nie jest czymś, co odpowiednio rezonuje z twoją wyobraźnią.

Jego głos daleki był od szorstkości, ale mówił tego też tonem sugerującym, że w jakiś sposób żartuje lub ironizuje sytuację. Brzmiał szczerze i dzielił się tymi uszczypnięciami nie tracąc pięknej barwy, którą ludzie zwykle miłowali tak długo, jak mówił im nią rzeczy słodkie. Tylko, że Dægberht wcale słodkim człowiekiem nie był. Można było o nim powiedzieć wiele, ozdabiać go przeróżnymi epitetami i karmić i tak nabrzmiałe już ego, ale wciąż – nie było w nim słodkości. Dægberht był człowiekiem wzniosłym, żarliwym i fanatycznym. Nie płonął w nim jak w niektórych ogień furii, ale jakiś płomień się tam tlił – jak te iskry w jego srebrnych oczach, kiedy wylewność napotkanego w lesie jegomościa przerodziła się w wyznanie niegodne kogoś, komu bogowie ofiarowali największy dar: ludzkie życie.

– Nie. Niebyłbyś szczęśliwy – zauważył, nie darując sobie lekkiej kąśliwości – po prostu byś nie był. Jeśli zagadywanie obcych ludzi w Epping Forest jest twoim sposobem na nieistnienie… ciekawy dobór środków.

Sam nie był pewien, czego spodziewał się po tej wędrówce.

Wozów? Może. Niekoniecznie… Tak po prawdzie – naprawdę wolałby, aby to wszystko okazało się dowcipem prowadzącym go do zostania ograbionym z okruchów i gwoździ, które miał w kieszeniach spodni, niż do faktycznego domu na kółkach smutnego chłopca. Przypieczętowało to przecież wizje z jego najgorszych koszmarów. Jak dużo jego bliskich maczało swoje palce w Śmierciożerstwie? Nie wiedział, ale był pewien, że jego kręgi nie były od nich wolne. Neutralność nie znaczyła wcale, że nie nosiło się na barkach perspektywy cudzej śmierci.

Ale skoro już tu był – patrzył.

Nazwisko Flint nigdy nie uczyniło go bogaczem. Starość desek i farby kojarzyła mu się z knajpami i magazynami czarodziejskich portów, nic tu jednak nie wyglądało w pełni swojsko. Mógłby niby poczuć jakąś więź z egzystencją toczoną w ciągłym ruchu, skoro sam włóczył się po świecie, nie czuł jednak jedności z wizją wspólnoty dbającą o siebie i wspierającą w trudach. Najlepiej pisało się przecież w gorzkiej samotności. Potrafił się w tym celu umartwiać.

– Modliłem się – przyznał, nie widząc nawet wyzywającego spojrzenia. Nie wszedł do środka, bo obchodził ten wóz i ciekawsko oglądał go z każdej strony – do koron drzew będących częścią Rogatego Boga. Przywykłem do robienia tego rankiem. – Lżejsze to było dla duszy niż picie.

Kiedy się wychylił z drugiej strony tejże przyczepy i zajrzał do środka, wtedy dopiero zwrócił uwagę na wiszący na drzwiach plakat. Nie zamierzał zgadywać który z pseudonimów należał do potencjalnego złodziejaszka.


RE: 07.10.72 — Don't Blink - The Hollow - 07.06.2026

– Możesz spróbować mnie okraść na własną rękę, bez dodatkowych instrukcji. Doceniam taktykę, ale ze mną nie załatwisz tego słowem, nawet wierszem. Postaw na zwinność, szybkość i spryt. Przecież nie będę za Tobą biegł, bo pośpiech upokarza, no i pewnie zwymiotowałbym sobie na buty.
Był ciekaw, czy sugerował to wszystko przez skojarzenie z cyrkiem, czy ze względu na jego wcześniejszą dociekliwość, czy z racji ogólnego wyszczekania. Eugene był dość odporny na gadkę, taką czy inną, bo sam pracował w tej materii od lat, a wcześniej, jako dziecko, pozwalał się tak mamić. Wiedział, że słowa, choć czasem tworzą najpiękniejsze światy, bardziej zaciemniają niż rozjaśniają, dlatego w osobistym sprzeciwie, przynajmniej prywatnie, rozmawiał z innymi możliwie bezpośrednio i raczej prostolinijnie. Starał się żyć uczciwie, nie prowokować tych czy innych bogów niepotrzebnymi grzechami.
– Nie każda dusza znika po śmierci.
Nie wchodził w to głębiej, uznając, że należy ten poranny eros thanatos zdusić w zarodku, zanim na dobre przyklei się do jego dnia jak gówno do buta. Jasnowłosy często myślał o śmierci jak o wybawieniu; nadejściu Mesjasza, który teraz będzie go tylko kochał, całował w skronie i głaskał po głowie, ale wiedział, że ta fantazja to zamiennik dla marzenia o świętym spokoju, a niekoniecznie pragnienie niebytu, o którym wspominał Dægberht. Mógł sobie gadać, jednak nie posunąłby się dalej. Pielęgnował w sobie tę ostatnią cząstkę bogobojności i strachu przed ogniem piekielnym, którą zapewniło mu religijne wychowanie.
– Jest dokładnie przeciwnie, piękna istotko. Rozmawiam z ludźmi, by czuć się bliżej żywych.
Otworzył drzwi, które nie były zamknięte, i ruszył przodem. Wewnątrz pachniało starym drewnem, deszczem i kadzidłami, głównie olibanum i sandałowcem. Późno dotarło do niego, że jeśli chce się zachować przed kimś tajemnice, niemądrym jest zapraszanie tej osoby do domu, o ile nie jest upośledzona umysłowo, co istotnie wpływa na zdolność do wyciągania wniosków.
Wnętrze wozu prezentowało się nie inaczej niż on sam: może nie katastrofalnie, ale też nie na tyle dobrze, by gościć arystokratów. Było ciasne i zagracone, utrzymane w ujmującym nieładzie, choć pozbawione rzeczywistego brudu i kurzu. Księgi piętrzyły się na półkach i podłodze, tworząc chwiejne wieże złożone z rozpraw, starych kronik i zeszytów. W jakimś sensie było to też muzeum dewocjonaliów, które nie pasowały do jednej tradycji religijnej i jako takie nie tworzyły wspólnej całości – kilka różańców, talizmany i amulety, a przy tym figurki bóstw pochodzących z odległych miejsc. Najbardziej lubił jedną, stojącą na parapecie. Drewnianego Anubisa. W tym wszystkim wyróżniało się łóżko, nienagannie uścielone piękną, satynową narzutą w kolorze nocnego nieba, ze starannie wyszytymi złotą nicią gwiazdami. Jeśli jakiś przedmiot był w tym całym rozgardiaszu rzeczywiście cenny, to właśnie ten. Eugene usiadł na skraju skrzypiącego materaca, sięgając po blaszany czajnik, który ustawił na turystycznej kuchence gazowej, wcześniej zdejmując z niej garnuszek z woskiem pozostały po robieniu świec. Obiecał mu herbatę i zamierzał wywiązać się ze swoich słów. Złapał jego spojrzenie swoim. Chłopak mógł stać, oprzeć się o szafkę albo usiąść obok.
– Opowiesz mi o swoim wyznaniu?