Secrets of London
[Sierpień 1972] The Host of Seraphim | Septima w Libanie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Sierpień 1972] The Host of Seraphim | Septima w Libanie (/showthread.php?tid=6066)



[Sierpień 1972] The Host of Seraphim | Septima w Libanie - Septima Ollivander - 28.05.2026

Liban, sierpień 1972, domostwo krewnych Septimy



[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WOgyOdM[/inny avek]
Septima pamiętała ciotkę Tamarę głównie z zapachu jaśminowych perfum i ciężkich, brzęczących bransolet, które nosiła aż po łokcie. Kiedy była jeszcze dzieckiem, wydawało jej się, że kobieta poruszała się nieco inaczej niż reszta rodziny, z miękką płynnością ludzi wychowanych bliżej pogodnego morza niż wilgotnych lasów, bliżej rozgrzanego kamienia niż podmokłej, wiecznie nasyconej opadem ziemi. Płodnej, ale wyłącznie mdłym ziemniakom i marchewce w kolorze zaschniętej gliny. Matka mówiła o niej rzadko, jeśli już, to z dystansem podszytym nostalgią, oprószonym mglistym rozżaleniem, którego pochodzenia Septimie nigdy nie dane było zbadać. Tamara wyjechała bowiem do Libanu trzydzieści pięć lat wcześniej i jak wyjechała, tak już nigdy nie wróciła. Najpierw przychodziły piękne listy, pachnące dymem kadzideł i nieśmiało ozdabiane obcym alfabetem, później jedynie wiadomości pozbawione konkretów, w których coraz mniej było starej Europy, a coraz więcej pogmatwanych nazw miejsc, których Septima nie potrafiła wymówić bez straconej śliny na splątanym języku. Sama ciotka przepadła gdzieś pomiędzy libańskimi górami, rozgrzanym do czerwoności piachem i czarującym spojrzeniem miejscowego czarodzieja, który miał dłonie trącące tytoniem oraz oczy ciemne i przedziwnie serdeczne - coś co u Brytyjczyków uchodziło za zbytnią frywolność i poufałość niegodną kogoś przynależnego do wyższej klasy społecznej. Z tej miłości urodziła mu cztery dumne córki i z czasem stała się dla rodziny bardziej legendą niż człowiekiem – taką krewną, o której przy stole mówiło się coraz rzadziej, bo tak naprawdę to z biegiem lat stała się częścią dzikiego i odległego świata, do którego reszta rodziny potrafiła sięgnąć jedynie krótką, pozbawioną emocji dygresją.

Ciekawe czy rosną tam pomarańcze słodsze niż miód?
Dom wujostwa znajdował się wysoko nad doliną Kadiszy, w miejscu, gdzie cedry, cyprysy i figowce układały się nocą jak ciemne wieże wbite w zbocza niekończącego się horyzontu gór. Septima dotarła tam późnym wieczorem; kamienne schody były jeszcze nagrzane i przyjemne, a powietrze ciężkie od pyłu i słodkiego zapachu fig. Spodziewała się usłyszeć głos ciotki, niski i ochrypły od papierosów, lecz drzwi otworzyła jej kobieta, której początkowo nie rozpoznała.

Lamis. Na jej widok, Ollivanderównę przeszył stosunkowo nieprzyjemny dreszcz, choć przyznać się do tego raczej nie powinna. Jako najmłodsza córka Tamary, Lamis miała z europejskim usposobieniem, tyle wspólnego, co kolorowy witraż ze śmietnikiem. Co prawda, obie kobiety nie znały się jakoś szczególnie blisko, ale z młodej kapłanki nie wylewała się nadmierna życzliwość i serdeczność – Lamis poświęcała swój cenny czas i emocje wyłącznie rzeczom świętym. Zastygłe w skupieniu oczy sprawiały wrażenie świątynnej ikony, nie żywego człowieka. Przedziwna to była obserwacja, bo gdyby tylko Ollivander była odrobinę bardziej samoświadoma, doszłaby do wniosku, że to samo można było powiedzieć o niej samej.
Kuzynka jak na siebie przystało, nie uśmiechnęła się ani nie wyciągnęła smukłej dłoni na powitanie – przycisnęła jedynie prawą rękę do mostka i wypowiedziała kilka słów po arabsku, lecz na tyle cicho, aby Septima mogła wyłapać ich znaczenie. Porozumiewała się arabskim na poziomie komunikacyjnym, ale język Lamis brzmiał szorstko i archaicznie; jej słowa spływały z ust sakralną melodią, której bezbożna Angielka z kartoflem pod językiem, nie mogłaby znać.
Po lakonicznej wymianie zdań, różdżkarka dowiedziała się, że niestety ciotki nie było w domu. Septima zrozumiała tyle, że wyjechała z mężem do Trypolisu i miała wrócić dopiero za kilka dni. I w okolicy została jedynie Lamis.
A na obkręcenie się na pięcie i taktyczny zwrot, było już za późno, bo przecież ten wyjazd miał być ucieczką. A ucieczka od ucieczki nie wchodziła teraz w grę.
Lamis zaprowadziła ją do środka wielopoziomowego domostwa w żałobnym milczeniu. W kątach wisiały pęki zasuszonych ziół, rozciągnięto również sznury koralików i kości nad drzwiami, a pomiędzy półkami pełnymi starych ksiąg, paliły się świece o zapachu, który podduszał jej trzewia.

Poszły na samą górę, w znajome już jej miejsce. Pamiętała ten pokój z jednego względu – jako jedyny w całym domu wbudowany miał zajmujące niemal całą ścianę okno, zupełnie niepasujące do reszty domu, którego wnętrza zazwyczaj tonęły w chłodnym półmroku. I to tutaj ostatniego czasu, gdy przytargała ze sobą Leviego, studiowała z nim mapę prowadzącą do lokalnego rezerwatu. A raczej próbowała, bo przez to niedorzeczne okno, obserwować mogli, wbrew swojej woli, przedziwny rytuał lokalnego kowenu, który ze śpiewnej modlitwy i nabożnych tańców, zamienił się w coś na kształt masochistycznej orgii – i to wyjątkowo głośnej orgii. Dla Timmy było to bardziej upokarzające niż gdyby jej stary paradował przed nimi w dziurawych slipkach, a przecież znali się jak łyse konie i jakoś ze wstydem potrafiła sobie do tej pory radzić. Rozbawiony Leviathan zasłaniał jej oczy ilekroć skradała spojrzenia ku rytuałowi prowadzonemu przez obnażony tyłek Lamis i chociaż wtedy odbierała to jako niewinną, prawie dziecinną przepychankę, po latach wspomnienie tej sceny osiadło w jej pamięci nieco inaczej. Ale nie do końca potrafiła wyjaśnić dlaczego.

Dlatego też, gdy ujrzała kuzynkę modlącą się przed snem, pomyślała o tamtej właśnie nocy. Obserwowała ją ukradkiem z progu salonu – obserwowała sposób, w jaki kuzynka klękała na perskim dywanie, opierając czoło o ziemię, ale nie było w tym pokory; raczej oddanie tak głębokie, że przyprawiało Septimę o ciarki.

Dopiero następnego dnia Lamis wspomniała o święcie.
Trzy dni, wyjaśniła powoli, dobierając prostsze słowa, przyprawiając Septimę o irytację. Przecież znała arabski!
Trzy noce dla kowenu. Dla kobiet. Dla pamięci.
Ciotka nigdy jej do tego nie namawiała. Kiedy Septima była młodsza, ciotka pozwalała jej jedynie przyglądać się przygotowaniom – świece, zapach żywicy i kobiety zbierające się po zmroku w ruinach starych świątyń. Lamis patrzyła jednak na nią inaczej niż jej matka; z napiętą uwagą ludzi wierzących, że pewne rzeczy dzieją się zgodnie z wolą czegoś dużo ważniejszego niż nędzny człowiek. A zwłaszcza taki bezbożnik jak ona.
– Ta’alī ma‘ī – powiedziała cicho, zatrzymując na Septimie spojrzenie zrodzone z sakralnych uniesień.

Pierwszej nocy, kowen zebrał się wysoko nad doliną, pośród zimnych ruin świątyni starszej od większości europejskich ministerstw magii. Cedry szemrały nad ich głowami, a spomiędzy gałęziami wynurzały się amulety z jaszczurzych kości i pstrokatych nici, drżące lekko pod wpływem przyjemnej bryzy. Septima w milczeniu podążała za kuzynką, czując pod stopami ciepło nagrzanych kamieni. Wtedy dopiero zobaczyła ogień.
Septima nie do końca chciała tu być, ale och, cóż to był za widok.
Wzgórza nad doliną Kadiszy przypominały nocą czarne, zaciśnięte pięści; cyprysy rosły gęsto jak zęby grzebienia, a ich konary splatały się frywolnie, tuż nad głowami kobiet, zatrzymując pomiędzy igłami resztki księżycowego światła. Czuła woń popiołu, zmieszaną z palonym drewnem i czymś słodkim, czego Septima nie potrafiła nazwać; być może mirrą, być może czymś dużo bardziej oczywistym, jak garść daktyli, które zjadła na kolację.

Większość kobiet czekało już przy ruinach dawnej świątyni Jowisza. Osnute cienkimi welonami sylwetki, przypominały antyczne figury wyrzeźbione z soli bądź marmuru – tylko ich oczy lśniły raźno spod lnianych kapturów.
W centrum ruin płonęło ognisko. Ogień choć żarliwy, był niespodziewanie niewysoki. Jedna z kobiet przesunęła różdżką nad językami płomienia, mamrocząc zaklęcie w dialekcie, którego Septima nie znała i nie potrafiła odgadnąć. Płomień zadrżał gwałtownie, a wtedy wszystkie obecne uniosły dłonie jednocześnie i złapały się, łącząc w jednolity, kapłański łańcuch.
Septima poczuła, jak powietrze gęstnieje wokół jej ramion; oczodoły wilgotniały od rumieniącego się ognia.
Krew w miedzianej czarze była jeszcze ciepła; wyczuwała jej metaliczny zapach nawet z miejsca, w którym stała. Lamis zanurzyła w niej opuszki palców, po czym przesunęła nimi po własnych powiekach, zostawiając na skórze dwa ciemne ślady przypominające skrzydła. Przez krótką chwilę wyglądała bardziej jak prastara bogini niż człowiek –  ocalona spod ziemi razem z korzeniami cedrów i pyłem rozkruszonych kolumn.
Potem kobiety zaczęły śpiewać.
Nie był to śpiew podobny do hymnów, które Septima słyszała na sabatach Witchcroft. Brzmiał głucho, nawet trochę monotonnie, jakby rodził się gdzieś pod żebrami trupa, nie w gardłach kapłanek.
Ruiny odpowiadały im echem i tylko echo wirowało przez moment w jej głowie, aż do momentu, w którym kamienie pod ich stopami zdawały się wibrować i drżeć. Chwilę potem ujrzała blaski różdżek i zaklęcia rzucane niespiesznie, spływające po nocnym niebie niczym lepka oliwa.
Septima obserwowała natchnioną twarz kuzynki, kiedy tylko ta odchyliła głowę ku niebu – teraz dopiero dostrzegła jak bardzo zmieniła się na przestrzeni lat - jej twarz nabrała dojrzałych, kanciastych rysów, a po pyzatych policzkach pozostało jedynie niemrawe wspomnienie. Nie była już niepewną, wątłą dziewczyną z tomiszczem śpiewnika pod pachą, stała się kobietą, kapłanką z prawdziwą misją zacumowaną w głębi piersi. Teraz, jej żarliwe, niczym obecny tam płomień oczy, migotały w świetle ognia, pozbawione lęku i zwątpienia. Nie, dla niej wiara była niczym oddech i jakże nietypowe było spotkanie z kimś, kto za wiarę w nienamacalne, oddałby absolutnie wszystko. 
Ollivanderówna na ten widok wróciła wspomnieniem do Lithy, do spotkania z samą Matką. Uznała to za fascynujące, że niektóre religie nie powstają po to, aby przynosić ludziom ukojenie i nadzieję; istnieją wyłącznie po to, by przypominać im, jak mało znaczą wobec rzeczy starszych od wszystkich dusz tego świata.

Drugiego dnia obudził ją śpiew.
Nie była pewna, czy naprawdę dochodził z zewnątrz, czy utkwił jej jeszcze pod powiekami tuż po nabożeństwie poprzedniej nocy, bo ten niski, monotonny śpiew przypominał jej teraz zawodzenie wiatru przeciągającego się pomiędzy kamiennymi kolumnami. Otwierając oblepione snem oczy, ujrzała wpadające przez drewniane okiennice, ostre, dojrzewające światło, rozlewające się po podłodze szerokimi smugami złota.
Zaślepiona takim świetlnym bogactwem, dopiero po chwili dostrzegła szatę.
Jasna tkanina poruszała się ospale pod oddechem przeciągu, cienka i biała jak świeżo zdjęta ze sznura pościel. Niemal srebrzysty w słońcu materiał był długi, pozbawiony haftów i ozdób, z rękawami opadającymi szeroko po obu stronach ciała. Septima przez moment patrzyła na nią ogłupiona, z zakotwiczonym przeczuciem zakłopotania, bo taka czysta biel przeznaczona była z reguły na wyjątkowe okazje. Dla wyjątkowych gości. A Lamis oczywście nie wyjaśniła niczego.

Kiedy tylko Septima zeszła na dół, kuzynka siedziała już przy stole, pochylona nad glinianą misą pełną granatów. W czarnej sukni i cienkim welonie opadającym aż do łokci, wyglądała jeszcze bledziej i surowiej niż niejedna podstarzała matrona w ich kowenie. Nawet z czystej przyzwoitości nie siliła się na dzień dobry, bądź rozgrzewającą gadkę o pogodzie, po prostu uniosła niezaobsorbowany niczym wzrok, zatrzymując spojrzenie na białej szacie Septimy, po czym skinęła głową z wyraźnym zadowoleniem, którego Septima nie potrafiła zrozumieć.
Kolejny rytuał odbywał się w samo południe.
Słońce wisiało wysoko nad doliną, bezlitosne i okrutne, a mimo to kobiety zebrały się pomiędzy ruinami w czarnych szatach, szczelnie okryte welonami. Z oddali przypominały stado kruków zgromadzonych wokół padliny, takie nieruchome, milczące, z twarzami ukrytymi w cieniu. Nieprzyzwyczajona do prymy słońca, Septima czuła na karku piekący żar i nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że gdyby choć jedna osoba w tym zgromadzeniu myślała logicznie, to wszystko wokół powinno odbywać się nocą; światło dnia wydawało się zbyt brutalne dla ich pieśni. Ale chyba właśnie o to dziś chodziło.
Kobiety ustawiły się w równych rzędach. Przez suche, upiorne powietrze nie przetaczał się ani szemr bądź szelest, nie dopóki kapłański śpiew nie rozpoczął się nagle i bez żadnego ostrzeżenia, tak jakby wypływał prosto z ziemi, tuż spod ich stóp. Niskie i jednostajne głosy, pozbawione były melodii znanej Septimie z europejskich sabatów; bardziej przypominały lament lub modlitwę odmawianą nad ciałem nieboszczyka. Od kamiennych ścian ruin odbijało się echo tego nabożeństwa i nie sposób było nie brać pod uwagę poddańczego rozłożenia się na piachu i błagania niebios o litościwy, zbawienny opad deszczu, którego przecież tu prawie nigdy o tej porze roku nie było.

Wetknięta na koniec jednego z rzędów Septima, czuła jak pot spływa powoli oraz kumuluje się pomiędzy łopatkami, i właściwie to pomiędzy każdą wolną szczeliną schowaną pod bielą szaty. Jej biedne, chowane na zgniliźnie i pleśni, ciało nie przywkło do stania u szranków piekła. Kobiety wokół niej nie odwracały głów, lecz mimo to miała nieprzyjemne wrażenie, że każda z nich wiedziała dokładnie, gdzie stoi, tak jakby były w stanie usłyszeć obrzęk jej oddechu i dźwięk kropli potu sunących po jej czole.
Lamis bezszelestnie wyłoniła się z szeregów, w dłoniach trzymając biały welon. Cienki materiał pachniał wodą różaną oraz dymem kadzideł. Septima układała już usta do lekkiego sprzeciwu, do pytań dlaczego tylko ona ubrana miała być inaczej, lecz kuzynka nie dała jej na to czasu – uniosła bezpardonowo sukno welonu i zarzuciła go na jej głowę z ostrożnością, która przypominała gest wykonywany wobec narzeczonej, przyszłej panny młodej. Albo zmarłej.
Chorały wokół nich nie ucichły ani trochę. I choć kopuła słońca ani na moment nie przestała zlewać na nich strumieni swojego żaru, to pod jasnym welonem odnalazła cień aloesowej ulgi. Biały materiał przesłonił część oślepiającego światła, przeistaczając oblicza kobiet w ciemne i odległe plamy. Jedynie ona wyglądała tak, jakby przez pomyłkę znalazła się po niewłaściwej stronie ceremonii. Ale za welonem świat wyglądał już zupełnie inaczej.

Lamis pochyliła się ku niej i powiedziała coś po arabsku, ale Septima zrozumiała jedynie jedno słowo.
Tahira.
Czysta.
Kiedy kuzynka odsunęła się z powrotem do swojego rzędu, Septima sądziła, że chodziło o coś innego. W oczach kobiet nie było łagodności ani troski i z bijącym szybciej sercem Ollivander musiała przyznać - w taki dokładnie sposób ludzie nie przyglądają się wybrańce bogów, w taki sposób przyglądają się zwierzęciu prowadzonemu na ofiarę, spokojnemu jeszcze, bo nieświadomemu własnego losu.

Trzeciego dnia nie obudził jej śpiew, lecz cisza.
Dom Tamary wydawał się pusty w sposób niepokojący, jakby ktoś ostrożnie wyciął z niego wszystkie codzienne dźwięki. Żadnego skrzypienia schodów, zdecydowanie zbyt głośnego stukotu naczyń i szmer rozmów prowadzonych pomiędzy pokojami. Septima leżała jeszcze przez chwilę bez ruchu, nasłuchjąc i wpatrując się w biały welon złożony starannie na oparciu krzesła; materiał wyglądał w porannym świetle jak zrzucona skóra jakiegoś delikatnego stworzenia.
Od początku czuła się tutaj obco.
Nie tylko przez język Lamis, melodyjny i szorstki zarazem; pełen słów, które rozpadały się Septimie na języku, zanim zdołała uchwycić ich sens. Nie tylko przez spojrzenia kobiet z kowenu, powłóczyste i pozbawione uśmiechu, przypominające bardziej ocenę niż życzliwość. Wyobcowanie miało tutaj dużo głębsze korzenie. Septima wychowała się przecież obok rytuałów, nie wewnątrz nich. Jej matka co prawda była kapłanką, lecz w domu rzadko mówiło się o bogach; magia istniała bardziej jako dziedzictwo niż religia i było czymś  wpisanym w krew i pamięć kobiet z ich rodu. Po śmierci matki wszelkie modlitwy były wyłącznie pustymi melodiami, ale tutaj wiary nie traciło się wraz z zapominanym dziedzictwem, wiara była była włóknem, cząstką należącą do ich ciał, tak samo prawdziwą, jak prawdziwe były jej żebra, palce i ciężko pracujące na jej każdy oddech organy.

Trzeci rytuał odbywał się o zmierzchu, wysoko ponad doliną, w oliwnym gaju, pośród drzew i wokół pnii spękanych jak stare kości. Kobiety nie ustawiły się tym razem w rzędach, utworzyły szeroki krąg wokół płaskiego kamienia, na którego powierzchni wypalono stare runy, częściowo starte przez erozję czasu i pogodę. Wszystkie przywdziały czarne welony, a Septimie pozwolono tym razem zostać z boku, pomiędzy drzewami, jakby sama obecność miała już być wystarczającym przywilejem.
Lamis nie spojrzała na nią ani razu.

Stała blisko środka kręgu, z głową pochyloną i dłońmi uniesionymi ku górze, podczas gdy pozostałe kobiety śpiewały półgłosem jedną ze swoich pieśni. Septima i tym razem nie rozumiała słów, lecz nie potrzebowała ich rozumieć; melodia miała w sobie coś pierwotnego i niepokojąco znajomego. Mogła być kiedyś kołysanką. Mogła być kiedyś kołysanką, którą jej śpiewano, by zbić złe mary z nachodzącego snu. Teraz było dźwiękiem wprawiającym powietrze w magiczne drgania, falującą energią, ale zupełnie inną niż tą, której doświadczyła na własnej skórze podczas Lithy. Nie znała tej magii z korytarzy ministerstw i Hogwartu, uporządkowanej, zamkniętej w ruchach różdżki i poprawnej wymowie inkantacji. Septima czuła jak zgrywa się z biciem jej serca, przepływając wzdłuż kręgów szyjnych i pomiędzy paznokciami, gdzie rozchodzić się miała powolnym, gorącym mrowieniem. Kiedy jedna z kobiet przesunęła różdżką po powierzchni kamienia, symbole rozjarzyły się ciemnym złotem, a ziemia pod stopami westchnęła cicho, jakby coś ogromnego poruszyło się głęboko pod warstwą skał.
Septima powinna była się wtedy przestraszyć, i to kilkukrotnie podczas tej podróży, ale zamiast tego poczuła jednak coś znacznie gorszego. Coś co sprawiało, że świadomość zostania tu jeszcze dłużej już jej tak nie lękała. Coś co sprawiało, że chciała mówić językiem Lamis i poznać jej sekrety.
Fascynacja.
Przypatrywała się kobietom kołyszącym się w rytm pieśni i myślała o swojej matce, o wszystkich rzeczach, których nigdy jej nie opowiedziała, o modlitwach wyszeptywanych po nocach za zamkniętymi drzwiami, o woni mirry i dymu, która czasami unosiła się w ich domu, zanim jeszcze Septima nauczyła się odróżniać zapachy kadzideł.

Lamis podniosła nagle głowę. Przez krótką chwilę ich spojrzenia przecięły się ponad ramionami innych kobiet i Septima poczuła za mostkiem dziwny, gwałtowny ucisk. Jakby ktoś ostrożnie rozchylił płachtę jej cielesnej skorupy, drapieżnie próbując zajrzeć do samego sacrum. Kuzynka wyglądała inaczej niż pierwszego dnia – mniej ludzko. Jej twarz, oświetlona czerwonym blaskiem zachodu, wyglądała jak gliniany talerz pozbawiony frasunków i żałości. Martwy. Ale paradoksalnie, to dopiero wtedy Lamis oddychać mogła pełną piersią. Czegokolwiek w tamtym momencie doświadczyła, sprawiło iż jej niepopękane od emocji lico w końcu się skruszyło - i uśmiechnęła się szczerze, może nie do niej, może gdzieś do nieba, gleby, wirujących wokół atomów, ale na pewno po raz pierwszy odkąd Septima pamiętała.

W wieczór jej powrotu do domu, już daleko od doliny Kadiszy, wyciągnęła z walizki biały welon i przez dłuższy czas obracała go ostrożnie pomiędzy palcami. Materiał wciąż pachniał dymem kadzideł i wodą różaną. Nie umiała go wyrzucić.
A potem spadł deszcz.