![]() |
|
[07.1956] Respect existence or expect resistance - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [07.1956] Respect existence or expect resistance (/showthread.php?tid=6088) Strony:
1
2
|
[07.1956] Respect existence or expect resistance - Maddox Greyback - 31.05.2026 Lipiec 1956, Pustostany na NokturnieLipcowy wieczór rozlał się nad Nokturnem ciężkim, dusznym gorącem. Powietrze stało nieruchomo między kamienicami, niosąc zapach rozgrzanego bruku, ścieków i starych murów. Stał tu taki szereg pustostanów bardziej nadających się do zawalenia niż zamieszkania. Powybijane szyby w oknach straszyły pustką, a ściany trzymały się tu wyłącznie siłą przyzwyczajenia. To właśnie tutaj zbierali się wieczorami. Kilku chłopaków siedziało na murku i stertach cegieł. Łyse głowy błyszczały od potu w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Wyglądali niemal identycznie. Chudzi, kościści, w za dużych kurtkach odziedziczonych po starszych braciach albo znalezionych na śmietniku. Jeszcze nie mężczyźni, ale bardzo na takich aspirujących. Maddox siedział wśród, oparty plecami o ścianę pustego budynku. Pod palcami czuł chropowatą cegłę, przysłuchując się reszcie obracał w dłoniach, tak jak cała reszta, cierpkie jak cholera piwo, które kompletnie mu nie smakowało. Wyróżniał się już na pierwszy rzut oka. Jako jedyny nie miał głowy ogolonej do skóry. Włosy nosił krótko przycięte, ale zostawiał ich tyle, by nie wyglądać jak kolejny odlew z tej samej formy co reszta. Nie dlatego, że się próbował się buntować. Po prostu nie miał jeszcze przyzwolenia, by wyglądać tak samo jak oni. W Sforze nawet na to trzeba było sobie wypracować. Ogolona głowa, połatane ubrania, spojrzenie młodego zbira; to nie był przypadek. To był mundur. Przywilej i oznaka przynależności. W ich rozumieniu wyglądanie zwyczajnie było czymś niemal wstydliwym. Zwyczajni byli ludzie z powiezrchni. Ułożeni uczniowie Hogwartu. Dzieciaki wracające wieczorem do domów. Dopiero wygląd odszczepieńca robił z człowieka kogoś wartego uwagi. Maddox kpił sobie z tego w myślach. Nie zależało mu na tym, by wyglądać jak wszyscy. Właściwie nie musiał wyglądać w ogóle. Gdyby mógł, najchętniej pozbyłby się całego tego przedstawienia. Włosów, ubrań, póz, min i wszystkich tych głupich rytuałów, które miały udowadniać, kim się jest. Ale nie czuł się od nich przez to lepszy i nie czuł by byli od niego głupsi, gorsi. Bo patrząc na nich, miał czasem wrażenie, że wszyscy próbują zbudować sobie tożsamość z rzeczy, które można zgubić albo ukraść. Rozumiał to. Przecież bez Sfory byli właściwie niczym. Świat dbał o to, żeby nigdy o tym nie zapomnieli. W ich świecie, jedynym który znali, byli tylko brudnymi bachorami, którymi można było pomiatać. Niektórych wyżucono z domów. Inni nigdy żadnego nie mieli. Część znała głód lepiej niż własnego ojca. Każdy z nich miał historię, której nikt nie chciał słuchać. Sfora była jedyną rzeczą, która pozwalała uwierzyć, że znaczą coś więcej. Że są kimś. Nie pojedynczo. Razem. Bo kiedy świat przez całe życie powtarzał ci, że jesteś nikim, każda oznaka przynależności zaczynała mieć wartość większą niż. Jak co tydzień chłopaki zebrali się na odludziu. Opowiadali historie, które z każdym kolejnym powtórzeniem stawały się coraz bardziej nieprawdopodobne. Wyciągali z kieszeni fanty zdobyte w ciągu tygodnia: zegarki, portfele, srebrne papierośnice, czasem kilka sykli albo coś, czego wartość nawet sami nie znali. Jeden z chłopaków opowiadał właśnie o bójce z grupą starszych. Z każdą minutą przeciwników przybywało, a ich różdżki stawały się coraz większym zagrożeniem. Reszta słuchała z rozbawieniem, rzucając przekleństwa i śmiejąc się z najbardziej absurdalnych fragmentów. Wszyscy wiedzieli, że zmyśla, ale nikt nie miał zamiaru go poprawiać. Prawda nigdy nie była najważniejsza. Liczyło się samo opowiadanie. Budowanie legendy większej od własnego życia. Maddox słuchał w milczeniu. Był tu dopiero od kilku tygodni. Wystarczająco długo, żeby znać twarze. Zbyt krótko, żeby należeć. Czuł na sobie spojrzenia. Oceniające. Sprawdzające. Czekające na moment, w którym pokaże, czy jest jednym z nich, czy tylko synem przywódcy bawiącym się w wilka. Więzy krwi dawały Maddoxowi protekcję, ale nie akceptację. Nikt nie zamierzał łamać mu nosa bez zgody Fenrisa, ale też nikt nie zamierzał szanować go za darmo. Na to musiał dopiero zapracować. Nauczyć się, jak być gnojkiem. Jak kraść tak, żeby nie dać się złapać. Jak uciekać szybciej od innych. Jak patrzeć ludziom w oczy i nie odwracać wzroku pierwszy. Złodziejaszki. Bo na mordercę - czy, jak mawiali starsi, żołnierza Sfory - każdy z nich był jeszcze za wąski w karku. Rozmowy płynęły swoim rytmem, a opróżnione butelki od razu były rozbijane o ścianę, kiedy tylko uchodziła z nich ostatnia kropla piwa. - Patrzcie no! Kilka głów odwróciło się w tym samym kierunku. Helloise najwyraźniej szła sama. Nie była szczególnie wysoka, ale przy nich sprawiała takie wrażenie. Większość chłopaków miała dopiero piętnaście, może szesnaście lat. Chudzi, niewyrośnięci jeszcze do końca, z barkami dopiero uczącymi się być barkami. Połowa była mniej więcej jej wzrostu, druga zaś, gdyby zabrać im te buciska na grubych podeszwach, mogłaby krzyczeć najwyżej do dziewczyny spod jej brody. - Ładna sukienka. Jeszcze ktoś pomyśli, że cię na nią stać. - Co tam chowasz po kieszeniach? - Nie bądź goblin, podziel się! Kilku chłopaków wybuchło śmiechem, zadowolonych bardziej z własnych komentarzy, niż z całej sytuacji. W gruncie rzeczy nie chodziło nawet o Helloise. Była po prostu kimś nowym, kto pojawił się na ich ulicy i przez kilka minut mógł stać się punktem wspólnej zabawy. Maddox obserwował całe zajście jedynie kątem oka. Siedział na skrzynce zbitej z desek, zajęty czymś znacznie ciekawszym od kolejnej nokturnowej zaczepki. W dłoni obracał nóż motylkowy, raz po raz powtarzając układ ruchów pokazany mu wcześniej przez jednego ze starszych chłopaków. Ostrze migało w świetle zachodzącego słońca, obracając się wokół palców i zatrzaskując z charakterystycznym kliknięciem. Za każdym razem próbował odtworzyć sekwencję dokładniej, szybciej, płynniej. Na razie wychodziło mu przeciętnie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KcJr7jg.jpeg[/inny avek] RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Helloise Rowle - 02.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ENufC7e.png[/inny avek]Dziwną istotą była panna Rowle. Nigdy nie poczuwała się do bycia młodą damą, taką jak jej koleżanki pełne niewymuszonego wdzięku i lekkości ruchów. Brakowało jej tego czegoś. Uwierał ją ten brak i był taki czas, gdy starała się dostosować: mniej mówić, mniej robić, mniej miejsca zajmować swoim istnieniem. Koszmarnie dziewczynom zazdrościła, że potrafiły zachowywać się tak delikatnie; mieć arystokratyczną grację jakichś kurwa półbogiń, którymi się wszyscy zachwycali — włącznie z nią, bo to wszystko potrafiło być takie ładne. Czasem lubiła myśleć, że też taka jest. Wyobrażała sobie, jak by mogło wyglądać jej życie, gdyby była taka dobra, i zachwycająca, i grzeczna, i skromna, ale jednocześnie naturalnie charyzmatyczna. Ach, mogłaby ją na jakimś przyjęciu zauważyć starsza czystokrwista dama i tak by się zachwyciła panienką Rowle, że by ją zaprosiła do siebie na wizytę, żeby poznać, co to za dziewczyna. Hela siedziałaby w jej eleganckim salonie, wydęła usteczka, podniosła łagodne oczy znad filiżanki i powiedziała słodko: tak, proszę pani, poproszę jeszcze herbaty. Piękny pani urządziła podwieczorek, przemiło spędziłam czas i chciałabym jeszcze kiedyś panią odwiedzić. Pani jest taka uprzejma. Wtedy staruszka by nie mogła pomyśleć inaczej niż: co za czarująca panienka! Powinnam ją poznać ze swoim wnukiem. Wtedy ten wnuk by wszedł do pokoju, i ją zobaczył, i dostrzegł jej wszystkie zalety, i się od razu zakochał, i by jej wszyscy zazdrościli, że akurat ją wybrali na żonę dla dziedzica ważnego rodu. Kiedyś jeden czystokrwisty młody człowiek się o nią chwilę starał, choć nie był wcale dziedzicem. Nie dlatego ją niepokoił propozycjami, bo panna Rowle była taka śliczna i pełna zalet, a dlatego, że chciał się zbliżyć do ich domu i robić jakieś układy z jej ojcem. Szybko zrezygnował, gdy zobaczył, z czym by miał w jej osobie do czynienia. Ona go zresztą też nie lubiła, bo ją nieziemsko wkurwiał swoim nadęciem. Nikt jej nigdy nie powiedział, że jest czarującą młodą panienką. Hela Rowle wpadała w to eleganckie towarzystwo z brutalnym impetem. Albo milczała obrażona, dusząc w sobie wszystko, albo była zbyt głośna, zbyt zuchwała, szorstka, wyzywająca. Miała na tyle samoświadomości, żeby wyczuć, że jej obecność w grupie dziewcząt jej statusu zawsze czyni pobojowisko, ale nie potrafiła się stonować. Rosła w niej nienawiść dla ułożonej socjety i czuła się wśród nich brzydkim nieokrzesanym odszczepieńcem. Do brzydkich nie należała, ofermowatych też nie — a jednak wpisana w tę dziewczynę była jakaś fundamentalna niezgrabność. Jakby to drobne ciało było za małe dla tego, co w niej siedziało. Nie mogła się w sobie pomieścić. Zamiast powściągliwej, eleganckiej prezencji panny z dobrego domu miała zrywy agresywnej energii. Ruszała się szybko, impulsywnie, ostro, czasem przez to chaotycznie. Najgorzej odczuwała to niedopasowanie do roli, gdy ubierała suknie. Próbowali ją uczyć, żeby chodziła tak ślicznie i wdzięcznie jak inne dziewczynki: drobnij kroki, stawiaj stopy na jednej linii, jedna za drugą, pierw pięta, potem palce — ale ona nie potrafiła znaleźć tego rytmu. Sadziła zawsze długie kroki, żeby nadążyć za starszym bratem. Stawała na szerokich nogach, jej chód ciężko dudnił o ziemię, jakby nawet grunt pod stopami chciała dognieść do swojej woli i staranować wszystko na swojej drodze. Teraz gdy szła przez uliczki Nokturnu, również była naburmuszona i zacięta, a jej półbuty tupały o bruk z pozbawionym wdzięku impetem niewspółmiernym do postury właścicielki. Ręce wciskała w kieszenie sukienki, wzrok utkwiła sztywno przed sobą. Buciki miała z domu, zrobione z pierwszorzędnej skóry u dobrego rzemieślnika — skóra była teraz porysowana i zapylona, popękana, a szwy nabiły się kurzem i brudem Nokturnu, którego miała nigdy z nich nie wydrapać. Wyrzuci te buty zresztą w obrzydzeniu za kilka miesięcy, gdy tylko opuści to miejsce. Kraciasta kiecka za kolano nie była jej. Nawet jeśli wydawała się gnojom ze Sfory ładna, na jej standardy była śmieciem. Gryzły ją i uwierały źle zrobione szwy, było jej ciasno w ramionach i czuła, jak materiał się napina, gdy unosi ręce. Wiele by jej chłopaczki nie zabrały. W kieszeni miała tylko zmęczoną paczkę papierosów, bo wyglądała mniej dziewczęco, gdy popalała. Miała wciąż młodziutką twarz, która nie budziła strachu ani poważania, a co najwyżej politowanie, gdy próbowała być groźna. Niestety po przybyciu na Nokturn okazało się, że tu też wcale nie jest mimo swojej niepokorności taka dopasowana. Czuła, że jest wyciągnięta z innego świata i męczyło ją wrażenie, że wszyscy również to w niej wyczuwali. Wychodziło więc na to, że nie pasowała nigdzie. Nie wiedziała, dokąd idzie. Było gorąco. Nie mogła wytrzymać w tym nokturńskim mieszkanku, w którym zaszyła się z chłopakiem. On narzekał, gdy wychodziła, bo się bał, że ktoś ją rozpozna i będą problemy, ale w takie gorąco Helloise nie mogła tam usiedzieć. Śmierdziało, było duszno, pot jej się perlił na czole, nawet jeśli tylko leżała bezczynnie. Szła więc i była nieszczęśliwa, bo wakacje zawsze spędzała w domu, w Walii. Mogłaby teraz wyciągnąć sobie fotel na wielki, zawieszony nad jeziorem taras w rodowej posiadłości. Zjadałby deser lodowy, patrząc, jak słońce zachodzi nad górami, albo bawiła się ze smoczognikami, słuchając znajomych domowych odgłosów. Zamiast tego słuchała kpiny jakichś wyrostków obsiadających pustostany. Widziała, że to gówniarze, ale to nie zmieniało faktu, że nie chciało jej się wdawać z nimi w pyskówki. Najlepiej ich było mijać bez słowa, jak ślepa i głucha, z głową nisko. Tyle że Hela Rowle nie potrafiła trzymać głowy nisko. Obrzuciła ich w odpowiedzi na zaczepki gniewnym spojrzeniem, po czym od razu odwróciła wzrok, jakby nie byli go godni. Jej głowa zarejestrowała obecność Maddoxa, gdy już dawno oczy wciśnięte były z powrotem w drogę przed nią. Nogi zdążyły zrobić kilka kroków, myśli chciały biec dalej, uwolnić się od tego napastliwego śmiechu oraz spojrzeń. Sama nie wiedziała w pierwszej chwili, dlaczego mimo to się zatrzymała, nie zdążywszy od nich odejść dalej niż kilka metrów. Odwróciła się na pięcie. Dopiero gdy spojrzała na Maddoxa wprost, uświadomiła sobie, od jak dawna nie widziała żadnej znajomej twarzy. — Hej! — zawołała. Intensywnie wlepiła oczy w Greybacka, próbując na chwilę wyrzucić z głowy to, że pozostali się na nią gapią. Stała w napięciu, wyczekując tego, czy on jej odpowie. Niepewna, czy dobrze zrobiła. Jakie by to było upokorzenie, gdyby ją olał. RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Maddox Greyback - 04.06.2026 W grupie wszystko przychodziło łatwiej. To była jedna z podstawowych zasad, jakich nowy uczył się w bandzie. Samemu trzeba było uważać. Samemu było się tylko dzieciakiem. Słabym, głodnym i łatwym do złamania. Ale grupa zmieniała zasady. W grupie człowiek stawał się odważniejszy, niż był naprawdę. I głupszy. Żaden z tych chłopaków nie odważyłby się sam podejść do nieznajomej dziewczyny i rzucać podobnych tekstów. W pojedynkę większość spuściłaby wzrok albo ograniczyła się do głupiego komentarza pod nosem. Ale razem mieli publiczność. Najważniejsze jednak było to, że odpowiedzialność rozmywała się między nimi. Nikt nie czuł się winny, kiedy winni byli wszyscy. Dlatego tak łatwo przyszło im zaczepienie dziewczyny. Była sama i tyle wystarczyło tyle. Maddox widział ten mechanizm już wcześniej. Na Ścieżkach, czy w Hogwarcie. Wszędzie, gdzie zbierało się kilku znudzonych chłopaków przekonanych, że muszą coś sobie udowodnić. Nie było w tym nic wyjątkowego. Dlatego początkowo nie poświęcił całej sytuacji większej uwagi. Dopiero gdy usłyszał znajome "Hej!", uniósł wzrok znad noża. Dopiero wtedy połączył twarz z nazwiskiem. Przez moment był zwyczajnie zaskoczony. Nie spodziewał się zobaczyć jej tutaj, pośród brudu Nokturnu. Zawołanie dziewczyny podziałało na nich skuteczniej niż jakakolwiek grośba, czy prośba. Rozmowy urwały się niemal natychmiast. Najpierw spojrzeli na nią. Potem ich wzrok powędrował do Maddoxa. Niektórzy zmarszczyli brwi. Inni wymienili krótkie spojrzenia. Nikt nie spodziewał się, że obca dziewczyna przechodząca przez ich miejscówkę zatrzyma się i zawoła jednego z nich. W końcu jeden z chłopaków przerwał ciszę. - Znasz ją? Westchnął cicho. Od razu wiedział, jak to się skończy. Niemądra dziewucho. Wystarczyło odejść, jeszcze kilka kroków. Jeszcze jeden zakręt. Pomyślał sobie. Teraz to był również jego problem. Nóż motylkowy obrócił się między jego palcami jeszcze raz, ale Maddox nie patrzył już na ostrze. Wzrok miał wbity w dziewczynę, chłopaków i dystans między nimi. Rozważał najprostsze rozwiązanie. Udawać idiotę. Odwrócić wzrok. Pozwolić sytuacji potoczyć się własnym biegiem. Przecież nie byli przyjaciółmi. Nie wisiał jej żadnej przysługi. Nie należał do jej świata bardziej niż ona do jego. Mógł siedzieć dalej na murku i nic nie robić. Tak byłoby łatwiej. Nie… Napięcie, które na moment zawisło nad grupą, rozpłynęło się równie szybko, jak się pojawiło. Ktoś prychnął. Ktoś splunął na bruk. Świadomość, że nie stoi za nią nikt, kogo należałoby brać pod uwagę, natychmiast dodała im odwagi. - Głucha jesteś? - Może myśli, że jest od nas lepsza. - Każdy tak myśli, dopóki nie musi wracać do domu bez sakiewki. - Albo bez butów. Jeden z chłopaków ruszył szybciej od pozostałych. Piegowaty, z nosem krzywo zrośniętym po jakiejś dawnej bójce. Wyciągnął rękę i złapał ją za ramię. Tak jakby w ogóle próbowała przed nim uciekać. Wtedy przypomniała mu się Asena. Jak pieprzyła te wszystkie swoje mądrości. Że człowiek staje się tym, obok czego przechodzi obojętnie. Że najpierw śmieje się z cudzej krzywdy, potem ją toleruje, a na końcu sam zaczyna ją zadawać. Że przystanie do śmieci i sam stanie się śmieciem. Maddox nie znosił przyznawać jej racji. Zwłaszcza wtedy, gdy ją miała. Helloise była w porządku. To pamiętał. Pamiętał dziewczynę z Hogwartu, która miała więcej odwagi niż rozsądku. I dobre serce, lepsze niż chcieli jej w szkole przypisać. Kramarze i sklepikarze mieli pełne sakiewki. Nie zbiednieją od kilku brakujących sykli. To był zupełnie inny rachunek. Ale Helloise była inna. Nie zasłużyła sobie na to, żeby stać się rozrywką dla bandy znudzonych gówniarzy. - Nie skroicie jej. Zamknął nóż jednym płynnym ruchem i podniósł się z murku. Już po jego minie można było poznać, że właśnie odebrano mu święty spokój. Cisza ponownie zapanowała na placu. Kilku chłopaków spojrzało po sobie, próbując zrozumieć, czy dobrze usłyszeli. Jeszcze przed chwilą sytuacja wydawała się prosta. - O co ci chodzi? -odezwał się piegowaty. - O to, że nie zarobicie na niej. Teraz zrobiło się dziwacznie, jakby nikt nigdy wcześniej nie stworzył precedensu, w którym zatrzymuje grupę. - Fenris wie, że rozdajesz obcym prezenty? Tutaj pięści mu się same zacisnęły. Chociaż to było oczywiste, że jak mają go w coś uderzyć to w ojca, ale i tak drażniło go to. Czuł jakby miał teraz do uratowania nie tylko Helloise, ale również swój honor. - Twoja matka rozdaje obcym i nikt nie robi z tego problemu. Kilku chłopaków zanuciło charakterystyczne buczenie, podjudzając konflikt. Napięcie zawisło między nimi. Maddox czuł, że część chłopaków najchętniej by odpuściła. Nie chodziło nawet o dziewczynę. Po prostu zabawa przestała być zabawna w chwili, gdy zaczęła grozić konfliktem we własnym gronie. A pieprzcie się ty i… Piegowaty nie zmienił zdania, wręcz przeciwnie. Poirytowało go to na tyle, że szarpnął dziewczyną i krzyknął do niej. - Kim ty w ogóle jesteś, co?! [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KcJr7jg.jpeg[/inny avek]RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Helloise Rowle - 04.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ENufC7e.png[/inny avek]Na chwilę jej nadzieje wzrosły. Rozmowy urwały się. Wpatrywała się wyczekująco w Greybacka, nie wiedząc, jakiego tak właściwie finału wyczekuje. Wystarczyłoby jej chyba odbicie tego hej. Nawet wymamrotane pod nosem, żeby miłe słowo mogła zabrać ze sobą i… pójść dalej. Pójść, ale przypomnieć sobie, że jeszcze niedawno miała inne życie, które teraz wydawało się tak szalenie odległe. Zamiast tego dostała: nie. Helloise nie miała swojej grupy, która by jej dodawała siły i odwagi. Miała krótki lont, roszczeniową postawę i wysokie mniemanie o sobie — tyle wystarczało. Nie potrzebowała wiele, żeby wybuchnąć i się zapomnieć. Oblało ją obrzydliwe poczucie odrzucenia. Obrzydliwie znane, bo odrzucano ją wiele razy. I tym razem odrzucał ją ktoś taki jak, kurwa, Maddox Greyback. Był nikim, kurwa, nikim kto by się liczył w jej świecie — a i tak ją to rozjuszyło… a może właśnie dlatego. — Pierdol się, Greyback — parsknęła pogardliwie. Wysączyła się z jej tonu złośliwość, ale i żałosny zawód. Chciała odejść, gdy dopadł ją jeden z chłopaczków ze Sfory. — A ty co…?! — warknęła, szarpiąc ramieniem, na którym zacisnęła się jego ręka. I szarpałaby się dalej, choćby nie wiadomo jak bezskutecznie, gdyby Maddox nie zmienił zdania. Odwróciła na niego wzrok, zaciskając w złości zęby, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy. Brało ją na ponury śmiech. Nagle mu się zachciało strugać bohatera. — Nic mi nie skroicie, bo gówno mam. — Rowle wyrzuciła jak śmiecia fajki z kieszeni swojej sukienki. Miała na tyle instynktu, żeby nie wyrzucać różdżki. — Wy pierdolone… — sarknęła, ale brakło jej w nerwach słów. — Wy… kurwa. — Wiązanka skończyła się nędznie, mimo że oprawiona gromami ciskanymi z oczu. Nieważne, jak ciężkie przekleństwa dziewczyna wypluwała, głos jej podskoczył, stał się prawie piskliwy. Była zdenerwowana. Jak miała nie być, gdy osaczyła ją badna podpitych chłystków-bandziorów? W tym napięciu między chłopakami Helloise rzucała się wściekle jak ryba wyłowiona z wody. Ich buczenie podjudzało ją może nawet bardziej niż Maddoxa, do którego było skierowane. Nie potrafiła sobie radzić w stresie. Zupełnie nie potrafiła. Nie umiała reagować inaczej niż tępą, ślepą agresją, która ją tyle razy popchnęła w kłopoty. Wodziła teraz wzrokiem od jednego do drugiego nastolatka, buzowało w niej. Nie myślała o tym, że bezmyślnie zaognia sytuację, pakuje się w otwarty konflikt, w którym oni mieli przewagę liczebną. A może podświadomie do tego dokładnie dążyła. Bo gdy wybuchała, zanim jeszcze docierał do niej ból konsekwencji, zawsze znajdowała sekundy ulgi — czystej ulgi, jakby w jednej chwili opuszczało ją całe napięcie, głowa wreszcie cichła po wyrzyganiu wszystkiego, co w niej szalało. — Co cię to obchodzi, kim jestem?! Nie twój interes, wal się — odkrzyknęła piegowatemu równie ostro. Dzieciak szarpnął nią, a w odpowiedzi dziewczyna rzuciła się na młodszego chłopaka całym ciężarem ciała, korzystając z tego, że oboje byli prawie tych samych rozmiarów. Jebać to. Jebać ich i jebać to, co jej zrobią. RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Maddox Greyback - 07.06.2026 Jej słowa trafiły go celniej niż jakikolwiek kamień, który mógłby dzisiaj polecieć przez tę ulicę. Maddox odruchowo skrzywił się lekko, choć sam nie był pewien, czy bardziej z powodu samej obelgi, czy tego, jak szybko rozpoznała jego intencje. A właściwie ich brak. W jednej błyskawicznej odpowiedzi zdążył zrobić dokładnie to, czego najbardziej się obawiał. Zawieść kogoś i jednocześnie nie zyskać niczego w zamian. Nie chciał problemów. Nie chciał stawać naprzeciw własnej grupy. Nie chciał tłumaczyć się z obcej dziewczyny znalezionej pośrodku Nokturnu. Wybrał więc najprostszą drogę. Wyparł się znajomości. I Helloise natychmiast wyczuła w tym słabość. Jego obrzydliwe tchórzostwo. Poczuł każdą kroplę żalu, którą wyrzuciła z siebie tym jednym zdaniem. Dopiero wtedy, po raz od pierwszy od początku całego zajścia, zrobiło mu się zwyczajnie wstyd. Jakby nagle spojrzał na siebie oczami Aseny. Jak na mokrego kundla wygrzebanego ze śmietnika, który spuszcza wzrok dokładnie wtedy, gdy powinien go podnieść. Bo Helloise miała rację. Powinien zachować się inaczej. Po prostu zabrakło mu odwagi. Jej natomiast najwyraźniej nie brakowało niczego. Była cięta, zadziorna i wściekła jak osa. Przekleństwa wypluwała z taką swobodą, jakby całe życie spędziła między tymi pustostanami, a nie herbacianych spotkankach. Chłopakom wyraźnie się to spodobało. Najpierw kilku parsknęło śmiechem, potem następni zaczęli szczerzyć zęby. - Jaka ty w gorącej wodzie kompana. - Ale mordę to ma niewyparzoną! Padło nawet kilka gwizdów. Rozbawienie rozeszło się po grupie błyskawicznie. Nawet piegowaty wyglądał bardziej na rozbawionego niż obrażonego. Papierosy, które rzuciła na ziemię, nie zrobiły na nikim większego wrażenia. Zysk z kradzieży przestał mieć znaczenie. Od chwili, w której zaczęła odpowiadać. Od chwili, w której pokazała że ma charakter. Teraz chodziło już wyłącznie o widowisko. I trzeba było przyznać, że Helloise dostarczała go aż nadto. Większość ludzi, których zaczepiali, reagowała przewidywalnie. Uciekali wzrokiem i przyspieszali kroku. Udawali, że nie słyszą. Robili wszystko, by jak najszybciej oddalić się od kłopotów. Ona natomiast jakby każdą kolejną chwilą robiła wszystko, żeby tych kłopotów sobie nazbierać. Maddox widział, jak sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli szybciej, niż był w stanie coś wymyślić. Chłopaki otoczyli Helloise ciasnym półkolem. Jedni śmiali się, inni pokrzykiwali coś ponad ramionami kolegów, a piegowaty wciąż trzymał ją za ramię, jakby sam teraz decydował kto tu jest teraz na świeczniku. Maddox zaklął pod nosem i zanim zdążył się rozmyślić, cisnął pustą butelką pod jego nogi. Szkło roztrzaskało się o bruk z głośnym trzaskiem. - Jak cię tak swędzą łapska, to do mnie wyjdź! Kilka głów odwróciło się w jego stronę. Wyszedł przed grupę, próbując przejąć ich uwagę, zanim wydarzy się coś naprawdę głupiego. Czuł jak serce bije mu szybciej. Nie dlatego, że bał się bójki. Bał się raczej tego, że właśnie popełnił niewybaczalny błąd wybierając między nimi a nią. — Co jest, Greyback? Teraz będziesz bronił swojej dziew… Helloise rzuciła się na niego, zanim zdążył zamknąć usta. Piegowaty stracił równowagę i runął na bruk, a przez podwórko natychmiast przetoczył się wybuch radości. Chłopaki zbiegli się bliżej, tworząc ciasny krąg wokół szamoczącej się dwójki. Jedni kibicowali koledze, drudzy, ku własnemu rozbawieniu, zaczęli dopingować dziewczynę, która właśnie położyła jednego z nich na łopatki. Dla bandy nie było nic ciekawszego od niespodziewanej bójki i nic śmieszniejszego od chłopaka przegrywającego z dziewczyną. Piegowaty próbował zrzucić ją z siebie, odepchnąć wyprostowanymi rękami jak najdalej od własnej twarzy. Szarpał się chaotycznie, wrzeszczał i miotał pod jej ciężarem, a każdy kolejny krzyk wywoływał jeszcze większą falę śmiechu. Maddox miał inaczej. Podczas gdy wszyscy wokół ryczeli ze śmiechu, jemu robiło się coraz zimniej. Stał nieruchomo, z zaciśniętą szczęką i wzrokiem pełnym obawy. Jako jedyny słyszał w jego głosie coś więcej niż upokorzenie. Ten wrzask nie brzmiał jak złość ani strach przed przegraną. Brzmiał jak ból. Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund. Wrzask piegowatego zmienił się w coś nieludzkiego, a zaraz potem jego ciało zaczęło wyginać się w bolesnej przemianie. Śmiechy szybko ucichły. Nawet największe głąby ze Sfory potrafiły rozpoznać ten widok. Palce wydłużyły się w szpony, szczęka trzasnęła obrzydliwie, wysuwając się do przodu. Zwierzę zaczynało przejmować kontrolę. Maddox nie miał czasu na zastanawianie się. Wypuścił własną hybrydę niemal odruchowo. Świat natychmiast stanął mgłą wokół niego. Widział, jak piegowaty wyrywa się spod Helloise i obraca ku niej łeb. Wilkołacza paszcza otworzyła się szeroko. Dopadł go w ostatniej chwili. Jego kły zacisnęły się na szponiastym przedramieniu chłopaka, a potem szarpnął całym ciężarem ciała. Piegowaty przeorał kilka metrów bruku, odciągnięty od dziewczyny, zanim Maddox w końcu go puścił. Dopiero wtedy stanęli naprzeciw siebie. Potem przyszła panika. Rozpierzchali się na wszystkie strony. Ktoś przewrócił się o własne nogi. Ktoś inny przeskoczył przez mur. Kilku rzuciło się do pustostanów, szukając schronienia za zawalonymi ścianami. Nagle nikt nie chciał być już częścią widowiska. Na środku podwórza zostali tylko oni. Nastolatka-rebeliantka i dwie hybrydy. Dwa kłęby napiętych mięśni, kłów i instynktów. Powietrze drżało od niskich pomruków. Została tylko przemoc. Surowa, pierwotna i głodna. Początek należał do Maddoxa, ale z każdą kolejną chwilą przewaga przechodziła na stronę piegowatego. Tamten był większy, cięższy i walczył jak ktoś, kto nie czuje już bólu. Kilka razy przewrócił Maddoxa na ziemię, rozciął mu bark szponami i w końcu przyszpilił go do bruku. Ostatecznie jednak nie siła zdecydowały o wyniku starcia. Przemiana dopadła piegowatego zbyt gwałtownie i zbyt wcześnie. Organizm nie wytrzymał wysiłku. Hybryda zaczęła się rozpadać równie szybko, jak powstała. Futro cofało się płatami, szpony skracały, a ciężki oddech przechodził w kaszel. Chłopak zachwiał się, splunął krwią na bruk i spojrzał na Maddoxa jeszcze przez chwilę. Nie było w nim już ochoty do walki. - Każdemu innemu już bym odgryzł ten głupi łeb… Odwrócił się i po prostu odszedł, znikając między ruinami pustostanów. Maddox również nie utrzymał formy długo po jego odejściu. Ciało wróciło do ludzkiej postaci, pozostawiając po sobie jedynie ból, drżenie mięśni i piekące rany. Leżał na plecach pośród kurzu i rozbitego szkła, wpatrzony w ciemniejące niebo nad Nokturnem. Próbował się podnieść, ale ręce odmówiały mu jeszcze posłuszeństwa. Mógł tylko leżeć i oddychać ciężko. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/a2/46/48/a246483a22dfbe25cce330fd556e283c.jpg[/inny avek] RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Helloise Rowle - 09.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ENufC7e.png[/inny avek]Widziała te pierwsze starania Maddoxa, przed bójką jeszcze, aby odciągnąć uwagę chłopaków, lecz ani na moment nie poczuła wówczas wdzięczności. Bo teraz to sobie mógł… mógł sobie cokolwiek. Nawet w tych gwizdach, w których ją niektórzy dopingowali, Rowle czuła upokorzenie, i może nawet większe niż ze strony chłopaków otwarcie ją wyśmiewających. Wcale nie uważali jej za imponującą czy choćby sobie równą, nie wiadomo, jaką by im pokazała butę. Była błaznem podskakującym po tej nokturnowej ruinie dla ich uciechy — doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale nie mogła przestać brnąć. Skoro postawiła już ten pierwszy krok, nie potrafiłaby się wycofać. Dawała się prowokować z dziecięcą łatwością. Okrzyki Sfory spadały jak kule gradowe i co chwilę kierowały jej uwagę w nowym kierunku, z nową mocą, z nową złością. Marzyła, żeby każdemu po kolei mętowi pokazać, do czego jest zdolna. Pod ręką miała jednego. To nie była skoordynowana walka. Helloise nie znała żadnych technik ani nie miała doświadczenia wykraczającego poza podobne gówniarskie bójki. Szamotała się z chłopakiem dziko. Nie patrzyła na to, czy on ją poszarpie, pokopie, czy ona nabije sobie siniaki, poobdziera kolana. Ręce nie miały planu, biły na oślep i łapały tam, gdzie akurat dziewczyna dostrzegała, że piegowaty dzieciak może jej zagrozić. Była w żywiole. Nie musiałaby nawet nad nim górować, aby czuć adrenalinowe podniecenie po oddaniu się prymitywnemu instynktowi. Dopóki ta walka nosiła znamiona wyrównanego starcia. Nagle bowiem coś zaczęło się zmieniać. Chłopiec pod nią zaczął się zmieniać. Helloise nie zdążyła nawet zorientować się, kiedy to się stało. Zrzucił ją. Głosy wokół ucichły. Spróbowała natychmiast zebrać się z ulicy, nie dać się zaskoczyć, mimo zdezorientowania nową sytuacją. Ledwie niezdarnie podparła się o bruk rękoma i uniosła wzrok, jej oczy natrafiły na wilkołaczą paszczę. Zamarła jak ogłupiała. Krótkie sekundy rozciągnęły się, a Rowle trwała w miejscu sparaliżowana. Patrzyła w paszczę bestii. Czuła niemal na twarzy smród gorącego oddechu. Widziała ślinę błyszczącą na morderczych wilczych kłach. Bestie często przychodziły po nią we śnie. Te, które rozdziawiały nad nią paszcze w nocnych marach, miały inny układ szczęk, łuski zamiast szczeciny — a jednak znajdowała między nimi w tamtej chwili hipnotyzujące podobieństwo. Spokojne były jej sny o śmierci w paszczy bestii, mimo że pełne bólu i smutku. Czy naprawdę przy końcu ma znaczenie, co ją pożre? Wtem w wilkołaka wpadł drugi wilkołak. Wyrwało to dziewczynę z odrętwienia. Zaczęła krzyczeć. Odpełzła w panice od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą wilcza hybryda szczerzyła na nią kły. Brawura wyparowała, gdy zamiast głupich dzieciaków zawisło nad nią widmo wielkich szponów, wilczych ślepii i ostrych kłów. Pozostali chłopcy rozpierzchli się. Hela doczołgała się pod ścianę pustostanu. Siadła pod nią, wbijając się plecami w mur, jakby mógł ją wchłonąć. Ramiona jej drżały, gdy sięgała po różdżkę, lecz po prawdzie to nie bardzo wiedziała, co z nią zrobić. Beznadziejnie czarowała. — O Matko. Obserwowała potyczkę, mogąc jedynie domyślać się, że drugim wilkołakiem był Maddox. Nie miała odwagi się do walczących zbliżyć. W napięciu śledziła ich ruchy. Zamierała cała przed każdym kłapnięciem szczęk i pazurów. Zaciskała kurczowo palce na różdżce. Co innego miała zrobić? Jedna z hybryd zaczęła się rozpadać. Helloise nie mogła oderwać od niej wzroku. Spod wilczej skóry wyłonił się piegowaty chłystek. Dziewczyna wstała na chwiejnych nogach, opierając się plecami o ścianę. Gdyby jeszcze chciał atakować… Nie chciał. Odszedł. Rowle stała chwilę bezczynnie. Była potargana, z roztrzepanymi skołtunionymi kudłami. W bójce rozerwała szew od dołu spódnicy. Posiniaczone, zdarte do krwi kolana zapchane piachem i ulicznym żwirem piekły, ale poza tym nic jej się nie stało. Otrzepała nogi i tyłek z kurzu, drobnych kamyczków i szklanych okruchów po porozbijanych butelkach. Na przemianę drugiego wilkołaka patrzyła z nieufnością. Bała się zbliżać, dopóki nie zobaczyła znajomej twarzy. Serce podeszło jej do gardła, gdy zorientowała się, jak nieudolnie chłopak się podnosi, a zaraz opada. Po co mu to było… Przejął ją palący gniew będący manifestem tłumionej winy. Pod sztucznym, zastygłym na twarzy grymasem złości hamowała łzy. Nienawidziła tego. Nienawidziła. Nigdy nie chciała, żeby ktokolwiek cierpiał za nią. Chciała cierpieć sama. Wykończyć się, ale nie pociągnąć nikogo za sobą. Po co on się do tego rzucał? Podszedła do Maddoxa i uklękła przy nim, chowając różdżkę. — To nie moja wina, rozumiesz? — rzuciła zdławionym głosem. Czuła zaczątki łez w kącikach oczu, ale odpędziła je po kilku ciężkich wdechach. — To oni ci to zrobili — powtórzyła z naciskiem. Popatrzyła po rannym chłopaku. To nie jej dzieło, do cholery! Mimo to nie mogła się pozbyć poczucia winy. Nienawidziła tego. Wyciągnęła nad Greybackiem rękę, jakby chciała zrobić coś… ale co? Zawiesiła ruch. Bała się go dotknąć. Widywała w rezerwacie znacznie gorzej pokiereszowanych ludzi, ale wtedy była tylko stojącą z boku córką pana domu. Patrzyła biernie na pracowników po nieszczęśliwych wypadkach, sycąc swoją ciekawość. Nie musiała nic robić. Byli wokół inni ludzie, odpowiedzialni, dorośli. Oni się wszystkim zajmowali. Czasami jeszcze zanim przybył uzdrowiciel, Heli Rowle się już zdążyło znudzić gapienie i wracała do swoich spraw. To było tak inne. Nie stała tym razem gdzieś z boku pod drzewem, kopiąc kamyki i obserwując, jak uwijają się dorośli. Była noc na Nokturnie, a ona samotnie klęczała obok poturbowanego Maddoxa. Ogarnęła ją dobijająca bezradność. Nie wiedziała nawet, kogo mogłaby tu prosić o pomoc. — Co teraz? — zapytała. Uleciała z niej cała złość. Była zagubiona. — Chcesz do jakiegoś… uzdrowiciela? — Zagryzła wargę. Przechyliła głowę, żeby lepiej spojrzeć na rozcięty bark. — Ja… nie wiem. Nie wiem. Co mam zrobić? RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Maddox Greyback - 21.06.2026 Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo na rozgrzanym jeszcze od słońca betonowej wylewce, wsłuchując się we własny oddech. Każdy wdech palił. Każdy wydech ciągnął za sobą ból rozlany po żebrach i barkach. Twarz pulsowała nieprzyjemnie, jedno oko zaczynało puchnąć, a rozcięcia pozostawione przez szpony piekły przy każdym ruchu. Było też kilka śladów po kłach, płytkich, bardziej straszących wyglądem niż naprawdę groźnych. Paradoksalnie to nie rany męczyły go najbardziej. To ta przemiana. A właściwie dwie przemiany. Wymuszone jedna po drugiej. Młode organizmy nie były do tego stworzone. Żaden z nich nie był. Cała ta banda była jeszcze dzieciakami bawiącymi się w dorosłych wilkołaków. Potrafili przywołać hybrydę, owszem. Ale stabilność przychodziła z doświadczeniem. Ich ciała za wciąż płaciły za takie sztuczki wysoką cenę. Powoli odzyskiwał siły. Najpierw wróciło czucie w palcach, potem w ramionach. W końcu zdołał lekko unieść głowę. - Przestań się mazać… Powiedział to spokojnie, niemal leniwie. Kącik ust uniósł mu się lekko, przynajmniej ten, którym jeszcze potrafił poruszać. Z puchnącej powieki ledwo widział jej twarz, ale słyszał wystarczająco dobrze. I wtedy dotarło do niego coś znacznie ważniejszego niż ból. Przyjemna, rozlewająca się po całym ciele. Ulga, smakowała jeszcze lepiej, gdy przypomniał sobie, co powiedziałaby Asena. Nawet teraz potrafił usłyszeć jej głos w głowie. Najpierw bezlitośnie wypomniałaby mu, że spanikował. Że zabrakło mu odwagi dokładnie wtedy, kiedy była najbardziej potrzebna. Że najpierw wyparł się znajomości, a dopiero później postanowił zrobić to, co należało zrobić od samego początku. Nie oszczędziłaby go ani trochę. Ale odrobina racji była też jego. Nie dlatego, że wygrał. Bo przecież nie wygrał. Tylko dlatego, że ostatecznie zdobył się na odwagę. Zrobił to późno, niezdarnie i dopiero wtedy, gdy sytuacja zaczęła się walić. Nie pozwolił sobie przejść całkiem obojętnie obok czegoś, co uważał za złe. Może właśnie dlatego miało to jakąś wartość. Łatwo było być przyzwoitym człowiekiem, kiedy nic człowieka to nie kosztowało. Znacznie trudniej zawrócić z drogi, na którą już zdążyło się wejść. Asena pewnie powiedziałaby, że nadal jest śmieciem. Na samą myśl o tym przez jego spuchniętą twarz przemknął cień uśmiechu. Tak, śmieciem, lle może już nie takim, którego należy wyrzucić do rynsztoka i zapomnieć, że kiedykolwiek istniał. Śmieciem do recyklingu. Materiałem, z którego przy odrobinie pracy dałoby się jeszcze zrobić coś przyzwoitego. Nie był jeszcze człowiekiem, z którego mógłby być dumnym. Nie był nawet blisko. Ale po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że może kiedyś coś z niego będzie. O ile wcześniej nie da się zabić przez własną głupotę. Dopiero po chwili spojrzał na klęczącą obok dziewczynę. Powinna być zła. Powinna wyzywać go za to, że najpierw się jej wyparł. Zamiast tego wyglądała, jakby cała sytuacja przygniatała ją bardziej niż jego. Maddox znał ten rodzaj strachu. Przed odpowiedzialnością za cudze cierpienie. Słyszał ją. Słyszał, jak tłumaczy, że to nie jej wina. Jakby próbowała przekonać nie jego, lecz samą siebie. - Nie masz przypadkiem papierosa? Skrzywił się przy próbie podparcia na łokciu. On już niczym się nie przejmował. Ból był tylko bólem, przejdzie. Widział już gorsze rzeczy i przeżywał gorsze rzeczy. Tym razem przynajmniej wszystko skończyło się tak, jak powinno, wystarczająco dobrze. Był dokładnie tam, gdzie chciał być. Spłacił swój dług. To było warte znacznie więcej niż kilka siniaków. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KcJr7jg.jpeg[/inny avek]RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Helloise Rowle - 21.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ENufC7e.png[/inny avek]Nawet jeśli Maddox nie mówił z pogardą tego: przestań się mazać, Helloise zrobiło się wstyd jej własnej emocjonalności. Nie miała jeszcze na tyle siły charakteru, żeby utrzymać wrażliwość i delikatność, gdy spotykały się z drugiej strony z niewrażliwą reakcją. Znowu poczuła się głupia. Przestraszyła się, a on przyjął to tak spokojnie, jakby nigdy nie było się czym przejmować. Głupio to wzięła do siebie. Głupio się do niego odezwała. Kolejny ideał, którego oczekiwano od niej w domu, a ona nigdy nie potrafiła go dosięgnąć: opanowanie. Rowle’owie nie patrzyli dobrze na nadmierną emocjonalność i nawet kiedy akurat nikt nie zwracał jej na to uwagi, to wiedziała, że traci w oczach rodziny, okazując tkliwość, smutek i szereg innych słabości. Nie chciała być histeryczką, bo histeryczne dziewczyny traktowało się protekcjonalnie — i dokładnie to zrobił jej w tamtej chwili Maddox. Umniejszył wadze jej współczucia, nawet jeśli to był jego własny mechanizm obronny. Dziewczyna nastroszyła się od razu z powrotem. — Nie mażę się — fuknęła, wycofując się znów za bezpieczny mur złości. Emocje w niej szalały, dyktując skrajne reakcje jedna za drugą. Strach, współczucie, wina, gniew — bulgotały wszystkie na raz w nastoletniej głowie i trudno było przewidzieć, które akurat buchnie, gdy się następnym razem odezwiesz. Gdy ucieszony tym wszystkim, podziurawiony i obity Greyback podparł się na łokciu i zapytał ją o fajki, Helloise popchnęła go rozzłoszczona z powrotem na ziemię. — Sam sobie wyniuchaj tego papierosa — warknęła, patrząc na chłopaka z… jeszcze większym poczuciem winy. Mogła mu zrobić tym krzywdę. Leżącego się nie kopie? Czasem kopała i takich. Odwróciła głowę, wzdychając cierpiętniczo. Wbiła wzrok między pustostany, nie chcąc więcej patrzyć na Maddoxa, dopóki się sama nie uspokoi. Dopóki nie puszczą jej nerwy. Wtedy zacznie normalnie myśleć, zamiast rzucać się impulsywnie. Musiała się uspokoić. Z kolejnym głośnym westchnieniem, w poczuciu przygniatającej beznadziei, sama opadła dramatycznie plecami na drogę obok Greybacka. Nigdy jeszcze nie leżała tak po prostu na bruku w Londynie. Strasznie to było dziwne uczucie. — Mówiłam serio. Jeśli cię to w ogóle obchodzi — mruknęła. — Możesz dostać infekcji. Ugryzienia zwierząt są niebezpieczne, nawet jeśli wyglądają niegroźnie na początek. I tu jest tak brudno, będzie się paprać przy gojeniu. — Umilkła na chwilę, zastanawiając się, czy na tym nie powinna skończyć mówić. Pokazałaby mu chłodną wyższość, gdyby przestała paplać i uniosła się honorem; zostawiłaby go tutaj i poszła sobie słusznie obrażona. Tyle że Hela Rowle nie była ani szczególnie chłodna, ani zdyscyplinowana, ani… — Ty zawsze taki byłeś? — kontynuowała. — Mam na myśli, wiesz, wilkołak. Nie wiedzieliśmy w szkole. To się stało ostatnio? Coś tam wiedziała o rejestrze wilkołaków i polowaniach na nie, jako że Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami był preferowanym miejscem pracy członków jej rodziny, którzy zapragnęli robić k a r i e r y. Przy stole się więc o tym rozmawiało od czasu do czasu i coś tam wyłapała, nawet jeśli ją to w gruncie rzeczy guzik obchodziło. Jak Hogwart sobie radził z uczniami-wilkołakami? Nigdy nie zadała sobie tego pytania, bo wilkołaki nie rzucały się w oczy, więc… chyba ich nie było? RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Maddox Greyback - 28.06.2026 Dopiero po chwili dotarło do niego, że najwyraźniej odebrała jego słowa zupełnie inaczej, niż zamierzał. Zamiast rozładować napięcie, jeszcze bardziej je zaostrzył. Nie chciał umniejszać jej strachowi ani wyśmiewać troski, którą go obdarowała. Po prostu próbował zrobić to, czego sam nauczył się na Ścieżkach. Obrócić wszystko w żart. Udawać przez chwilę, że nic wielkiego się nie wydarzyło. Że kilka rozcięć, podwójna przemiana i bójka z rozwścieczonym wilkołakiem to tylko kolejny kiepski wieczór na Nokturnie. Nonszalancja była wygodniejsza od szczerości. Łatwiej było zaśmiać się z własnej krwi, niż przyznać, że jeszcze przed chwilą sam bał się bardziej, niż chciałby kiedykolwiek komukolwiek pokazać. Chciał odwrócić jej uwagę od tego strachu, rozluźnić atmosferę choćby odrobinę. Najwyraźniej wyszło mu to równie kiepsko, jak cała reszta dzisiejszego wieczoru. Maddox syknął cicho, kiedy popchnęła go z powrotem na bruk, ale bardziej z zaskoczenia niż bólu. - Ej noo… Co jest z tobą nie tak? W jego głosie nie było pretensji. Prędzej rozbawienie zmieszane z niedowierzaniem. Jeszcze przed chwilą próbowała ratować mu życie, a teraz sama jakby chciała dołożyć mu kolejną porcję siniaków. W jej oczach miało to swój osobliwy urok. Zaraz potem opadł na plecy, a z jego ust wyrwało się krótkie parsknięcie, które natychmiast przerodziło się w kaszel. Żebra zaprotestowały boleśnie. No tak. Chyba faktycznie dostał mocniej, niż początkowo sądził. Odetchnął ciężko i pokręcił głową z cieniem rozbawienia. Szkoda. Papieros byłby całkiem elegancką kropką nad i całego wyrazu tego zamieszania. Chociaż całość powinna brzmieć bardziej I chuj z wami. Leżał obok niej wpatrzony w ciemniejące niebo nad Nokturnem. Dziwnie było tak po prostu leżeć na zimnej wylewce pośrodku podwóża. Nawet dla niego była to nowość. Na Ścieżkach spędził dopiero kilka tygodni, ale zdążył już zrozumieć, że najpewniej zostanie tu na znacznie dłużej. Jeszcze niedawno dzielił pokój z rodzeństwem i żył złudzeniem, że jego świat będzie wyglądał właśnie tak. Potem Asena uciekła. Wcześniej zrobiła to matka. Fenris nie zamierzał pozwolić, by historia nie powtórzyła się po raz trzeci. Maddox nie wrócił więc do Hogwartu. Został na Ścieżkach, gdzie każdy kolejny dzień miał zrobić z niego żołnierza, wierniejszego sprawie niż własnym myślom. Ojciec nie mógł pozwolić, żeby kolejna inwestycja wymknęła mu się z rąk. Odwrócił głowę w stronę Helloise i uśmiechnął się blado, mimo że spuchnięta warga natychmiast zaprotestowała. - Dzięki - powiedział cicho. - Ale naprawdę nie ma się czym przejmować. Na moment zawiesił wzrok gdzieś między nią a ciemnymi oknami pustostanów. - Ojciec się na tym zna. Na samą myśl o powrocie do Fenrisa wiedział, że nie będzie to łatwa rozmowa. Ojciec z pewnością nie odpuści mu tej porażki. Fenris nie należał do ludzi, którzy poklepywali po ramieniu za dobre intencje. Liczył się wyłącznie rezultat. Na jego szczęście był najlepszym alchemikiem na Ścieżkach i poskładał już niejedną hybrydę do kupy. Na pytanie Helloise zawiesił się na dłuższą chwilę. Przez ułamek sekundy był przekonany, że pyta o coś zupełnie innego. Ty zawsze taki byłeś? Zabolało go to bardziej, niż chciałby przyznać. Przez głowę przemknęła mu nieprzyjemna myśl, że miała na myśli jego wcześniejsze zachowanie. Czy zawsze był takim tchórzem? Takim człowiekiem, który najpierw odwraca wzrok, a dopiero później znajduje w sobie odwagę? Poczuł, jak żołądek ściska się nieprzyjemnie na samą możliwość usłyszenia takiego pytania. Dopiero po chwili zrozumiał, że chodziło o wilkołactwo. Odetchnął niemal niezauważalnie. To pytanie było cięższe, a jednocześnie łatwiejsze do uniesienia. Było też czymś, czego wcale się po niej nie spodziewał. Po całym zajściu, po jej opryskliwości i złości, sądził raczej, że nie będzie chciała wiedzieć o nim nic więcej. Tymczasem nie pytała o bójkę ani o jego głupotę. Pytała o niego. Jakby naprawdę chciała zrozumieć, skąd się wziął i dlaczego wyglądało to wszystko właśnie tak, a nie inaczej. - Bo nikt miał nie wiedzieć. Odpowiedział spokojnie, jakby mówił o czymś oczywistym. W jego świecie właśnie takie to było. Fenris od początku pilnował, żeby sprawa pozostała w rodzinie. Jego plan był zbyt ambitny, by dobrowolnie oddać choćby ułamek kontroli nad własną gromadą Ministerstwu. Rejestr wilkołaków nie był dla takich jak oni żadną pomocą. Był listą nazwisk, po którą można było sięgnąć zawsze wtedy, gdy należało kogoś skontrolować, przesłuchać albo znaleźć winnego. Mało który wilkołak chciał dobrowolnie się na niej znaleźć. Nie niosła ze sobą bezpieczeństwa ani leczenia. Niosła za to piętno, nieufność i świadomość, że od tej chwili każdy urzędnik może zainteresować się twoim życiem bardziej, niż ty sam byś sobie tego życzył. Przez moment jeszcze się wahał. Nie z powodu wstydu. Po prostu przez lata przyzwyczaił się, że o takich rzeczach się nie mówi. Skoro jednak już wiedziała, skoro i tak zobaczyła więcej, niż powiniena kiedykolwiek pokazać komukolwiek, nie było sensu dalej tego ukrywać. - Taki się urodziłem. Powiedział to zwyczajnie, bez cienia dramatyzmu. Jakby informował ją o kolorze swoich oczu albo o tym, że nie lubi dyniowego soku. - I każda z tych łysych pał też jest taka. Dlatego trzymamy się razem. Chłopaków nie było już nawet słychać. Każdy obrał inną uliczkę, inny zaułek, jakby chciał jak najszybciej zapomnieć o tym, co właśnie zobaczył. Niezależnie od tego, którędy pójdą, prędzej czy później wszyscy skończą w tym samym miejscu. W wilgotnym smrodzie Podziemnych Ścieżek, gdzie czekały na nich wspólne legowiska, wspólny głód. Każdy z nich swój dzień zaczynał i kończył w kanale. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KcJr7jg.jpeg[/inny avek]RE: [07.1956] Respect existence or expect resistance - Helloise Rowle - 01.07.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ENufC7e.png[/inny avek]Tak często słyszała pytanie, co jest z nią nie tak, że już nawet nie robiło na niej wrażenia. W ustach Greybacka nie brzmiało zresztą ono wcale jak obelga, a w międzyczasie Rowle udzieliło się rozbawienie chłopaka. — Nic ze mną nie jest nie tak. Wkurzasz mnie! — zawołała dramatycznie w niebo, jakby oczekiwała, że ktoś tam z góry odpowie na jej frustracje. Sama nie potrafiła już tego wszystkiego wziąć na poważnie i zaczęła się śmiać. Zakryła twarz brudnymi dłońmi, żeby choć trochę to ukryć. — Dzięki, że nie pozwoliłeś mnie zjeść. I przepraszam. Za całość — mruknęła, bo to pokasływanie młodszego kolegi znów szturchnęło ją w poczucie winy. — Twoi kumple są dziwni. Może oni by potrafili ci powiedzieć, co jest niby ze mną nie tak, skoro mieli do mnie jakiś problem. Wychodząc tego wieczora na Nokturn, nie spodziewała się, że skończy w centrum wilkołaczej bójki. Teraz — gdy było już po wszystkim i zostali z Maddoxem sami w atmosferze lekko niezręcznej, ale jednak ulgi — Hela była tą przygodą… absolutnie zachwycona. To była ta szkoła życia, o której opowiadały niektóre dzieciaki. Musiała być. Nie przyszło Rowle nigdy do głowy, że połowa soczystych plotek i historyjek krążących po Hogwarcie to ściema. Zdawało się, że wszyscy mieli jakieś ekstremalne przygody, a ją wszystko omijało. Teraz sama miała co opowiadać… tylko nie było już komu. — Chcesz mnie przekonać, że twój ojciec jest uzdrowicielem? Mam w to uwierzyć? — zapytała z powątpiewaniem, odwracając głowę do Maddoxa. Dzięki temu chłopak miał doskonały widok na to, jak gwałtowanie zmieniał się w popłochu wyraz twarzy dziewczyny, gdy dotarło do niej, co powiedziała. — To nie tak, że myślę, że twój tata… — zmieszała się, nie wiedząc, co powiedzieć. Bo pomyślała dokładnie to, co powiedziała: że niby ktoś taki skończył Akademię Munga? — Wiesz, nie miałam na myśli, że… Nieważne. Jestem pewna, że jest świetny. Zrobiło jej się nieco wstyd i wyglądała na zakłopotaną. Tego typu oceny były czymś, czego nie powinno się mówić głośno. Nie komuś, kto był dla ciebie życzliwy. To było coś, o czym się rozmawiało tylko w domu: że kogo to oni dziś dopuszczają do tego zawodu czy do tamtego stanowiska. Helloise brakowało społecznego filtra, który by jej zatrzymywał w ustach słowa będące towarzyskim faux pas. Czasami orientowała się sama, czasami dopiero w domu dowiadywała się od rodziców w formie ostrej nagany, jaka jest bezmyślna i że powtórzyła coś, co nie powinno być powtórzone. — Nie powiem nikomu — obiecała pospiesznie, gdy Maddox wyznał, że jego wilkołactwo to sekret. Nie chciała, żeby sobie pomyślał, że ona by mogła skarżyć na kolegów. Chciała być jedną z nich. I rzeczywiście nigdy nikomu o Greybacku i jego sekrecie nie powie, nawet gdy wróci do domu pojednać się z rodziną. W tamtej zaś chwili wszystko, co opowiadał Maddox, pachniało tak kusząco — nielegalnie. Sekret, wilkołaki… — Czy to gang? Jesteś w gangu? Biłam się z gangsterem? — zapytała, obniżając głos, żeby brzmieć bardziej nonszalancko. Tak bardzo chciała być taka wyluzowana jak Maddox Greyback. Udawała więc, że to normalka. Normalnie tłukła się z młodym wilkołakiem, nic nadzwyczajnego. Twarz Helloise słabo jednak maskowała podekscytowanie. — W ogóle nigdy nie widziałam wilkołaka tak z bliska — przyznała zaraz, bo choć chciała być cool, to gdy się rozkręciła, słowa płynęły z niej rwącym strumieniem. — To jest tak fascynujące, co magia potrafi zrobić z człowiekiem. Jakby… ja bym nigdy. Wyobrażasz sobie, że rosną ci kły, pazury? To takie… niesamowite. — W tym temacie również potrafiła dojrzeć swoje faux pas. — Wiem, że to nie jest najlepsze i że pewnie się nie cieszysz, serio — poprawiła się zaraz, studząc nieco swój entuzjazm, żeby nie wyjść na nieczułą. — Ukrywasz się. I to jednak klątwa. Moi bracia mają smocze łuski. To klątwa. Wiem, że tego się nie wybiera, i przez to to nie jest… ma złe strony. Ja to rozumiem, zaufaj mi. Temat jest ciężki, ale czasem patrzę… dzieła natury i magii są… zachwycające. Łuski, futro, kły, pazury, skrzydła… Westchnęła z przejmującym zachwytem, jakby nie dowierzała temu, jakie połączenia potrafiły się wykształcić i jak blisko były. Odwróciła się znów ku nocnemu niebu, żeby zwolnić myśli. Przez cały ten wywód bowiem jedno pytanie chodziło jej po głowie i czekało, aż dopcha się wreszcie do głosu. Helloise wzięła głęboki wdech, po czym podniosła się na łokciu i spojrzała na Maddoxa śmiertelnie poważnie. — Przemieniłbyś się jeszcze raz? — wypaliła. Czuła się szalenie głupio, ale… równie bardzo chciała to zobaczyć. Nigdy nie wygasła w niej dziecięca ciekawość, która kazała wszystko obejrzeć z bliska, dotknąć, spróbować, przekonać się na własnej skórze. — Nie że teraz. Teraz nie — zastrzegła od razu, żeby Greybackowi nie przyszło do głowy takiemu poranionemu podejmować kolejnych wysiłków. Był głupi. Jeszcze by się na to porwał, żeby coś udowodnić. — Później. Ale wiesz… chciałabym zobaczyć z bliska? |