![]() |
|
[24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +---- Dział: Epping Forest (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=123) +---- Wątek: [24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima (/showthread.php?tid=6097) Strony:
1
2
|
[24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Septima Ollivander - 01.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek] Późny październik zamienił Epping Forest w miejsce rodem z wiktoriańskich wizji szampańskiej zabawy — takich, które z niewiadomych przyczyn zawsze kończyły się lunatykowaniem pośród mgły, nadmierną wilgocią, wróżeniem z czaszek, błotem po kostki i czyjąś przedwczesną śmiercią na gruźlicę. Znaczna część liści straciła już większość lisiego kolorytu i zalegała pod nogami brzuchatymi, przegnitymi na wskroś grubymi warstwami; ogołocone gałęzie wyglądały na obrażone własnym istnieniem, a powietrze było chłodne w ten nieprzyjemnie brytyjski sposób, który nie tyle marznie na skórze i wtapia się w mięśnie, co powoli, zdradliwie osiada w kościach. Timmy zaś, w lesie, o tej konkretnej porze, z boleśnie dziewczęcym koszyczkiem na grzyby i różdżką gotową do machania w kierunku sabatowego chrustu, znalazła się całkowicie przypadkiem. I wyglądało na to, że nie tylko ona. Zanim udało jej się skupić wzrok na konkretnej osobie, była już nieomal świadoma, że postać znalazła się w polu jej widzenia. Mimo to zamrugała nerwowo na widok chłopaka przechodzącego wzdłuż szpaleru dziko rosnących dębów, tak jakby nie była do końca pewna czy aby to na pewno był on. A nie bagienny stwór, który miał ją porwać, zedrzeć ze skóry i przeżuwać niespiesznie jak najwyższej klasy biltong. — Och, cóż to za niespodzianka. Zbieg okoliczności był tak niewiarygodnie mało subtelny, że nie warto było go komentować. Oboje nie dyskutowali również wcześniej dlaczego właściwie zbierali chrust na Sabat. Z reguły młodzież (o ile Ollivander jeszcze do protekcjonalnego określenia "młodzieży" można jeszcze było zakwalifikować) nie garnęła się do tego typu zajęć, na pewno nie z własnej woli. Septima odbywała rodzinny obowiązek względem Witchcroft. Ale Gregorovitcha o jego własny powód nie zapytała z obawy o niekomfortową rozmowę o wierze i religii. — Masz tu jakichś znajomych? — zapytała niewinnie po kilku minutach machania różdżką. Epping Forest miał bowiem renomę lasu nie tyle przeklętego, co zdecydowanie opętanego. Według legend, po jego złowrogich ziemiach krążyło tyle różnych pokrak, że Savaš najpewniej był tutaj najmniej zaskakującą istotą. Zamiast machnąć różdżką, kolejną suchą gałąź schyliła się sama, przyglądając jej się krytycznie. — Jak coś zacznie do ciebie szeptać, proszę, odłóż. Wolałabym nie być świadkiem nawiązywania stosunków dyplomatycznych z czarnomagicznymi stworami. Przez chwilę szli dalej pośród melodii jesiennego lasu, od czasu do czasu szturchając butami pijaną od nocnego deszczu ściółkę albo odciągając na bok niższe konary. RE: [27.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Savaš Gregorovitch - 01.06.2026 Epping Forest zawsze podobało mu się bardziej niż lasy otaczające Little Hangleton. Może dlatego, że tutejszy pomrok wydawał się uczciwszy. Nie próbował ukrywać swojej natury. Już od pierwszych kroków pomiędzy dębami można było wyczuć, że jest to miejsce, którego czarodzieje nie odwiedzali zbyt często. Savaš lubił tę niepewność. Delikatne uczucie dyskomfortu, które sprawiało, że większość ludzi wybierała bezpieczniejsze ścieżki. Przynajmniej tutaj znacznie rzadziej można było natknąć się na wisielca kołyszącego się pod gałęzią. Las ten pozostawał niepokojący, ale w bardziej cywilizowany sposób. Zdarzało się spotkać cichociemnych alchemików warzących nielegalne eliksiry. Tacy ludzie nie robili jednak na nim większego wrażenia. Nazwisko Mykewa zwykle skutecznie łagodziła obyczaje podobnych spotkań. Znacznie gorzej było z kłusownikami. Na samą myśl o nich marszczył nos. Krzywdzili stworzenia, które darzył większą sympatią niż większość ludzi. Pozostawiali po sobie puste gniazda, okaleczone zwierzęta i zaburzoną równowagę lasu. Savaš szczerze ich nie znosił. Nie miał jednak w sobie tyle odwagi by powiedzieć im co o nich myśli. Jednak mimo całej ponurości pozostawało to jednym z jego ulubionych miejsc. Szczególnie o tej porze roku. Od zawsze był zakochany w widoku świeżogi. W tych krótkich chwilach, gdy ciężka mgła zalegająca pomiędzy drzewami zaczynała ustępować pod naporem złotegp światła, a pojedyncze promienie słońca przebijały się przez nią z budującym uporem. Wtedy cały las robił się wydawał się zawieszony pomiędzy snem, a przebudzeniem. Lubił takie widoki bardziej niż powinien. Było w nich coś spokojnego i smutnego jednocześnie. Coś, co przypominało mu, że nawet przemijanie potrafi być piękne, jeśli spojrzy się na nie we właściwym świetle. Dostrzegł ją dopiero po chwili. Najpierw kątem oka zarejestrował ruch pomiędzy drzewami, potem znajomą sylwetkę i wreszcie charakterystyczny koszyczek, który wydawał się tak niepasujący. Zdradził ją tylko zapach wiśni, a dobrze wiedział, że w pobliżu nie rosły żadne wiśnie. Nie spodziewał się spotkać kogokolwiek znajomego pomiędzy mokrymi liśćmi i chrustem przeznaczonym na sabatowe ogniska. Zatrzymał się i odruchowo rozejrzał pomiędzy drzewami. Najpierw za nią. Potem na boki. Potem jeszcze raz za nią. - Jesteś sama? Pytanie padło szybciej, niż zdążył się nad nim zastanowić. W jego głosie pobrzmiewała ostrożność granicząca niemal z lękiem. Podniósł kilka gałązek chrustu, które wcześniej wysunęły mu się spod ramienia, a jego ramiona wyraźnie się rozluźniły. Mimo wszystkich potencjalnych problemów spotkanie Septimy było przyjemnym zbiegiem okoliczności. Jej obecność należała do tych nielicznych rzeczy, które nie komplikowały mu myśli. Jeśli tylko pozostawała odpowiednio dyskretna. Papie bardzo nie spodobałoby się, gdyby dowiedział się o podobnym spotkaniu. Gregorovitchowie i Ollivanderowie powinni funkcjonować wystarczająco blisko siebie, by wzajemnie znać swoje nazwiska, ale zdecydowanie daleko, by ich dzieci powinny spacerować wspólnie po lesie. Zwłaszcza jeśli ktoś mógłby to zobaczyć. - Znam tu jedną Babę Jagodową. Jego spojrzenie na moment powędrowało pomiędzy splątane gałęzie głogu porastające skraj ścieżki. W kąciku ust pojawił się cień uśmiechu, ledwie dostrzegalny pośród swojej zwyczajowej nieśmiałości. -Opiekuje się moim głogiem, kiedy nie mogę zrobić tego sam. Brzmiało to tak, jakby mówił o starej przyjaciółce. Właściwie chyba tak właśnie było. - Czasami zostawiam jej mleko. Albo błyszczące guziki. Nigdy nie powiedziała, że tego chce, ale uznałem, że to uprzejme. Savaš spojrzał na nią z wyraźnym niedowierzaniem, kiedy wspomniała o tych niebezpiecznych stworzach. Przez chwilę wyglądał nawet tak, jakby próbował zdecydować, czy powinien potraktować jej słowa poważnie. - Jesteś rybka. Kąciki ust uniosły mu się nieznacznie, a jasne oczy błysnęły czymś na kształt niewinnej psoty. - Rybka typu Gupik. W jego głosie pobrzmiewała szczera sympatia. Savaš nieczęsto pozwalał sobie na żarty, ale przy Septimie zdarzało mu się to częściej niż przy większości ludzi. Może dlatego, że nigdy nie musiał się zastanawiać, czy zostanie źle zrozumiany. - Tutaj nic takiego nie mieszka. To las współdzielony z mugolami. Łowcy bardzo pilnują, żeby wszystkie naprawdę niebezpieczne stworzenia trzymały się od takich miejsc z daleka. Machnął ręką w stronę mgły snującej się pomiędzy drzewami dalej. Gest był na tyle szeroki, że znowu zgubił przy okazji połowę niesionego chrustu. Mruknął cichutkie Oj i schylił się żeby pozbierać te same gałązki chrustu po raz trzeci. [inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/bd/ad/32/bdad3224d6e92a52533c27eba203904c.jpg[/inny avek]RE: [27.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Septima Ollivander - 02.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek] O dwójce różdżkarzy wałęsających się po lesie z pewnością dałoby się ułożyć przynajmniej kilka przyzwoitych żartów, ale wyglądało na to, że żadne z nich nie miało dziś ochoty odbierać pracy lokalnym komediantom i komikom. Wielka to była szkoda. Przytaknęła rudzielcowi, na powitanie trącając go swoim koszyczkiem. — Tak. Mogę okryć twarz szalem, jeśli wolisz. Nie mam z tym problemu. Machając mu przed oczami białym szalem, mówiła całkowicie poważnie. Ich obawy również były całkowicie poważne. Nie spodziewała się wprawdzie ujrzeć pomiędzy drzewami ani Garricka odzianego w markowe kalosze, ani Mykewa w kapeluszu grzybiarza, ale doświadczenie podpowiadało jej, że do wywołania rodzinnego kryzysu nie potrzeba obecności rodziny – wystarczyła jedna osoba o odpowiednio luźnym stosunku do prawdy. A potem kostki domina toczyły się same. System ploteczkowy działał w Londynie pod tym względem stosunkowo sprawnie; brał dwójkę ludzi stojących obok siebie i po kilku dniach oddawał historię o zakazanej przyjaźni, skandalu, złamanych tradycjach i innych rzeczach, które namiętnie targały sercami nieświadomych słuchaczy. Żadne z nich nie miało na to ani czasu, ani chęci. Chociaż Savaš czas może i miał. Powiodła za jego spojrzeniem utkniętym pomiędzy splątanymi gałęziami głogu, tak jakby Savasowa przyjaciółka miała tam właśnie na nich czekać, witając darem mleka z żołędziami. — Baba Jagodowa? — powtórzyła powoli, obracając nazwę w ustach tak, jakby sprawdzała, czy nie pomyliła jej z własnym głodem albo inną przykrą konsekwencją pominiętego obiadu. — Uprzedź mnie następnym razem. Przyniosę guziki. Mam ich absurdalnie dużo. Sroka-graciarka taka jak Ollivander zwykle niechętnie rozstawała się ze swoimi zbiorami – zwłaszcza tymi, którym przez lata zdążyła przypisać wartość znacznie większą niż wskazywałby zdrowy rozsądek ale! Dla leśnej istoty o tak konkretnej i niegroźnie ekscentrycznej reputacji byłaby skłonna pójść na ustępstwa. W ostatecznym rozrachunku negocjowanie z kimś, kto otwarcie oczekuje guzików, wydawało się znacznie bardziej klarownym układem niż większość pertraktacji prowadzonych na Nokturnie z tłustowłosymi łotrami. Całkiem zaintrygowana, chciała nawet wypytać go o ten głóg i kilka innych różdżkarskich tajemnic, ale nastrój ostrzeżeń i mrocznych niedopowiedzeń rozpuścił się szybko pod naporem jego rozbawienia. Timmy cmoknęła tylko cicho, niespecjalnie urażona rybciowymi obelgami. — Najciemniej pod latarnią, mój drogi — trudno było stwierdzić czy o czymś konkretnym teraz mówiła, czy po prostu się mądrzyła się jakby chciała przekazać mu wiedzę leciwszą od większości znanych im instytucji. A te w Wielkiej Brytanii były cholernie stare. Pod starym bukiem, pośród mchu w kolorze strawionych przez wodne stwory, alg, wyrósł prawdziwek, acz podejrzanie spokojnie, jakby od początku wiedział, że prędzej czy później ktoś gagatka znajdzie. Septima przykucnęła nad grzybim kapeluszem i przez krótką chwilę przyglądała mu się z rozwagą, choć kontrola jakości błyskawicznie odnalazła defekt. Pod kapeluszem nie było znajomej, bladej gąbki! Szatan! Bezczelny Szatan! Wyprostowała się powoli, z niechęcią wypisaną na facjacie i otrzepała dłonie z ziemi. Teraz każdy grzyb wyda jej się podejrzany. — Ale nie czujesz tego? — nie ruszyła dalej, ale przystanęła na chwilę, pławiąc się w milczeniu jesiennego lasu — tego jak powietrze dziwniej świszczy? Jak ptaki nie śpiewają już o świcie, a las brzmi bardziej tak jakby nasłuchiwał…? — na co dzień nie układała słów w sposób poetycki i niekonkretny, ale coś najwyraźniej natchnęło ją do spróbowania języka, który bliższy był Flintowi, bądź natchnionej boską chwałą Lorraine. Nie opisywała bowiem obserwacji ujętych w faktach niezaprzeczalnych. Mówiła o wrażeniach czasem niedostrzegalnych. Ale odczutych. Swoich. — Zwierzęta również wydają się bardziej płochliwe — zauważyła ciszej, odgarniając czubkiem buta mokre liście. Przed momentem przebiegła jej drogę strwożona, wyliniała wiewiórka, o której właśnie pomyślała. Skrzyżowała z nim spojrzenia, próbując wtargnąć w myśli przez jasne jak kotara dymu, oczy. Przypominały jej Spaloną Noc. — Wszystko jest takie niespokojne— osądziła surowo. Ale być może w tym narastającym rozchwianiu, młodzieniec odnajdywał coś znajomego. Kto wie. RE: [27.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Savaš Gregorovitch - 04.06.2026 Savaš był głęboko przekonany, że kiedy jeden różdżkarz wchodzi do lasu, wszystkie drzewa zaczynają pocić się stresową rosą. Kiedy jednak pojawia się ich aż dwójka, sytuacja stawała się znacznie poważniejsza. Korzonki drżały w panice, liście szeptały między sobą w przerażeniu, a młode gałązki żegnały się z przyszłością. Było to bardzo podobne do losu karpi przed Wigilią, z tą jedyną różnicą, że w przypadku różdżkarzy zakupy potrafiły być rozciągnięte na całe dekady. Drzewka mogły mieć swoje plany na przyszłość, przeżyć większość swojego życia w błogiej nieświadomości, by pewnego dnia odkryć, że od trzydziestu lat było oceniane przedmiotowo. Najpierw dobierał się taki jeden z drugim do pnia, zaglądał pod korę, a dopiero potem interesował się, ile ma słoi. Leśna tragedia. Gdzie był leśniczy? Na wzmiankę o zasłanianiu twarzy szalem najpierw poczuł ulgę, która rozlała się po nim przyjemnym ciepłem, gdy dowiedział się, że Septima przyszła sama. Nie wiedział nawet, jak powinien byłby zachować się w obecności Garricka. Sama wizja takiego spotkania wprawiała go w zakłopotanie. Gdyby ukłonił się i przywitał zgodnie z zasadami dobrego wychowania, mogłoby wyglądać to podejrzanie. Tatko zapewne nie byłby zachwycony, widząc syna okazującego podobne względy konkurencji. Z drugiej strony nie potrafiłby też odgrywać chłodu wobec Septimy tylko dlatego, że wymagały tego sytuacj. Już na samo wyobrażenie takiej sytuacji robiło mu się przykroi i pozostawiało w nim uczucie winy, jakby zawiódł kogoś niezależnie od tego, którą drogę by wybrał. Potem jednak usłyszał o szalu. I wtedy cała ulga wyparowała. Myśl przyszła natychmiastowo i zniszczyła cały optymizm. To z pewnością dlatego, że tak paskudnie śmierdział. Przecież miał dziś nikogo nie spotkać. Nie użył maści różanej. Nie natarł skóry olejkiem. Nie wypił nawet odrobiny eliksiru z księżycowej rosy. Wyszedł do lasu przekonany, że jedynymi świadkami jego obecności będą drzewa i ptaki na niebie. Wstyd zacisnął mu gardło. Poczuł swędzenie w nosie, zwiastujące łzy. Na szczęście krew płynęła w nim zbyt wolno, by zdradzić go rumieńcem. Zamiast tego wykonał dziwaczny krok w bok, obrócił się na pięcie i ustawił pod wiatr. Potem poprawił pozycję jeszcze raz. I jeszcze odrobinę. Absolutnie dziwacznie i podejrzanie. Prawdopodobnie nie zmieniało to absolutnie nic. Septima potraktowała go przecież łagodnie. Być może nawet nie miała na myśli niczego związanego z jego zapachem. Ale Savaš od dawna przywykł interpretować cudze słowa przez pryzmat własnych lęków. Zwłaszcza tych, których najbardziej się wstydził. A odór rozkładającej się tkanki należał do nich bezsprzecznie. Na co dzień potrafił jakoś z tym żyć. Ze wszystkich ludzi na świecie właśnie przed nią najmniej chciał być żałosny. Nie poryczał się, bo ta okolica była za mała na jeszcze jedną Babę. - Przestań. Bo jeszcze polubi bardziej Ciebie, niż mnie. I tak nie mam zbyt wielu przyjaciół… Dokończył sobie w myślach. Właściwie z chęcią przedstawiłby je sobie jako swoje dwie najlepsze przyjaciółki. Ale co jeśli potem uznają, że jest im nie potrzebny? Że właściwie to się lepiej się bawią same? Mogło tak być! Z pewnością. Septima miała tak śliczne suknie, że guziki też musiała mieć lepsze niż on. Uśmiechnął się jednak niby przezornie, bo pocieszające było, że Timmy w odruchu chciała być miła dla Baby. Bardzo ładnie z jej strony. Savaš nie odpowiedział od razu. Zmarszczył lekko brwi i wsłuchał się w las, dokładnie tak jak zrobiła to wcześniej Septima. Problem polegał na tym, że nie do końca wiedział, o czym mówiła. Niepokój był dla niego stanem tak naturalnym, że niemal przestał go zauważać. Notorycznie obawiał się czegoś. Matki. Ojca. Własnej przyszłości. Własnej przeszłości. Ludzi. Samotności. Tego, że ktoś spojrzy na niego zbyt długo. Albo przeciwnie, że nie spojrzy wcale. Nawet teraz część jego uwagi zajmowało rozważanie, czy przypadkiem nie śmierdzi bardziej niż zwykle. [inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/bd/ad/32/bdad3224d6e92a52533c27eba203904c.jpg[/inny avek] RE: [27.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Septima Ollivander - 09.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek] Septima nie od razu zauważyła jego osobliwe manewry – krok w bok, obrót pod wiatr, kolejną korektę pozycji wykonaną z nieskoordynowaną starannością – ale nie przyszło jej do głowy przypisać im genezy wstydu. Prawdę mówiąc… nawet nie rozważała takiej możliwości, zwłaszcza że z wonią stęchlizny była zapoznana aż nazbyt dobrze. Urodzona i mieszkająca w Londynie od dziecka; mieście tak wilgotnym, że czasami miała wrażenie, że połowa mieszkań istniała wyłącznie dzięki zbiorowej halucynacji lokatorów, że czarne plamy przy suficie są wyłącznie „specyficzną fakturą ściany”. Zdarzało jej się odwiedzać lokale, w których grzyby wyrastały w łazienkach z regularnością godną roślin doniczkowych, a w jednym mieszkaniu na Pokątnej widziała nawet niewielką kolonię czegoś, co po dwóch tygodniach przestało przypominać organizm znany współczesnej nauce. W porównaniu z tymi doświadczeniami, Savaš pachniał po prostu… ściółką leśną. Lasem. Może trochę bardziej zmęczonym niż większość lasów. Ale nadal lasem. Nic więc dziwnego, że jego kręcenie się uznała raczej za osobliwy rytuał dnia, albo ostrożność przypisaną komuś, kto spędza za mało czasu wśród ludzi. Przecież bywała równie dziwna i co do tego nie straciła wątpliwości ani na moment. Tylko gdyby poznała z czym tak naprawdę borykał się chłopak, bez wątpienia złamałoby jej to serce. — Wątpię — skwitowała z łagodnym uśmiechem przypiętym do warg — istoty magiczne nie pałają do mnie zbyt wielką sympatią. Nie rozumiemy się zbyt dobrze. Z tobą Baba nie miałaby tego problemu. Savaš mógł spoczywać swobodnie, Septima nie zamierzała kraść mu przyjaciół. Oboje nie zbierali chrustu szczególnie szybko. Ollivander zatrzymywała się co kilka kroków, odgarniała końcem różdżki mokre liście albo podnosiła z ziemi gałęzie, oglądała je przez krótką chwilę i część odkładała z powrotem, jakby ich jedyną winą było to, że nie przekonały jej do siebie wystarczająco. Nie odcinała niczego żywego, oprócz grzybów, którym ufała trochę mniej od ostatnich dziesięciu minut. Niemalże tanecznymi już ruchami rozplątywała filigranowe odnogi i suche pędy, które od dawna wiły się razem bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby. Gałęzie odłączały się miękko, czasami z cichutkim trzaskiem, po czym unosiły kilka cali nad ziemią i dołączały do niewielkiego stosu sunącego za nią przez las. Od czasu do czasu poprawiała jego kształt ruchem różdżki albo przyciągała pojedyncze patyki, które uznały najwyraźniej, że ich miejsce znajduje się gdzie indziej. Po pewnym czasie stos zaczął przypominać wyjątkowo posłuszne zwierzątko prowadzone na wyimaginowanym sznurku; podążające za nią z godnością nieproporcjonalną do faktu, że składało się głównie z martwych gałęzi i cudzych planów na przyszłość… Zerknęła w stronę chłopaka, oczy kierując na jego bladą, porcelanową twarz obsypaną piegową feerią. O Savašie pierwszy raz usłyszała jeszcze zanim go właściwie spotkała. Po prostu któregoś dnia nazwisko Gregorovitchów pojawiło się w gazecie w kontekście wyjątkowo głośnej sprawy porwania i jak większość ludzi posiadających marginalną ilość wolnego czasu przy porannej kawie oraz zdecydowanie zbyt wiele ciekawości, przeczytała artykuł. Potem jeszcze jeden….A kilka dni później powróciła z antykwariatu na Nokturnie, z cienką książką o ożywieńcach i silnym postanowieniem, że przeczyta tylko pierwszy rozdział. Oczywiście przeczytała całość, choć książka nie była szczególnie wybitna. Autor sprawiał wrażenie "badacza" (i przy okazji świra), który bardzo chciał opisywać nekromancję, ale niespecjalnie interesowali go przy tym sami ludzie. Rozpisywał się o tkankach, fizjologii kilka stron o behawioryzmie i stanowczo za mało o wszystkim, co ją najbardziej intrygowało. Pochłonęła ją wtedy od deski do deski i odłożyła na półkę z gratami z przekonaniem, że jeśli kiedyś spotka ożywieńca, po prostu będzie traktować go jak zwykłego człowieka w naiwnym przeświadczeniu, że cała reszta ułoży się po prostu sama. Potem zaś poznała Savaša. I wbrew jej płonnym nadziejom, reszta nie rozpostarła się przed nią niczym gotowa układanka przeznaczona dla średnio zdolnych pierwszoklasistów. Chłopak nie był wylewny, a Septima nie potrafiła ciągnąć go za język. Coś ją powstrzymywało. Nigdy nie zapytała go o śmierć. Nie pytała o ciało ani o to, co zostało po tamtym życiu, bo wydawało jej się to równie nieeleganckie jak pytanie nieznajomuch o stan ich jelit albo rozpiętość rodzinnego skarbca. — A u was wszystko… normalnie? — spytała po chwili, nie podnosząc wzroku znad chrustu. — To znaczy, w granicach tego, co Gregorovitchowie uznają za normalne. Bez obrazy — nawet mu chciała puścić figlarnie oko, ale za wolno mrugnęła, więc przystanęła na udawaniu, że coś wpadło jej w oko. A czemu go o to zapytała? Septimie coś w tym wszystkim nie do końca pasowało. Rzecz jasna, nie mogła chłopakowi powiedzieć o tym wprost, bo do końca przecież nie potrafiła niczego konkretnego sformułować. RE: [27.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Savaš Gregorovitch - 21.06.2026 Lubił Septimę. Myśl była prosta, niemal dziecinna w swojej szczerości. Po prostu ją lubił. Była uprzejma. Łagodna. Wyrozumiała dla świata w sposób, który wydawał mu się coraz rzadszy. Większość ludzi nieustannie czegoś oczekiwała. Żądała, poprawiała, oceniała. Septima zdawała się przyjmować rzeczy takimi, jakie były. Drzewa pozostawały drzewami. Las pozostawał lasem. Opowieści dziwaka o Babach Jagodowych nie wymagały wyjaśnienia ani wyśmiania. Było w tym coś niezwykle kojącego. Może właśnie dlatego tak dobrze czuł się obok niej. Wszystkie obawy, które zwykle nosił przy sobie niczym ciężki worek przewieszony przez ramię, wydawały się odrobinę lżejsze. Kurczyły się gdzieś na obrzeżach myśli. A może to nie one się zmniejszały. Może to on, idąc obok niej, zostawiał je kawałek za sobą. Klka razy zerknął ukradkiem w jej stronę. Na to w jaki sposób poruszała różdżką pomiędzy gałęziami. Na skupienie, z jakim wybierała chrust. Na całkowicie naturalną swobodę, z którą obcowała z lasem, nawet jeśli nie była sama, nawet jeśli ktoś patrzył. Być może się mylił. Często się mylił. Ale obserwując Septimę pośród jesiennego lasu, miał wrażenie, że nie jest on już jedyną osobą, która zauważa rzeczy pozornie nieważne. Że nie tylko on zatrzymywał wzrok na pojedynczym listku albo martwił się losem stworzenia, którego większość ludzi nigdy nawet nie dostrzegłaby pomiędzy korzeniami. I właśnie dlatego przez kilka krótkich minut przestał myśleć o trupim zapachu. Przestał zastanawiać się, czy stoi pod właściwym kątem względem wiatru. Przestał analizować własną niezręczność. Po prostu szedł przez las, a to zdarzało mu się rzadziej, niż powinno. - Na początku do mnie też nie była przekonana. Przez kilka tygodni rzucała we mnie żołędziami. Prawda była taka, że Baba początkowo wcale go nie lubiła. Kiedy pierwszy raz zaczął pojawiać się przy głogach, uznała go za kolejnego czarodzieja, który przyszedł wyłącznie brać. Regularnie próbowała przepędzać go żołędziami. Savaš nie miał jej tego za złe, bo większość ludzi dokładnie tak traktowała las. Różnica polegała na tym, że on wracał. - Myślę, że jesteś cierpliwsza, niż ci się wydaje. One bardzo cenią cierpliwość. Sadził nowe głogi w miejscach, gdzie pobierał sadzonki, doglądał chorych drzew i starał się zostawić po sobie więcej, niż zabierał. Z czasem żołędzie latały coraz rzadziej, aż w końcu przestały całkowicie. Guziki i mleko pomagały łagodzić obyczaje, ale nie one zdobyły jej zaufanie. Bardzo trudno było przyzwyczaić się mu do nowej natury. Nawet po upływie czasu część jego umysłu wciąż reagowała na nią jak na obcą chorobę. Wyjątkowo okrutny żart losu. Prawdopodobnie nigdy sam z siebie nie sięgnąłby po książkę o ożywieńcach. Już sam widok podobnego tytułu wywoływał w nim nieprzyjemny ucisk w piersi. Podejrzewał, że zanim dobrnąłby do końca pierwszego rozdziału, łzy zdążyłyby rozmazać druk na kartkach. Jedynie ojciec posiadał w jego oczach wystarczający autorytet, by popchnąć go w stronę rzeczy, których bał się poznawać. Jeśli Mykew uważał, że powinien zrozumieć własny stan, Savaš próbował. Niechętnie. Powoli. Czasami ze ściśniętym gardłem i poczuciem, że każda nowa informacja oddala go od człowieka, którym kiedyś był. Mimo wszystko jakaś niewielka, pragmatyczna część jego charakteru nie pozwalała całkowicie odwrócić wzroku. Wiedza pozostawała wiedzą niezależnie od tego, jak bolesne było jej źródło. Jeśli miał już pozostać tym, czym się stał, powinien przynajmniej nauczyć się rozumieć własne ograniczenia i możliwości. Nie dlatego, że chciał być ożywieńcem. Wciąż nie chciał. Ale ponieważ coraz częściej dochodził do wniosku, że niektóre z nowych umiejętności mogą okazać się przydatne podczas zdobywania wiedzy, pomagania stworzeniom i wykonywania pracy, którą kochał. Była to gorzka lekcja akceptacji. Siebie oraz rzeczywistości, której nie potrafił zmienić. Pytanie o rodzinę niemal zawsze wprawiało go w zakłopotanie. Bo problem polegał na tym, że każda podobna rozmowa przypominała ostrożne stąpanie po cienkim lodzie. Nie powiedzieć za dużo. Nie powiedzieć za mało. Uchodzić za normalnego, ale jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń. Nie kłamać bez potrzeby, ale też nie odsłaniać prawd. Przez chwilę szedł więc w milczeniu, odgarniając butem mokre liście. Pytanie Septimy było niewinne, ale odpowiedź od razu uruchomiła w jego głowie ten sam mechanizm ważenia słów, który towarzyszył mu od dzieciństwa. - Mama widziała runę tamtej nocy. Odezwał się ciszej niż zwykle. W jego głosie było dużo pokory. Za dużo. - Twierdzi, że to on ocalił nas od płomieni. Ne doprecyzował, kogo miał na myśli. Nie musiał. W jego głowie zaimek urósł niemal do rangi imienia własnego. On. Ten, którego obecność od dzieciństwa unosiła się nad ich domem niczym cień rzucany przez coś znacznie większego od człowieka. Ten, którego imienia Savaš przez wiele lat nie potrafił wypowiadać na głos na długo zanim Voldemort wymyślił to jako karę na swoich wrogów. - Odkąd to się wydarzyło… jest z nim bardziej zgodna niż wcześniej. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BucViuH.jpeg[/inny avek]RE: [24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Septima Ollivander - 25.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek] Udeptana przed nimi ścieżka zniknęła pod karakułami liści, ale zbieracze chrustu nie przejmowali się zapewne drogą powrotną – ślady ich podeszew wciąż widniały pomiędzy drzewami jak ciągnięta za sobą włóczka. Zawsze też mogli się stamtąd teleportować. Chociaż coś jej podpowiadało, że oboje zawsze wybraliby przydługawy spacer, nawet jeśli jedynym dialogiem byłaby cisza wypełniająca wąskie przesmyki między konarami. Septima chwilę potem zdała sobie sprawę, że tuż obok niej przemierzała las osoba, która żyje za kotarą zupełnie innej rzeczywistości. Nie myślała o linii dzielącej życie i śmierć i o tym jak inaczej jest przeistoczyć się z ciepłego ciała w chłodną, pustą pokrywę (choć sam fakt wypowiedzenia tak okrutnych słów, nawet we własnej głowie, przeraził ją — jeśli taka intruzyjna myśl przedarła się przez nią, jakie myśli rodziły się w głowach prawdziwych wykolejeńców?). Pomyślała o abstrakcyjnej rzeczywistości, w której twoja rodzina zgodna jest z wizją Voldemorta, człowieka, który przywłaszczył sobie prawo decydowania o cudzym losie — a takiego prawa nie posiadać powinien nikt, oprócz najstarszych bogów tego świata. Ollivander mimo wszystko doskonale rozumiała wdzięczność. Rozumiała nawet, że człowiek po czymś takim zaczyna dopatrywać się sensu w rzeczach, które wcześniej odrzuciłby jako niewygodne albo niemożliwe. Ale nie potrafiła do końca pojąć myśli, że czyjaś potęga, cud albo łaska mogłyby uczynić go mniej odpowiedzialnym za własne wybory. Albo bardziej godnym wybaczenia. Ale łatwo było być odważnym w cudzej historii. Jeszcze prościej, jeśli we własnej nigdy nie przyszło zapłacić ceny za podobną odwagę, pielęgnując w sobie wyłącznie buńczuczną frustrację oraz narastający gniew. Na kartach historii ludzkości jednostki pokroju Voldemorta pojawiały się średnio co kilka dekad, na przestrzeni wszystkich kontynentów i cywilizacji, burząc obowiązujący porządek i harmonię, gwałtem czyniąc swoim to, co nigdy do nich nie należało. Wszyscy kończyli tak samo. Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem, krzywo i nieładnie. Przez moment patrzyła przed siebie, na ciemne pasy mokrej kory i liście przyklejone do ubłoconego trzewika. — Ciekawe czy ma mu za złe, że od płomieni ocalił również Ollvanderów. Nie było to pytanie. Ale było to zdanie pozbawione pokory. Może za bardzo. Przystanęła gwałtownie; jak na kogoś, kto wyglądał teraz jak leśna zjawa, wyjątkowo zabrakło jej w tym momencie gracji. Chciała na niego spojrzeć. Chciała wedrzeć się w sitowie dymnego spojrzenia i sprawdzić, czy to pytanie nie odbije się od nich równie łatwo, jak odbijały się gałęzie od rękawów ich płaszczy. Nie umknęła jej ta przezorna lakoniczność i ostrożność wypowiedzi. Matka. Ojciec. On. Każde z tych słów miało swoje miejsce, twarde granice, których nie należało przekraczać bez zaproszenia. Ale jednak powiedział coś, co nie uznała za powściągliwe. Wręcz przeciwnie — „bardziej zgodna” było kluczem, niż kolejną zagadką. Bo brzmiało tak jakby chodziło o coś więcej niż wdzięczność. Od bielma martwych, chłopięcych oczu oddzielało ją już tylko ciężkie powietrze. — A Ty, Savašie? Z kim jesteś zgodny? Ton wyścielony był łagodnością. Pytała niemalże z czystej ciekawości. Ale przecież o czystą ciekawość nie mogło chodzić w takim pytaniu. Bo nie pytała o rodzinę. Ani o poglądy. Nawet nie o lojalność. Pytała o to, wobec czego człowiek przystaje na największe poświęcenia. — Wiesz — zaczęła chwilę potem, mrużąc oczy i zadzierając lekko głowę ku niebu, z którego powoli odpływało światło. — Naprawdę chciałabym być twoją przyjaciółką. Chciałabym żebyś był moim przyjacielem. Jest tylko… jeden problem. RE: [24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Savaš Gregorovitch - 28.06.2026 Było w tym spacerze coś osobliwie intymnego. Nie intymnego bliskością ciał ani spojrzeń, lecz możliwością pokazania drugiemu człowiekowi tego miejsca w sobie, którego zwykle strzegło się najmocniej. Nie potrafił tego nazwać. Było to uczucie podobne do uczucia, które czasami pojawiało się, kiedy siadał pod starym głogiem i przestawał odróżniać, gdzie kończyły się jego własne myśli, a zaczynał szelest liści. Jakby obecność drugiego człowieka nie domagała się od niego żadnej roli, lecz jedynie prawdy, której sam przed sobą zwykle nie dopuszczał. Dlatego potrafił mówić o Babie Jagodowej. O istocie, z którą nigdy nie wymienił ani jednego słowa, a mimo to ufał jej bardziej niż wielu ludziom. Zaufanie nie zawsze rodziło się z rozmowy. Czasem wystarczało, że dwie żywe istoty przez długi czas wybierały, by nie zrobić sobie krzywdy. Może właśnie dlatego tak trudno było mu odnaleźć podobne uczucie pośród ludzi. Czasami miał wrażenie, że wcale nie umarł. Po prostu obudził się na innej planecie, która do złudzenia przypominała tę dawną, ale rządziła się zupełnie obcymi prawami. Świat przestał odpowiadać na jego obecność w sposób, który pamiętał z poprzedniego życia. I on również przestał odpowiadać światu. Najboleśniej zrozumiał to w chwili, gdy własna różdżka odmówiła mu posłuszeństwa. Była wierna naturze, nie wspomnieniom. Nie zamierzała słuchać kogoś pokonanego, rozbitego, wyrwanego śmierci wbrew jej porządkowi. Ale nie to bolało najmocniej. Najgorsze przychodziło nocą. Przerażająca była cisza, która przychodziła razem z nią. Taka, która nie pozwalała mu już na sen, lecz długie godziny świadomego istnienia w świecie pogrążonym w bezruchu. Leżał wtedy i czekał, aż inni zaczną znowu żyć. Próbował oszukiwać tą pustkę. Schodził do warsztatu, strugał drewno długo po zmroku, aż dłonie same wykonywały znajome ruchy. Otwierał księgi, pozwalając oczom błądzić po kolejnych akapitach bardziej z potrzeby zajęcia myśli niż zdobywania wiedzy. Byle tylko usłyszeć cokolwiek zamiast tej wszechogarniającej ciszy. W takich chwilach docierało do niego, że nie obudził się na innej planecie. Planeta pozostała ta sama. To on został z niej po cichu wykreślony. Pytanie Septimy nie uderzyło go tak mocno, jak być może powinno. Bardziej niż o Voldemorcie zaczął myśleć o matce. O wszystkich tych latach, podczas których obserwował ją z dziecięcą cierpliwością, próbując oddzielić to, co należało do niej, od tego, co wypowiadało się jej ustami. - Nigdy nie mówiła o rodzinie z taką nienawiścią… Odrzucił, choć zmieszanie znów okruszyło jego spojrzenie. Zacisnął swój kosz na chrust bardziej kurczowo w palcach. Larisa bywała okrutna, chyba najokrutniejszą rybką w ich niewielkim stawie, ale nie pamiętał, by kiedykolwiek z własnej woli mówiła o rodzinie z nienawiścią. Nigdy nie słyszał, aby życzyła śmierci swoim krewnym. Nigdy… z oczywistym wyjątkiem jego samego. Nawet tamto wspomnienie próbował jednak odsunąć od niej, z uporem szukając winy gdzieś indziej. Znacznie łatwiej było uwierzyć, że matka pozostawała więźniem cudzego gniewu. - Ja… nawet nie wiem, czy jestem zgodny z samym sobą. Słowa opuściły go niemal szeptem. Odwrócił się od niej pod pozorem zainteresowania wiklinowym zagajnikiem. Przykucnął, ostrożnie odcinając kilka młodych pędów, choć dłonie nieco mu zadrżały. Dopiero wtedy poczuł, jak pierwsza łza spadła na wilgotne liście pod jego stopami. Zaraz za nią druga. Nie próbował ich zatrzymać. Przez chwilę tylko patrzył na ciemne plamy znikające w ziemi, zanim wierzchem dłoni szybko otarł twarz. Nie chciał, żeby Septima zobaczyła, jak wiele kosztowało go jedno, z pozoru niewinne pytanie. - Nie wspieramy Voldemorta, jeśli o to pytasz. Nie spojrzał na nią od razu. Bał się, że jeśli skrzyżuje z nią spojrzenia, będzie musiał powiedzieć znacznie więcej. A sam nie wiedział już, gdzie kończyły się odpowiedzi, których był pewien, a zaczynały te, których dopiero rozpaczliwie szukał. W ich domu zresztą rzadko mówiło się o polityce. Była czymś ulotnym, zmiennym jak kierunek wiatru, podczas gdy drewno pozostawało drewnem niezależnie od nazwiska ministra czy barw sztandarów powiewających nad Londynem. Kolejne jej słowa sprawiły, że zamarł. Dopiero wtedy podniósł na nią wzrok, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś niepokojąco kruchego. Chciałabym żebyś był moim przyjacielem. To przyszło tak nagle, że aż zabolało. Był przekonany, że już nimi byli. Czy przez cały ten czas tylko jemu wydawało się, że tak uż było. Czy znowu przywiązał się zbyt szybko? Znowu uwierzył w coś, co istniało wyłącznie w jego własnym świecie, zbudowanym z naiwnych nadziei i nieporadnych prób odnajdywania bliskości Nie miał przecież wielu ludzi. Każde życzliwe słowo zapamiętywał na długo. - Jeśli to coś, co zrobiłem… proszę powiedz mi… Nerwowo przesunął kciukiem po korze wiklinowej witki, ścierając z niej cienką warstwę wilgoci. Nie słyszał już szelestu liści ani stukotu własnych kroków. Całą uwagę pochłonęły dwa ostatnie słowa Septimy. RE: [24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Septima Ollivander - 09.07.2026 Nie spodziewała się łez. Od tamtego smutnego lata, w którym odeszli zarówno brat, jak i matka, łzy zdawały się po prostu nie przychodzić. Nie przyszły dwa lata później, kiedy żegnała babkę. Nie przyszły również wtedy, gdy Crow rozpłatał na jej oczach zbirów, a ciepła krew rozprysła się po jej twarzy. Sen od tamtej pory rwał się często i niechętnie, pozostawiając po sobie lepki chłód na karku i obraz powiek zamykających się zbyt późno. Ale łzy nie przychodziły. Może każdy człowiek rodził się z jednym, niewielkim źródełkiem smutku i ona swoje wyczerpała przedwcześnie. A może zgubiła po drodze maleńką zębatkę, bez której cały misterny mechanizm nadal jakoś potrafił działać, lecz już nigdy nie umiał poruszać się we właściwym rytmie. Tylko jak długo można funkcjonować, nie wiedząc, że czegoś w środku od dawna brakuje? Przez krótką chwilę patrzyła tylko na wilgotne plamy rozsypujące się pośród liści, nie od razu rozumiejąc, skąd się wzięły. Ściółka chłonęła je krzepko, z tą samą czułością, z jaką od miesięcy przyjmowała deszcz, opadłe igliwie i wszystko, czego las nie zamierzał już nikomu nigdy oddać. Zrobiła malutki krok w jego stronę, oczyma wędrując po osi horyzontu. Długie palce odruchowo odnalazły korę najbliższego pnia. Przesunęły się po niej powoli, wędrując po spękaniach i miękkich wyspach wilgotnego mchu. Może próbowała z nich coś wyczytać, a może po prostu szukała wsparcia tej jedynej martwej rzeczy, która ją tak doskonale rozumiała. Drewna. — Nie o to chodzi, Savašie. Naprawdę. — Napięcie rozeszło się po jej twarzy cienką bruzdą. Grymas jaki przybrała nie przypominał ani uśmiechu, ani rozczarowania. Przypominał za to maskę, która pod ciśnieniem niewidzialnej presji, prężyła się i wyginała, walcząc o przetrwanie. Prawdziwa przyjaźń nigdy nie kończyła się dla niej na banalnych rozmowach ani wspólnie spędzonym czasie. Zaczynała zakotwiczać się w żmudnej codzienności, powoli, niemal niezauważalnie, aż pewnego dnia odnajdywaliby się w rzeczach, które pozornie nie miały z nimi nic wspólnego. W sękach drewna odkładanego do warsztatu, w książkach otwieranych machinalnie na fragmentach, które mogłyby ich nawzajem zainteresować. W ścieżkach wybieranych przez las tylko dlatego, że kiedyś przeszło się nimi razem. W zaklętych, drewnianych bransoletach, które alarmowały drugiego, o tym gdzie drugie jest i co robi. W niezdrowej obsesji i wiecznej obawie, że to drugie kiedyś po prostu odejdzie. Ci wybrani i najbliższi, wrastali w jej świat cienkimi, krętymi korzeniami, a ona nigdy nie nauczyła się ich potem przycinać. A przecież nawet prężnie rosnące rośliny należało tak pielęgnować. Jej spojrzenie odwinęło się od ściółki z rozrzutnością starego papieru odklejanego od drewna i po raz pierwszy odnalazło jego oczy bez pośpiechu i z czułą uwagą, która ważyła tyle co sam dotyk. Savaš jawił jej się teraz jako istota o klasie najwyższej kruchości; z taką kruchością postępować mogła jedynie tak jak postępowało się z zagubionymi, w zimnych czterech ścianach, motylami oraz ćmami lgnącymi do światła lampy. Nie mogła go skrzywdzić. Ale musiała go ostrzec. — Chciałam powiedzieć tylko tyle, że… nie jestem łatwym człowiekiem…Na dłuższą metę odpycham od siebie ludzi — wyznała zaskakująco szczerze, obijając lewy trzewik o prawy — jeśli naprawdę zgodzisz się zostać na dłużej, to… nie będzie już odwrotu. Na moment wyglądała jak dziecko, które z całą niewinnością świata wypowiada zdanie, po którym dorosłych przechodzi nieprzyjemny dreszcz. — Przynajmniej… Nie dla mnie. Na jej delikatnym, niemal porcelanowym obliczu młodej kobiety, której prędzej przypisano by rolę dziewiczej westalki niż córki słynnego rzemieślnika, pojawiła się rysa. I to bardzo szpetna rysa. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7TlMA5X.jpeg[/inny avek] RE: [24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima - Savaš Gregorovitch - 16.07.2026 Zaskakująco kruchym był nawet jak na ghoula. Najgorsze było to, że cierpiał przez własne przypuszczenia równie szczerze, jak przez prawdziwe wydarzenia. Potrafił zbudować w głowie cały świat złożony z jednego źle zrozumianego słowa, a potem godzinami nosić w sobie żałobę po czymś, co istniało wyłącznie w jego wyobraźni. Tak było i teraz. Jedno zdanie Septimy wystarczyło, by przez krótką chwilę uwierzył, że wszystko, co uważał za rodzącą się przyjaźń, było jedynie jego własną pomyłką. Wiedział, że nie powinien tego robić. Każdy człowiek zasługiwał przecież na to, by oceniać go przez własne czyny i słowa, a nie dawne rany zadane przez kogoś innego. A jednak nawyk okazywał się silniejszy od rozsądku. Zbyt wiele razy przekonał się, że świat potrafił odebrać coś cennego dokładnie wtedy, gdy zaczynał wierzyć, że może to zatrzymać. Z czasem nauczył się więc spodziewać po ludziach najgorszego. Spróbuj wyciągnąć do niego dłoń, a on i tak pomyśli że wyprowadzasz cios. Gdyby smutek rzeczywiście był zasobem skończonym, powinien kiedyś się wyczerpać. Powinien zostać zużyty przez wszystkie te lata, w których los z uporem sprawdzał, ile jeszcze potrafi on unieść, zanim zacznie pękać. A jednak niektóre źródła najwyraźniej nie wysychały. Im częściej z nich czerpał, tym więcej znajdowało się na ich dnie. Jakby cierpienie miało paskudny zwyczaj rozmnażać się wszędzie tam, gdzie sięgnął sercem chociaż raz. I mimo tego pozostawało mu coś jeszcze. Upór. Cichy, niemal naiwny, lecz zadziwiająco trwały. Przekonanie, że świat nie zawsze będzie wyglądał tak samo, że nawet jeśli poprawa nie nadejdzie po nocy, to może za jakiś czas. Tak jakby nadzieja czuła się bardzo dobrze w towarzystwie wieczności. Szkopuł polegał na tym, że wieczność nie miała być łaskawa dla tych, których miał przy sobie. Część problemów z pewnością zniknie wraz z ich odejściem, ale wtedy pojawi się samotność, której bał się jeszcze bardziej, niż tego czym czasem potrafili być dla niego bliscy. W obliczu absolutnego nieistnienia nawet cierpienie zdawało się mieć jakiś sens. Im dłużej był świadkiem Septimy, tym piękniejsza wydawała mu się myśl przyjaźni. Cichym współistnieniu dwóch istnień, które nie próbowały się nawzajem zmieniać. Wystarczała sama obecność. Świadomość, że gdzieś obok oddycha ktoś, przy kim świat nie wymaga nieustannej czujności. Ktoś, kto nie odbierał spokoju, lecz go przynosił. W takich chwilach rodziła się potrzeba, o której nie wiedział że w sobie nosi. Nie przypominała głodu ani pragnienia. Była cichym przyciąganiem ku drugiemu człowiekowi. Pragnieniem, by podzielić się z nim kolejnym odkrytym grzybem, śmiesznym kawałkiem drewna albo historią o leśnej istocie, która nikomu innemu nie wydałaby się wystarczająco ważna. Spełnienie tej potrzeby przynosiło coś, czego coraz rzadziej doświadczał - ulgę. A zaraz za nią pojawiała się radość. Nieśmiała i krucha, jak zwierzę wychylające pysk z bezpiecznej nory. Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko patrzył na nią z uważnością, jakby próbował znaleźć właściwe słowa gdzieś pomiędzy opadłymi liśćmi, a nie we własnej głowie. Potem, niepewnie, niemal płochliwie, uniósł dłoń. Nie odważył się dotknąć jej samej. Czubkami palców uchwycił jedynie skrawek materiału przy jej ramieniu, ostrożnie, jakby bał się, że zbyt śmiały gest mógłby spłoszyć tę chwilę. - Korzenie nie pytają drzewa czy mogą rosnąć - Na jego twarzy pojawił się ciepły, nieco zawstydzony uśmiech - po prostu sprawiają, że ziemia staję się im mniej obca. Może właśnie tym stawała się dla niego Septima. Coś w nim, od długa skulone z zimna, powoli prostowało się ku światłu. Nieśmiało, z niedowierzaniem, jakby każdy kolejny oddech pytał jeszcze, czy naprawdę wolno. Czuł, że wzrasta. Niekoniecznie ciałem, lecz tam, gdzie od swojej śmierci pozostawał martwa cząstka jego ducha. Jakby jej obecność potrafiła obudzić miejsce, którego nie dosięgła żadna nekromancja. - To chyba pierwszy raz, kiedy ktoś ostrzega mnie przed tym, że zostanie. Nieśmiały, lecz z każdą chwilą coraz pewniejszy uśmiech rozkwitał w jego twarzy. Aż w kącikach oczu zatańczyło coś. Ciche rozbawienie, przez któe zaśmiał się bezgłośnie. Najłagodniejszy paradoks, jaki kiedykolwiek przyszło mu usłyszeć. |