Secrets of London
[2.10.1972 r.] Śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca [Seisyll&Mona] - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [2.10.1972 r.] Śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca [Seisyll&Mona] (/showthread.php?tid=6118)



[2.10.1972 r.] Śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca [Seisyll&Mona] - Mona Rowle - 05.06.2026

Gdy ostatnie promienie październikowego słońca zostały pochłonięte przez daleką linię horyzontu, a cienie gór wyciągnęły swoje długie palce ponad spokojną taflę jeziora Llyn Llydaw, powietrze przeciął smok.

Majestat zielonego walijskiego, którego obecność zaparła dech pannie Rowle, rozpostarł szeroko skrzydła oraz przysłonił znaczną część nieba. Wygiął smukłą szyję, z jego nozdrzy wydobyły się strumienie gorącej pary splatające się z chmurami w srebrzysty taniec widm. Świat Mony skurczył się do ogromnego cienia przesuwającego się po zboczach gór, następnie po spokojnym odbiciu zbiornika aż wreszcie po jej własnej twarzy zwróconej ku niebu.

Gdzieś wśród zakurzonych woluminów zalegających od stuleci na półkach rodowej biblioteki można było odnaleźć wzmianki o pustelnikach, którzy twierdzili, że widok smoka przywodził im na myśl potęgę boga lepiej niż niejedno kazanie. Nie wychwalali bestii, a tego, który dopuścił jej istnienie. Jakże małe wydawały się wtedy ludzkie sprawy. Spory rodów. Próżność ludzi przekonanych o własnej wielkości. Patrząc na zielonego walijskiego, łatwo było uwierzyć, że świat nie został stworzony dla ludzi.

Kobieta zapomniała o zimnie, kiedy bestia zniknęła za poszarpanym grzbietem Yr Wyddfa. Miała na sobie ciepłą szatę, jednakże październikowy chłód zdążył już przeniknąć do kości. Lewą dłoń wsunęła głęboko do kieszeni. Prawa spoczywała nieruchomo wzdłuż boku. Na nogach miała solidne sznurowane trzewiki przeznaczone do górskich wędrówek. Ich widok wywołał na jej ustach uśmiech przed wyjściem. Przyłapała się na nim, gdy sięgała po nie w garderobie.

Zmierzch zgęstniał nad doliną. Jej wuj się spóźniał. Mona zmarszczyła brwi. Gdzie on się podziewał?


RE: [2.10.1972 r.] Śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca [Seisyll&Mona] - Seisyll Rowle - 06.06.2026


Niewiele osób śmiało go o to pytać, niewielu więc wiedziało o prawdzie mającej swoje źródło w scenie będącej dramatycznym końcem żywota jego żony – smoki w nieodwracalny sposób przylgnęły do skojarzenia, jakim była śmierć. Seisyll więc tą śmiercią żył i nie odstępowała go na krok. W pewnym momencie, chociaż nikt go z tym nie kojarzył i go o to nie podejrzewał (wszak był człowiekiem pełnym życia), uznał ją za swoją dobrą przyjaciółkę. Widział ją w towarzyszących mu smoczognikach, we własnych źrenicach kiedy spoglądał w lustro, w śladach po zębach na pozostałości po tym, co kiedyś było całkowicie sprawną nogą, w poczynaniach Lazarusa, za którym jak zwykle poszedł w ciemno i się na tym sparzył.

Walia, którą kochał całym sercem, postanowiła przyjąć za swój symbol ją właśnie – w kolorze nasyconej czerwieni.

Uznałby za ciekawą klamrę to, że w chwili kiedy jego twarz zanurzała się pod taflę wody, a on nie mógł już oddychać, nad Snowdonią dało się usłyszeć dźwięk smoczych skrzydeł łapiących wiatr. Nie poczuł jednak nic, w jego głowie nie pojawiło się żadne skojarzenie. Niby patrzył, niby odbierał bodźce, ale ziemia się chyba jeszcze wahała czy przestać być ziemią, kamienie nie były kamieniami do końca, woda zalewająca gardło nie była pewna, czy jej wolno było być wodą, bo jedynym czego Seisyll był teraz pewien było to, że oh piękna Loreley – nic dziwnego, że napisano o tobie tyle poematów – dla ust syreny warto było oddać się wodzie.

Wpierw ciszę nad drewnianym molo przeciął plusk. Następnie – przerażający skrzek.

Grrrrrrch…

To Vergil, będący świadkiem tego, jak pan zamku Llanberis w sekundę godzi się z faktem, iż ta woda się nad nim zamknęła, otuliła go swoim chłodem. Tragedia – przecież to był ojciec trójki dzieci – ale bez tego przerażonego smoczognika byłaby to tragedia bardzo cicha.

Vergil wpierw nie wiedział, co mógłby zrobić. Wszystko przecież wyglądało tak, jakby ktoś źle policzył ludzi w krajobrazie i rudowłosa kobieta wyczekująca swojego wuja znajdowała się tutaj sama. Nie poddał się jednak – jak jego zielonołuski pobratymiec poderwał się do lotu.

Wrrrrrach…!

Splunął w niebo ogniem, próbując zwrócić uwagę młodszej Rowle, w nieudolny, acz widowiskowy sposób próbując zwabić ją w kierunku ścieżki prowadzącej w dół, na brzeg jeziora.


Odkryj wiadomość pozafabularną
Mam nadzieję, że jest git bo pisałam to na yolo vibes only. Jak nie to zrobię podejście numer dwa. @Mona Rowle



RE: [2.10.1972 r.] Śnieg spada po ogniu, a nawet smoki nie unikną końca [Seisyll&Mona] - Mona Rowle - 14.06.2026

Mona wypatrywała ciemnej sylwetki wuja na tle szarzejącego nieba, gdy nagle powietrze nad jej głową rozdarł cienki, przerażony skrzek.
— Vergilu? — podniosła wzrok i poznała smoczognika niewiele większego od dużego psa, który krążył nad nią w nerwowych pętlach, jego długi ogon ciągnął za sobą ślad iskier. Gadzie paciorki świeciły jasnym żarem. Splunął w niebo językiem ognia, rozbłysnął pomarańczową łuną na tle fioletowego zmierzchu, a potem z impetem przeleciał w dół w stronę jeziora, zataczając koło i patrząc na nią wyczekująco. Smoczognik nie próbował walczyć, a oświetlić. Pokazać coś, co ukrywało się w ciemności jeziora.

Gdzie był w takim razie Seisyll Rowle? Serce kobiety zabiło gwałtownie jakby ktoś ścisnął je w lodowatej pięści. W związku z tym, zsunęła się szybko po ostatnim fragmencie ścieżki, potknęła, odzyskała równowagę, pobiegła dalej. Szata plątała jej się pod nogami. Nie miała różdżki w ręku, gdzie była różdżka? Dotarła do brzegu i zamarła. Na drewnianym molu nie było nikogo.
— Wuju! — krzyknęła Mona, jej głos pękł na pół oraz roztrzaskał się o skały. Lewa ręka wbiła się w kieszeń szaty — różdżka, musiała mieć różdżkę — nie, czekaj, chwyciła za kołnierz. Pociągnęła z całej siły. Szata zsunęła się z ramion po plecach, zostawiając ją w samej koszuli, spodniach i butach. Następne słowa połknęła już woda, kiedy kobieta wpadła do niej z całym impetem rozpędu. Temperatura chwyciła ją natychmiast, ścisnęła płuca, zdławiła krzyk, który nie zdążył opuścić ust.

Otworzyła oczy, kiedy mętna toń pożarła ostatnie promienie dnia. Między zielonkawymi smugami światła wirowały drobiny mułu poruszone jej skokiem. Rowle z całej siły odepchnęła się nogami i popłynęła przed siebie.

Syrena była blisko. Mona widziała wyraźnie blade ciało pod wodą, srebrzyste włosy falujące wokół głowy jak aureola topielnicy, dłonie o palcach zbyt długich zakończonech pazurami przezroczystymi jak szkło. I te oczy! Te czarne, puste oczy, które patrzyły na Seisylla z głodu.

Nie myśląc wiele, uniosła zdrową rękę i posłała zaklęcie, które przyszło jej do głowy jako pierwsze.

Przewaga: magia bezróżdżkowa
2k na trasmutację, a niech glony splatają się i tworzą celowe pętle, tj. w tym przypadku szyi syreny

[roll=N]
[roll=N]

3k na pływanie (???)

[roll=Z]

W płucach zaczynało brakować powietrza. Z dłoni wytrysnął podmuch słabszy niż powinien. Woda zmarszczyła się. Seisyll nie walczył. Dlaczego się nie poruszał?! Nie! Nie oddam cię, pomyślała. W końcu dosięgnęła materiału jego ubrania. Z całej siły wsunęła ramię pod jego bark i odepchnęła się nogami od dna, które ledwie wyczuwała stopami.