[Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Icarus Prewett - 07.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ufymC7C.jpeg[/inny avek]
Wrzesień 1992,
Grecja, alternatywna, wyśniona rzeczywistość
Jacht przecinał spienione fale Morza Egejskiego, powoli zbliżając się do brzegu małej wysepki. Płynęli już od dwóch godzin, prosto z portu w Pireusie. Co jakiś czas z wody wyskakiwały delfiny, jakby witając się z przepływającym stateczkiem. Słońce wisiało wysoko na błękitnym niebie. Gdzieniegdzie błądziły też po nim bielutkie obłoczki, dopełniając idyllicznego obrazu.
Profesor Icarus Prewett stał oparty o burtę. W dłoniach trzymał kartkę papieru, patrzył na nią przez okulary do czytania, które niestety ostatnimi czasy musiał sobie sprawić. Niedawno skończył czterdzieści osiem lat, a wiek zaczął dawać się we znaki. Jego wzrok się pogorszył, włosy bieliły się na skroniach. Trudno było pogodzić się ze średnim wiekiem. A jeszcze gorzej żyło się ze świadomością, że zmarnowało się szansę na szczęście tak doszczętnie, tak druzgocąco. Pozostała praca. Profesorski autorytet, monografie, konferencje i seminaria ze studentami bazgrolącymi w notesach.
Otrzymał list dziesięć dni temu. Trafił na jego biurko profesorskie, z greckim znaczkiem i adresem. Wypisany młodzieńczym, ale starannym pismem, bez skreśleń. Tak jakby anonimowa nadawczyni pisała go najpierw na brudno, a potem przepisała na czystą kartkę.
Szanowny Profesorze Prewett,
odpowiadam na pańskie ogłoszenie. Rankiem, podczas spaceru z psem, odnalazłam przy starych minojskich ruinach dziwaczny przedmiot. Myślę, że odpowiada on opisami, który Pan podał w Proroku Codziennym. To metalowa pętelka, jakby bransoleta. Czuję od niej dziwną magiczną energię, dlatego nie zdecydowałam się, by jej dotknąć. Zgarnęłam ją na łopatkę i ukryłam w naszej piwniczce na wino. Wiem, że Pan jest profesjonalistą i będzie Pan wiedział, co zrobić z tym przedmiotem. Proszę przypłynąć na wyspę Kalokairi i zajść do hotelu Ladon. Na pewno znajdzie się tam dla Pana pokój!
List pozostał niepodpisany. A jednak Icarusowi zdawało się, że pisał go ktoś młody. Przecież nikt z doświadczeniem życiowym nie uznałby, że dobrym pomysłem jest wzywanie angielskiego badacza, a nie kogoś z greckich stron. Miał nadzieję, że pisząca nie wprowadzała go w jakąś pułapkę. Może to dlatego uprzedził Basila i Electrę, że pojedzie. Oni zresztą zmierzali tam razem z nim. Ellie wygrzewała się na leżaku, a Basil, jako nie największy fan łodzi, łapał świstoklika na wyspę. Cóż, okazało się, że jak brat jedzie do Grecji, warto zabrać się razem z nim. On też się cieszył, że może na moment oderwać się od biurka. Swój ostatni dzień spędził na sprawdzaniu wyjątkowo brutalistycznie skomponowanej pracy licencjackiej. Robionej oczywiście w ramach terminu poprawkowego, jak najbardziej na ostatnią chwilę się dało. A jednak, Icarus z wiekiem był coraz bardziej pobłażliwy do studentów. Wiekowo mogliby być jego dziećmi. A on zmarnował okazję na stworzenie rodziny. Zmarnował okazję na miłość i skazał się na samotność. Był głupcem. Od lat kochał tę samą kobietę. Tę, którą stracił.
Niedługo mieli przybijać do lądu. Icarus złożył list i włożył go do kieszeni. Nawet te piękne widoki nie były w stanie przynieść mu szczęścia. A minęło tyle lat, a on wciąż rozpamiętywał. Kiedy tylko odstępował od biurka, rozdrapywał stare rany. Stary pracoholik, wieczny kawaler. Historyk, nauczyciel, ewentualnie brat dla Electry i Basila. Nic poza tym. Jakkolwiek by tego pragnął. Nawet nie próbował, bo bez niej… Nie miałoby to najmniejszego sensu.
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Mona Rowle - 07.06.2026
Akt pierwszy
Honey, honey
Niejedną słyszałam rzecz
Niewiele o tobie wiem
Niedługo przekonam się
Czy ty zechcesz mnie?
Taras wznosił się ponad urwistym zboczem wyspy Kalokairi. Zbudowany z wapiennego kamienia i pokryty nieskazitelną bielą, zdawał się wyrzeźbiony z kości samej wyspy — tak doskonale współgrał z ostrym blaskiem greckiego słońca oraz bezkresnym lazurem Morza Egejskiego. Smukłe arkady były podtrzymywane przez kolumny o prostych jońskich głowicach, a te z kolei rzucały na kamienną posadzkę ażurowe cienie, których kształt zmieniał się wraz z upływem letniego dnia. Pergole hojnie oplecione bugenwillą uginały się pod obfitością purpurowych, karminowych i amarantowych kwiatostanów. Stanowiły wyzwanie dla surowej bieli kamiennych murów.
Bosa, odziana w lekką suknię, na której białe ślady mąki świadczyły o porannych obowiązkach, Mona nuciła pod nosem melodię, gdy wprawnym ruchem dłoni przesadzała jedną roślinę do większej donicy. Jej rude loki jak płomienie zdawały się przechowywać w sobie samo wspomnienie słońca.
Spokojną harmonię poranka przerwał gwałtowny huk, kiedy drzwi wejściowe prowadzące na taras otworzyły się z taką siłą, że uderzyły o ścianę. Na zewnątrz wtargnęła Lizzy. Była uderzająco podobna do jej ojca z czasów młodości.
— Mamo! — zawołała, rozglądając się po balkonie. — Nie widziałaś może… Gdzie ja to zostawiłam?!
Mona westchnęła ciężko.
— Czego, kochanie? — zapytała. — Ostatnich resztek mojego zdrowego rozsądku? Jeżeli tak, byłabym wdzięczna za ich zwrot.
— Nie! Tego listu! Tego z Uniwersytetu Londyńskiego! — Elizabeth wykrzyknęła ostatnie słowa. — Leżał tutaj. Niebieska koperta. Zniknęła! — dwudziestoletnia kobieta rozpoczęła gorączkowe poszukiwanie sterty broszur reklamujących rejsy po okolicznych wyspach. Jej dłonie poruszyły się niecierpliwie, zdradzając napięcie. Mona wyprostowała się i wytarła dłoń o materiał sukni. Następnie spojrzała na córkę.
— Serce moje — odezwała się spokojnie. — Listonosz jeszcze nie przybył. Dziś jest wtorek. Odwiedza nas w środy. Pytasz mnie o to każdego dnia od blisko tygodnia.
— Ale widziałam go! Gdzieś go widziałam! — zaprotestowała młodsza z nich natychmiast. — W mojej głowie… To znaczy… śniło mi się. A potem śniło mi się również, że Cerber go zjadł i…
W ciągu dwudziestu lat nauczyła się odczytywać najdrobniejsze zmiany w zachowaniu własnej córki, a to… to nie był zwyczajny niepokój związany z oczekiwaniem na odpowiedź z uniwersytetu. Cokolwiek jednak to było, sprawiło, że rudowłosej kobiecie instynkt macierzyński odezwał się.
— Lizzy — powiedziała cicho. — Chodź tutaj — Lizzy zawahała się. — Spójrz na mnie.
Córa uparcie unikała matczynego spojrzenia, poświęcając całą uwagę niewielkiemu wyszczerbieniu na jednej z podłogowych płytek.
[inny avek]https://i.ibb.co/zWtddGJ6/67177280-13-C1-4988-B45-E-9805-A7-C32-F8-C.jpg[/inny avek]
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Electra Prewett - 07.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oEs0nfO.jpeg[/inny avek]
Electra kierowała się mottem, że żyło się tylko raz, a więc należało czerpać przyjemność z każdej chwili. A już zwłaszcza z każdej chwili wakacji spędzonej na malwniczej greckiej wysepce.
Co prawda jako bogata rozwódka (i to trzykrotna!) na co dzień nie musiała się przepracowywać, ale wyjazd za granicę w celach relaksacyjnych i tak jej się należał. Zamierzała spędzić najbliższe dni na samych rozrywkach takich jak opalanie się na plaży lub flirtowanie z atrakcyjnymi mężczyznami i kobietami. Kusiło ją nawet teraz, kiedy zauważyła jak młody kelner podając zamówionego drinka jednocześnie ją obczaja. Mimo prawie czterdziestu lat wciąż była bardzo atrakcyjna.
Chciała posłać młodzieńcowi znaczące spojrzenie i spytać Czy twoja matka wie?, lecz jej wzrok natrafił na dość przygnębiający widok. Icarus, zamiast korzystać z atrakcji oferowanych przez jacht, stał oparty o burtę. W przeciwieństwie do niej, brat zmierzał na wyspę w celach badawczych, ale miał przecież prawo się zrelaksować do jasnej cholery! Najwyraźniej musiała zawsze pomóc mu się trochę rozluźnić.
Z westchnieniem pożegnała więc przystojnego kelnera i z drinkiem w ręce skierowała się w stronę burty.
– Chiquitita, powiedz mi, co jest nie tak? – spytała, gdy znalazła się obok Prewetta. Chiquitita oznaczało "mała dziewczynka" po hiszpańsku, ale bardzo bawiło ją zwracanie się w ten sposób do gościa w średnim wieku. -- Nie możesz się tak dąsać, przecież płyniemy na wakacje w raju! – wolną ręką wskazała na majaczący przed nimi kształt wyspy. – Kto wie, może śródziemnomorska atmosfera pomoże ci w znalezieniu jakiejś miłości. – wiedziała o związku, który złamał serce Ariego, lecz jej zdaniem miłość można było spotkać więcej niż raz (w jej doświadczeniu co najmniej trzy razy).
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Icarus Prewett - 07.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ufymC7C.jpeg[/inny avek]
Icarus zawsze był nieco sentymentalną osobą. Uważał zresztą, że stanowiło to cnotę historyka. Każdy badacz przeszłości powinien poniekąd za nią tęsknić. Czasem objawiało się to w konserwatyzmie, którego Prewett nigdy nie potrafił zrozumieć. Uznawał go bowiem za pogląd zgoła egoistyczny. Przeszłość miała być dobra tylko w tych aspektach, które służyły chwilowym celom. Nie, ona ciążyła na duszy i sercu. Objawiała się w małych rzeczach, nawet tych materialnych. Na przykład w obrączce, którą Icarus zawsze nosił na serdecznym palcu. Którą ona włożyła mu na palec zanim uciekła sprzed ołtarza. Teraz obracał między palcami małe, metalowe kółeczko. To kłamstewko, którym raczył cały świat. Ludzie uważali, że był żonaty, zaś on się o tym sam oszukiwał.
Uśmiechnął się słabo do siostry. Ta, mimo tylu nieudanych małżeństw, zawsze była skora do zabawy. Nie była tak chorobliwie przywiązana. Icarus niemal jej zazdrościł. Mimo lat, zachowała tę wolę życia. Flirtowała, bawiła się i nie przejmowała się konwenansami.
– Dla ciebie to wakacje. Ja właściwie jestem w pracy – westchnął, siadając ciężko na leżaku obok Electry. – Mam nadzieję, że to jest to. Że wreszcie odnajdę bransoletę Eurydyki. Już od lat ścigamy się w klubie archeologicznym, kto ją znajdzie. A spójrz, że wystarczyło ogłoszenie w gazecie. – Był zdecydowanie za stary na głupawe rywalizacje w klubie archeologicznym.
Wzdrygnął się na wspomnienie o znalezieniu miłości. Już dawno przestał na to liczyć. Stracił jedną, jedyną miłość. Trzeba by cudu.
– Nie jestem już tak młody, by wplątywać się w przelotne romanse na greckiej wyspie. A na miłość też raczej nie mam szans. Chyba jestem trochę za stary.
Odwrócił się z powrotem w stronę burty. Widział port, do którego się zbliżali. Drewniany pomost, na którym znajdowało się kilka osób. Jakiś rybak przygotowywał się do wypłynięcia w morze. Stary Grek spoglądał w horyzont, jakby myślał nad splatającymi się ścieżkami życia. Kilkoro młodych ludzi zebrało się i moczyło nogi w morzu. Icarus ledwie pamiętał czasy, gdy był tak beztroski. Nawet tamte wspomnienia zasnuwał obraz jej płomienistych włosów i rozbrajającego uśmiechu.
Łódka przybiła do brzegu. Icarus chciał jak najszybciej znaleźć się w tamtym hotelu, by sprawdzić, czy artefakt nie miał na sobie żadnej klątwy. Został przeszkolony w klubie archeologicznym, by wykrywać takie rzeczy. Resztą miał zająć się Basil. Obaj odczuli na własnej skórze działanie starożytnych greckich klątw. Jedna z nich zabrała ze świata ich ojca, który jakikolwiek by nie był, nie zasługiwał na takie odejście z tego świata.
– Przejdę do hotelu. Szukaj mnie tam, jak już przetestujesz tutejszą plażę – powiedział swojej siostrze. Znał ją doskonale. Plaża była prawdziwym magnesem na Electrę.
Wziął torbę podróżną i zszedł z pokładu na drewniane molo. Upewnił się, że w kieszeni miał okulary do czytania oraz portfel. Dzieciaki zwróciły na niego zaciekawiony wzrok, rybak poświęcił mu jedynie jedno, krytyczne spojrzenie. Natomiast stary Grek uśmiechnął się tajemniczo. Podszedł do Icarusa powolnym krokiem.
– Bogowie dziwnie plotą ścieżki losu. To przeznaczenie przyniosło cię na tę wyspę, młody człowieku. Nie zmarnuj tej okazji.
Icarus zmarszczył brwi. Nie wiedział, czy miał do czynienia z jasnowidzem, czy ze starcem, który za długo stał na słońcu.
– Dziękuję, panu. Zapamiętam – rzekł jak najżyczliwiej potrafił.
A potem przeszedł z pomostu na bruk miasteczka.
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Mona Rowle - 08.06.2026
— Mamo, nie mam teraz czasu…
— Co się dzieje? — zapytała Mona, kiedy Elizabeth uniosła na matkę swoje śliczne oczęta.
— Nic.
— Moja droga, to jest najgorsza odpowiedź, jaką można ofiarować własnej matce.
— Naprawdę nic się nie dzieje!
Na obliczu rudowłosej kobiety odmalowało się powątpienie.
— Od tygodnia budzisz się przed świtem, trzykrotnie sprawdzasz naszą sowiarnię, a przed chwilą usiłowałaś przekonać mnie o istnieniu listu, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie został jeszcze dostarczony. Jeżeli to wszystko mieści się w granicach twojego nic, zaczynam z prawdziwym niepokojem zastanawiać się, co mogłabyś uznać za… — przerwała. — Smoczyku mój, przecież dobrze cię znam — była przecież jej córeczką, a czas… nie był łaskawy. Nie zabrał wspomnień, jak naiwnie tego oczekiwała. Roztrzaskał je na niezliczone odłamki i rozrzucił po codzienności, czynił z każdego drobiazgu narzędzie tęsknoty, ponieważ wspomniane wspomnienia nie posiadały już jednak jego twarzy.
Posiadały twarz ich córki. Mona odnajdywała je w Elizabeth każdego dnia — nawet w sposobie, w jaki Lizzy układała usta w dzióbek, kiedy pochylała się nad nieprzekonującym fragmentem lektury! Była to być może najbardziej wyrafinowana kara, jaką bogowie mogli wymierzyć czarownicy.
Dobrzy bogowie, jak bardzo się starała kochać wystarczająco mocno za dwoje. Wynagrodzić nieobecność rodzica własną obecnością. Nigdy przecież nie chciała, aby ukochana Lottie, jej najdroższa perełka, wyrosła na człowieka, który własnym dzieciom wręczał skrzydła z piór i wosku, aby następnie dziwić się, gdy słońce dopominało się swojej ceny.
— Po prostu bardzo mi zależy — odezwała się Lizzy.
— Na tych studiach?
— Tak… chyba tak. Nie wiem. Po prostu czuję, że coś się wydarzy. Jakby wszystko miało się zmienić.
Mona wyciągnęła dłoń i odgarnęła czule kosmyk włosów z czoła córki.
— Kiedy ma się dwadzieścia lat, człowiek żyje w przekonaniu, że każdy nowy dzień posiada moc całkowitego przeobrażenia jego losu.
— A kiedy ma się czterdzieści osiem?
— Wówczas człowiek marzy przede wszystkim o tym, aby goście pensjonatu przestali przywłaszczać sobie ręczniki.
— Mamo!
— No dobrze. Kochanie, albo wyśniłaś sobie ten list, a sądzę, że tak było… albo czyjaś sowa gubi przesyłki i jej właściciel powinien otrzymać wyjątkowo surową reprymendę — Mona otrzepała ubranie z mąki.
— Pani Rowle!
Obie kobiety wychyliły się nieco ponad balustradę tarasu, spoglądając w dół, kiedy wyrwał je głos jednego z rybaków.
— W porcie dziś wyjątkowo tłoczno — zawołał mężczyzna. — Przypłynął jacht z Anglikami. Podobno jakiś profesor zatrzyma się u pań w Ladonie.
— Profesor? — powtórzyła Mona. Było w tym pewnego rodzaju okrucieństwo losu, że ludzie nauki zdawali się odnajdywać ją niezależnie od szerokości geograficznej. Czy to nie była jego domena? — Oby tylko nie oczekiwał klimatyzacji! Obawiam się, że nawet bogowie nie zdołali jeszcze dokonać podobnego cudu — odparła.
Rybak zaśmiał się serdecznie.
— Wygląda na porządnego człowieka.
— W takim razie przygotuję dla niego najlepszy pokój — odwróciła się ku córce i złożyła czuły pocałunek na jej skroni. — Wracaj do środka. Napij się czegoś i zjedz śniadanie. Wyglądasz jak duch. A ja… — sięgnęła po leżący obok słomkowy kapelusz, nasunęła go na głowę. — …pójdę do miasteczka. Porozmawiam z Anthony'm. Jeśli ktokolwiek widział niebieski list adresowany do mojej córki, będzie to właśnie ten stary plotkarz.
[inny avek]https://i.ibb.co/zWtddGJ6/67177280-13-C1-4988-B45-E-9805-A7-C32-F8-C.jpg[/inny avek]
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Icarus Prewett - 08.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ufymC7C.jpeg[/inny avek]
Miasteczko wyglądało niemal stereotypowo grecko. Bielone, trzypiętrowe budynki, ciemnoniebieskie wzory, krzywa kostka brukowa, zdobiona gdzieniegdzie urokliwymi mozaikami. Icarus z żalem musiał przyznać, że pierwszy raz odwiedzał takie miejsce. W Grecji był tylko raz, w delegacji w Atenach. Pamiętał, że spotkał tam Anthony'ego Shafiqa. Ten ponoć przeprowadził się na jakąś wysepkę. Głupstwem byłoby jednak myśleć, że wybrał akurat tę konkretną. Nawet jeśli lubił pojawiać się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
Icarus rozejrzał się odrobinę bezradnie. Nie wiedział, jak dotrzeć do hoteliku. Nigdzie dookoła nikt nie rozwiesił żadnych afiszy ani reklam. To zresztą dobrze. To by kompletnie zniszczyło okolicę. Nawet jeśli by służyło biznesowi. Prewettowi udało się wypatrzyć grupkę lokalnych kobiet, starszych od niego tak około dziesięć lat. Spoglądały na niego ukradkowo i szeptały coś do siebie, chichocząc.
– Przepraszam panie, jestem zagranicznym turystą i szukam hotelu Ladon. Jak mam się tam kierować? – spytał uprzejmie i uśmiechnął się do nich na zachętę.
– Idzie pan prosto tą drogą, a potem w lewo – rzekła jedna z nich łamaną angielszczyzną. – Pan jest Anglik, prawda?
Ach, ta ciekawość miejscowych… Pewnie przyjazd kogoś spoza wyspy stanowił wielkie wydarzenie dla tych wyspiarzy.
– Prawda – przytaknął. – To słońce jest sporą odmianą od londyńskich chmurzysk.
Kobiety przypatrywały się mu z zaciekawieniem. A następne słowa potwierdziły jeden z Icarusowych braków jako badacza starożytności. Łacina nie wystarczyła. Powinien był nauczyć się i greki.
– Parómoia, sostá? – zapytała jedna z matron. – Skoúra malliá, aftá ta mátia… Aftós eínai Ánglos, aftí eínai Oualí.
Icarus kiwnął głową. Nie do końca wiedział, jak skomentować te słowa. Miał wrażenie, że kobiety trochę go obgadywały. No nic… Plotkary były wszędzie – i w Londynie, i tutaj. Podziękował im lakonicznie i ruszył we wskazanym wcześniej kierunku. Cholera… ta greka. Tyle lat na uniwersytecie i co? Czytał przekłady jak jakiś dyletant. Musiał zacząć się uczyć w wolnej chwili.
Chwilę później, po wspinaczce uliczką biegnącą pod górę, uświadomił sobie, że powinien też popracować nad kondycją. Choć to zawsze była jego pięta Achillesowa. A im dalej w las, tym gorzej. Ktoś się tu zasiedział przy profesorskim biurku.
Trafił pod budynek nieco większy od innych, również bielony, ale dodatkowo przyozdobiony kwiatami. Ich zapach owionął Icarusa, niosąc jakąś znajomą woń. Coś nieuchwytnego, co nie do końca potrafił nazwać. Właściciel hotelu na pewno cenił te pergole. Były wielką ozdobą tego miejsca, dodawały mu kolorów i swoistego czaru.
Icarus przeszedł otwartym łukiem na wybrukowany dziedziniec. Tam, przy stoliku pod parasolką siedziała młodziutka dziewczyna w białej bluzce i wzorzystej, barwnej spódnicy, która sięgała jej aż do kostek. Długie ciemne włosy opadały falami na jej ramiona, cerę miała opaloną tutejszym słońcem.
– Przepraszam – Icarus pomachał do niej z niezręcznym uśmiechem. Odwróciła do niego twarz. Mężczyzna poczuł się, jakby przeżył jakieś dziwne deja vu. Ta młoda kobieta była do kogoś podobna. I to bardzo. Nie potrafił jednak określić, skąd wzięło się to wrażenie. Może rysami przypominała mu troszkę Basila? Ale nie… Nie do końca.
Dziewczyna zastygła przez chwilę, jakby zszokowana jego widokiem. Icarus zmarszczył brwi. Już miał zapytać, czy wszystko w porządku, gdy na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Wstała od stołu, prawie wywracając krzesło.
– Pan to profesor Prewett, prawda? – zabrzmiała trochę, jakby mówiła do idola. Może czytała którąś z jego książek? Była fanką jego rozwlekłych wywodów o rzymskim systemie kanalizacyjnym? Wyciągnęła do niego rękę, którą uścisnął uprzejmie. – Jestem Elisabeth. To ja wysłałam panu list. O bransolecie Eurydyki.
Akcent dziewczyny brzmiał nieco dziwnie. Jak mieszanina walijskiego, greckiego i tego kojarzonego z wyższymi sferami magicznej Anglii.
– A… To pani! Proszę mi jeszcze raz potwierdzić, że niczego pani nie dotykała. Starożytne klątwy są bardzo niebezpieczne, chwila nieuwagi i leży pani i… szkoda gadać – przyhamował się z wyjawianiem drastycznych szczegółów. – Ktoś z pani rodziny prowadzi ten hotel? Pani ojciec?
Elisabeth popatrzyła na niego dziwnie. Jakby wciąż nie dowierzała, że stał tu przed nią. Co za nietypowa dziewczyna…
– Moja… moja mama – wydukała. – Wyszła na miasto. Może… Może się pan profesor czegoś napije? Mamy kawę. Mogę poprosić o przygotowanie i.. i w ogóle.
Icarus westchnął. Wolałby od razu zobaczyć artefakt, ale… kawa nie brzmiała źle. Przytaknął więc i przysiadł przy stoliku, który wcześniej zajmowała Elisabeth. Nadal nie mógł dociec, kogo mu przypominała. Jakieś wspomnienie, dawno zatarte.
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Anthony Shafiq - 08.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=z1WpVgA.jpeg[/inny avek]
Kiedy kupił sobie tę wyspę kilka lat temu w ramach przedwczesnej emerytury, w pierwszej chwili bardzo chciał zmienić jej nazwę. Kalokairi brzmiało jak nieśmieszny żart ludzki, którzy potrafili nazywać swoje dziecko Summer czy inne… April. Pokpiwał nawet, że co kwartał miejsce to powinno się przemianowywać zgodnie z kalendarzem, na το φθινόπωρο, ο χειμώνας i oczywiście η άνοιξη. Finalnie jednak to właśnie imię wysepki zapadło mu w pamięci, a Jonathan… cóż, jego słodki Jonathan uznał, że na jesień życia idealnie nada się miejsce z latem w nazwie.
Kim więc był, żeby mu odmawiać?
Z pewnością nie fanem greckiego wina - to wciąż sprowadzał ze swojej prowansalskiej winnicy, nie dbając o to, że lokalni mieszkańcy pukali się w czoło wyzywając go od głupków. To znaczy… teraz już tak nie robili, szybko nauczywszy się, że elegancki anglik ze stanowczo za dużą ilością piegów na twarzy ma nie tylko kieszenie wypchane złotem, ale też bardzo dużą łatwość do języków obcych. Z czasem wszyscy biegali do niego z prośbą o tłumaczenia jak pojawiali się co bardziej egzotyczni turyści, bo Anthony lubił mimo wszystko przepływ ludzi przez swoją wyspę. Ludzie zawsze oznaczali opowieści. Byli jak krew w żyłach. I tak… kochał ich miny, gdy okazywało się, że nie jest turystą tak jak oni a… bezimiennym gospodarzem całego tego terenu. Dla tego wyrazu twarzy warto było pozwalać turystom odwiedzać ich miejsce na ziemi.
No i też Mona musiała mieć coś do roboty, och ta ruda diablica nie znosiła się nudzić. Oczywiście mógł ją wspierać bardziej niż oferując pracę (te smoczoogniki! Wszystkie w pewnym sensie jego!), ale znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że obrazi się śmiertelnie nazywając wszystko jałmużną i jadąc gdzieś ze swoim roziskrzonym skarbem, którą to Lizzy tak uwielbiał rozpieszczać, będąc jej honorowym dziadkiem (nawet jeśli słowo dziadek tak ciężko przechodziło mu przez gardło). Dlatego nie powiedział obu o swoim małym funduszu na edukację dla Lizzy, zamierzając wrobić Jonathana w czynienie honorów przy jakiejś okazji, w której Mona będzie miała lepszy dzień.
Czy to tylko wrażenie, czy oboje codziennie uznawali, że to niekoniecznie dziś?
Kiedy Rowle'ówna znalazła go w miasteczku, oceniał właśnie rozłożone przed nim baklavy. Pokrojone w kąski o połowe mniejsze niż zwykle były degustowane niespiesznie z wrodzoną Antoniuszowi skrupulatnością.
– Za dużo orzechów. Za mało migdałów… Za dużo… uh… czy to róża?! Absolutnie zabronić, wyrzucić z karty. Niech ktoś to zapisze i przekaże pozostałym, że baklava z różą jest absolutnie zabroniona w tej szerokości geograficznej! Cóż to za pomysły w ogóle… Ja wiem, ja wiem, że ładny kolor Georgios, nic jej nie brakowało, ale powiedziałem swoje. – szybko sięgnął po kieliszek wina i spłukał smak kulinarnej propozycji z niesmakiem osoby, która od 20 lat nie powinna być zazdrosna, a jednak jej się czasem zdarzały tego typu wybuchy, gdy nie patrzył nikt, kto mógłby donieść Jonathanowi.
Na widok Mony jednak na twarzy sześćdziesięciolatka rozlał się serdeczny uśmiech. Mężczyzna wstał od razu i rozpostarł ku niej ramiona w zapraszającym geście. Przewiewne lniane odzienie sugerowało, że jest na wakacjach. I była to prawda. On miał obecnie wakacje cały czas.
– Kαλημέρα Mona! Pięknie dziś wyglądasz! Cóż Cię sprowadza do miasteczka o tej porze? Coś… coś się stało któremuś ze smoczogników? – zapytał z wyraźną troską w głosie, bo przecież kobieta wyglądałaby zdecydowanie inaczej, gdyby chodziło o Lizzy, tę myśl więc od razu odsunął od siebie.
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Mona Rowle - 09.06.2026
Akt pierwszy
scena druga
Kasa, kasa, kasa
Nadzianych gości skąd mam brać?
(Jak to jest?)
Gdy taki facet wolny jest
Czy spojrzeć chce na szarą gęś?
(Co za pech!)
Słomkowy kapelusz osłaniał jej oblicze przed bezlitosnym greckim słońcem, jednakże pozostawiał bezbronną wobec trosk, które rodziły się w jej własnym sercu. Lizzy była niespokojna i nie był to lęk młodej kobiety oczekującej decyzji uniwersyteckiej komisji. Rowle znała swoją córkę zbyt dobrze!
Największym przekleństwem macierzyństwa było to, że dostrzegała nadchodzącą burzę. Na bogów…
— Nie, smoczęta mają się dobrze. Gdyby coś się im stało, zapewniam cię, usłyszałbyś mnie jeszcze z Aten — odpowiedziała czule. Tylko ona, nawykła do pracy z istotami, które potrafiły odgryźć palec w ramach „czułości”, mogła tak o nich powiedzieć. Smoczęta nie były przecież smooczognikami. Kiedyś Mona uznałaby podobne pomieszanie pojęć za godne ubolewania i stanowiące wykroczenie przeciw sztuce smokologii. Obecnie miała starego przyjaciela przed sobą, w którego się przytuliła bez zastanowienia. Oparła policzek o jego ramię, aby zaczerpnąć z niego odrobiny spokoju. Następnie wyjrzała ponad nim na tacę z baklavą. — Wyjaśnij mi, jak cywilizacja, która wydała światu filozofię, tragedię i geometrię, mogła jednocześnie dopuścić do istnienia baklavy z różą. Gdzie na wszystkich bogów podziewa się twoja lepsza połowa, Anthony?
Potem zmartwiona matka wpadła w słowotok.
— Smoczoogniki mają się dobrze, hotel jeszcze stoi ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych, a Lizzy wpędza mnie w stan permanentnego zamartwiania się właściwy chyba wszystkim matkom od początku świata. Usiłuję przekonać samą siebie, że to zupełnie normalne, że dorosła córka od tygodnia zachowuje się tak jakby za chwilę miała sprowadzić na całą rodzinę katastrofę! — Rowle odsunęła się od niego, wygładziła materiał jego ubrania oraz strzepnęła niewidzialny pyłek z ramienia. Westchnęła ciężko. — Potrzebuję twojej pomocy — odliczyła na palcach. — Po pierwsze, czy widziałeś gdzieś ten cały niebieski list zaadresowany do Elizabeth? Po drugie, czy w swoich niewyczerpanych zasobach życiowej mądrości posiadasz wiedzę jak zachować spokój, gdy twoje dziecko najwyraźniej przeżywa egzystencjalny kryzys, a ty nie wiesz, czy należy je przytulić, zaparzyć herbatę czy też rzucić zaklęcie ochronne na cała wyspę? Czy to naprawdę staje się łatwiejsze? Patrzenie, jak dorastają? Fy annwyl?
Jeszcze wczoraj wydawało jej się, że Elizabeth mieściła się na jednym przedramieniu, zaciskając maleńkie palce na jej dłoni. Bogowie po cichu odliczyli dwadzieścia wiosen. Jej perełka! Jej słodka dziewczynka!
— Pani Rowle! Pani Rowle! W miasteczku pełno turystów! Szukają hotelu!
Mona odwróciła się szybko.
— Ilu? — zapytała.
— Kilkunastu. Jeden wygląda na bardzo ważnego. Ma teczkę.
Na tę wiadomość jej oczy rozbłysły. To już brzmiało jak kłopoty albo pieniądze, a czasami ku chwale przedsiębiorców jedno i drugie. Zdążyła już policzyć wolne pokoje, koszt dodatkowej pościeli, zapas oliwy, chleba oraz sera, a także zysk, jaki można było osiągnąć, jeśli tylko nikt nie zacząłby się targować po brytyjsku. Kobieta, nie oglądając się na niego, poprawiła kapelusz i ruszyła energicznym krokiem ku placowi.
— Idę go znaleźć — rzuciła przez ramię Anthony’emu, jeszcze posyłając mu całusa.
Właśnie zwietrzyła niezwykle rzadki okaz zwierzyny. Studia Elizabeth nie opłacą się przecież same.
[inny avek]https://i.ibb.co/zWtddGJ6/67177280-13-C1-4988-B45-E-9805-A7-C32-F8-C.jpg[/inny avek]
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Icarus Prewett - 10.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ufymC7C.jpeg[/inny avek]
Dziewczyna poszła po kawę dla Icarusa, a on z ciekawości spojrzał na książkę, która leżała na stoliku. Uśmiechnął się na widok znajomej okładki. Spędził z tym podręcznikiem tyle długich lat, nauczył się go niegdyś niemal na pamięć. Ktoś tu wiedział, z czego uczyć się historii magii. Mężczyzna przekartkował książkę, rozejrzawszy się, czy Elizabeth wciąż jest w budynku. Nie chciał wyjść na wścibskiego. Spojrzał na rozdział, którym akurat się zajmowała. Był to jeden z początkowych ustępów, o starożytnej historii magii. Jego ulubione rozdziały. Widać było jednak, po lekko pozaginanej okładce, że pozycja była czytana, a przynajmniej przeglądana, wielokrotnie.
Kiedy dziewczyna wróciła z kawą, on wciąż trzymał książkę w rękach. Posłał młodej uśmiech.
– Czytasz Bathildę Bagshot? Wybitna badaczka, poznałem ją zresztą. Wierz mi, to najmądrzejsza historyczka świata. Ma to swoje holistyczne podejście, potrafi uzasadnić, jak łączą się różne wydarzenia. I ma świetne pióro – stwierdził.
Elizabeth uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Postawiła przed nim filiżankę z kawą i usiadła na swoim wcześniejszym miejscu. Wciąż wyglądała na trochę onieśmieloną. Choć temat historii zapalił w jej oku charakterystyczną iskierkę. Icarus doskonale znał to spojrzenie.
– Bardzo mi się podobała ta książka. Dziadek mi ją zamówił w Londynie – powiedziała już troszkę głośniej, pewniej. – Szukałam tam wzmianek o tej bransolecie, której pan szuka. Niestety profesor Bagshot nic o niej nie pisała. Streszcza tylko mit o Orfeuszu i Eurydyce.
Icarus upił trochę kawy. Była doskonała, choć gorący napój i upał nie do końca szły ze sobą w parze.
– To stosunkowo nowe odkrycie. Choć nie, inaczej: o Orfeuszu i Eurydyce wiedzieliśmy od dawna. Spodziewaliśmy się, że były to rzeczywiste postacie, tylko nie mieliśmy pojęcia, ile prawdy kryło się w tym, że Orfeusz ponoć zszedł do Tartaru. Czyli, we współczesnym języku, za Zasłonę. Jednak dwa lata temu doktor Hassan z Libanu odnalazła kryptę z papirusami z czasów minojskich. Wszystko zapieczętowane czarami, niemal nienaruszone zębem czasu.
– Prawdziwy święty Graal – skwitowała dziewczyna, a Prewett kiwnął głową.
– Dokładnie. Oczywiście wtedy wszyscy dostali białej gorączki i trzeba było zorganizować aukcję. Uniwersytet Londyński kupił tylko trzy manuskrypty za sumę taką, że nie dostaliśmy bonusu przez następny rok akademicki. Także, jeden z papirusów udało się nam przetłumaczyć i opowiadał on właśnie o bransolecie Eurydyki. I jeśli to ty ją znalazłaś… Cóż, możesz uznać się za bogatą. Z tego tutaj hoteliku ty i twoja mama wybudujecie jakiś kurort, i to co najmniej. Może pałac?
Dziewczyna zamrugała szybko oczami. Wyglądała na urzeczoną jego gadaniną, zdecydowanie bardziej niż studenci na jego wykładach. Jednocześnie jednak w jej spojrzeniu czaiło się jakieś zakłopotanie. Jakby nie mówiła mu o czymś bardzo ważnym. Normalnie spowodowałoby to u niego lekką irytację, ale przy Elizabeth czuł jakieś niesamowite współczucie. Wyglądała jak dziewczynka, która przyznać się miała właśnie do jakiegoś błędu, który popełniła mając same dobre intencje.
– Właściwie to ja… – Dziewczyna zawiesiła się, bo na dziedziniec właśnie wszedł ktoś wcale nie nieznajomy. Ktoś, kogo Icarus nie spodziewałby się tu ujrzeć nawet w najśmielszych snach.
RE: [Sen, 31.09-1.10.1972] Mamma Mia! - Anthony Shafiq - 10.06.2026
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=z1WpVgA.jpeg[/inny avek]
Zaśmiał się serdecznie na jej zapewnienia, ale też i po to, żeby nieco napięcia zeszło z barków przyjaciółki.
– Oczywiście, oczywiście… nie wątpię w to, wszyscy byśmy wiedzieli – uspokajał go również fakt, że nie mówiła mu od razu o co chodzi, bo to znaczy, że problem nie był aż tak naglący, a te zwykle można było rozwiązać odpowiednią ilością czasu albo pieniędzy. Albo obu. A tych zasobów Anthony'emu J. Shafiqowi zaiste nie brakowało. – Nie wiem i szczerze nie chcę wiedzieć. To przecież nawet dobrze nie wygląda całe takie zszarzałe… – Oczywiście kawałki ciasta ociekały różem, czyniąc jednak przez to Anthony'emu niesmak nie tylko wspomnieniem wyliniałego francuskiego wampira, ale również samą warstwą wizualną-estetyczną. Gdyby miał wybrać cokolwiek co mogłoby dobrze współdziałać z baklavą, to byłby to raczej likier curacao i może kwiaty klitorii i bławatka z lekkim aromatem herbaty… To brzmiało jak eksperyment o który mógłby raczej poprosić Botta niż - z całym szacunkiem - ludzi znajdujących się na jego wyspie. Grecy. Niech robią oliwę i pieką jagnięcinę, a nie eksperymentują z kwiatami w deserach! – Gdziekolwiek jest teraz moje serce, dziękujmy okolicznym duchom opiekuńczym, że tego nie widział… – dodał ciszej, nie precyzując, czy chodzi o ciastko, czy raczej o jego zgorszoną minę. Nawet jeśli pocieszającym był fakt, że pomimo ich stażu nadal potrafił być zazdrosny. W końcu… trudno nie było być zazdrosnym o tak wyjątkowego mężczyznę.
Tymczasem Mona poprosiła go o pomoc i już nadstawiał ucha.
– List. Cóż, dobry kolor jako wyróżnik, – zauważył powracając do swobodnego tonu pełnego słonecznej przedwczesnej emerytury i konsumowania dóbr z miłością swojego życia u boku – niemniej od rana siedzę tutaj i degustuje przekąski na dzisiejszą fiestę, aby uchronić gości od takich abominacji jak róża… różana baklava… Niemniej… znajdziemy oczywiście na to radę – jego uśmiech stał się nieco bardziej zawadiacki, bo lubił, jakże lubił chwalić się swoimi nowymi zabawkami. Przysunął dłoń do ust i nie odwracając oczu od Mony wyrecytował do sygnetu o intensywnym lazurowym kamieniu osadzonym pośród szczotkowanego, matowego złota:
"Nieś mą wieść w daleki kraj, niech usłyszą ją mój druh Ioannis: Η μπλε επιστολή για τη Λίζι χάθηκε. Πρέπει να μου παραδοθεί αμέσως. Θα είμαι στου Νικόλαου για άλλη μια ώρα και μετά θα με βρεις στο ξενοδοχείο. Μπορείς να κλείσεις το κουκουβάγι. Βρες το για μένα χθες. – wypowiedział płynnie, a zaraz gdy skończył z kamienia wychynęła błękitna karteczka z dokładnie spisaną treścią tej wiadomości. Na oczach obojga złożyła się sztuką origami w żurawia i pofrunęła prosto do lokalnej sowiarni. – Prosiłem, żeby natychmiast go oddali mnie, podejrzewam, że będę mniej się przenosił niż Ty w najbliższych godzinach, więc… jak tylko go dostanę w swoje ręce, pierwsza się o tym dowiesz. A i… sowiarnie nie będą działały dopóki to się nie wydarzy. Nasza mała ma priorytet. – Był taki moment, że ludzie spekulowali, tym bardziej Anthony nastawał, żeby kruszynka zwracała się do niego dziadku, uważając, że to jedyny słuszny kierunek plotek, na który mógł pozwolić. Plotka, która teraz niejako odbiła się w niego rykoszetem z kolejnym pytaniam Mony. Tym razem spoważniał, zamyślił się i dał wybrzmieć rozterkom, traktując je absolutnie poważnie. Jeszcze dwadzieścia lat temu, sugerowałby zawalenie Lizzy obowiązkami, aby odwrócić jej uwagę. Albo obu. Z resztą, dwadzieścia lat temu nieustannie przekonywałby i namawiał Monę na wypuszczenie dziecka i udział w setce kursów i podróży, które pozwolą jej odnaleźć drogę, pasję w której będzie mogła być najlepsza. Teraz jednak, gdy sam zrozumiał ślepą uliczkę ambicji i ambicjonalnego podejścia do życia swoich bliskich, był odległy od rzucania takimi poradami.
– Przytulić. Zaparzyć herbatę. Tak. Być. Kochać. Wysłuchać. Ale musisz też pozwolić jej polecieć. Popełnić błędy. Zedrzeć sobie kolano. Będziemy czuwać, ale nie możemy… wiesz, że nie możemy tego zrobić za nią.– Był spokojny, ciepły, nawet jeśli gdzieś wewnątrz czaił się smutek, wobec niektórych wyborów życiowych jego rozmówczyni. On pośród zawiei, w cichym alpejskim pokoiku pewnego dnia skonfrontował się z uczuciami i do dzisiaj czerpał z tego tytułu korzyści. Mona miała Lizzy, ale gdy dziecko w końcu zacznie szukać swojej drogi… czy wystarczy jej grupa przyjaciół, aby poradzić sobie z pustym gniazdem.
Już miał się zająknąć na temat funduszu i zabezpieczenia finansowego tej wędrówki, nawet jeśli Jonathana nie było w pobliżu, zdawało się to idealnym czasem i miejscem do tego.
I w tym momencie przybiegł posłaniec z informacją, która zrujnowała wszystko. Westchnął rozczarowany brakiem swojej odwagi cywilnej, choć znów – w takich sprawach brak odwagi nadal był czystą przyjemnością. Pieniądze od tego nie znikną, no i w końcu kiedyś na pewno powiedzą o tym obu zainteresowanym.
Oddał powietrznego całusa Monie (do dziś nie mając pojęcia skąd były plotki o ich romansie) i powrócił do swojego jakże ważnego zajęcia, trudnej sztuki wyboru tapasów. – Vai! Gdzie te kiełbaski! Nie mamy całego dnia andiamo! - popędził kuchcików skrzętnie pakujących wszystkie różane baklawy oraz inne różane niespodzianki do pudeł oznaczonych "absolutnie nie na dzisiaj ani nigdy"
|