Secrets of London
[10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6154)



[10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 19.06.2026

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

W mieszkaniu było cicho, tylko gdzieś za oknem wiatr zawiewał donośnie, przeciskając się pomiędzy wąsko ulokowanymi kamienicami, gdy zmierzaliśmy w kierunku salonu. Towarzyszący nam kot, wbrew obawom Sunny, nie śledził już każdego naszego kroku i nie wyglądał na zatrwożonego przebiegiem bieżącej sytuacji - ewidentnie powoli dochodził do wniosku, że skoro nikt nie planował się już przewracać, mógł wrócić do swoich codziennych obowiązków polegających głównie na nicnierobieniu, my też mogliśmy powoli odzyskać rytm.
- Dopsz. Telas najwaszniejsze pytanie tego wieczolu. Chcesz jeszcze tlochę alkoholu, sok, helbatę, kawę, eliksil nieśmieltelności albo cokolwiek innego, co nie wymagałoby ode mnie włamania do Ministelstwa Magii? - Zapytałem, docierając do miękkiego, wygodnego narożnika, na którym wcześniej czekałem na powrót mojej żony. Wiedziałem, co prawda, iż z pewnością w biurze koronera mogłem znaleźć bardzo ciekawe fanty, kusząca sprawa, ale podchodziłem dosyć sceptycznie, nawet jak na mnie, do pozostawiania jej tu całkiem samej z dosyć sprzedajnym kotem. Nie to, że nie dawałem mu jeść już znacznie wcześniej, on po prostu odziedziczył przemianę materii po mojej stronie tego rodzinnego układu, co oznaczało, iż miał być lub już był głodny, a to, jak już zdążyłem to ocenić i wygłosić, skłaniało go do różnych radykalnych opcji. Nie mogliśmy zatem ryzykować, że tuńczyk będzie ciekawszy…
- Oficjalnie lekomendowałbym wodę, ale poniewasz jesteś dolosłą, niezaleszną kobietą, któla od wczolaj ma męsza i najwylaśniej uznała, sze naleszy to uczciś ilością alkoholu wystalszającą do zachwiania osią planety, pozostawiam decyzję w twoich dłoniach. - Uśmiechnąłem się pod nosem, obserwując jej twarz z tą samą ciekawością, z jaką obserwowałbym kogoś próbującego rozwiązać wyjątkowo skomplikowaną zagadkę runiczną. Dopiero po paru sekundach ponownie zerknąłem w kierunku Hainta, który praktycznie natychmiast po naszym przejściu do salonu najwyraźniej uznał, że sytuacja została opanowana i wskoczył na drugi koniec kanapy, obserwując nas z tym samym wyrazem pyszczka, z jakim zwykle obserwował ptaki latające w jesiennym deszczu padającym za oknem kamienicy przy Horyzontalnej. Obaj zdecydowanie byliśmy zaintrygowani, była ku temu bardzo konkretna przyczyna, chociaż nie do końca taka sama w detalach - była nią Prudence, moja i jego Pani, zachowująca się osobliwie lekko, chociaż jej ciało chyba nie do końca to odnotowało. Przez chwilę pozwoliłem jej dojść do siebie, a sam przyciągnąłem sobie krzesło od stołu, by zająć miejsce naprzeciwko niej, po czym wyciągnąłem nogi przed siebie, czując przyjemne zmęczenie późnej nocy. Nie zmieniało ono jednak faktu, iż mieliśmy rozmowę do przeprowadzenia, nawet jeśli Prue wróciła, nie mogłem bowiem zasnąć, gdy rzuciła mi taką bombę. Ja i jej babcia?
- Dopsze, wlóśmy do tej splawy, zanim uznam, sze plóbowałaś szuciś coś absolutnie niedoszesznego i liczyłaś, sze o tym zapomnę. - Obróciłem głowę w jej stronę i zmrużyłem oczy z udawaną podejrzliwością. - Powiedziałaś, sze Ellie jest jak ja. Nie wiem, czy powinienem czuś się zaszczycony, zaniepokojony czy oblaszony, więc potszebuję większej ilości infolmasji. - Pochyliłem się, oparłszy łokieć o podłokietnik kanapy, na której uprzednio pomogłem jej usiąść, i przyjrzałem jej się z autentycznym zainteresowaniem, nie odrywając od niej wzroku. Znałem Ellie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że potrafiła być absolutnie wyjątkowa, ale nigdy nie przyszło mi do głowy porównywać nas do siebie.


RE: [10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 20.06.2026

Świat odrobinę mniej wirował, kiedy Benjy wziął ją na ręce i pomógł Prue w tej nie do końca równej walce z siłą grawitacji. Pozwoliła sobie nawet przymknąć oczy, nie musiała bowiem już w żaden sposób kontrolować tego, co się z nią działo, wiedziała, że przy nim jest bezpieczna, więc mogła w końcu odpuścić.

Jej ciało opadło na miękki narożnik. Mruknęła cicho pod nosem, nie do końca zadowolona z takiego rozwoju sytuacji, nigdzie nie było jej lepiej, niż w ramionach męża. Otworzyła oczy, gdy usłyszała jego pytanie. Pierwszą myślą było wino, nie wiedzieć czemu, wypiła go bowiem dość sporo u babci, nie do końca jednak wydawało jej się, aby podtrzymywanie tego stanu w jakim się znajdowała było dobrym pomysłem.

- Nie wjem, szy to dobry pomysł, abym o szymkolwiek teraz decydowała. - Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie była w najlepszej formie, a że wreszcie miała kogo słuchać, to zamierzała przyjąć tę sugestię. - Woda chyba jest najlepszym pomysłem. - Alkohol spowodował, że zrobiło jej się ciepło, nie do końca była pewna, czy przełknęłaby w tej chwili ciepłą herbatę.

Siedziała po turecku, oparta o brzeg narożnika, przyglądała się sufitowi, który delikatnie wirował, ciekawe, kiedy w końcu przestanie. Nie powinna była tyle pić, jednak nie umiała odmówić Ellie, była też pewna, że ona w tej chwili na pewno miała się lepiej od niej, potrafiła w siebie wlać okropne ilości alkoholu i nic jej nie było. Prue nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie jej dorównać, jakoś musiała to przeżyć.

- Wsale nie liczyłam, że o tym zapomnisz. - Uważała bowiem to, czego się dzisiaj dowiedziała za całkiem interesującą anegdotkę, niesamowite było też to, że nigdy nie wpadła na to, że jej babcia jest jedną z czystokrwistych, znaczy kiedyś była, bo teraz to nie do końca.

- W sumie to zależy. - Jak zawsze, punkt widzenia zależał od punktu siedzenia, czyż nie? Oparła sobie łokcie na kolanach i próbowała patrzeć na niego, obraz jednak ciągle trochę jej się rozmazywał przez co bujała się to w przód, to w tył, ciężko jej było utrzymać ciało w jednym punkcie.

- Wyobraź sobie, żeeeee - Zaczęła swoją opowieść, no opowieść to może zbyt wiele powiedziane. - Wyobraź sobie, że Ellie kiedyś wychowywała się, w sumie to urodziła się, no w sensie była Blackówną, zanim wyszła za mąż za mojego dziadka, rozumiesz? - Nazwisko Black było całkiem znane w czarodziejskim świecie, Benjy na pewno ich znał w poprzednim życiu. - Popełniła mezalians, wyszła za mąż za szklarza półkrwi, mojego dziadka. - Dodała jeszcze, jakby nie wiedział o kim mówi, chociaż na pewno wiedział, ale wydawało jej się istotne, żeby to podkreślić. - Uciekła przed tamtym światem, tak jak Ty, w sumie, to chyba nic obraźliwego, w sensie no wiesz jest trochę jak Ty, co nie? - Miała nadzieję, że zrozumie o jakie podobieństwo jej chodzi. - Ale ona nie usiekła, została tutaj. - Co uważała za całkiem odważne.




RE: [10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 22.06.2026

Ostrożnie posadziłem ją na narożniku, pilnując, żeby nie zachwiała się przy tym bardziej, niż już zdążył to zafundować jej alkohol, ale kiedy znalazła się wreszcie na miejscu, przez krótką chwilę wcale nie cofnąłem dłoni - trzymałem je przy niej odruchowo, jakbym podświadomie zakładał, że jeśli puszczę ją zbyt szybko, natychmiast odpłynie wraz z tym swoim wirującym światem albo postanowi wznowić nierówną walkę z siłami natury, które od dobrych kilkunastu minut ewidentnie pozostawały jej nieprzychylne - dopiero gdy upewniłem się, że naprawdę siedziała stabilnie, a nie jedynie sprawiała takie wrażenie dzięki sile własnego uporu, odsunąłem się o krok. Nie usiadłem jednak od razu na drugim końcu kanapy, ponieważ byłem niemal pewien, że za moment usłyszę kolejną myśl, prośbę albo pytanie, które w obecnym stanie miała uznać za absolutnie niezbędne do rozwiązania. Pokiwałem głową, słysząc odpowiedź dotyczącą wody.
- Tak. Plawdopodobnie tak będzie najlepiej. - Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy w tak łatwy sposób przyznała mi jednocześnie rację i oddała możliwość wykazania się, zamiast utrzymywać pozory kogoś, kto zawsze musiał o wszystkim decydować - całkiem przyjemnie było móc zapewnić jej wszystko, czego potrzebowała, bez zbędnych dyskusji o moich zamiarach, jakie niegdyś mogli bylibyśmy prowadzić - nie umknęło mi również jej niezadowolone mruknięcie, kiedy ją odstawiłem, kącik moich ust drgnął lekko, bo miałem coraz silniejsze podejrzenie, że gdyby dano jej wybór, najchętniej wróciłaby dokładnie tam, skąd przed chwilą ją zabrałem. W moje ramiona.
Przez moment obserwowałem ją, gdy tak siedziała po turecku na kanapie, niepodobna do samej siebie w tym najbardziej fascynującym znaczeniu - jeszcze kilka minut wcześniej prowadziła otwartą wojnę ze schodami, framugami i własnymi butami, a teraz wyglądała tak, jakby największą tragedią całego wieczoru było odebranie jej najwygodniejszego środka transportu - na co dzień kontrolowała każdy ruch, każde spojrzenie i każdy gest z dokładnością, która czasami przypominała mi pracę zegarmistrza rozkładającego i składającego mechanizm z najmniejszych części, teraz jednak kołysała się lekko w przód i w tył, najwyraźniej próbując dojść do porozumienia z sufitem, który postanowił wykonywać nad jej głową niezrozumiałe manewry. Sam widok był tak rozczulająco absurdalny, że musiałem na chwilę odwrócić wzrok i skupić się na kominku, żeby nie wybuchnąć śmiechem - było coś wyjątkowo zabawnego w obserwowaniu osoby, która zwykle analizowała rzeczywistość z chirurgiczną precyzją, a teraz zdawała się prowadzić wewnętrzne negocjacje z własnym błędnikiem. Przywykłem do tego, że dawna, zdystansowana Prudence była samowystarczalna niemal do przesady, że odruchowo próbowała radzić sobie sama nawet z rzeczami, przy których większość ludzi bez wahania poprosiłaby o pomoc, dlatego widok, w którym całkowicie opuszczała gardę, pozwalając komuś innemu - mi - przejąć kontrolę nad sytuacją, wciąż wydawał się dla mnie czymś zupełnie nowym. Nie narzekałem, wręcz przeciwnie, było w tym coś nieoczekiwanie intymnego, coś, czego nie dostawało się od niej często i czego nie dało się wymusić.
Kiedy oznajmiła, że wcale nie liczyła na to, iż zapomnę o całej tej historii, parsknąłem cicho pod nosem - to akurat było wyjątkowo trafne spostrzeżenie - jeśli istniała jedna rzecz, której absolutnie nie należało oczekiwać ode mnie, było nią porzucenie interesującego tematu tylko dlatego, że minęło kilka minut albo rozmowa zdążyła skręcić w innym kierunku. Niektóre sytuacje przyklejały się jak rzep do rękawa i wracały później w najmniej spodziewanych momentach, często ku rozpaczy ludzi, którzy liczyli na to, że ich wcześniejsze słowa rozpłyną się gdzieś w powietrzu.
- To zaleszy? - Przez chwilę milczałem, próbując uporządkować plątaninę informacji, niedopowiedzeń i urwanych wątków, które alkohol najwyraźniej uznał za zbędne dodatki. Początkowo bardziej skupiałem się na samym fakcie, że wyglądała, jakby właśnie odkryła największą tajemnicę własnego rodu, niż na treści tego odkrycia, jednak stopniowo poszczególne elementy zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Black. Mezalians. Ucieczka od środowiska. Szklarz. Ellie. Im dłużej słuchałem, tym wyraźniej dostrzegałem kształt całej historii, aż wreszcie zrozumiałem, do czego próbowała mnie porównać.
O Ellie można było powiedzieć naprawdę wiele rzeczy, ale przez wszystkie lata znajomości nigdy nie przyszło mi do głowy zastanawiać się nad jej nazwiskiem panieńskim. Była po prostu Ellie - Ellie z niebezpieczną ilością sekretów, niewyczerpanym zapasem niespodzianek i wyjątkowym talentem do wywracania cudzych wyobrażeń do góry nogami. Przez lata znałem ją wyłącznie taką, ekscentryczną, nieprzewidywalną, inteligentną do granic absurdu kobietę, która potrafiła jednym zdaniem podważyć czyjś światopogląd, a drugim sprawić, że człowiek zaczynał zastanawiać się nad własnym zdrowiem psychicznym. Nigdy nie wyobrażałem jej sobie jako młodej Blackówny wychowanej pośród wszystkich tych nazwisk, którymi i mnie otaczano, pośród zasad, rodowych obowiązków i oczekiwań, które ciągnęły się za niektórymi z nas niczym ciężki łańcuch. A najwyraźniej jednak…
- Zalas. Chwileczkę. Ellie była Blackówną? - Powtórzyłem wolniej, marszcząc lekko brwi i przyglądając się Prudence tak, jakbym próbował ustalić, czy właśnie żartowała, czy jednak mówiła całkowicie poważnie. - Jak? - Pokręciłem głową z niedowierzaniem, próbując pogodzić w wyobraźni dwie wersje tej samej osoby. To faktycznie była informacja, którą można było zachować na specjalne okazje. W pewien sposób miało to sens, w innym nie miało go absolutnie żadnego. Nazwisko Black nie należało przecież do tych, które pojawiały się przypadkiem, kiedy ktoś o nich wspominał, niosło za sobą ciężar tradycji, oczekiwań i przekonań, od których większość ludzi nigdy nie potrafiła się naprawdę uwolnić. Trudno było dorastać w magicznej Wielkiej Brytanii i nie znać tego rodu, nawet jeśli przez większą część życia robiło się wszystko, by trzymać się z dala od ludzi przekonanych, że rodowód stanowił najcenniejszą cechę charakteru.
- No dobsze, pszyznaję, tego się nie spodziewałem. - Przesunąłem dłonią po brodzie, kręcąc głową z rozbawionym niedowierzaniem. - Blackówna i szklasz półklwi. Nieźle. Naplawdę nieźle. - Parsknąłem cichym śmiechem, jednak w moim głosie nie było nawet śladu kpiny, wręcz przeciwnie, im dłużej o tym myślałem, tym bardziej imponowała mi ta historia, nawet jeśli nie znałem żadnych konkretnych detali. - Muszę pszyznaś, sze twoi dziadkowie mieli losmach. - Dodałem, opierając się łokciem o brzeg kanapy i pochylając się trochę bardziej w kierunku Pruey. Nie chodziło nawet o sam mezalians, takich historii było przecież więcej - nie aż tyle, ale zdecydowanie bywały, sam byłem dowodem na to - chodziło o wszystko, co musiało wydarzyć się później. O decyzje, które nigdy nie kończyły się na jednym dniu, o konsekwencje ciągnące się przez lata, o konieczność zbudowania życia od nowa, kiedy za plecami zostawiało się świat przekonany, że właśnie popełniło się niewybaczalny błąd.
- W sumie wyjaśnia to kilka szeszy. Nie wiem jeszcze któle, ale jestem pewien, sze wyjaśnia. - Skinąłem głową, pozwalając jej mówić dalej, podczas gdy mój uśmiech utrzymywał się jeszcze przez moment, zgasł jednak nieco, kiedy wypowiedziała ostatnie zdanie. „Ale ona nie uciekła, została tutaj”. Tamten zaintrygowany, zaciekawiony wyraz pozostał na mojej twarzy, lecz gdzieś pod nim pojawiło się znajome ukłucie - niewielkie, prawie niezauważalne, wystarczająco małe, żeby nikt go nie dostrzegł, wystarczająco duże, żebym sam je poczuł - przez krótką sekundę przed oczami stanęły mi inne lata, inne mieszkanie i inna kobieta. Wspomnienie przyszło nagle, bez ostrzeżenia, otwierając drzwi, których nie zamierzałem dziś ruszać. Tamta decyzja nigdy nie była kwestią odwagi ani jej braku, nie była nawet podejmowana z myślą o mnie, była próbą uniknięcia czegoś znacznie gorszego. Nie powiedziałem tego jednak na głos, nie było sensu, Prudence była pijana, szczęśliwa i opowiadała mi historię swojej rodziny, a nie rozdrapywała stare rany. W przeciwieństwie do tego, co zrobiłbym niegdyś, nie zamierzałem się „honorowo” unosić, po prostu…
- Zaczekaj moment, oke? Pszyniosę wodę. Chcę poznaś całą histolię. - Pokręciłem więc głową sam do siebie i ruszyłem do kuchni, zostawiając ją sam na sam z wirującym sufitem na kilkadziesiąt sekund. Sięgnąłem po butelkę, jeszcze zanim zdążyłaby zaprotestować, choć szczerze wątpiłem, żeby w obecnym stanie miała siłę prowadzić dłuższe negocjacje. W drodze powrotnej wciąż myślałem o tym, jak dziwną właściwość miały niektóre zdania. Wystarczyło kilka słów wypowiedzianych mimochodem, żeby człowiek nagle znalazł się po kolana w wspomnieniach, których wcale nie planował odwiedzać. Odsunąłem je jednak od siebie równie szybko, jak się pojawiły, nie zamierzałem pozwolić, żeby zepsuły ten wieczór.
- Ploszę balszo. - Odkręciłem butelkę i podałem jej wodę, obserwując przez moment, czy prawidłowo złapie ją w dłonie, dopiero wtedy usiadłem obok. - No, a swoją dlogą, to nie jest oblaśliwe, fakt, jestem za to colas balsiej pszekonany, sze twoja babcia od początku uklywała pszed nami połowę swojej histolii tylko po to, szeby mieś czym zaskakiwaś ludzi po siedemdziesiątce. - Oparłem się wygodniej, chcąc pozwolić rozmowie ponownie popłynąć w stronę Ellie i wszystkich tajemnic, które najwyraźniej nadal czekały na odkrycie. Zerknąłem tylko kątem oka na kota, który w przeciwieństwie do mnie doszedł chyba do wniosku, że rodzinne sekrety nie dorównywały atrakcyjnością porządnej drzemce - zwierzak zwinął się w ciasny kłębek na drugim końcu kanapy, całkowicie ignorując dramaty czarodziejskich rodów, dawne mezalianse i rewelacje zdolne wywołać rodzinne skandale, w pewnym sensie zazdrościłem mu tej prostoty, świat ludzi miał bowiem nieprzyjemny zwyczaj komplikowania wszystkiego, czego tylko dotknął, nawet jeśli początek historii sprowadzał się wyłącznie do tego, że ktoś kiedyś zakochał się w niewłaściwej osobie.


RE: [10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 25.06.2026

Kiwnęła jeszcze głową na znak, że ma takie samo zdanie. Woda zdecydowanie była w tej chwili najlepszym z możliwych wyborów, jej ciało powinno jej za to podziękować rano, chociaż mogło już być zbyt późno na tę ostatnią deskę ratunku. Jakoś będzie musiała sobie poradzić. Nie miewała raczej często podobnych epizodów, nie pozwalała sobie na takie wybryki, ale ten dzień był całkiem wyjątkowy. Miała w końcu co świętować, a że jej babcia ją do tego zachęcała, to jakoś tak wyszło, że zakończyło się to dla niej nie najlepiej.

Nie zamierzała jakoś usilnie pokazywać, że poradzi sobie sama w tej chwili. Nie było takiej potrzeby, Benjy wyraził chęć doprowadzenia jej do względnego porządku, ocalił ją przed otoczeniem, które miało ochotę nieco ją sponiewierać, zadbał o nią i zrobił to z własnej, nieprzymuszonej woli - nie było więc potrzeby by udowadniała mu teraz jaka to nie jest samodzielna. Nie musiała dłużej tego robić, co było całkiem miłą odmianą. Nawet sama świadomość, że w mieszkaniu był ktoś, kto mógł się nią zaopiekować, gdyby znalazła się tutaj w różnych stanach. Nie, żeby miała chęć zbyt często to powtarzać.

Świat nie chciał przestać wirować. Nie znosiła tego uczucia, ale nie mogła mieć do niego pretensji, bo sama to na siebie sprowadziła i chyba to ją w tej chwili najbardziej irytowało. Nie było to bowiem przyjemnym uczuciem, sufit nie chciał się zatrzymać, rozmywał jej się przed oczami przez co miała problem, aby usiedzieć w jednym miejscu. W końcu się poddała, zamknęła oczy i wylądowała na oparciu, jakby to mogło cokolwiek zmienić - niestety nie zadziałało to do końca, bo nadal czuła te nieszczęsne wirowanie, przynajmniej nie widziała przed oczami tych wszystkich fruwających kolorów.

- No, zależy, zależszy jak to odbierzesz. - Mówiła póki co nieco naokoło, nie przeszła do konkretów, zamierzała oczywiście to z siebie wyrzucić tego wieczora, może właśnie najlepiej po prostu bez zbędnego rozwijania się na tematem. Wiedziała, że skoro już o tym wspomniała, to będzie musiała to zrobić, bo Benjy łatwo nie odpuszczał, ale też uznała to po prostu za całkiem zabawne, dlatego dość szybko chciała mu przekazać, że coś wie, coś nowego, chociaż w sumie nie miało to w tym momencie praktycznie żadnego znaczenia, było bardziej ciekawostką historyczną, czy coś.

Później zaczęła mówić, w sumie to wypluła to wszystko z siebie, licząc na to, ze znajdzie w tym odrobinę ładu, bo mogła nieco się zamieszać, ale naprawdę chciała dobrze! Jej język jednak nie do końca nadążał za mózgiem, i nie był w stanie wszystkie płynnie powiedzieć. Musiał jej to wybaczyć.

- Widzisz podobieństwo, so nje? - Zapytała jeszcze, bo miała nadzieję, że nie odebrała tego jakoś pokracznie, jej zdaniem było dosyć spore, ale jak wiadomo każdy mógł to odczytać na swój sposób, była ciekawa więc zdania samego zainteresowanego.

Nie spodziewała się tego, że babka może mieć, aż takie tajemnice. W sumie nigdy jej jakoś nie wypytywała o przeszłość, słuchała tego, co miała jej do powiedzenia, ale nie zadawała niewygodnych pytań. Trochę tego żałowała, bo być może podzieliłaby się z nią tą wiedzą już wcześniej. Teraz jeszcze bardziej podziwiała Ellie, była buntowniczką z krwi i kości, podążyła za głosem serca zupełnie ignorując konsekwencje, które mogły się pojawić i wiodła naprawdę szczęśliwe życie wcale nie ukrywając się przed całym światem. Była naprawdę odważna, miała niesamowite szczęście, że to właśnie ona była jej babcią.

- Znaczy teoretysznie to jest dalej? - Uniosła głowę i wpatrywała się w swojego męża bardzo intensywnie, chociaż ciężko było jej utrzymać wzrok w jednej linii. - Nie da siem tak sałkiem tego pozbyś? - W jej żyłach w końcu płynęła krew Blacków, może nie utrzymywała z nimi kontaktu, postawiła się im, jednak nadal pochodziła właśnie od nich. - Nie wiem jak, tak po prostu? Kiedyś? Wychowywała się tam i tyle. - Wzruszyła jedynie ramionami, Ellie nie opowiedziała jej zbyt wiele na ten temat, bo pewnie nie uważała tego za szczególnie istotne, zresztą była Blackówną dawno temu, na pewno miało to jakiś wpływ na to jakim człowiekiem się stała. Widziała dużo więcej, potrafiła podchodzić do różnych tematów w nowatorski sposób zapewne dlatego, że kiedyś sama była trzymana pod kloszem. - Mój dźzsiadek musiał mieć w sobie duższo uroku. - Skoro kobieta postanowiła porzucić dla niego całe swoje dotychczasowe życie to nie było w ogóle innej opcji.

- So nje? Niesamowici byli. - Uśmiechnęła się zupełnie szczerze, naprawdę była dumna z tego, że jej dziadkowie tak po prostu pozwolili sobie podążać za swoim uczuciem, nie porzucili tego, zaakceptowali je i o nie walczyli, to wcale nie było takie typowe w ich popapranym świecie. - Dziadek szybko umarł, ale mieli trochę szczęścia. - Czasem wystarczyło te kilka lat razem, by wiedzieć jak to jest, oni byli tego doskonałym przykładem.

- To na pewno soś wyjaśnia, tak. - Co tak właściwie? Też aktualnie trudno jej było stwierdzić, ale nie myślała najjaśniej w tej chwili. Wypity alkohol całkiem skutecznie jej w tym przeszkadzał.

Nie spodziewała się nawet, że to, co powiedziała może wzbudzić w nim wspomnienia, do których nie chciał wracać. Była dzisiaj nieco oderwana od rzeczywistości, rzuciła to mimochodem, jakby nie miało żadnego znaczenia. - Nie ucieknę Ci. - Powiedziała jeszcze, aby zapewnić go, że nigdzie się nie wybierała. Nawet zresztą jeśli miałaby na to ochotę, to cóż, pewnie wirujący świat bardzo szybko pokazałby jej, że podjęcie próby nie ma sensu. Czuła się bezpiecznie na narożniku, więc zamierzała właśnie tam pozostać. - Tylko, ższe ja nie znam całej historii… - Rzuciła jeszcze, bo tak naprawdę wiedziała tyle, co nic.

Wrócił do niej w mgnieniu oka, ledwie zdążyła mrugnąć, a stał przed nią z butelką w dłoni. Wyciągnęła dłoń po to, by ją złapać, przy pierwszej próbie nie trafiła, przemknęła obok, ale druga zakończyła się sukcesem. Nie było z nią, aż tak źle. Niemalże od razu, wypiła duszkiem prawie połowę butelki. Potrzebowała tej wody.

- Dzięki. - Powiedziała jeszcze, po czym postawiła ją przy brzegu narożnika, trwało to chwilę, bo nieco się przy tym zamotała - ale nie spadła na podłogę, kolejny sukces tego wieczora.

- Kto wie, szym jeszcze nas zaskoczy, czasem się boję tej jej wszsyskich tajemnic, wiesz? - Nigdy nie wiadomo bowiem, czego można spodziewać się po Ellie. Jej rodzice na pewno o tym wiedzieli, ale również nie pisnęli nawet słowem, bardzo długo żyła w nieświadomości. Teraz to traktowała raczej jako nic nie znaczącą ciekawostkę, nie miało to żadnego wpływu na jej życie - chociaż może jeszcze bardziej zaczęła doceniać siłę jej babki, która okazywała się być coraz bardziej niesamowita.




RE: [10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 29.06.2026

Słuchałem Prue uważnie, nawet jeśli część wypowiadanych przez nią słów musiałem składać w całość bardziej z kontekstu niż z ich faktycznego brzmienia, nie przerywając jej jednak ani na moment, bo dobrze wiedziałem, że jeśli teraz zgubi własny tok myślenia, będę musiał czekać kolejne dziesięć minut, aż znowu go odnajdzie. Nie miałem jej tego za złe, rzecz jasna, tak samo jak stanu, w który weszła z pomocą babci, chociaż całkiem zabawnie było być tym jednym jedynym trzeźwym, „odpowiedzialnym” doroslłym na naszym kwadracie. Każdemu należał się dzień, w którym rozsądek schodził na dalszy plan, zwłaszcza jeśli powód rzeczywiście był wart świętowania. Uśmiechnąłem się nieznacznie na kiwnięcie, którym mnie obdarzyła, gdy bez kolejnego słowa zgodziła się na wodę, obserwując z wyraźną satysfakcją, że tym razem nie próbowała nawet udowadniać, iż podobny ratunek był jej zupełnie niepotrzebny. Znałem ją już na tyle dobrze, by wiedzieć, że przyjęcie pomocy nie przychodziło jej łatwo, nawet jeśli dotyczyło czegoś tak banalnego jak podanie butelki wody albo doprowadzenie do kanapy po wyjątkowo zakrapianym wieczorze, tym bardziej cieszyło mnie, że nie próbowała teraz walczyć o własną niezależność tylko dlatego, że uważała to za obowiązek - nie musiała tego robić, wbrew pozorom, nigdy wcale nie chciałem, żeby musiała - było w tym coś dziwnie kojącego, że mogłem zwyczajnie się nią zająć, bez przepychanek i udowadniania sobie nawzajem, kto poradzi sobie lepiej.
- Zobaczymy… - Parsknąłem cicho, wzruszając przy tym ramionami z lekkością człowieka, który dawno przestał przejmować się cudzymi etykietami, a więc mógł zareagować na nie wedle własnego uznania - nie wydawało mi się jednak, aby w porównaniu użytym przez moją żonę mogło kryć się coś, co miało na celu śmiertelnie mnie obrazić - byłem raczej spokojny o to, co miała na myśli, nawet jeśli z powodzeniem mogła mnie jeszcze zaskoczyć.
I zaskoczyła - oczywiście - ze wszystkich rzeczy, których mogłem się spodziewać po babci Bletchley, zdecydowanie nie spodziewałem się usłyszeć właśnie takiej rewelacji. Przez moment obracałem plątaninę rzemyków na nadgarstku, pozwalając myślom popłynąć dalej, niż pokazywałem to wyrazem twarzy. Im dłużej o tym rozmyślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że rzeczywiście miała rację. Nie chodziło o szczegóły życiorysów ani o nazwiska, nie tu doszukiwałem się paraleli i analogii, chodziło o decyzję, żeby nie pozwolić własnej rodzinie decydować o tym, jak miało wyglądać całe życie. W świecie, z którego oboje w pewnym sensie pochodziliśmy, taka decyzja zawsze miała swoją cenę, a że los miał czasami wyjątkowo przewrotne poczucie humoru…
Ellie porzuciła jedną z najbardziej konserwatywnych rodzin magicznej Wielkiej Brytanii dla czarodzieja półkrwi, łamiąc wszystkie zasady, które próbowano w niej wypalić od dzieciństwa, bez cienia wątpliwości piętnując ją za wyparcie się tych rzekomych wartości, tymczasem kilkadziesiąt lat później jej wnuczka zakochała się w człowieku, który urodził się dokładnie w takim świecie, przed jakim tamta kiedyś uciekła. Tyle tylko, że ja również zdążyłem już odwrócić się od wszystkiego, co to nazwisko miało reprezentować. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej podobała mi się ta absurdalna symetria. W pewnym sensie historia rzeczywiście zatoczyła koło, tylko zrobiła to tak pokrętną drogą, że chyba nikt nie byłby w stanie jej wcześniej przewidzieć. W gruncie rzeczy oboje okazaliśmy się dokładnie takim rozczarowaniem dla własnych rodów, jakiego najbardziej się obawiały.
- Mhm. Coś w tym jest. - Skinąłem głową, tym razem nie potrzebowałem nawet chwili na zastanowienie, dostrzegałem nasze podobieństwo aż nazbyt wyraźnie, chociaż nie sprowadzało się do prostego porównania dwóch historii miłosnych - chodziło o coś znacznie głębszego - o ludzi, którzy urodzili się w określonym świecie, a później świadomie zdecydowali, że nie zamierzali żyć według jego zasad. Ellie zrobiła to wiele lat przede mną, ja zrobiłem to na swój sposób. Oboje zapłaciliśmy za to własną cenę, chociaż każdemu przyszło ją płacić inaczej.
Na moment przymrużyłem oczy, zastanawiając się nad jej kolejnymi słowami o nazwisku Black - rozumiałem, co miała na myśli - krew pozostawała krwią, rodowodu nie dało się wymazać jednym podpisem ani decyzją o opuszczeniu rodzinnego domu, jednocześnie wiedziałem, że nazwisko potrafiło znaczyć znacznie mniej, niż ludziom wydawało się przez całe życie, w końcu dorastałem w zbliżonym środowisku i przebywałem wystarczająco długo pośród ludzi przywiązujących do podobnych rzeczy przesadną wagę, żeby nauczyć się patrzeć na nie z odpowiednim dystansem.
- Nie da się zmieniś tego, skąd człowiek pochodzi, nawet jeśli wszystkie stlony by tego chciały. - Skinąłem głową, a następnie dodatkowo wzruszyłem lekko ramionami, bo z perspektywy czasu naprawdę trudno było mi przejmować się cudzymi definicjami „zdrady”, o którą się rozchodziło - jeśli kochanie właściwych ludzi miało być przestępstwem, to najwyraźniej należeliśmy do recydywistów. Blackowie mogli dać wspomnianej kobiecie nazwisko, wychowanie i kilka bardzo konkretnych poglądów na świat, ale resztę zbudowała już sama, dlatego, kiedy myślałem o babci Bletchley, w ogóle nie widziałem Blackówny. Widziałem po prostu Ellie, a to było chyba największe zwycięstwo, jakie mogła odnieść nad własnym rodem. - Ale mosna całkiem skutecznie zmieniś to, kim się staje. I mam wlaszenie, sze twoja babcia zlobiła dokładnie to. - Oparłem dłonie na kolanach, pochylając się odrobinę ku żonie, by w miarę możliwości nawiązać z nią lepszy kontakt wzrokowy. Widząc jednak jej lekko zamglone spojrzenie i sposób, w jaki próbowała utrzymać skupienie na mojej twarzy, podejrzewałem, że tylko część tego wywodu rzeczywiście do niej dotarła. Nie przeszkadzało mi to szczególnie, w tej chwili ważniejsze było to, że siedziała obok mnie spokojna, rozluźniona i najwyraźniej całkowicie przekonana, iż nic złego nie mogło się już wydarzyć - miała rację - dopóki tu byliśmy, naprawdę nie mogło. O reszcie myśleć nie chciałem…
Na wzmiankę o jej dziadku uśmiechnąłem się pod nosem, nie znałem go, nigdy nie miałem takiej możliwości, ale - zważywszy na wszystkie ostatnie wydarzenia i to, co teraz mówiła - coraz łatwiej było mi wyobrazić sobie człowieka, dla którego ktoś był gotów zostawić za sobą cały świat. Potrafiłem uznać go za całkiem wyjątkowego - nie dlatego, że odbił Blackównę jednej z najbardziej wpływowych rodzin, ale dlatego, że najwyraźniej potrafił sprawić, iż uznała, że warto było zapłacić za to każdą cenę. Niewielu ludzi mogło powiedzieć o sobie coś podobnego, jeszcze mniej rzeczywiście na to zasługiwało.
- Musiał mieć w sobie naplawdę duszo uloku. Albo był kompletnym szaleńcem. Chociasz jedno dlugiego wcale nie wyklucza.
Ten człowiek musiał mieć w sobie coś naprawdę głębokiego, skoro przekonał do siebie kobietę wychowaną w jednym z najbardziej hermetycznych rodów w całej Wielkiej Brytanii. Musiał posiadać w sobie coś więcej niż urok, gdyż sam czar wystarczał na kilka spotkań, czasem na kilka miesięcy, nie wystarczał natomiast na to, co serwowało porzucenie rodziny, nazwiska i wszystkiego, co znało się od dzieciństwa.  Sama odwaga nie była dostatecznym motywatorem takiej zmiany, potrzeba było jeszcze charakteru, uporu obu stron i czegoś, czego nie dało się opisać jednym słowem.
- Wiesz, sze właśnie pszyczyniasz się do stwoszenia nowej teolii? Ludzie noszący nazwisko Bletchley najwylaśniej mają w sobie coś, pszes co człowiek najpielw kompletnie głupieje, a dopielo później zaczyna losumieś, w co się władował i co właściwie się stało. - Uniosłem brew. - Myślę, sze nawet jeśli nie spędzili ze sobą tyle, na ile zasługiwali, na pewno było walto. - To nie były wyłącznie puste słowa, brały się z czegoś więcej, z samej głębi moich własnych doświadczeń. Zabawne, ilu z nas kończyło dokładnie w tym samym miejscu, mimo że wychowywano nas, żeby nigdy tam nie trafić. Prawda była zresztą znacznie prostsza, niż lubili przedstawiać ją ludzie. Nie zakochałem się w Prudence dopiero wtedy, gdy świat stanął na głowie, ani wtedy, gdy zaczęliśmy lepiej się rozumieć, to wszystko wydarzyło się znacznie wcześniej, w czasach, kiedy oboje byliśmy zdecydowanie młodsi i znacznie mniej rozsądni. Późniejsza niechęć, upór i wszystkie nasze wojny nie potrafiły całkowicie przykryć czegoś, co zdążyło pojawić się o wiele wcześniej. Strasznie mnie przy tym denerwowała, fakt, regularnie miałem ochotę się z nią kłócić, czasami za wszelką cenę udowodnić, że się myliła, chociaż najczęściej to ja kończyłem z poczuciem, że właśnie zostałem intelektualnie znokautowany. Tyle tylko, że była też pierwszą dziewczyną, przy której w ogóle zorientowałem się, że potrafię czuć coś więcej niż chwilowe zauroczenie. Fatalnie to ukrywałem, więc całe szczęście, że była wtedy zbyt zajęta irytowaniem mnie, żeby to zauważyć, chociaż gdzieś tam wciąż można było spekulować, co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
- W obecnym stanie? Nie oblaś się, ale gdybyś splóbowała uciekaś, dogoniłbym cię spacelowym klokiem. - Pokręciłem lekko głową, bo choć trochę się z nią droczyłem, wcale nie zamierzałem spuszczać jej z oka na dłużej niż krótką chwilę, dopóki nie będę miał pewności, że świat przestał wirować przynajmniej na tyle, by nie próbował ponownie wypchnąć jej na spotkanie z podłogą.
- Okej. - Stwierdziłem, kiedy wspomniała, że tak naprawdę nie znała całej historii, wcale mnie to nie zdziwiło - po prostu skwitowałem to wymownym półuśmiechem, wzruszywszy ramionami - ludzie rzadko opowiadali swoim dzieciom i wnukom wszystko, na ogół raczej zostawiali po sobie urwane zdania, pojedyncze wspomnienia i nazwiska wypowiadane mimochodem, jakby najważniejsze fragmenty własnego życia z biegiem lat przestawały być dla nich czymś wartym opowiadania. Paradoks polegał na tym, że właśnie te przemilczane kawałki zazwyczaj okazywały się najbardziej fascynujące. Ellie nigdy nie sprawiała wrażenia kobiety, która lubiłaby oglądać się za siebie, zapewne znacznie bardziej interesowało ją to, co mogła jeszcze zrobić, niż to, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat wcześniej. - Ale masz coś jeszcze do spszedania? Jakieś fascynujące szczegóły? - Uśmiechnąłem się odruchowo, chociaż pod tym uśmiechem wciąż pozostawał ślad wcześniejszego ukłucia, tym razem jednak nie pozwoliłem mu dojść do głosu, zamiast tego wyciągnąłem rękę i delikatnie odgarnąłem z jej policzka niesforny kosmyk włosów, który od kilku minut uporczywie opadał jej na twarz, po czym wstałem po wodę, dając sobie kilka sekund na powrót do normy.
- Nie ma za co. Do usług, psze pani. - Obserwowałem ją, gdy z widoczną determinacją próbowała utrzymać butelkę we właściwym miejscu, a potem niemal zachłannie opróżniła połowę jej zawartości, jakby organizm sam przypomniał sobie, czego naprawdę potrzebował. Miałem ochotę skomentować jej wcześniejsze zmagania z trafieniem w szyjkę butelki, ale wyjątkowo darowałem sobie podobny żart. Dzisiejszy wieczór i tak dostarczył jej wystarczająco wielu powodów do tego, żeby jutro obudziła się z lekkim poczuciem zażenowania, nie musiałem jeszcze dokładać kolejnych. Sam fakt, że pozwalała mi się sobą zajmować bez cienia protestu, mówił zresztą znacznie więcej niż wszystkie słowa, które mogłaby teraz wypowiedzieć, bo znałem ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, ile kosztowało ją podobne odpuszczenie kontroli. W takich chwilach przypominałem sobie, że pod wszystkimi warstwami opanowania, uporu i rozsądku kryła się po prostu dziewczyna, którą poznałem wiele lat temu, jeszcze zanim życie zdążyło nauczyć nas oboje, że łatwiej było udawać twardszych i bardziej zdystansowanych, niż naprawdę nimi być. Jeszcze kilka lat wcześniej prędzej próbowałaby samodzielnie wdrapać się na blat kuchenny i ściągnąć coś z najwyżej zawieszonej półki, niż przyznałaby, że potrzebowała pomocy.
- Po dzisiejszym wieczosze zakładam jusz wszystko. - Rozłożyłem bezradnie ręce. Babcia Prue ewidentnie była tym typem osoby, którą im dłużej człowiek ją znał, tym mniej miał pojęcia, kim była dwadzieścia, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu, a to było całkiem imponujące osiągnięcie. - A nawet mnie tam nie było. - Wypowiedziałem to z rozbawieniem, ale gdzieś pod nim kryło się szczere przekonanie, że w przypadku Ellie granica między tym, co prawdopodobne, a tym, co całkowicie niewiarygodne, od dawna przestała istnieć. Im więcej dowiadywałem się o jej babci, tym mocniejsze odnosiłem wrażenie, że przez wszystkie te lata znałem zaledwie niewielki wycinek znacznie większej historii. Cóż - niektórych ludzi poznawało się całe życie i mimo to wciąż potrafili wyciągnąć z kieszeni kolejną tajemnicę, o której nikt wcześniej nie miał pojęcia, babcia Bletchley zdecydowanie należała do tego rodzaju osób. Coraz bardziej zaczynałem wierzyć, że gdyby pewnego dnia oznajmiła nam mimochodem, iż przez kilka lat hodowała smoki albo uczestniczyła w wyprawie do zatopionego miasta, nie zdziwiłbym się nawet szczególnie mocno. Najwidoczniej ta rodzina po prostu tak miała…


RE: [10/10/1972] Tick-box antagonism | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 30.06.2026

Być może w tym co mówiła brakowało nieco ładu i składu, ale naprawdę starała się jak tylko mogła, aby to, co miała do powiedzenia przekazać jak najbardziej jasno potrafiła. Nie był to jednak jej najlepszy dzień, jej umysł był nieco zamglony przez wypity przez nią alkohol, jednak nie przestawała walczyć, to było przecież najważniejsze.

Nie było to dla niej typowe, nieczęsto doprowadzała się do podobnego stanu, ale to był całkiem wyjątkowy dzień. Nie miała przecież nigdy więcej przekazać Ellie, że wyszła za mąż, wypadało to odpowiednio celebrować. No więc teraz siedziała pijana w sztok na narożniku, świat nie przestawał jej wirować przed oczami, mimo wszystko była jednak bardzo szczęśliwa, niczego nie żałowała (przynajmniej jak na razie, rano pewnie nieco zmieni zdanie).

- To nis wielkiego, jak soś. - Dodała jeszcze, aby nieco go uspokoić. W sumie nie mógł wiedzieć, czego się spodziewać, a zrobiła wokół tego być może zupełnie niepotrzebnie taką dziwną otoczkę. Chciała się jednak podzielić z mężem tymi niesamowitymi rewelacjami, jakie przyszło jej usłyszeć od swojej babci. Poznała rodzinną tajemnicę, w sumie sama nie wiedziała, czy to była tajemnica, czy po prostu postanowili przemilczeć temat, nigdy nie wypytywała Ellie o jej młodość jakoś szczególnie, widziała, że niekoniecznie lubi mówić o tamtym okresie życia, więc nie ciągnęła jej za język. Dzisiaj jakoś tak wyszło, że dowiedziała się dlaczego tak było. Naprawdę nie spodziewała się tego, że jej babcia mogła pochodzić od Blacków, było to bardzo zaskakującą wiadomością, nie zareagowała jednak na te wiadomość jakoś wylewnie, nie wypytywała jej o szczegóły, po prostu to zaakceptowała, jakby była to najbardziej normalna rzecz na świecie.

Spoglądała na męża, chcąc dostrzec jego reakcję, nie było to jednak takie łatwe, bo jej percepcja w tej chwili nie była na najlepszym poziomie. Nadal rozmywał jej się jego obraz, po raz kolejny więc tego dnia musiała zmrużyć jedno oko, aby nie rozjeżdżał jej się za bardzo. To była naprawdę walka o życie, mimo, że już siedziała na tyłku i nie toczyła wojny z otoczeniem.

- To śmieszne, wiesz, nie spodziewałam się tego w ogóle. - Nie sądziła, że Ellie będzie w stanie ją czymś takim zaskoczyć. - Znaszy to w sumie nis nie zmienia, ale wiesz, mam wrażenie, że ona zawsze widziała duższo więcej. - Jej babcia była okropnie bystra i potrafiła doskonale odczytywać ludzi. Mogła podejrzewać, że już dawno wiedziała, co się między nimi dzieje, nie zdziwiłoby jej to wcale, zwłaszcza, że sama wspominała o tym, że relacja jej z dziadkiem na początku również była nieco burzliwa. Teraz jednak nie do końca miała siłę na analizowanie przeszłości, wolała się skupić na teraz, chociaż i to odrobinę ją przerastało przez ten stan upojenia alkoholowego.

- Ellie jest ZAJEBISTA, jestem szżczęściarą, ższe mam taką babcię. - Nie, żeby wcześniej miała na te temat inne zdanie, ale teraz zrozumiała jak bardzo silna musiała być, aby zupełnie odciąć się od swojej konserwatywnej rodziny, porzucić wszystko, co miała i podążyć za swoimi marzeniami z podniesioną głową.

- Jesteśmy niesamowici, to prawda, przynajmniej część z nas. - Dodała całkiem poważnie. Być może nie było to regułą, ale może faktycznie w jego słowach był jakiś sens. Czego to miłość nie robiła z ludźmi, zabawne, że poniekąd powtórzyli los jej dziadków. Być może, gdyby wcześniej otworzyli oczy to doszłoby do tego dużo wcześniej, w sumie nigdy nie wiadomo, czy byłoby to dla nich korzystne, grunt, że w końcu się odnaleźli. Uśmiechnęła się sama do siebie, była zadowolona z tego, jak potoczyła się ich burzliwa historia.

- Nigdy go nie poznałam, ale myślę, że masz rację. - Jej dziadek musiał naprawdę mieć w sobie coś wyjątkowego, że skłonił kogoś jak Ellie do tego, aby porzuciła całe swoje życie. W sumie nie dziwiła się, że jej babcia miała takie podejście, a nie inne do tego co się wokół niej działo. Nigdy nie przejmowała się konwenansami, czy opinią innych, zawsze robiła to na co miała ochotę i zachęcała innych do tego, aby podążali za głosem serca.

- Myślę, że w jakimkolwiek stanie bym się nie znajdowała, to zawsze byś mnie dogonił, co jest trochę nie fair. - Był zdecydowanie zwinniejszy od niej, do tego na jego jeden krok pewnie składało się jej pięć. Nie miała szansy z tym walczyć w żaden sposób.

- Mówiła, że na początku strasznie ją wkurzał, wiesz? - To wydawało jej się być całkiem interesujące. Jak łatwo było przejść od irytacji do czegoś zupełnie temu przeciwnego, chociaż z drugiej strony, może właśnie o to chodziło, by wzbudzać w drugiej osobie silne emocje, bardzo łatwo było zmienić je na zupełnie inne, równie silne. Coś o tym przecież wiedziała, obojętność była najgorsza. - Coś mi to przypomina. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym. Nie był to może najbardziej uroczy uśmiech z możliwych, jednak widać było, że jest całkiem zadowolona.

Oddalił się na chwilę, która minęła jej wyjątkowo ekspresowo. Miała delikatny problem z tym, aby złapać butelkę z wodą, którą jej dostarczył, ale w końcu udało jej się to zrobić. Całkiem miło było pozwolić komuś o siebie zadbać, nie musiała na siłę udowadniać, że poradzi sobie sama, co kiedyś robiła nagminnie. Zaczynała uczyć się odpuszczać, bo chyba o to wszystko w tym chodziło i robiła to zupełnie bezwiednie, to samo się pojawiło.

- Uważaj, bo jeszcze wykorzystam tę deklarację. - Pewnie nie byłaby w stanie tego zrobić, bo nie myślała teraz najjaśniej ale istniała szansa, że kiedy będzie w lepszej formie to sobie o tym przypomni, chociaż kto wie, może to miała być druga noc której nie będzie do końca pamiętała. Dawno nie znalazła się w podobnym stanie.

- Może i to dobre założenie, mam wrażenie, że w jej przypadku naprawdę wszystko jest możliwe. - Nie były to wcale słowa rzucone na wiatr, Ellie jak nikt inny potrafiła zaskakiwać, nie, żeby wcześniej miała co do tego jakieś wątpliwości, jednak to, czego dzisiaj się dowiedziała było tylko kolejnym argumentem potwierdzającym jej przemyślenia na temat babci. - Musimy ją częściej odwiedzać, ona Cię lubi. - Miała pewność, że przynajmniej jedna osoba w jej rodzinie zaakceptowała jej wybór i była z tego powodu całkiem zadowolona, oby z resztą poszło równie gładko, w sumie to nawet jej to nie obchodziło tak do końca, bo nie powinni jej oceniać, była dorosła i mogła robić to, co jej się podobało, czyż nie?


Koniec sesji