Secrets of London
[25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+---- Dział: Epping Forest (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=123)
+---- Wątek: [25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima (/showthread.php?tid=6162)



[25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima - Septima Ollivander - 25.06.2026

Było popołudnie, ale niebo powoli zastygało już w brunatnym półmroku. Oboje z Samem tego dnia pracowali i nie byli w stanie umówić się o porze bardziej przyzwoitej — choć trudno powiedzieć, czy pod koniec października wciąż obowiązywały stare zasady przypisujące półmrokowi nikczemność, albo złe intencje.
Po wczorajszej przechadzce z Savašem, nie sądziła, że w Epping Forest zagości jeszcze kolejnego dnia. Umawiając się z Samem na leśny „spacer”, nie wiedziała czego się dokładnie spodziewać. Poza warsztatem, nie spędzali razem czasu. Miała wrażenie, że oboje tkwili w niezręcznej próżni, łagodnych zejściach z zajmowanej wcześniej drogi, kołtunie słów, które chciały wybrzmieć, a które nie mogły przedrzeć się przez zaciśnięte gardło. Septima potrafiła konwersować z ludźmi wpisanymi w konkretny schemat, z ludźmi, którzy jej początkową nieśmiałość potrafili obejść naokoło, nawet jeśli z czystej grzeczności — to inni decydowali o tym jak przełamywane były pierwsze lody. Skorupa lodowej tafli pękała potem sama, nawet jeśli nie całkowicie, nie do końca, to to szczelina wystarczała, żeby przez moment uwierzyć, że pod spodem zawsze była tylko… woda.
Samuela zaś, nie potrafiła odczytać. Samuel nie wpisał się do żadnego znanego jej schematu — widziała za to jaką troską obarczył mężczyznę jej własny ojciec. Widziała również, że to co między nimi się formowało, niczym nie przypominało relacji Garricka z jego dotychczasowymi uczniami. Być może powinna czuć nieprzyjemne ukłucie pod żebrami na samą myśl o nowym, przyszywanym potomku męskiej płci, który miałby ją kiedyś zastąpić, ale jeszcze to uczucie nie nadeszło. Być może dlatego, że wciąż nie wiedziała z kim ma do czynienia.

W swoich wypolerowanych kaloszach (których nierozsądnie wczoraj na sobie nie miała) szła krokiem nieco sztywnym, jak gdyby coś faktycznie ograniczało jej mobilność poza sztywnym gumiakiem; z lewą nogą przestawianą do przodu zawsze o sekundę za późno, co nadawało jej szczupłej sylwetce, nieco pokracznego charakteru. Miała nadzieje, że mężczyzna tego nie zauważył. Zatrzymała się, nieco chwiejnie, przy pierwszym rzędzie dębów.
— Wiesz gdzie chcesz iść? Znam ten las całkiem dobrze. Mogę nas poprowadzić.
Figlarny wiatr poruszył materiałem jej płaszcza, wdarł się pod nieroztropnie rozpięte poły, uderzając w nią niespodziewanym, jesiennym chłodem. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz.


RE: [25.10.72] Złota baśń boru - Samuel McGonagall - 28.06.2026

Samuel nie znał tego lasu, ale trochę było tak, że jeśli dorastało się w lesie, to był to naturalny habitat dla istoty stojącej w rozkroku między tym co dzikie, a tym co cywilizowane. Na propozycję Septimy zgodził się z dwóch powodów. Po pierwsze poprosiła go o towarzystwo, a on nie potrafił odmówić pomocy. Po drugie wizyta w lesie zawsze była dla niego… wizytą w lesie. Przestrzenią, w której mógł odetchnąć, mógł w końcu wyprostować się i zacząć przemieszczać w sposób bardziej właściwy dla niego.

Warsztat był miejscem gdzie mógł jakkolwiek funkcjonować w mieście.

Las był jego domem, nie ważne, że nie był Knieją.

To oczywiście nie czyniło z niego króla konwersacji, ale przynajmniej jego zwykle ściągnięte czujnie brwi i dość nieszczęśliwa z jakichkolwiek napływających zapachów mina, teraz była rozluźniona i wystawiona na dogasające słońce i trwający w swoim tańcu wiatr.

Jej pokraczny chód nie uszedł mu uwagi, ale nie przeszkadzał mu ponad fakt, że musiał powstrzymać w sobie impuls przemiany w niedźwiedzia, aby oszczędzić jej konieczności chodzenia po nieregularnym leśnym poszyciu. Nie wiedział jednak na ile to wypada na ile nie, więc nie mówił nic. Zamiast tego wzruszył ramionami, gdy zaproponowała, że może ich poprowadzić i skinął głową na znak swojej zgody. Zdążył przez te dwa miesiące nauczyć się, że córka pana Ollivandera jest mocno terytorialnym stworzeniem, a on przecież nawet jeśli czasem pił z jej ojcem herbatę i widział w nim łagodność i szczerość własnego ojca tak… cóż, pozostawał obcym na obcym terenie.

Czego nie był w stanie powstrzymać, to tego, że zdjął swój własny, nagrzany minioną drogą skórzany płaszcz i narzucił jej na ramiona, owiewając ją zapachem sosnowej żywicy, herbacianego czaju i słodkiej woni futra. Pod spodem miał tylko flanelową, wypłowiałą biało-niebieską koszulę w kratę i grube robocze spodnie. Palcami przeczesał przydługie włosy, zimno zdawało się nie robić na niego najmniejszego wrażenia.

– Chciałem też zadbać o łuczywo na stos. Wiesz czy leży tu jakaś przewalona sosna? – postanowił się koniec końców odezwać i mimo, że był tym razem (w przeciwieństwie do warunków warsztatowych) wyprostowany, to wciąż unikał bezpośredniego kontaktu wzrokowego ze swoją towarzyszką.


RE: [25.10.72] Złota baśń boru - Septima Ollivander - 08.07.2026

Płaszcz osiadł na jej ramionach ciężarem, którego nie sposób było zmierzyć gęstością samej wełny. Przez krótką chwilę nie zrobiła nic. Stała tylko nieruchomo, pozwalając, by ciepło powoli przesączało się przez kolejne warstwy materiału, niosąc ze sobą zapach rozgrzanej żywicy, herbacianego czaju i miękkiej, zwierzęcej woni, która uparcie nie chciała opuścić futra, choć ono dawno przestało już otulać czyjekolwiek ciało.
Protest, tudzież podziękowanie, zatrzymały się gdzieś pomiędzy spuchniętym od zmieszania gardłem, a związanym językiem. Gdyby tylko był o kilka lat młodszy, w przeciętnym wieku młodzieńca, który zazwyczaj u Garricka rozpoczynał nauki, to nie omieszkałaby go za podobny gest skarcić, może nawet i surowo. Spoufalanie uznawała za próbę podkupienia sobie dodatkowej sympatii u ojca i każdy poprzednik Samuela za podobne gesty dostawał mentalnego kopa w kostki — byli poważaną, rzemieślniczą rodziną o wielowiekowych tradycjach i musiało to zostać podkreślone. Ale Samuel był dorosłym mężczyzną i mimo, iż był człowiekiem cichym i prywatnym, to nie odważyła się gwałtownie zaprotestować. Może podświadomie, wciąż śledząc jego ruchy i próbując odczytać zamiary. 
Kiedy tylko się odezwał, Septima oparła się nieznacznie o drzewo.  Palce przesunęły się po korze w dziwnie intymnym zbliżeniu. Tak jakby drewno łatwiej było dotknąć niż żywego człowieka.
Dopiero wtedy odpowiedziała.
— Jest jedna… — Spojrzenie nie odnalazło jeszcze Samuela. Wędrowało zaś pomiędzy pniami, zaczepiając się o gałęzie, porosty i ciemniejące plamy ziemi, jakby las pomagał odciągnąć od niej przymus patrzenia komukolwiek w oczy. Bo przy spięcie źrenic czuła, że ma najmniejszą kontrolę nad własnymi słowami. Palce jeszcze raz przesunęły po drewnie; kora była chłodna, porowata, miejscami mięknąca pod grubymi poduszkami mchu, który rozlewał się po pniu niczym woda odnajdująca kolejne zagłębienia pradawnej skały.
— Przewróciła się kilka dni temu…— dodała, a wiatr prześlizgnął się pomiędzy koronami, rozsupłując ich szum na drobniejsze pasma. Sam mógł nie usłyszeć dokładnie jej słów, ale przecież dodane przez nią zdanie nie miało większego znaczenia.
Przeszli kawałek dalej, do miejsca, gdzie ogromne, wykrzywione konary drzew na tle ciemnej zieleni przypominały szkaradne kreatury o długich, haczykowatych szponach. Ściółka przeżuwała od miesięcy wszystko, co do niej trafiało, gałązki, liście i pogubione drobiazgi. Spomiędzy brunatnych liści wystawało niewielkie drewniane kółko pomalowane kiedyś na czerwono. Dopiero gdy przykucnęła, zrozumiała, że był to bączek, dziecięca zabawka, której las najwyraźniej nie zdążył jeszcze całkowicie przetrawić.
Podniosła ją bez namysłu, ale zamiast przyjrzeć jej się uważnie, obejrzała się dookoła siebie tak jakby czegoś ewidentnie szukała. Albo kogoś.


RE: [25.10.72] Złota baśń boru - Samuel McGonagall - 20.07.2026

Główną możliwością zestawiania Samuela z podłą manipulacją była sytuacja w której to jemu ktoś oczy mydlił smutnymi oczętami i cichym wołaniem o pomoc w przypadku domów i majątków, które aż tak przez Spaloną Noc nie ucierpiały. Sam nie potrafił odmówić, a jego dobre, usłużne serce doprowadzało ciało do skraju fizycznego wyczerpania, co było o niebo łatwiejsze dlań do zniesienia, niż wyczerpanie psychiczne, które przyniosła mu ta czarnoksięska tragedia niejako przy okazji pożaru.

Teraz jednak pozostał ślepy i głuchy na wrażenie, które wywarł raczej prostym gestem. On z zimnem radził sobie całkiem nieźle, odczuwając jesienny wieczór raczej jako rześki i sprzyjający zadaniom, które sobie wyznaczył w najbliższych godzinach. Kątem oka wychwycił kształt białych dłoni na korze i uśmiechnął się koślawo, próbując wręcz zdławić myśl o tym jak ciało wrośnięte w drzewo mogłoby być piękne w doskonałej harmonii. Jego własna skóra zaczęła gdzieniegdzie twardnieć i upodabniać się do kasztanowej kory, ale z tego nie zamierzał się zwierzać. Przejechał zrogowaciałymi opuszkami po wnętrzu znaczonej bliznami i pracą dłoni, zastanawiając się przez moment, czy ten stan nie umożliwi mu na pewnym etapie pracy. Lub… czy i z niego mogłaby powstać różdżka, jeśli tylko palce wydłużyłyby się odpowiednio wzorem wierzbowych gałązek. Być może na wiosnę…

Skinął głową, podążając za swoją przewodniczką w milczeniu. Nie dopytywał skąd ona wie o czasie w jakim sosna sięgnęła ziemi, lecz córka pana Garricka zyskiwała z każdą chwilą, gdy w końcu odważali się na jakąkolwiek interakcje. Świadomością lasu… Lubił ludzi, którzy czuli las. Nie czuł się wtedy tak obco wśród nich. Tak niedopasowanie.

Zatrzymali się, gdy Septima podniosła zabawkę z ziemi, a Samuel rozejrzał się wkoło, spodziewając się że dotarli już do sosny. Dla niego skojarzenia o wykrzywionych ciałach potworów z ciemności nie były dostępne. Urodził się i wychował w Kniei. To miasto było przestrzenią, która go przerażała, która spędzała sen z powiek obcością świateł i zapachów, nadmiarem ludzi i słów, dziwacznych dźwięków zniekształconych zimnym kamieniem ścian.

Zamiast więc zwracać aż taką uwagę na zabawkę i zachowanie towarzyszki, zaczął przypatrywać się chrustowi, zakładając że przystanek jest bezpośrednio związany z ich pracą.

Skrzywił się jednak.

– Wolałbym większe panno Olivander. To ma być duży stos, te gałązki znikną w chwilę. Proszę się nie martwić, że nie dałbym rady ich unieść. Na niedźwiedzim grzbiecie jestem w stanie dźwignąć bardzo dużo. – zaręczył, choć w sumie nie był pewien, czy kobieta wie o jego animagicznych umiejętnościach. O tym, że spotkali się przed kilkoma miesiącami na longbottomowej potańcówce gdzie paradował jako niedźwiedź już dawno zapomniał. Tamtego wieczora wydarzyło się przecież tak wiele…


RE: [25.10.72] Złota baśń boru - Septima Ollivander - 11.08.2026

Wsunęła bączek do kieszeni płaszcza. Nie swojego.
Płaszcz zresztą wisiał na niej od kwadransa i ewidentnie nie zamierzała z tym nic robić. Nie poprawiła go, nie ściągnęła z ramion, wciąż nie podziękowała. Był o dwa rozmiary za duży i mieściła się w nim swobodnie, a to, co ją w tym trzymało, miało kształt jego pleców. Pod spodem robiło się jej za ciepło, wilgotno w zgięciu łokci i pod kolanami, a zimno zostało tylko na rumianych policzkach i na czubkach palców, tak że ciało miała podzielone na dwie części, z których jedna należała do samego lasu, a druga do niego. I przy każdym oddechu, kiedy materiał unosił się i opadał tuż pod jej nosem, wypuszczało z siebie tą swoją własną leśną woń — a to wszystko mieszało się już z jej włosami i z jej skórą i przestawało być wyłącznie Samuela.

Wtedy się odezwał, i zdanie musiało najpierw przejść przez tę część głowy, która wciąż zajmowała się płaszczem. Większe. Duży stos. Gałązki znikną w chwilę. Uniosła brew, jeszcze zwrócona do niego bokiem, i przez moment rozważała, czy poinformować go, że stoi przed nim osoba, która od siódmego roku życia potrafi ocenić na oko, ile pnia pójdzie w opał, a ile w warsztat. Nie zrobiła tego, bo po pierwsze to miał rację, a po drugie, to przez ostatnie dwa miesiące zdążyła się nauczyć, że Samuel nie poprawia ludzi bo jest mądralą, tylko po prostu mówi, to co widzi.
I dopiero na końcu, z tym swoim opóźnieniem, dotarło do niej to o niedźwiedzim grzbiecie. Ona prawie o tym również zapomniała. Prawie. Z tamtego wieczoru nie zostało jej właściwie nic — rozmyte twarze, urwane rozmowy, klisze tego co widziała cała sala. Były kolory, muzyka, było również kołysanie się pod żebrami po czwartym kieliszku wina i był jeden konkretny mężczyzna, przy którym przesiedziała całą noc, którą najpierw przetańczyła i którego imienia nie zamierzała w tym lesie wymawiać nawet w myślach. Jeszcze miesiąc temu, jej ciało niczym glina, pamiętało jedynie uścisk jego palców na jej talii. Reszta zaś, rozpuściła się bez śladu, jak klej w gorącej wodzie.
Septima przełożyła zerwaną gałąź z ręki do ręki, jakby to ona wymagała w tej chwili pilnej uwagi i wybrała pytanie, które prowadziło od niej najdalej.
— Niedźwiedź? Jaki? — Odgarnęła włosy nadgarstkiem, bo palce miała czarne od mokrej kory. — Uhm…Niedźwiedź. Brunatny, czarny? Czy przyszedł sam i trzeba się było z nim jakoś dogadać?

Poprowadziła go w dół, ku strudze, tam gdzie grunt zaczynał się osuwać, a buty zapadały się w podstępną wilgoć. Dwa razy nadłożyli drogi, ale za to nie musiała przechodzić przez wykroty, na których stopa mogłaby się jej obrócić. Bo choć była rzemieślnikiem, las szanowała i czciła tak jak tylko jej własna dusza na to pozwalała, to nie oznaczało, że była zwinna i gibka jak młoda sarna.

Przystanęła w miejscu, gdzie ścieżka po prostu przestawała być ścieżką — nie skręcała i nie rozwidlała się, tylko traciła wydeptanie. Za tą granicą runo rosło gęściej i inaczej, wysokie do kolan, nietknięte psami ani rowerami, a dziesięć kroków dalej stało drzewo grubsze niż ona sama z rozłożonymi ramionami, ogłowione dawno temu tak, że korona rozchodziła się z jednego miejsca w kilkanaście ramion naraz, niczym dłoń rozwarta w połowie gestu.
— Stąd nic nie bierzemy — powiedziała, i dopiero potem pokazała podbródkiem cały pień, od korzeni po rozdwojenie. — Leśny pomnik — dodała, kiwając głową tak jak kiwało się rzeczom, którym oddawać się miało szacunek. — Mówią, że niby wciąż coś na nim kwitnie na zimę i traci liście na wiosnę. Sama tego nie widziałam, ale czuć od niego magię. Legenda głosi, że wiele lat temu powiesił się na nim pewien mężczyzna, kiedy rzuciła go narzeczona — wzruszyła ramionami, bo tylko jedną wersję z wielu znała.
Za to wiedziała, że stąd się nie zbierało się grzybów, choćby rosły jak po ulewie, i że jak szło się tędy po zmroku i ktoś zawołać miał po imieniu, to odpowiadać nie można było.
— Nasza sosna jest tam, tam po lewo.
Odchrząknęła, pokazując palcem tam, gdzie światło schodziło już licho, w brunatny półmrok gęsty jak zaprawa.


RE: [25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima - Samuel McGonagall - 13.08.2026

Uśmiechnął się na jej żart o niedźwiedziu. Uśmiechnął się półgębkiem zupełnie nie będąc świadom, że to nie jest żart a całkiem poważne pytanie, poważnej niewiasty, która - całkiem słusznie - nie zakładała, że niedźwiedź owszem przyszedł sam. Też na niego wołali Sam.
– Sądzę, że ktoś taki jak Ty nie miałby problemu, żeby dogadać się z niedźwiedziem. Przynajmniej w ostatnim czasie nie sprawiało Ci to problemów. – Zasugerował odgarniając zapodziane jasne kosmyki z czoła i również jak ona się czujnie rozglądać, za bezpieczną i sprawną ścieżką. Kilka razy przeskoczył chyżo przed nią i wyciągnął rękę, by pomóc jej dobrze zejść, by zabezpieczyć przed skręceniem kostki, lub zabrudzeniem odzieży. To nie był jego las, ale nadal to był las. Bez trudu by się odnalazł, wytropił powrotną drogę, gdyby trzeba było.

Gdzieś w dali unosił się śmiech, nie… chichot. Zastrzygł uchem, nawet jeśli to było tylko ludzkie. Drażnił go pomrok ograniczający rozeznanie. W normalnych okolicznościach już by przemierzał przestrzeń w formie roślejszej o 300 kilo. Zdawało mu się jednak, że panna Ollivander mimo, że nie mówiła zbyt wiele podczas tej przeprawy, preferowała ludzkiego towarzysza. Choć może to było tylko złudzenie?

Zatrzymali się pod drzewem, które zdało mu się całkiem dobrym punktem orientacyjnym. Z kieszeni wyciągnął różdżkę, gdy obchodził uważnie opisywany przez nią leśny pomnik, nawet jeśli zlepek słów zdał mu się szalenie absurdalny. Mabel pokazywała mu kilka pomników, a jej kot Karl tłumaczył mu ochoczo ich rolę w czarodziejskim społeczeństwie. Sam nie przyznał tego przy córce, ale sam uważał określanie w ten sposób drzew za obrazoburcze. Tymczasem łagodny ruch różdżką, miał wydobyć odzwierzęce zmysły… Wielkie ciemne oczy pozwalające kierować się najmniejszym choćby ruchem i powonienie, och tego potrzebował zdecydowanie bardziej. Zwłaszcza żeby zapamiętać drzewo. Pomnik, jak nazwała je towarzyszka.

Transmutacja ◉◉◉◉○, Animagia III, rodowa- Chimera (0) na wyostrzenie zmysłów i przemianę wybranych partii ciała odpowiedzialnych za wzrok i powonienie.
[roll=PO]



RE: [25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima - Samuel McGonagall - 13.08.2026

Nic się nie wydarzyło. Czerń nie zalała jego oczu, a nos nie zaczął odbierać miliona zapachów, bo potknął się o korzeń, gdy usłyszał historię tego drzewa.

Wydał z siebie dziwny dźwięk - mieszankę warkotu i pogardliwego sarknięcia.

– Niepoprawny romantyk, czy głupiec? – zapytał metaforycznie, samemu mając bardzo niskie mniemanie o sobie i swoim złamanym sercu. Zaraz nagle szelest, całkiem niedaleko nich, choć nie w kierunku, który Septima obrała na kurs. Złapał ją za ramię, czujnie się rozglądając, wciąż z różdżką w dłoni, tym razem napięty i czujny. – Słyszałaś to? – zapytał, próbując wyłapać w unoszącej się wieczornej mgle kto jest tu razem z nimi. Lub co…


RE: [25.10.72] Złota baśń boru | Samuel i Septima - Septima Ollivander - 14.08.2026

Nie zaśmiała się, choć chciała, i nawet zdążyła to zaplanować gdzieś w połowie zdania — w głowie zagrało już preludium tego krótkiego, uprzejmego dźwięku, którym kwituje się cudze absurdy, żeby nie robić z siebie marmurowego posągu… ale wyszło z tego tylko raptowne odetchnięcie nosem i coś, co przy dobrym nastroju można było wziąć za rozbawienie, gdyby ktoś tylko patrzył jej wtedy na twarz. Ale robiło się już ciemno i parada cieni mrowiła niespokojnie po jej obliczu. Nic z tego.

Za to rękę podał jej cztery razy. Liczyła, chociaż wcale nie chciała liczyć.
Za pierwszym razem ją zignorowała, bo świetnie poradziła sobie sama. Za drugim przyjęła, bo grunt osunął się jej pod prawym butem i wyboru po prostu nie było (cmoknęła wtedy w eter). Za trzecim przyjęła, chociaż wybór był, i to ją zirytowało bardziej niż samo zejście. Za czwartym wzięła go już bez namysłu i bez dąsów, bo krok wymagał od niej lekkiego podskoku, na który zdecydować się nie potrafiła.

Przy pomniku Samuel wyciągnął różdżkę i to był moment, w którym przestała wyglądać w gęstwinę lasu.
Czternaście cali, może odrobinę mniej. Rękojeść nie miała żadnego wykończenia poza tym, które wyrobiła jej cudza dłoń przez lata. Angielska robota. Drewna nie rozpoznała z odległości czterech kroków, ale miała swoje podejrzenia. Mrugnęła dwa razy i wyszła z tego lubieżnego, rzemieślniczego zapatrzenia jak z zaparowanej łaźni — spóźniona, przyłapana, ze skupionymi oczami akurat tam, gdzie nie powinny były zabłądzić. Nadgarstek. Miała patrzeć na nadgarstek.
— Nieszczęśnik — odpowiedziała za to na tamto jego pytanie, chociaż być może nie oczekiwał odpowiedzi. — Nie wybrał miejsca, w którym łatwo by go znaleziono. Chciał po prostu odejść.
Poprawiła kołnierz cudzego płaszcza, bo ręce ewidentnie chciały coś zagestykulować.

W samą opowieść o narzeczonej nie bardzo wierzyła i nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ktoś po prostu pragnął wymazać się z egzystencji tylko dlatego, że ktoś przestał go chcieć; miłość romantyczna w jej głowie zawsze była raczej sprawą praktycznie nie miała w sobie ani ciężaru, ani ostrza wystarczających, żeby kogokolwiek tak daleko zaprowadzić. Może zresztą po prostu nie miała czym tego zmierzyć.
Ale w cierpienie duszy wierzyła całkowicie i tego cierpienia właśnie, nieszczęśnikowi jak najbardziej współczuła.
Złapał ją za ramię, a ona nie zapytała o doprecyzowanie. Wyprostowała się, wysunęła pierś do przodu, jakby chciała zająć w tym lesie o pół stopy więcej miejsca niż jej przysługiwało, i skupiona powiodła wzrokiem po runie, powoli i spokojnie, tak jak wodziło się po świeżych deskach ułożonych do wyboru.

Rzucam na percepcję czy aby zobaczę coś w lesie?
Percepcja: ◉◉◉○○

[roll=Z]

Wyjęła różdżkę, po czym wytężyła wzrok i słuch, aż zaczęło jej dzwonić w uszach od samego wysiłku. Łuna słabej mgły stała między pniami płaskimi pasami i nie ruszała się wcale. Nic. Ani jednego chrupnięcia, ani jednego przesunięcia w runie. Cisza tak gruba, że słyszała własny oddech odbity w skórze płaszcza.
Położyła mu dłoń na barku. Poklepała. Dwa razy, powoli, z łagodną wyrozumiałością, jaką serwuje się dzieciom zlęknionym skrzypnięciem schodów.
— Samuelu — powiedziała ciepło. — To tylko las. Może jakieś rozbudzone wiewiórki.
Zdanie wisiało w powietrzu przez jedną, dwie sekundy, po czym Septima usłyszała je z zewnątrz, uświadamiając sobie z całkowitą jasnością, że właśnie objaśniła istotę lasu człowiekowi, który się w lesie urodził, wychował i najprawdopodobniej przespał w nim więcej nocy niż ona w swoim własnym łóżku.
Cóż. On jej trochę robił to samo.
— Chodźmy po tę sosnę.