Secrets of London
[24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+--- Wątek: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6174)

Strony: 1 2


[24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.07.2026

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

wieczór, niedaleko MM

Od samego rana czułem się dziwnie niespokojny, chociaż nie chciałem ulec temu wrażeniu, skoro nie miałem żadnych konkretnych pobudek, by być aż tak zaniepokojonym. Jasne, ostatnio wiele się zmieniło, pomimo wielu dobrych chwil, wydarzyło się więcej, niż moglibyśmy chcieć, szczególnie z Alice, ale przecież moja była chwilowo zniknęła z horyzontu, nie zrobiwszy uprzednio tak naprawdę niczego, z czym nie moglibyśmy sobie poradzić - nie było powodu, aby popadać w paranoję, tym bardziej, że z pewnością byłoby jej to na rękę. Nie należałem jednak do ludzi, którzy lubili stać z założonymi rękami i czekać, aż problem rozwiąże się sam, zazwyczaj jeżeli coś mogłem zrobić, robiłem to od razu, nawet jeżeli miało się później okazać, że była to pomyłka. Niestety, w tym konkretnym przypadku moje pole do manewru było ograniczone, a dotychczasowe próby dowiedzenia się czegoś więcej chwilowo zupełnie nic nie dały…
Przez cały dzień próbowałem więc wmówić sobie, że wystarczyło zająć czymś ręce i głowę, a wszystko wróci do normy. Nie miałem innego wyjścia, tym bardziej, iż zdarzało mi się już wcześniej zagłuszać różne rzeczy pracą - w robocie zawsze było mi łatwiej zapomnieć o tym, co permanentnie siedziało gdzieś z tyłu mojej czaszki - zlecenia, które wykonywałem miały to do siebie, że wymagały uwagi, cierpliwości i zdrowego rozsądku, toteż zwykle nie zostawiały miejsca na inne myśli. Jeden błąd potrafił kosztować zdrowie albo życie, więc zazwyczaj skupiałem się na tym, co miałem przed oczami - potrafiłem skupić się na zadaniu do tego stopnia, że reszta świata przestawała istnieć, co było zarówno darem, jak i przekleństwem - ale tym razem było inaczej.
Tego dnia nie działało nic z mojego zwyczajowego arsenału - im bardziej starałem się skupić na czymś konkretnym, co miałoby związek z tu i teraz, tym częściej łapałem się na tym, że dryfowałem w czasie i w przestrzeni - co chwilę zamiast wypatrywać subtelnych szczegółów albo zastanawiać się nad kolejnym ruchem, zawieszałem się na zupełnie innych rozważaniach. Myśli uciekały mi w jednym kierunku i wracały tam uparcie, choć za każdym razem próbowałem je od siebie odepchnąć. Kilka razy łapałem się na tym, że bez sensu spoglądałem na zegarek, jakby wskazówki miały nagle przyspieszyć tylko dlatego, że bardzo tego chciałem. Każde kolejne zajęcie wydawało się trwać dwa razy dłużej niż zwykle, nawet rozmowy z ludźmi ciągnęły się niemiłosiernie, bo odpowiadałem automatycznie, myśląc już o tym, że za parę godzin zamknę za sobą metaforyczne drzwi i pójdę tam, gdzie naprawdę chciałem być. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej aż tak się spieszył do kogokolwiek. Nie potrafiłem się na to nawet porządnie zdenerwować, nawet jeśli wiedziałem doskonale, z czego to wynikało.
Ostatnie dni wystarczyły, żeby wyprowadzić mnie z równowagi bardziej, niż chciałem przed sobą przyznać. Sama świadomość, że moja była żona znowu postanowiła wejść w nasze życie, była wystarczająco męcząca. Nie chodziło nawet o mnie - ze sobą już dawno się rozliczyłem i nie miałem najmniejszej ochoty wracać do tego, co było - najbardziej denerwowało mnie to, że przez jej zachowanie ktoś, kogo kochałem bardziej niż własny święty spokój, musiał znosić coś, czego wcale nie powinien doświadczać. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem, że powinienem być obok, i nie uważałem, żeby było w tym cokolwiek nadzwyczajnego. Nigdy nie traktowałem Prue jak kogoś, kogo należało zamknąć pod kloszem, bo szybko skończyłoby się to co najmniej konkretną, bardzo wymowną reakcją z jej strony, ta sytuacja jednak nie miała nic wspólnego z zaufaniem, po prostu nie potrafiłem udawać, że wszystko było w porządku, skoro ktoś regularnie przekraczał granice, których przekraczać nie powinien.
Nigdy nie uważałem się za człowieka przesadnie wylewnego - łatwiej przychodziło mi coś zrobić, niż o tym mówić - tym razem nawet ja nie potrafiłem udawać, że wszystko było po staremu. Dawniej pewnie próbowałbym z tym walczyć, uznałbym, że takie przywiązanie było oznaką słabości albo niepotrzebnym uzależnieniem od drugiego człowieka, teraz wiedziałem już swoje. Kiedy w końcu mogłem wyjść, nie oglądałem się za siebie, skierowałem się pod Ministerstwo Magii, przystając w pewnym oddaleniu od gmachu, aby poczekać na właściwą porę. Znałem to miejsce wystarczająco dobrze, żeby wybrać taki punkt, z którego bez problemu dostrzegłbym wychodzących pracowników, a jednocześnie nie rzucałbym się w oczy bardziej, niż było to konieczne. Oparłem się o pobliski mur, wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza i… Cierpliwie… No, „cierpliwie"… Czekałem. Pogoda nie zachęcała ani do spacerów, ani do dłuższego pobytu na zewnątrz, ale akurat to obchodziło mnie najmniej - bywało, że wracałem do domu bardziej przemoczony i poobijany po jednym zleceniu, więc kilka kropli deszczu nie robiło na mnie żadnego wrażenia - miałem tylko jeden cel i pierwszy raz od dawna nie próbowałem udawać przed samym sobą, że chodziło o cokolwiek innego.


RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 02.07.2026

Jesień na dobre już rozgościła się na ulicach Londynu. Dni były wietrzne i chłodne, padał zimny, nieprzyjemny deszcz, w powietrzu unosił się zapach wilgoci i zgniłych liści. Miało to swój urok. Przynajmniej dla Prudence. Od zawsze spoglądała na tę porę roku z pewnym sentymentem, kojarzyła jej się z kolorowymi liśćmi, dłuższymi wieczorami, a że była to jej ulubiona pora dnia, to i ta pora roku zawsze była dla niej nieco wyjątkowa.

Czas w biurze wyjątkowo dzisiaj jej się dłużył. Kiedyś bez większego problemu potrafiła odciąć się od całego świata, siedziała między trupami godzinami i zupełnie tego nie odczuwała. Tak właściwie to była główna część jej życia. Trupy, papiery, śledztwa. Teraz, kiedy miała do kogo wracać wyglądało to nieco inaczej, nie była już taka chętna do nadgodzin, wręcz przeciwnie spoglądała na wiszący na ścianie zegar z rozczarowaniem obserwując jak wolno porusza się jego wskazówka. Westchnęła cicho pod nosem, do siebie, był to poniekąd komentarz do tego, że musiała tutaj siedzieć, a zdecydowanie wolałaby być w tej chwili gdzieś indziej. To nie tak, że nie lubiła swojej pracy, jednak aktualnie nieco zmieniła do niej swoje podejście.

Ułożyła wszystko na biurku, pozostawiając jak zawsze na nim idealny porządek. Nie znosiła chaosu. Wszystko musiało znaleźć się na swoim miejscu, inaczej pewnie nie opuściłaby tego miejsca. Zostały jeszcze dwie minuty, podczas których nie przestała wpatrywać się w zegar, gdy w końcu wskazówka znalazła się na pełnej godzinie podniosła się z krzesła, zabrała swój płaszcz i ruszyła do wyjścia, żegnając się z tymi którzy mieli zostać tutaj dłużej.

Gdy opuściła mury ministerstwa założyła na głowę kaptur. Tak jak się spodziewała pogoda nie odpuszczała. Kiedy tylko znalazła się na zewnątrz w jej twarz uderzył zimny podmuch wiatru, włosy zaczęły jej się plątać, dlatego właśnie sięgnęła po kaptur - liczyła, że pozwoli jej uniknąć kołtunów na głowie, nie do końca bowiem była pewna, że uchroni ją przed deszczem, bo ten padał całkiem intensywnie. Taki urok jesieni, czy coś. Podniosła głowę w stronę chmur, aby przez chwilę spojrzeć na zachmurzone niebo, na którym zdążyły już się pokazać gwiazdy, nie świeciły jednak wyjątkowo jasnym blaskiem, trudno było je dostrzec. Mogła w końcu ruszyć w stronę domu.

Ostatnio jej powroty były bogate w dziwne zbiegi okoliczności i nie do końca normalne sytuacje, miała więc nadzieję, iż ten będzie odrobinę spokojniejszy. Los mógł jej odrobinę odpuścić, to nie tak, że nie radziła sobie z tym wszystkim, co dla niej szykował, jednak nie do końca była przyzwyczajona do tego, że w jej całkiem nudnym i spokojnym życiu działo się, aż tak wiele.

Nie roztrząsała tego jednak jakoś bardzo. Wiedziała, że była żona jej aktualnego męża nie pojawiła się w okolicy zupełnie przypadkowo, martwiło ją to, aczkolwiek nie chciała pozwolić jej mieszać w ich życiu samą swoja obecnością. Ufała Benjy'emu, wiedziała, że nie chciał mieć z tą kobietą nic wspólnego, dobrze byłoby gdyby sama zainteresowana w końcu się z tym pogodziła. Najwyraźniej mimo tego, że minęło tak wiele lat nie do końca potrafiła pogodzić się z tym, że ruszył dalej, co było naprawdę powalone zważając na to, że to ona go zostawiła. Ludzie byli dziwni. Nie miała zamiaru dawać jej jednak satysfakcji, wolała skupić się na tu i teraz i ich wspólnym szczęściu, licząc, że tamta zauważy, że nie ma tu nic do zrobienia, c czy powiedzenia, bo nikt nie chciał z nią dyskutować.

Prue szła przed siebie całkiem pewnym krokiem, co chwilę jednak podnosiła głowę odrobinę do góry i obserwowała okolicę, aby uniknąć kolejnego spotkania z jakimś złośliwym duchem, nie zamierzała dać się złapać po raz kolejny, uczyła się na swoim własnych błędach, nie powtarzała ich. Szła więc przed siebie, wsunęła ręce do kieszeni, bo było chłodno, chciała się znaleźć w domu jak najszybciej.




RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.07.2026

Oparłem się ramieniem o chłodny mur naprzeciw jednego z wyjść z Ministerstwa i poprawiłem kołnierz płaszcza, który i tak niewiele dawał przy takim wiatrzysku. Nie musiałem pojawiać się przed gmachem, którego do tej pory unikałem z zacięciem godnym wyższej sprawy, nie czekało tu na mnie nawet nic konkretnego do roboty, na szczęście, czym mógłbym zająć kolejne dłużące się minuty, jakie dzieliły moją żonę od końca pracy. Właściwie, wcale nie potrzebowaliśmy się tu spotykać, a ostatnie okoliczności wcale nie zmieniały faktu, iż Prue była dorosłą, samodzielną kobietą, która potrafiła sobie doskonale poradzić, lecz znałem siebie na tyle dobrze, żeby nie udawać, że robiłem to przypadkiem albo że „akurat miałem coś do załatwienia w tej części Londynu, więc równie dobrze mogłem na nią zaczekać”. Bujda - nie miałem, po prostu czułem się dziwnie zniecierpliwiony mijającym dniem, co zazwyczaj prowadziło do podejmowania przeze mnie impulsywnych decyzji. Wybrałem miejsce, z którego dobrze było widać czarodziejów opuszczających budynek, jednocześnie nie stojąc nikomu na drodze, po czym wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza i cierpliwie czekałem, pozwalając, żeby zimna mżawka powoli osiadała na moich ramionach. Przez lata pracy zdarzało mi się marznąć w dużo gorszych miejscach i znacznie dłużej, dlatego zwykły londyński deszcz nie robił na mnie większego wrażenia, jeśli miałbym być zupełnie szczerym, dużo bardziej przeszkadzało mi czekanie.
Co jakiś czas z ministerialnych budek wychodzili kolejni pracownicy, pojedynczo albo niewielkimi grupami, chowając się zaraz pod kapturami, kapeluszami lub parasolkami albo aportując się, gdy tylko znaleźli dość miejsca. Przyglądałem im się bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, odruchowo zapamiętując twarze i sylwetki, chociaż żadna z nich mnie nie interesowała, co jakiś czas zerkałem również w stronę dalszych części ulicy, sprawdzając, czy nie dostrzegę kogoś, kogo zdecydowanie nie chciałbym dzisiaj oglądać. Tak się nie stało, nikt nie wydawał się być mną zainteresowany, co przyjmowałem z aprobatą. Deszcz nie zamierzał odpuszczać, raz przybierał na sile, raz słabł, ale ani przez chwilę nie przestawał padać, mokry bruk błyszczał w świetle latarni, wiatr wciskał się pod kołnierze, a ludzie mijali mnie pospiesznie, bardziej zainteresowani dotarciem do własnych domów niż rozglądaniem się po ulicy. Pasowało mi to - im mniej ciekawskich spojrzeń, tym lepiej - ostatnie dni skutecznie przypomniały mi, że spokój potrafił skończyć się bez żadnego ostrzeżenia, dlatego zamiast rozluźnić się z papierosem w zębach po prostu uważnie obserwowałem otoczenie. Po ostatnich wydarzeniach trudno było całkowicie pozbyć się podejrzliwości, wolałem założyć, że jeśli coś miało pójść nie tak, to prędzej czy później spróbuje.
Aura była paskudna, wilgoć wisząca w powietrzu skutecznie odbierał ochotę na stanie w miejscu, ale nie zamierzałem odpuszczać tylko dlatego, że październik postanowił przypomnieć wszystkim, gdzie ich miejsce. Od czasu do czasu odruchowo przesuwałem wzrokiem po drugiej stronie ulicy, po oknach okolicznych budynków i twarzach przechodniów - już dawno przestałem wierzyć w zbyt wiele przypadków, wolałem sprawdzić okolicę stanowczo zbyt wiele razy, nabawiając się skrętu karku, niż później żałować, że coś przeoczyłem. Nie szukałem zaczepki, ale gdyby ktoś postanowił znowu uprzykrzyć mi życie, nie zamierzałem zostać zaskoczony.
W końcu zobaczyłem Prudence - nawet z tej odległości rozpoznałem sposób, w jaki szła, zanim jeszcze zwróciłem uwagę na twarz schowaną pod kapturem, i mimowolnie odetchnąłem trochę spokojniej - wyglądała na zmęczoną po całym dniu, ale szła pewnym krokiem, dokładnie tak, jak zawsze, kiedy miała już za sobą zadanie do wykonania i myślami była gdzieś zupełnie indziej. Nie ruszyłem się jednak z miejsca, nie dołączając do niej od razu, pozwoliłem jej oddalić się samotnie od wejścia, samemu nadal obserwując otoczenie zamiast skupiać się wyłącznie na niej. Miałem wrażenie, że od kilku dni robiłem to bez przerwy, zamiast patrzeć przed siebie, ciągle sprawdzałem, kto stał za plecami, kto zatrzymał się odrobinę za długo, kto przypadkiem pojawił się drugi raz w tym samym miejscu. Wiedziałem, że łatwo było przesadzić i zacząć doszukiwać się zagrożenia tam, gdzie go nie było, ale równie łatwo było zlekceważyć coś, czego później człowiek żałował, nie zamierzałem popełnić tego drugiego błędu tylko dlatego, że chciałem sobie wmówić, iż wszystko wróciło do normy.
Dopiero kiedy upewniłem się, że w pobliżu nie działo się nic, co wzbudzałoby mój niepokój, odepchnąłem się od muru i ruszyłem spokojnym krokiem w tym samym kierunku, zachowując jeszcze pewien dystans. Nie miałem zamiaru jej przestraszyć ani wyskoczyć nagle zza rogu, chciałem po prostu znaleźć się obok niej, ale zanim to zrobiłem, uznałem, że warto było wykorzystać te kilka dodatkowych chwil na zwykłe upewnienie się, że droga do domu będzie dzisiaj dokładnie tym, czym powinna być, zwykłym powrotem po pracy. „Przezorny zawsze ubezpieczony” - nieprawdaż?


RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 02.07.2026

Droga, którą pokonywała należała raczej do tych spokojnych. Przechodziła tędy niemalże codziennie. Znała doskonale trasę, którą miała pokonać, wiedziała, gdzie znajdują się ślepe zaułki, z których ktoś może na nią wyskoczyć, dlatego przyspieszała kroku, gdy miała je mijać. Była ostrożna, wiedziała, że nie jest to najbardziej bezpieczny moment w czasie z możliwych, rożne rzeczy ostatnio przytrafiały się ludziom, wolała więc chuchać na zimne, czy coś. Była dorosła, potrafiła o siebie zadbać, a jedną z metod by to osiągnąć było ograniczenie ewentualnego zagrożenia.

W okolicy nie znajdowało się zbyt wielu ludzi, pewnie tylko ci, którzy tak jak ona wracali właśnie po pracy do domu, pogoda nie zachęcała do spacerowania. W sumie może to i lepiej, mniejsza szansa na to, że spotka ją znowu coś, czego wolałaby nie przeżywać. Czy złośliwe duchy zaprzestawały swoich czynów, kiedy lał deszcz? Nie miała pojęcia, liczyła na to, że jednak tak. Pogoda była wystarczająco nieprzyjemna, aby popsuć niektórym dzień, więc może one przynajmniej nie dokładały do tego swoich okropnych żartów.

Szła przed siebie już dłuższą chwilę, uliczki były coraz bardziej opustoszałe. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal nasłuchiwała tego, co się wokół niej działo. Musiała być ostrożna, zawsze była ostrożna, no chyba, że przypadkiem pozwalała nieco odpłynąć sobie w swoich myślach, wtedy bywało różnie, potrafiła zawiesić się na dłuższą chwilę i wgapiać w jedną z kamienic. Dzisiaj jednak tego nie robiła, była zdeterminowana, aby dotrzeć do domu jak najszybciej, zdjąć z siebie ten mokry płaszcz, zmyć ze swojego ciała zapach kostnicy i zaszyć się pod kocem w całkiem miłym towarzystwie. Plan był całkiem prosty, może niezbyt ekstrawagancki, ale niespecjalnie się tym przejmowała. Nigdy nie należała do osób, które potrzebowały jakichś oryginalnych doznań. Prue była całkiem prostym człowiekiem, którego cieszyły takie drobne, zwyczajne przyjemności.

Pogoda nie odpuszczała, miała wrażenie, że z każdą minutą pada coraz mocniej, spojrzała na swoje buty i nogawki spodni, które robiły się coraz bardziej mokre. Cóż, nie było to niczym zaskakującym o tej porze roku w Londynie. Wzruszyła więc sama do siebie ramionami, jakby mówiła, że to nic takiego.

Tempo jej kroków nie było zbyt szybkie, to znaczy dla niej było całkiem zwyczajne, jednak bez problemu, gdyby ktoś chciał to mógłby ją dogonić. To właśnie ją zaniepokoiło, bo miała wrażenie, że ktoś za nią idzie. Nieco przyspieszyła kroku, aby oddalić się od tej osoby. Ona jednak nie odpuszczała. Nie mogła się tak po prostu zatrzymać, żeby sprawdzić co działo się za nią, bo to mogło doprowadzić do ewentualnej konfrontacji, a tej jednak wolałaby uniknąć, bez problemu jednak pewnie dałoby się ją dogonić. Dreszcz przeszedł jej po plecach, bo nie miała zielonego pojęcia, kto za nią podąża, czuła, że ktoś za nią idzie, nie była w stanie jednak wsłuchać się w te kroki, bo deszcz je zagłuszał.

Wydawało jej się, że ta osoba z każdą minutą znajdowała się coraz bliżej, co nie wróżyło niczego dobrego. Po ostatnich wydarzeniach, które ją spotkały była nieco przewrażliwiona, naprawdę liczyła na to, że dzisiejszy powrót do domu będzie spokojniejszy, najwyraźniej jednak los nie zamierzał dawać jej spokoju. Nie wiedziała, czy osoba, która za nią podążała wiedziała, że ona wie, iż to robi, to mogło być jej jedyną przewagą w tej chwili. Jeśli chciała w jakiś sposób zareagować, to był idealny moment.

Musiała działać szybko, nie była być może wojowniczką, ale jeśli zadziała z zaskoczeniem to będzie w stanie zadać jakikolwiek cios, a to mogłoby jej pozwolić zwiać stąd jak najszybciej. Jak pomyślała tak też zrobiła, zatrzymała się, przymknęła oczy nie chcąc patrzeć na to, co właśnie robiła i rzuciła się z uniesioną do góry ręką, którą najprawdopodobniej zamierzała uderzyć tego, kto się za nią znajdował. Mogłaby sięgnąć po różdżkę, ale o tym nie pomyślała, cóż - niby była taka rozsądna. Celowała? Tak właściwie to gdziekolwiek…


[roll=N] (af na uderzenie)


RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.07.2026

Nie wiedziałem, dlaczego nie postanowiłem od razu dołączyć do opuszczającej gmach żony, skoro dokładnie po to tu byłem, bez wątpienia był to jeden z tych pomysłów, które wydawały się rozsądne tylko do momentu, w którym przestawały takie być. Z początku chodziło mi wyłącznie o to, abym mógł nieco dokładniej rozejrzeć się po okolicy bez sprawiania wrażenia, że byliśmy razem, później o to, by nie wołać imienia Prudence przez pół dzielnicy, zwłaszcza prawie opustoszałej z innych spacerowiczów. Ruszyłem nieco szybciej dopiero wtedy, kiedy uznałem, że ulica była już wystarczająco pusta i mogłem bez problemu dogonić odchodzącą kobietę, nie wywołując przy tym większego zamieszania. „Nie wywołując przy tym większego zamieszania” - o ta część - tak…
Zdążyłem zrobić może dwa kroki więcej, kiedy Prue przerwała swój spacer, dotychczas wyglądający dla mnie całkowicie przewidywalnie i normalnie - cóż, pewnie przez to, iż całkowicie ignorowałem dawane przez nią niewerbalne sygnały, skupiwszy się na otoczeniu, nie na niej - zatrzymała się tak nagle, że odruchowo zrobiłem to samo, nim jednak zdążyłem cokolwiek powiedzieć albo choćby wyciągnąć rękę, odwróciła się błyskawicznie z zaciśniętą pięścią i zamachnęła się z całej siły… A ja? Zrozumiałem, co zamierzała zrobić dokładnie wtedy, kiedy było już za późno, żeby zdążyć odskoczyć - nie miałem najmniejszych szans zareagować - cios trafił dokładnie tam, gdzie żaden facet nie chciałby nigdy dostać…
Trudno było mieć jej to za złe - okej, jasne - jeszcze trudniej było za to udawać, że właśnie nie zobaczyłem wszystkich gwiazd nad Londynem. Miałem wrażenie, że nawet deszcz zaczął padać głośniej, chociaż równie dobrze mogło mi po prostu dzwonić w uszach, różnica była marginalna, zwłaszcza w takiej sytuacji. Po ostatnich wydarzeniach nie mogłem mieć do niej pretensji o to, że zareagowała instynktownie, szkopuł polegał wyłącznie na tym, że ten instynkt właśnie postanowił bardzo skutecznie zakończyć nasz romantyczny spacer w deszczu. Zgiąłem się wpół bez najmniejszego udziału własnej woli, zaciskając zęby tak mocno, że przez chwilę jedynym dźwiękiem, jaki byłem w stanie z siebie wydobyć, był zgrzyt i bardzo stłumione syknięcie. Miałem za sobą bójki, klątwy, pułapki i stworzenia, które próbowały zrobić ze mnie mokrą plamę, ale cios wymierzony z zaskoczenia w to jedno konkretne miejsce zawsze pozostawał czymś, na co człowiek za nic nie potrafił się przygotować - zwłaszcza, gdy pochodził od jego własnej ślubnej… Powietrze uciekło mi z płuc tak szybko, że zamiast jakiegokolwiek przekleństwa wydobył się ze mnie tylko zduszony, kompletnie niegodny dorosłego faceta dźwięk - gdyby ktoś zapytał mnie w tej chwili o własne nazwisko, prawdopodobnie potrzebowałbym chwili, żeby sobie je przypomnieć, gdyby ktoś zapytał mnie o imię, prawdopodobnie też miałbym z tym problem - właściwie… Instynkt podpowiadał mi, żeby złapać się za najbardziej obolałe miejsce, ale równie dobrze wiedziałem, że jeśli teraz wykonam gwałtowniejszy ruch, tylko pogorszę sprawę. Stałem więc pochylony, opierając dłonie na udach i próbując przypomnieć sobie, jak się oddychało, co samo w sobie było najważniejszym zadaniem na ten moment. Deszcz dalej lał mi na kark, wiatr nie odpuszczał, włosy kleiły się do twarzy, tylko z jednego konkretnego powodu nie wchodząc w usta, za to próbując dostać się w wyjątkowo ruchliwe nozdrza…
„Wdech - wydech…
Wdech - wydech…
Wyyyydech…
Kuuuurwa…’’

Dopiero po kilku długich sekundach zdołałem unieść odrobinę głowę.
„Kuuuurwa…’’
Bolało jak diabli i miałem szczerą nadzieję, że nic sobie nie uszkodziłem, bo trudno byłoby później komukolwiek rozsądnie wyjaśnić okoliczności takiego urazu. Wziąłem kolejny ostrożny oddech i powoli zacząłem się prostować, chociaż organizm wyraźnie protestował przeciwko temu pomysłowi. Nadal nie odezwałem się ani słowem - nie dlatego, że byłem zły, po prostu w tej konkretnej chwili znacznie bardziej zajmowałem się próbą odzyskania resztek godności i normalnego oddechu niż prowadzeniem jakiejkolwiek rozmowy. Sam byłem sobie zresztą winien, mogłem zawołać ją z większej odległości, mogłem podejść z boku, mogłem zrobić cokolwiek, zamiast skradać się za własną żoną po niemal pustej ulicy kilka dni po tym, jak ktoś rzeczywiście dawał nam powody do niepokoju. Przynajmniej nie musiała już udowadniać mi, jak dobrze potrafiła się sama bronić, taki wniosek był wyjątkowo marnym pocieszeniem dla reszty mojego ciała, ale z braku laku i tak uznałem go za lepszy niż wszystkie możliwe alternatywy.


RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 02.07.2026

Prudence nie była osobą, która wybierała przemoc. Nie zdarzało jej się to dotychczas raczej nigdy. Pojawiła się w niej jednak dziwna adrenalina spowodowana kilkoma, ostatnimi powrotami do domu. Stwierdziła, że to idealny moment, żeby spróbować czegoś nowego. Może nie było to zbyt humanitarne, ale ostatnio jakoś łatwo przychodziło jej testowanie najróżniejszych możliwości, po które kiedyś raczej nie sięgała. Ścisnęła więc tę swoją niezbyt wielką dłoń w pięść i po prostu się zamachnęła. Nie wybrała sobie żadnego celu, a mogła to zrobić - jako medyk doskonale wiedziała, która część ciała może zaboleć bardziej, a która mniej, wiedziała w jaki sposób można sprawić ból, czy wykluczyć przeciwnika z walki. Całkiem przypadkowo udało jej się trafić w takie miejsce - to był jej szczęśliwy dzień, czy coś. Miała zamknięte oczy, więc nie do końca wiedziała, kto stał się jej ofiarą - mogła się jednak wytłumaczyć, miała swoje argumenty, nie powinno się tak skradać za ludźmi.

W końcu otworzyła oczy, zrobiła krok do tyłu, przestała ściskać swoją dłoń, wtedy spojrzała przed siebie, wtedy mina jej zrzedła. Zorientowała się kogo zaatakowała i nie była już taka z siebie dumna, jak jeszcze kilka sekund temu. Jej mąż zaczął zwijać się z bólu, Prue trafiła go idealnie między nogi - gdyby był to obcy mężczyzna naprawdę byłaby zadowolona z efektu jaki osiągnęła, pewnie nawet by mu się tym pochwaliła po powrocie do domu. Teraz jednak… teraz jednak nie była do końca przekonana, czy to, że pozwoliła adrenalinie zadecydować o swoim postępowaniu było szczególnie rozsądne. Zrobiła mu krzywdę, przypadkowo, bo przypadkowo, ale jednak do tego doszło.

W jej głowie pojawiło się kilka pytań, co właściwie tu robił, dlaczego nie uprzedził jej, że pojawi się w okolicy ministerstwa, dlaczego się za nią skradał, zamiast poinformować o swojej obecności? Co miał w głowie, kiedy tak po prostu sobie za nią szedł. Myślał, że go zignoruje, nie zauważy, pozwoli się śledzić? No nie, to nie było przecież w jej stylu.

Nie do końca wiedziała, czy powinna do niego teraz podejść, nie miała pojęcia dokładnie, jaki ból odczuwał, nie wyglądało to jednak najlepiej, jasne spotykała się z różnymi urazami, ale trudno jej to było ocenić w skali bólu, no bo sama nie miała kutasa, więc nigdy nie miała też poczuć tego, jak to dokładnie wyglądało. Benjy zdecydowanie nie prezentował się teraz najlepiej. Musiała faktycznie mocno go poturbować… była jednak całkiem samodzielna.

Zrobiła krok do przodu, wyciągnęła dłoń w jego kierunku, ale zatrzymała ją w powietrzu, nie do końca wiedziała, czy to był dobry pomysł, po czymś takim. - Nie chciałam… - Zaczęła mówić, w sumie to chyba kłamała, zdecydowanie chciała skrzywdzić tego, kto się za nią skradał. - To znaczy, nie wiedziałam, że to Ty. W sumie to chciałam, ale gdybyś to nie był Ty. - Sprostowała swoje poprzednie słowa, chociaż zaczynała się nieco motać w zeznaniach. - Czy naprawdę uważałeś, że śledzenie mnie jest rozsądne? - Musiała zadać to pytanie, naprawdę zastanawiała się o czym myślał, kiedy postanowił podążać za nią w ciemności… - Przepraszam za to. - Wypadało chyba przeprosić go za to, że tak celnie trafiła, bo nie bez powodu teraz zwijał się z bólu. - Pozwolisz, że zerknę? Może nie tu… w sumie to głupie. - Stali przecież na środku jakiejś uliczki, gdzie w każdej chwili ktoś mógł się pojawić, ale była lekarzem, mogła mu jakoś ulżyć, chyba, w sumie sama nie wiedziała czy mogła, bo takie przypadki nie trafiały jej się zbyt często.

Czy chociaż jeden raz nie mogła wrócić do domu bez żadnych przygód? Los mógłby się w końcu nad nią zlitować.




RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.07.2026

Próbowałem zareagować inaczej, zdecydowanie mniej dramatycznie, naprawdę próbowałem, ale organizm miał najwyraźniej własne zdanie na ten temat, więc z początku tylko wypuściłem powoli powietrze, zacisnąłem powieki i odczekałem jeszcze kilka sekund, zanim ból przestał przypominać uderzenie tłuczkiem do mięsa prosto w najbardziej wrażliwe miejsce, jakie tylko facet posiadał, a zaczął po prostu mnie palić. Nie miałem nawet siły udawać twardziela, trafiła idealnie, nie było sensu tego ukrywać. Przez chwilę nie byłem w stanie odpowiedzieć, stałem z pochyloną głową, oddychając powoli i bardzo ostrożnie, jakby od tego zależało, czy przeżyję najbliższą minutę. Słyszałem każde jej słowo, nawet jeśli mój mózg potrzebował odrobiny czasu, żeby przetworzyć ich sens. Gdzieś pomiędzy kolejnym wdechem a próbą wyprostowania pleców dotarło do mnie, że brzmiała na przemian na przerażoną, zakłopotaną i złą, trudno było jej się dziwić, sam pewnie zareagowałbym dużo gwałtowniej, gdyby ktoś od kilku dni urządzał mi różne niespodzianki podczas powrotów do domu. Z perspektywy czasu postąpiłem dosyć mało zapobiegawczo, zachodząc ją od tyłu i nie dając żadnego konkretnego znaku, iż ja to ja, nawet jeśli jej reakcja była dla mnie zupełnie nie do przewidzenia…
- Yh… - Kącik ust drgnął mi w czymś, co z dużą dozą dobrej woli albo przy równie zamkniętych oczach, co u Prue jeszcze przed chwilą, można było nazwać uśmiechem, gdy usłyszałem wyjaśnienia dotyczące tego, co planowała - lub też raczej nie - mi zrobić. Westchnąłem ciężko i przetarłem mokrą dłonią twarz, zbierając z niej krople deszczu, dopiero teraz dotarło do mnie, że właściwie powinienem czuć złość, tyle że nie czułem - sam zachowałem się jak idiota - mogłem zawołać ją z daleka, mogłem przyspieszyć wcześniej, mogłem pojawić się przed nią zamiast za nią. Wybrałem chyba jedyną możliwą opcję, przy której przestraszona kobieta, mająca za sobą kilka kiepskich dni, mogła uznać mnie za zagrożenie, trudno było mieć o to pretensje…
- Nie śledziłem cię… Ja cię… Eskoltowałem… - Nawet dla mnie zabrzmiało to jak wyjątkowo kiepskie ujęcie tego, co robiłem, kiedy usłyszałem je wypowiedziane na głos. Parsknąłem cicho, chociaż natychmiast tego pożałowałem, bo krótki, ironiczny śmiech okazał się kiepskim pomysłem, po czym trochę wolniej pokręciłem głową i wypuściłem powietrze bardzo ostrożnie, centymetr po centymetrze prostując plecy. Nadal bolało jak cholera, ale przynajmniej przestawałem mieć wrażenie, że za chwilę przewrócę się twarzą na mokry bruk. Dopiero wtedy spojrzałem na Prudence, której mina mówiła sama za siebie. Gdybym miał teraz trochę więcej godności do oddania, pewnie niechybnie przyznałbym jej rację - skradanie się za kimkolwiek po tym, co ostatnio się działo, było wyjątkowo głupim pomysłem - mimo to, dotychczas potrafiłem to robić z całkiem niezłymi efektami, przez lata „po prostu materializowałem się za nią, cholera”, i jak dotychczas nigdy za to nie dostałem. No, cóż - zawsze musiał być ten pierwszy raz. Skrzywiłem się bardziej z bólu niż z rozbawienia, wreszcie postanawiając wyjaśnić logikę, która mną kierowała.
- Czekałem na ciebie… A potem… Splawdzałem, czy… No… Nikt za tobą nie łazi… Planowałem cię po plostu dogoniś. Nie chciałem wszeszcześ pszes pół ulicy, sze jestem za tobą, a potem… Potem najwylaśniej uznałaś, sze najwyszszy czas zakończyś nasz lód. - Tego ostatniego, jak i jednoczesnego wymownego grymasu, zwyczajnie nie mogłem sobie darować, nawet w takich a nie innych okolicznościach. Nie po tym, jak bardzo skuteczne były jej ślepe ciosy. - Dam… Ladę… Sam się zajmę własnymi… Ech… Jajami… - Pokręciłem głową, nie miałem zamiaru zgadzać się na żadne publiczne - ani właściwie na jakiekolwiek - oględziny. Wiedziałem, że proponowała to całkowicie poważnie, w końcu była lekarzem, ale istniały sytuacje, w których nawet największe zaufanie miało swoje granice. - Następnym lasem… Po plostu mnie zabij. Avada… Będzie szybciej. - Nie skorzystałem z wyciągniętej ku mnie dłoni, nie chcąc dać Prue do zrozumienia, jak bardzo zlałem się z bólu potem - poza tym skoro byłem w stanie wydusić z siebie coś podobnego, co padło przed chwilą, uznałem, że jednak przeżyję ten wieczór, a więc nie musiałem jeszcze nadszarpywać mojej mocno nadszarpniętej godności, zdejmując spodnie w jakiejś ciemnej uliczce i dopełniając obrazu upiornego prześladowcy o ekshibicjonistyczne elementy.


RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 02.07.2026

Prue chyba jeszcze nie zdarzyło się go widzieć w podobnej sytuacji. Nawet tamtej pamiętnej, październikowej nocy nie zachowywał się równie dramatycznie. Najwyraźniej jej cios był bardzo celny, chociaż w ogóle nie miała pojęcia w co trafi. Ups, naprawdę nie do końca to chciała osiągnąć, zwłaszcza, gdy okazało się, że zaatakowała swojego własnego, prywatnego męża. Nie chciała mu zrobić krzywdy, tyle, że no właśnie - nie miała zielonego pojęcia, że to właśnie on się za nią pojawił. Sam się o to prosił, ona tylko starała sobie poradzić sama z ewentualnym zagrożeniem, które okazało się nie istnieć. Może była trochę przewrażliwiona? Pewnie tak, musiał jej to jednak wybaczyć.

- Nie sądzisz, że eskortowani ludzie powinni wiedzieć o tym, że są ochraniani? To mogłoby zapobiec podobnym wybrykom. - Zwłaszcza po ciemku, w miejscu z niezbyt dobrą widocznością, gdzie trudno było znaleźć jakąś żywą duszę. Współczuła mu w tej chwili, ale nie mogła pominąć tych komentarzy. Uważała to, że postanowił za nią iść zupełnie bez słowa, że krył się w ciemności było ogromną głupotą. Co jeśli postanowiłaby jednak sięgnąć po różdżkę, zrobiłaby mu większą krzywdę? Jasne, to co zrobiła też nie należało do szczególnie przyjemnych doświadczeń, ale ból powinien przejść za chwilę, przynajmniej tak się jej wydawało, nie miała szczególnego doświadczenia z podobnymi przeżyciami, tak jednak zakładała.

Zaczął się wyprostowywać, nie szło mu to najlepiej, robił to powoli, ale być może było to oznaką, że powoli miał się lepiej - fantastycznie, naprawdę nie chciała go uszkodzić na dłużej, gdyby był kimś innym pewnie też nie o to by jej chodziło, to miało być tylko ostrzeżenie, aby za nią nie podążać, bo potrafiła o siebie zadbać. Była przecież bardzo samodzielna, w sumie to, co udało jej się teraz osiągnąć chyba to potwierdzało, nawet jeśli było to tylko i wyłącznie dziełem przypadku, a nie zaplanowanym działaniem. Spontaniczność dzisiaj jej służyła.

- Świetnie to sobie wszystko przemyślałeś, naprawdę. - Skomentowała jego słowa. Sprawdzał, czy nikt za nią nie łazi… naprawdę doskonale, szkoda, że tylko ona sama wzięła go za kogoś takiego - wybitny to był plan, nie ma co. - Twój plan chyba nieco nie wyszedł. - Dodała jeszcze, jakby sam tego nie zauważył. - Następnym razem lepiej się pokaż od razu. - Może lepiej, żeby nie było następnego razu… ale kto mógł wiedzieć, co mu znowu strzeli do głowy, Benjy był nieobliczalny. - Szybko poszło, co nie? Najwyraźniej kolejne pokolenia nie są nam pisane, los tak chciał, czy coś. - W końcu nie zaplanowała tego, że trafi go między nogi, wszystko było dziełem przypadku, a że nic nie działo się bez przyczyny… to wyciągnęła swoje wnioski, no, a przynajmniej odrobinę się z nim teraz droczyła, ale to on zaczął, nie ona!

- Jesteś pewien? Nie potrzebujesz pomocnej dłoni? - Starała się być poważna, ale teraz nie do końca jej to wychodziło, kącik ust drgnął jej w uśmiechu, na szczęście udało jej się nie roześmiać, bo pewnie nie do końca powinno ją to bawić, ale było zupełnie inaczej. Sądził, że ją zaskoczy, a to chyba ona zaskoczyła jego i to w dość brutalny sposób.

- Jasne, zapamiętam sobie na przyszłość, mimo wszystko wolałabym, aby jednak nie było następnego razu, ale o to musisz zadbać Ty, nie skradaj się do mnie w ten sposób, w domu możesz robić co chcesz, ale nie tutaj. - Dodała jeszcze. Oczywiście, że leżało to w jego naturze, miał te swoje ponadprzeciętne zmysły, ruchy, zwał jak zwał, jednak kiedy znajdowali się poza domem nie mogła mieć pewności, że to właśnie on postanowił ją zaskoczyć, więc przypadkiem mogłaby mu zrobić krzywdę, zdecydowanie wolałaby tego nie powtarzać.




RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 02.07.2026

Trudno było dalej udowadniać własną rację, kiedy ledwie stało się na nogach przez konsekwencje własnego pomysłu - cały ten plan, który z początku wydawał mi się całkiem rozsądny, właśnie rozsypał się w wyjątkowo bolesny sposób. Gdyby ktoś kilka godzin wcześniej powiedział mi, że skończę zgięty wpół na środku ulicy po ciosie własnej żony, pewnie wyśmiałbym go bez zastanowienia, życie najwyraźniej uznało jednak, że potrzebowałem kolejnej lekcji pokory. Pokręciłem głową z ciężkim westchnieniem, bo choć ból powoli odpuszczał, obolały wór wciąż przypominał o sobie przy każdym mniej ostrożnym ruchu.
- Dopsz, wyglałaś. To był głupi pomysł. - Nie mogłem nawet uczciwie zaprzeczyć temu, co mówiła - im dłużej słuchałem jej argumentów, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że naprawdę nie popisałem się rozsądkiem, nawet jak na siebie. Wymyśliłem sobie całą akcję w głowie, uznałem ją za całkiem sensowną, a później rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała mój plan - trudno było dyskutować z efektami. - Chciałem dopsz, wyszło… No, sama widzisz jak wyszło. - Machnąłem ostrożnie ręką, nie chcąc wykonywać zbyt wiele nagłych ruchów, dopóki przepona w dalszym ciągu dawała mi znać o trudnościach z oddychaniem. A potem…
Spojrzałem na nią z tej dziwnej, na wpół zgiętej pozycji z takim oburzeniem, na jakie było mnie jeszcze stać.
- Czy coś. - To nie było przytaknięciem. - Naplawdę nie spodziewałem się, sze największym zagloszeniem dla mojego nazwiska okasze się moja własna zona… - Uniosłem brwi, odgarniając sobie przemoczony kosmyk włosów z twarzy, gdyż tym razem zaczął mi już wchodzić w usta. - Bynajmniej nie w taki sposób. - Nie musiałem dodawać wiele więcej - biorąc pod uwagę to, iż jeszcze kilka miesięcy temu byłem gotowy zarzekać się, że nigdy nie będę żonaty, zrobiliśmy naprawdę duży progres w kierunku zbudowania rodowej monarchii. Co prawda, nawet bez jakichkolwiek celnych ciosów po klejnotach, miała się ona zakończyć wraz z nami, lecz do tej pory przynajmniej miałem możliwość decydowania o ewentualnym podcinaniu tego drzewa, tworzeniu genealogicznego bonsai, jak zwał, tak zwał… Nie chciałem w gwałtowny i niespodziewany sposób zmieniać tego faktu, nawet w dobrych intencjach dbania o to, by moja druga połówka była bezpieczna.
Parsknąłem cicho, tym razem już ostrożniej, kiedy zapytała o pomocną rękę, nie potrafiłem się na nią tak naprawdę gniewać, wystarczyło spojrzeć na jej twarz, żeby zrozumieć, że najpierw naprawdę się przestraszyła, później zrobiło jej się głupio, a teraz próbowała ratować sytuację po swojemu, drocząc się ze mną i powstrzymując narastające rozbawienie równie nieudolnie, jak ja chwilę wcześniej próbowałem ją śledzić.
- Pomocną dłoń mogłaś zaofelowaś pięś minut temu… - Odchrząknąłem przez zaciśnięte gardło. - Telas wystalszy, sze pszes chwilę nie będziesz uszywała szadnej s nich pszeciwko mnie. - Spojrzałem na nią spod mokrych od deszczu włosów, przenosząc wzrok na jej wyciągnięte palce,  a potem z powrotem na Prue, po czym bardzo wyraźnie pokręciłem głową. - Nie, pani doktol. - Nawet z mojej perspektywy dostrzegłem ten uśmiech, który próbowała ukryć, chociaż i bez tego nie miałem najmniejszych wątpliwości, że cała ta sytuacja zaczynała ją coraz bardziej bawić. W teorii za to też trudno było ją winić - gdybym zobaczył któregoś z kumpli w podobnym położeniu, pewnie śmiałbym się z niego jeszcze przez następnych kilka miesięcy, chociaż obecnie nie było mi do śmiechu. Chciałem po prostu ruszyć z nią do domu i zakończyć ten dzień bez kolejnych niespodzianek, bo limit atrakcji został właśnie wykorzystany z dużym zapasem.
- Niech ci bęsie… Umowa stoi. - Skoro już tak ładnie to ujęła, nie wykluczając całkowicie tego, co i tak zamierzałem uskuteczniać w naszym domu, gdyż momentami zupełnie nad tym nie planowałem, nie zamierzałem podpadać jej na ulicach miasta. - Koniec skladania. Będę wołał, machał, szucał kamykami w okno Ministelstwa - to akurat była przenośnia - cokolwiek okasze się bespieczniejsze dla mojego i twojego zdlowia. Ok? - To mówiąc, poruszyłem się w końcu prostując plecy, chociaż tym razem zrobiłem to ostentacyjnie, bardzo powoli, tak żeby przypadkiem znowu nie uznała, że zamierzałem ją zaskoczyć.


RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 02.07.2026

Nie dało się ukryć, że tym razem Benjy'emu mogło zabraknąć argumentów, by przekonać ją, że jego pomysł mógł mieć szansę wypalić. Wszystko świadczyło o tym, że niestety - tym razem nie mogło mu się udać. Intencje być może miał dobre, ale wiadomo, co było wybrukowane dobrymi chęciami. Oczywiście, to całkiem miłe, że chciał jej w ten sposób okazać troskę, ale okazało się to być zupełnie niepotrzebne.

- Akurat tego wolałabym nie wygrywać, ale niestety samo tak wyszło. - Zwłaszcza, że to jej ruch spowodował jego klęskę. Nigdy nie miała zamiaru udowadniać mu swoich racji w taki drastyczny sposób, dzisiaj to wydarzyło się samoistnie, z czego nie była do końca dumna. Fakt, wygrała, tylko co z tego, skoro on zwijał się przed nią z bólu? Nie patrzyło się na to dobrze.

- Wyszło, jak zawsze. - Dokończyła za niego, trochę się z nim droczyła, bo to nie było, aż takie oczywiste, ale nie mogła się powstrzymać, skoro sam podrzucił jej ku temu okazje. Nie odpuszczała mu mimo tego, że nie był w najlepszym stanie, ale stało się to trochę na jego własne życzenie, a więc musiał jej wybaczyć, no nic nie musiał, ale lepiej by było, aby tak się stało.

- Myślę, że nikt nie mógł tego przewidzieć. - Było to zaskakujące nawet dla niej. Nie spodziewała się, że zostanie oskarżona o zamach na ich ewentualnych potomków, ale trochę tak to wyglądało, kiedy jej pięść wylądowała na jego… cóż. Nie zrobiła tego intencjonalnie, ale stało się. Mógł uznać ją za winną, nie, żeby planowali posiadanie jakiegokolwiek potomstwa, wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że nieco zbyt dosłownie potraktowała jego słowa. - Cóż, jeszcze raz przepraszam, nie planowałam tego. - Było jej trochę głupio, że tak wyszło, ale tylko trochę, nie zapominała bowiem dlaczego w ogóle doszło do takiej sytuacji - na szczęście zawsze o wszystkim pamiętała. Jego widoku zwijającego się z bólu też nigdy nie wyprze z pamięci.

Prue była otwartą księgą, wyraz jej twarzy mówił wszystko, dało się zauważyć jak zmieniało się jej podejście do tej sytuacji wraz z rozwojem ich konwersacji. - Wtedy nie wyglądałeś jakbyś jej potrzebował. - Dodała jeszcze, wręcz przeciwnie wtedy wydawało jej się, że ma niecne zamiary wobec niej, kto normalny odwróciłby się i zapytał, czy podążający za nim obcy nie potrzebuje może pomocnej dłoni? No sam prosił się o to, aby to wszystko tak się potoczyło. Nie zamierzała jednak już dłużej go męczyć, stało się - poniósł dość drastyczne konsekwencje przez swoją nadgorliwość, nie musiała mu teraz suszyć głowy, to nie miało już żadnego sensu.

- Będę trzymać moje obie ręce z dala od Ciebie, wedle życzenia. - Być może nieco je nadinterpretowała… ale trudno. - Wiesz, że jestem cierpliwa, poczekam, aż zmienisz zdanie, kiedy zrobisz się tam na dole fioletowy. - Jak zawsze próbowała go nieco wystraszyć, wiedziała, że czasem wystarczyła odpowiednia wizualizacja możliwych konsekwencji, aby pacjent zmienił zdanie na temat możliwości, jakie mogła mu zaoferować. Trochę blefowała, ale dlaczego miałaby nie skorzystać z takiej okazji. Trudno jej było utrzymywać dłużej powagę, naprawdę mocno ze sobą walczyła, aby nie roześmiać się w głos, to było tak abstrakcyjne, że nie do końca potrafiła przetrawić, co właściwie się wydarzyło.

- Ok, mamy deal, będzie tylko lepiej. - Wyciągnęłaby teraz mały palec, aby mogli sobie to na nie obiecać, ale miała trzymać póki co swoje ręce z daleka od niego więc tego nie zrobiła, musiała więc mu wierzyć na słowo. - Tak właściwie, to zapomniałam się z Tobą przywitać, cześć kochanie, dobrze Cię widzieć, to miłe, że postanowiłeś mnie dzisiaj odebrać z pracy. - Nie mogli bez końca roztrząsać tego niezbyt miłego przywitania.