![]() |
|
[jesień 1972] Kiedy słońce było bogiem - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26) +--- Wątek: [jesień 1972] Kiedy słońce było bogiem (/showthread.php?tid=6186) |
[jesień 1972] Kiedy słońce było bogiem - Lorraine Malfoy - 05.07.2026 Wiara była przedziwną rzeczą. Dla Lorraine zawsze wydawała się czymś przyrodzonym, czymś, co towarzyszyło jej zanim jeszcze dostała imię; zanim jeszcze jej istnienie było w ogóle wiadomym. Wiara była tym, co ukształtowało ją cudownie w łonie matki, tym, co natchnęło lędźwia ojca. Wiara była ciałem, była też myślą, jaka za tym ciałem stała. Nie istniał więc czas, kiedy nie wierzyła. Nie umiała tego wyjaśnić. Wiele razy zanurzała się legilimencją w cudzych wspomnieniach, szukając tego, które było pierwszym. Oto postawiła sobie za cel odkryć wzór, objaśnić genezę: wydestylować boski pierwiastek, z którym wedle przypowieści winien rodzić się człowiek. Wydobywała na wierzch wspomnienia wykrzywionych bólem twarzy matek. Dłoni ojców, pochylających się nad kołyskami. Wspomnienia bogactw i biedy, miękkich pościeli obok zatęchłej bielizny, wspomnienia głodu i dostatku. Nieważne, jak przywitał je świat, dziecko wydawało w końcu swój pierwszy krzyk. Wreszcie zrozumiała: każde z nich chciało do matki. Wtedy dopiero zarzuciła swe poszukiwania. Być może od samego początku powinno być to dla niej czymś oczywistym. Tajemnice wiary zawsze przypominały Lorraine lekko uchylone drzwi. Zbliżała się do nich po to tylko, żeby zatrzymać się tuż na progu. Wiedziała, że za drzwiami zobaczyłaby swoją matkę. Za nią zaś zobaczyłaby matkę swej matki. Cały świat rodzący się w krzykach rodzących matek, każda z nich rozdarta i rozdzierana. Na samym zaś końcu czekałaby pramatka. Nawet ona krzyczałaby jednak za swoją matką. Lorraine nie miała matki. Wiary uczyła się więc na kolanach ojca, który z natury był człowiekiem bezbożnym. Bluźnierczą była jego wiara, jeżeli wiarą można było w ogóle nazwać przekonania, jakie żywił: tak jak Armand wierzył bowiem, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine wierzyła, że bogowie są bliscy ludziom. Nie widziała w tym żadnej sprzeczności. Tak samo jak i w tym, że drzwi do tajemnicy pozostawiła uchylonymi. — Znowu śniłam o mych drzwiach, Helloise — szeptała Lorraine, siadając u boku kuzynki. Wyrysowywała na skórze Helloise, a potem na podsuniętym jej papierze symbole znane z religijnych podań. Objawione w majakach znaki, których znaczenia nie dało się dociec od razu, były bowiem zbyt złożonymi. Sny nie należały do trwałej materii, dlatego mieniły się mirażami we wspomnieniach Lorraine, zmieniając się nieustannie, jak wszystko, co żyje. A jednak wspólnie z Helloise odtwarzały widziane w nich znaki. Kolejne symbole ryte były więc w drewnie starych drzwi do spiżarki. Połączenie cyklu lunarnego z wykresami zmienności solarnej. Zaślubiny Słońca i Księżyca, których widok w złączeniu zawsze napełniał Lorraine rozczuleniem. Dla nich Matka stworzyła bowiem Niebo, które stało się im małżeńskim łożem. Ziemię oddzieliła od oblewających ją Wód, największy akt kreacji pozostawiwszy na koniec: tak oto powstało Życie. Lorraine klęczała na podłodze obok Helloise, bezmyślnie bawiąc się spiłowanymi wiórkami drewna. Głowę oparła o framugę drzwi, które w całości pokryte były szaleńczymi symbole. Dłuto prowadziła ręka bogini, co do tego nie mogły mieć wątpliwości. W każdym żłobieniu kryła się historia. W każdej rysie tkwiło znaczenie. Dopiero gdy dzieło zbliżało się ku kompletności, zrozumiały, na co właściwie patrzą. Nakładające się na siebie kręgi utworzyły mapę. Wiara była im przewodniczką. RE: [jesień 1972] Kiedy słońce było bogiem - Lorraine Malfoy - 05.07.2026 10.10.1972, Ellan Vannin
Najpierw pomalowały twarze. Pobieliły kredą i sproszkowanymi koścmi blade policzki, bo białością porażały promienie letniego słońca, stojącego wysoko na niebie. Białymi były ciała kobiet, zanim ucałowane zostały przez jego promienie. A chciwym ciał był słoneczny bóg, wiecznie gorejący w swej promiennej glorii. Żądny skóry i spływającego po niej potu, lepkiego jak babie lato. Gdy się szykowały, Helloise rozpaliła w chacie, ażeby ogień huczał aż na palenisku, ozywając się do nich trzaskającym głosem boga. Rytualnie spaliły wianek upleciony z kwiatów ucałowanych letnim słońcem. Modliły się, patrząc, jak dusze ich ulatują przez komin ku niebu. Tak oto konały wspomnienia lata, których popioły wygarnęły potem z paleniska, aby wetrzeć je we włosy: Helloise miała włosy koloru pszenicy, złote i lśniące, włosy Lorraine mieniły się natomiast srebrem jak łan żyta. Popiół był biały, białymi od gorącości były bowiem rozżarzone płomienie ognisk, choć podlały je czerwonym winem. Czerwone były rozżarzone węgle, gdy syczały cicho, dogasając; Lorraine wdychała duszące opary, czując jak suknia zaczyna lepić się jej do ciała. Czerwoną była również farba, której użyła, aby wyrysować na swej twarzy i ciele symbole solarne. Te same znaki skreśliła na twarzy Helloise. Rogaty bóg rozsmakowany był niegdyś we krwi, ale Lorraine nie zamierzała przelewać jej w jego imieniu. Kult Pana Słońca nie był dla niej bytem samodzielnym, lecz odszczepieńczym schizmatem wiary. Manifestacją popędu do życia, które wyszło z matczynego łona. Miała dla niego inny dar. Wniosła z sobą na górę wino z dzikiego bzu. Nie była w stanie dotrzymać kroku Helloise, więc postępowała w ślad za nią i za jej śpiewem. Przyciskała do piersi poły ciężkiej szaty, którą okryła głowę i ciało, dysząc, gdy wspinały się pod górę. Prosta jej, znoszona suknia, na którą zarzuciła ciężką szatę, była w tym momencie niczym zdobny ornat. Wiążące ją tasiemki unurzane były w tej samej czerwonej farbie, jaka znaczyła jej twarz i dłonie. Nie bała się zostać nieco w tyle, na szlaku pielgrzymkowym nie dało się przecież zgubić, a jednak nie chciała się zatrzymywać, żeby odpocząć. Ze swojego zmęczenia również mogła złożyć ofiarę. Stąpała pewnie, spokojnym tempem, dopóki nie dotarły do celu. Do sławionej świątynki Pana Słońca, skąpanej w leśnym mroku. Snopy światła prześwitywały z rzadka między koronami drzew, rosnących tak gęsto, że niemal nie dało się oddychać. Pan Światła potrzebował Ciemności, aby dać pełne świadectwo swej mocy. Oto był bóg jej matki i ojca, pomyślała Lorraine, przypatrując się straszliwym freskom, na które padały strugi słońca, przenikające przez świetliki w kamiennym sklepieniu. Pan wiecznego lata, dzięki któremu poczęła się i przyszła na świat. Rogatą była jego głowa, do młodzieńca należało ciało wymalowane ochrą i żółcienią. Zdawał się tańczyć przed jej oczami w przedziwnej frenezji. A więc był jednym z tych lipcowych bogów, którzy tańczyli na polanach pośród korowodów wil. Uczestnikiem dzikiego gonu, który pędził przez lasy, pola i łąki w szaleńczym weselu. Zdyszana, ścisnęła dłoń Helloise na chwilę przed tym, zanim padła na kolana przez boskim wizerunkiem. W świątyni panował duchota, jak w najupalniejszy z letnich dni. Lorraine zdjęła z głowy zdobiony szal z namaszczeniem godnym kapłanki: pozwoliła, aby ciężki materiał opadł na jej ramiona; aby zsunął się na ziemię, gdy wzniosła ręce ku niebu. Zdjęłaby i suknię, aby zbliżyć się do boga nie tylko duchowo, ale i cieleśnie, ale wtedy drwiłaby z niego. Drwiłaby bladością ciała, którego niemal nigdy nie pozwalała całować słońcu. Drwiłaby, jak zwykły drwić z letnich bożków wile, żartobliwie umykając przed nimi na dno jezior po skończonych pląsach. Kiedy ostatnio bogowie widzieli Lorraine taką, jaką ją stworzyli? Dzieliła się swoją nagością oszczędnie, nie dlatego, że ta przejmowała ją wstydem, ale dlatego właśnie, że była czymś świętym. Nie czyniło to bynajmniej cnoty ze skromności: różnica była subtelną, Lorraine nie zakrywała bowiem swego ciała, bo obawiała się bycia zbrukaną. Świętości nie dało się zbrukać. Zakrywała je, bo świętość nie należała się wszystkim: dokładnie tak samo, jak zakrywała włosami twarz, gdy grała na pianinie. Nie zrzuciła więc przywodziewku, choć był skromnym. Gdyby przyoblekła się w sam tylko blask słońca, to byłoby tak, jak gdyby mówiła z bogiem jak z równym sobie. Bo jaką władzę miał Pan Światła nad tą, która wybrała życie w ciemności? Jego moc nie sięgała podziemnych korytarzy spowitych mrokiem. Promienie słońca nie mogły rywalizować z blaskiem złotych włosów jej ojca. Z blaskiej jej srebrzystych włosów. Oto było straszliwe słońce podziemia. Gdy schodziła tam w swojej białej sukni, w przeanieleniu srebrnych włosów, wtedy była jutrzenką: jasną, choć zimną, jak zimowy poranek skuty mrozem. Lorraine zawsze pewnie kroczyła na granicy między apoteozą a bluźnierstwem, z pokorą ascetki stanęła jednak przez bogiem rozpasania. Wystawiła twarz na przenikające do wnętrza świątyni promienie słońca, które osadziły się drobinami na jej jasnych rzęsach i brwiach. Uklękła przed jego majestatem: letnim, płodnym, rozpalonym życiem, tak odmiennym od jej zimnej, grobowej duchowości. Klękając uśmiechnęła się jednak, jak gdyby z rozkoszą przymykając oczy. RE: [jesień 1972] Kiedy słońce było bogiem - Helloise Rowle - 15.09.2026 Dziecko rodziło się wierne, czyste, pragnące. Czystym pragnieniem poszukiwało. A potem Helloise pokazano wizerunki bogów, powtarzała modlitwy, odkrywała porządek liturgii i obrzędu. Nauczono ją wiary bałwochwalczej. Poznawała cześć bóstw poprzez ikony powieszone w Kowenie i poprzez historie cudów wydarzonych w kromlechach rozsianych po Wyspach. Dorastając, poznawała więc wiarę fałszywą. Wiara w wizerunki bogów, ich imiona, ich dzieje — była największym wrogiem wiary prawdziwej. Jakże możesz poszukiwać, gdy sądzisz, żeś już znalazł? Wiara prawdziwa jest wiecznym pragnieniem zetknięcia z boskością. Nie może pragnąć, kto sądzi, że już się nasycił. Oczyszczenie Helloise dokonało się przez gniew. Gniew wyrwał z niej wiarę bałwochwalczą; tę ułudę, którą pozostawiło w niej dorastanie w wierze. Odrzuciła wszystko: nazwisko, tradycję, powinność, tożsamość. Odrzuciła z nimi i wiarę; to, czego ją całe życie o wierze uczono. Jakże mogłaby tego nie wyrzucić, gdy czuła same fałsze pod powierzchnią świata, który znała? Całe życie truto ją fałszywymi wizerunkami — boga, człowieka i magii — lecz gdy powróciła, była jako ziemia po ugorze. Pusta, lecz żyzna, bo wolna od zajętego chorobą zasiewu. Mogła zacząć od nowa wzrastać. Prawdziwa wiara wymagała rozumu potrafiącego jej istotę pojąć. Nie poznawało się bogów tym, co rzeczywiste i odbierane zmysłami; wiara potrzebowała czystego umysłu, intelektu gotowego jej poszukiwać. I nie poszukiwać w materialnych dowodach, nie w sporach o cuda — wiara nie potrzebowała dowodów. Spory o ingerencję bogów w świecie odwracały od prawdziwej wiary uwagę, a jeśli kogo nawracały, to na bałwochwalstwo. Gdy pierwszy raz Bogini wyszła ku Helloise, nie było to podczas nabożeństwa w Kowenie. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w kontemplacji, w której czarownica trwała pogrążona między drzewami, z umysłem wyzwolonym z wszelkiego więzu, umysłem pragnącym i poszukującym. Spędzając długie godziny samotności w pracowni w swojej chacie, Helloise poznawała również naturę natchnienia. Geniusz mógł być wyłącznie darowanym objawieniem. Gdy więc tworzyła, gdy kierowała jej dłutem nadprzyrodzona intuicja — wtedy ocierała się o boskość. Kto poznał prawdziwą wiarę, nie mógł nie pragnąć obcowania z boskością. Obrzydliwym się zdawało przy jej złotym blasku każde opiumowe uwznioślenie w rozkoszy. Istota wiary pozostawała poza cielesną przyjemnością, próba związania jej z przyjemnością szkodziła. Wierzę — było pokarmem ducha. Ziemskie słodycze i szczęśliwości stanowiły ledwie płaskie, zwierciadlane odbicie tego, co w wierze odnajdywał człowiek czyste i po stokroć pogłębione. Ludzką dolą było wieczne poszukiwanie harmonijnego zestrojenia z głosem bóstw — więc po ludzku Helloise łaknęła, aby w sobie odnaleźć doświadczenie snu Lorraine takim, jakim w kuzynce zostało objawione. Oto w tej kruchej, wdzięcznej istotce Bóstwo pozostawiło coś ulotnego, co teraz we dwie nanosiły ciężkimi ruchami dłuta na niewdzięczną, toporną materię drewna. Helloise nie miała do tego objawienia dostępu. Mimo że żarliwie pragnęła ujrzeć je oczyma własnego ducha, mogła jedynie pozwolić się biernie prowadzić Lorraine przez wizerunki i kształty, które pokrywały stopniowo drzwi. Dotknąć tego osobiście, nie przez ułomną materialną reprezentację — oto było jej nienasycone pragnienie wiary. — Nie jest nam pisane zaglądać przez te drzwi, moja słodka — mruknęła, zanurzając szorstkie palce w srebrzyste niteczki włosów Lorraine. — Możemy pragnąć. Pragnąć, żeby pewnego dnia otwarły się i pozwoliły nam stać się częścią tego, co za nimi. Pozostając na klęczkach, wzniosła wzrok na drogowskaz. Wiedziały, gdzie im jest tego dnia przeznaczone poszukiwać. |