Secrets of London
[5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit (/showthread.php?tid=6188)

Strony: 1 2


[5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Émile Mulciber - 06.07.2026

5 sierpnia 1972
Grimmauld Place 12

To było wietrzne, londyńskie popołudnie. Słońce przedzierało się zza szarawych chmur, ostrzegając, że lato jeszcze się nie skończyło. W Anglii lubiło ono jednak bawić się konwencją, bowiem przez większość czasu lał deszcz. Czasem tylko ten przeklęty przez bogów kraj nawiedzała fala upałów dotkliwych i niemożliwych do zniesienia. Ileż to przypadków odwodnień i zasłabnięć  spotykało się w szpitalnych progach? Ileż infekcji gardła związanych ze zmianami temperatur?

Sam Émile przechorował swoje pierwsze dwa dni na Wyspach Brytyjskich. Jedna wizyta w Londynie zapewniła mu duszący kaszel i mało elegancki katar. W takim stanie skompletować musiał składniki do eliksiru wiggenowego na ulicy Pokątnej. Znał to miejsce – tak obskurne i chaotyczne, skrajnie nierozplanowane. A sklepik, który odwiedził, był jeszcze gorszy. Kompletny brak porządku, właściciel albo pijany, albo pochodzący ze Szkocji, z akcentem tak chrobotliwym, że uszy przyzwyczajone do śpiewnej francuszczyzny cierpiały katusze, a ich właściciel ledwo rozumiał potok zapewne niezbyt odkrywczych przemyśleń gadatliwego zielarza. Szczególnie przez chorobową mgłę.

Teraz był przygotowany na wszelkie zmiany pogody. Szyję zdobiła mu apaszka w formie klasycznego fularu w kolorze pastelowego błękitu. Jasne włosy tego dnia były krótkie, zaczesane do tyłu z wyjątkiem kilku pasm grzywki, które opadały luźno na czoło. Poza tym lekka biała koszula, jasnoszara kamizelka zdobiona we wzór fleur de lis, spodnie do kompletu i wypastowane, lśniące buty. I wisienka na torcie: okulary przeciwsłoneczne o małych, okrągłych szkłach – ostatni krzyk mody na paryskich salonach. Londyńscy mugole spoglądali na niego nieco zdziwieni, szepcząc coś do siebie, jakby na oczy nie widzieli kogoś, kto miał choć odrobinę stylu. Émile sam uważał, że te ich rozszerzane w nogawkach spodnie i kiepsko skrojone koszule wyglądały dość pathétique.

Zapukał do drzwi zgodnie z instrukcją przedstawioną w liście przez panią Ophelię Black. Domy rozsunęły się, ukazując lokum tej szlachetnej rodziny, zdecydowanie zbyt małe i skromne jak na ważny czystokrwisty ród. Drzwi otworzył skrzat domowy o krytycznym, wrednym spojrzeniu. Skłonił się jednak grzecznie i zaprowadził Émile'a ciemnawym, wąskim korytarzem do salonu. Mulciber zdjął okulary i zaczepił je o kieszeń na piersi. Pomyślał, że powinien włożyć tam jakiś kwiat. Róża byłaby zbyt bezczelna, ale może goździki? Albo dzwoneczki lub niezapominajki? Musiał o tym pomyśleć następnym razem.

Przeszedł za skrzatem, z rękami splecionymi za plecami. Tak też stanął przed siedzącą na kanapie kobietą, która, zważywszy na wiek i obrączkę na palcu, musiała być Ophelią Black. Za szezlongiem, na ścianie, wisiał gobelin przedstawiający drzewo genealogiczne rodu Blacków.

– Panie Mulciber, witam – odezwała się kobieta, skłaniając głowę.

Émile ukłonił się jej uprzejmie.

Madame Black. Serdecznie dziękuję za tak miłe zaproszenie – powiedział trochę mechanicznie, choć jego tonowi teoretycznie nie można było nic zarzucić. Oczywiście poza dźwięcznym francuskim akcentem.

– Moja córka zaraz przyjdzie, proszę się nie martwić i usiąść. Napije się pan herbaty?

Mulciber usiadł na fotelu znajdującym się obok kanapy.

– Oui, merci. Poczuł, że wbrew woli odrobinę stresował się spotkaniem z kobietą, z którą być może miał spędzić resztę życia.


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Lydia Black - 07.07.2026

Kruki krążyły nisko (tak nisko), że końce ich lotek muskały źdźbła trawy, kiedy słońce obmywało ich pióra. Lydia wiedziała, że śniła, ponieważ czarne ptaki nawet lecąc tuż nad ziemią, nie rzucały cienia.

W świecie ludzi nawet obłoki rzucały cień. We śnie kruki były od tego prawa wolne.

Zeszłej nocy śniła jej się również kobieta. Stała na skraju pola albo może na końcu ścieżki — Black nie była do końca pewna. Miejsce zmieniało się za każdym razem, gdy próbowała je uchwycić. Trudno było połączyć tę twarz z imieniem. Trudno było połączyć piękną twarz z historią. Szukała w pamięci jakiejkolwiek szczeliny, przez którą mogłoby przedostać się rozpoznanie blondwłosej kobiety.

Ponad ich głowami ciągle krążyły kruki, kiedy matka uprzedziła ją o wizycie młodego Mulcibera — Francuz, uzdrowiciel, dobrze urodzony, odpowiedni.

Córka szlachetnego rodu winna posiadać przede wszystkim dwie rzeczy, tj. nienaganne maniery oraz umiejętność ukrywania własnych uczuć. Pierwsza zapewniała jej miejsce w towarzystwie, a druga chroniła ją przed jego ciekawskimi spojrzeniami magicznej socjety. Gdy więc skrzat zapukał do drzwi jej pokoju, odłożyła zamkniętą właśnie księgę oprawioną w ciemną skórę. Poprawiła mankiety czarnej sukni, wygładziła materiał na biodrach.

Odpowiedni. Matko, prowadź mnie, pomyślała.

Lydia nie kazała na siebie długo czekać.

— Lydio — powiedziała Ophelia Black. — Pan Émile Mulciber.
A więc nadeszła chwila, w której należało rozpocząć rozmowę! Tylko od jakich słów zaczynało się rozmowę z kimś, kogo obecność w twoim życiu została zaplanowana zanim jeszcze zdążyło go poznać? Zwłaszcza gdy z woli rodzin miała ona trwać nie przez kilka uprzejmych spotkań, ale i przez całe życie? Od pogody? Od polityki? Od udawania, że dwoje obcych ludzi nie zostało właśnie ustawionych naprzeciw siebie jak dwa konie wystawione na aukcji?
— Panie Mulciber — panna Black skłoniła głowę. — Matka wspominała, że Anglia nie powitała pana najłaskawiej. Nasz klimat ma to do siebie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie uzna go pan za wystarczający powód, aby rychło powrócić do Francji.
Pierwsze, co zwróciło jej uwagę, nie była twarz mężczyzny, lecz barwa. Pastelowy błękit fularu rozjaśnił ciemny salon jak fragment letniego nieba przypadkiem pozostawiony pośród ciężkich kotar. Chwilę później dostrzegła resztę. Jasne włosy zaczesane do tyłu, elegancką kamizelkę o nieangielskim kroju. Pozwoliła sobie nawet przyjrzeć mu się uważniej. Zauważyła okulary przeciwsłoneczne zaczepione przy kieszeni jego kamizelki. Czy przyniósł fragment paryskiego słońca do ponurej londyńskiej rezydencji?


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Émile Mulciber - 08.07.2026

Kobieta, która pojawiła się w salonie, przypominała Émile'owi nocne niebo. Czarna suknia, sięgająca aż do hebanowej podłogi. Czarne włosy spływające falami na ramiona. Jej oczy – głębokie, bystre, ciemne acz lśniące w bladym świetle rzucanym przez sufitowe lampy. Poza tym nocne niebo pozostawało bezgwiezdne. Zachmurzone niczym angielskie sklepienie.

Mademoiselle Lydia… – Wstał z miejsca i podszedł do kobiety. Skłaniając się, ujął jej dłoń. Wydawała się tak delikatna, ale nie krucha. Gdzieś za tymi oczami czaiła się tajemnica. Kto jak kto, ale Émile wiedział, że kobiety często potrafiły ukrywać swoją siłę. Enchanté.rzekł, pochylając się w ukłonie. Pocałował dłoń Lydii bardzo delikatnie, ledwo dotykając ustami chłodnej skóry.

Odsunął się grzecznie i usiadł z powrotem na fotelu. Odkrył, że strasznie spinał wszystkie mięśnie ciała. Proste plecy, dłonie splecione przed sobą. Nie patrzeć w podłogę, nie garbić się, uważnie słuchać, co mówią rozmówczynie. Musiał skoncentrować się na zewnętrzu, oddzielić emocje od kontekstu sytuacji. Chodziło w końcu o zawarcie pewnej umowy pomiędzy dwiema rodzinami. Najwyższy czas  – rzekła mu matka, kiedy usłyszał o planach, które czyniła dłużej niżby wiedział. – Wreszcie nasza rodzina będzie coś znaczyła – dodał ojciec. Zawsze miał tę swoją ambicję. Bo kto uznał, że akurat ich linia była tą boczną? Émile zatem realizował aspiracje swej rodziny. Choć jak myślał o tym, że w gruncie rzeczy chodziło w tym o rozmnożenie się, zaczynał czuć się słabo.

– Dziękuję, już prawie zdążyłem się zaklimatyzować. Początki bywają oczywiście trudne. Ale Wyspy Brytyjskie z każdą chwilą coraz bardziej mnie oczarowują. – Kłamstwo kurtuazyjne, grzecznościowe. Tak naprawdę, im dłużej patrzył na magiczną Anglię, widział un pays d'imbéciles gouverné par des imbéciles. Nie wiedział jednak, czy to była jego wrodzona francuska niechęć do Albionu, czy może szczera obserwacja. – Nie zamierzam zatem wracać do Paryża. Panienka kiedyś odwiedzała Francję?

Było coś groteskowego w sytuacji, gdzie wciąż towarzyszyła im Ophelia Black. Przyzwoitka. Tak jakby mieli się na siebie rzucić, kiedy tylko zostaliby sami. Émile przyjrzał się tej dwójce. Spróbował odczytać, jakie jest między nimi powiązanie. Szczera miłość, chęć pomocy własnemu dziecku w odnalezieniu szczęścia, czy może rodowa ambicja?

Rzucam na Percepcję III, Nici. Chcę zobaczyć nić powiązania pomiędzy Ophelią a Lydią.
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Lydia Black - 08.07.2026

W kręgach, do których należeli, dawno już przyjęto, że maniery stanowiły najdoskonalszy substytut szczerości. Pozwalały zachować pozory serdeczności tam, gdzie serce pozostawało obojętne. W związku z tym, pocałunek złożony na jej dłoni nie stanowił dowodu czułości podobnie jak starannie odmierzony ukłon nie był miarą szacunku. Blackówna pomyślała, jak wychowanie skutecznie obdzierało takie gesty z intymności.
— Zapewniam jednak, że Anglia z czasem wynagradza pierwsze rozczarowanie. Czyni to wprawdzie z dozą powściągliwości właściwą jej naturze, lecz trudno odmówić jej wytrwałości! Lydia odwiedzała Paryż jako dziecko — podjęła lady Black zanim córka zdołała odpowiedzieć. — Była zachwycona tamtejszą modą. Prawda, kochanie?
Pytanie zostało wypowiedziane tonem, który nie pozostawiał miejsca na odpowiedź inną niż oczekiwana przez Ophelię. Znowu decydowała, co Lydia miała czuć, co Lydia miała pamiętać, co Lydia miała mówić. Ta prawdziwa Lydia poczuła cień irytacji. Zgasł jednak zanim zdołał przybrać wyraźniejszy kształt. Długoletnie wychowanie czyniło odruchy daremnymi.
— Owszem — odpowiedziała, gdy zapytał o Francję. Usiadła obok matki. — Dziadek miał zamiłowanie do win z Burgundii. Kilka lat temu towarzyszyłam mu w podróży po winnicach. Paryż widziałam tylko z okna — nie wspomniała, że przez większość czasu siedziała w powozie lub w cieniu starych piwnic, obserwując, jak mężczyźni rozmawiają o kwasowości. — Czy pańska podróż była spokojna? Kruki od rana latały zbyt nisko ziemi… — spojrzenie jasnych oczu prześlizgnęło się na coś za mężczyzną.

Właściwie to nie mogła być, jak latały tak nisko…

Do salonu wślizgnął się skrzat domowy. Kreatur niósł na tacy nowy, dymiący czajniczek i talerz z cienkimi herbatnikami. Jego błonawe oczy spojrzały na Émile’a.
— Pani mówiła, żeby przynieść więcej herbaty dla francuskiego pana — zamruczał. — Kreatur przyniósł.




RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Émile Mulciber - 16.07.2026

Uśmiechnął się na wspomnienie Paryża. Nawet widziany z okna przewyższał Londyn swą urodą. A francuskie wina, szczególnie te produkowane przez jego rodzinę, zawsze smakowały o niebo lepiej niż sikacze, które pito na Wyspach Brytyjskich. Czy można się spodziewać wysublimowanego smaku po kimś, kto uważa, że najlepszym napojem na świecie jest piwsko? Émile wiedział, że negatywne nastawianie się do Anglii tylko mu zaszkodzi. Nie mógł skwaszać sobie wiecznie humoru swą tęsknotą za domem.

– Musi kiedyś panienka odwiedzić Paryż. Szczególnie tamtejsze muzea i galerie sztuki – rzekł tak poprawnie, jak to było możliwe. Zorientował się, że sytuacja ta przypomina teatr absurdu, sztukę autorstwa Ionesca. Ludzie skrępowani obyczajem siadają naprzeciwko siebie i mówią do siebie, ale jednocześnie nie mówią nic. – Żałuję, że nie przyniosłem paniom butelki francuskiego wina. Przy najbliższej wizycie się poprawię. – Ot lekki żart, z którego nikt o zdrowych zmysłach by się nie zaśmiał.

Na słowa o krukach Émile niemal zmarszczył brwi. Gdyby nie był dobrze wychowany, zapewne zaśmiałby się. Wiedział bowiem, że niektórzy, zazwyczaj pasjonaci wróżbiarstwa, traktowali wszystko jako omen. A ciągu przyczynowo skutkowego często po prostu nie było. Pewne wydarzenia w świecie najzwyczajniej się nie łączyły. Każdy lekarz musiał to wiedzieć. Nie można było postawić diagnozy na podstawie przelotu ptaków zamiast badania i wywiadu medycznego.

– Podróż była spokojna, dziękuję za troskę – odparł spokojnie. Mimo całego swego sceptycyzmu, czuł lekki niepokój, gdy patrzył na kobietę. Bał się, że pozostanie w jego snach, że za pomocą jakiejś sztuczki wniknie głęboko w jego świadomość i zobaczy to, co najmocniej ukrywał. – Słyszałem, że zajmuje się mademoiselle snowidzeniem. To trudna sztuka, prawda?

Może dlatego lot kruków miał dla kobiety takie znaczenie. W snach wszak wszystko wiązało się z jakimś sensem, sygnifikowało. Można było na tej podstawie chociażby rozpoznawać niektóre choroby i klątwy. A znaki infekcji organizmu często brano za kolejne omeny. Gorączka robiła swoje z umysłem, a majaki zazwyczaj nie miały dużo wspólnego z rzeczywistością poza głową pacjenta.


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Lydia Black - 19.07.2026

Żona głowy rodziny Black doskonale wiedziała, kiedy należało nagrodzić mężczyznę uśmiechem, a kiedy jedynie pozwolić mu uwierzyć, że rzeczywiście na niego zasłużył. W związku z tym, jej śmiech był uprzejmy oraz melodyjny. Pan Mulciber mógłby nawet odnieść wrażenie, że jego dowcip odniósł pełen sukces — a któż chciałby pozbawiać mężczyzny tak niewinnej przyjemności?

Być może jego ego zostało właśnie mile połechtane. Należało mieć jedynie nadzieję, że nie potraktuje tego jako zaproszenia do dalszych popisów z tymi odważnymi żartami! To było przecież dopiero pierwsze spotkanie…

— Obawiam się, że Paryż pozostaje jednym z tych miejsc, które człowiek poznaje najpiękniej dopiero wtedy, gdy może poświęcić mu należytą uwagę — odparła łagodnie Lydia. — Widok z okna powozu nie pozwala przecież poznać ducha miasta. Zresztą nie jestem do końca przekonana, czy posiadam odpowiednie kwalifikacje. Moja edukacja artystyczna ograniczała się do nauki rozpoznawania portretów przodków po kształcie nosa.
Ophelia Black parsknęła (odchrząknęła? Czy rozbawiła matkę? Czy ta właśnie posłała naganę w jej kierunku?) cicho za filiżanką.
— Nie zapomnimy o pańskiej uprzejmości. Ciasteczko, panie Mulciberze? — zapytała starsza kobieta, kiedy podsunęła mu talerz.

Jedni pytali o snowidzenie, sądząc, że kilka dobrze dobranych słów pozwoliłoby im uniknąć własnych niefortunnych decyzji. Jakże wygodne byłoby życie, gdyby można było uprzednio poznać wszystkie błędy, jakie zamierzało się popełnić! Inni natomiast podchodzili do sprawy z większą ostrożnością.

Czy pan Mulciber zdawał się należeć właśnie do tej drugiej kategorii? Lydia musiała przyznać, że była to odmiana dość przyjemna. Ludzie zazwyczaj albo patrzyli na nią jak na niezwykłe zjawisko godne zamknięcia w Mungu, albo jak na osobę, której należy natychmiast zadać wszystkie pytania, jakie kiedykolwiek przyszły im do głowy. W zależności od rozmówcy zdarzało jej się więc udzielać odpowiedzi bardziej… stosownej do jego charakteru. Czasem informowała, że prawdziwe snowidzenie wymagało spożywania czarnych kotów na obiad oraz okazjonalnego składania małych dzieci w ofierze piecowi.
— Jest to sztuka wymagająca cierpliwości — odparła. — I przede wszystkim pokory. Sny rzadko przemawiają językiem prostym i dogodnym dla człowieka — uniósłszy wzrok, napotkała jego spojrzenie. — Powiedział pan, że jest uzdrowicielem — podjęła, przesuwając palec po obrzeżu filiżanki, której nie dotknęła. — Czy to również sztuka trudna? Leczy pan ciało?


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Émile Mulciber - 21.07.2026

Pokój rozbrzmiał grzecznym śmiechem, jednym z tych wyćwiczonych specjalnie na takie okazje. Aby tylko gościa nie urazić, aby był on kontent z wizyty. Nie był to śmiech, którym obdarzało się kogoś, do kogo czuło się szczerą sympatię. Czy tak miała wyglądać ich przyszłość – jego i Lydii? Konwenans za konwenansem, kryjąca się pod tym niezręczność. Zawsze bardziej oddzielnie niż razem. Émile słyszał o takich aranżowanych małżeństwach. Bycie ze sobą z obowiązku sprawiało, że ludzie nigdy nie mieli szansy się poznać.

Zresztą każde słowo stanowiło test. To była partia szachów. Wypowiedzi to posunięcia pionów, śmiech to ruch gońca na skos – ryzykowny, ale przemyślany. Królowej nikt nie ruszał. Nie wiadomo do końca, co miałoby nią być.

– Jestem zdania, że nie trzeba być znawcą, by cieszyć się sztuką. To ona powinna zachwycać, a kompetencje do jej rozumienia stanowią jedynie dodatkową przyjemność – rzekł, po czym chwycił za filiżankę i upił odrobinę gorącej herbaty. Nie dał po sobie poznać, że odrobinę poparzył sobie język.

Podziękował matce Lydii i wziął ciastko. Był to herbatnik, który rozkruszał się, gdy tylko się go ugryzło. Anglicy jedli je bez talerzyków, przez co przy gryzieniu Émile musiał trzymać rękę przy brodzie, by nie pozwolić okruszkom opaść na ubranie. Miał nadzieję, że nie uczynił żadnego faux pas.

Gdyby nie Lydia, nie byłoby go tutaj. Nie tylko na Grimmauld Place, lecz w ogóle w Anglii. Jednak rodzina postawiła go przed wyborem: albo zaręczy się z panną Black, albo odnajdą mu w Paryżu pannę na wydaniu. A jako, że kobiety wychodziły tam za mąż bardzo szybko, najpewniej musiałaby to być jakaś dziewczyna tuż po Beauxbatons. Nie chciał robić tego jakiejś nastolatce, która ledwo co wkraczała w dorosłość. Lydia była zaś panną zbliżoną jemu wiekiem, co stanowiło rzadkość. Émile aż dziwił się, że dopiero teraz rodzina postanowiła wydać ją za mąż. Czy również pozwolono jej na rozwinięcie kariery? A może nadopiekuńcza matka nie chciała jej wypuścić swego pisklęcia spod skrzydeł?

Starał się nie oceniać zajęcia przyszłej narzeczonej, okazać pełną powagę. Nigdy jednak nie rozumiał ezoteryki tego typu. Wierzył, że jakby się uprzeć, nawet istnienie magii i objawienia Matki dało się wytłumaczyć jako fenomeny z porządku fizycznego. A te kadzidełka i widzenie przyszłości były może nie szarlatanerią, ale czymś kompletnie niepraktycznym. Sny były skutkiem działania ciała, płynów i impulsów w mózgu, które nasuwały ludziom obrazy przypominające rzeczywistość. Dlatego uśmiechnął się z lekką ironią, gdy kobieta zrównała to hobby z medycyną, najwyższą ze sztuk znanych człowiekowi.

– Każdy medyk leczy ciało, nawet w Lecznicy Dusz – rzekł z uśmiechem. Uważał, że nazwa, którą nadali Anglicy oddziałowi magipsychiatrycznemu była zgoła myląca. – Ale rozumiem pytanie. Specjalizuję się w medycynie ogólnej i pomocy po wypadkach. To dość szeroka dziedzina, bowiem zdarzało mi się prowadzić zarówno ciąże i rehabilitacje ruchowe. Skrótem, jestem osobą, do której idzie się w pierwszej kolejności.


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Lydia Black - 23.07.2026

Królową tej partii pozostawała Ophelia Black. W salonach starych rodów panowano nie siłą, ale obyczajem, a tradycja raz wpuszczona pod dach posiadała tę właściwość, że z pokolenia na pokolenie przemawiała głosem matek. Co więcej, gdy przekazywana jak rodzinne klejnoty, nikt nie zważał na chwilę, w której złote bransolety zamieniły się w kajdany.

Lydia nie potrafiła jeszcze powiedzieć, kim był dla niej siedzący naprzeciw mężczyzna. Kandydatem? Przyszłym małżonkiem? Obcym? Wszystkie te określenia były równie prawdziwe i równie niepełne.
— Interesuje się więc pan sztuką — podsumowała. Jednocześnie chciała wiedzieć więcej. Jak to było posiadać dłonie, które każdego dnia zamykały rany, nastawiały kości i powstrzymywały śmierć przed przekroczeniem progu?
— Och? Posiada pan doświadczenie również w położnictwie? To godne zajęcie — powiedziała Ophelia z uznaniem. — W dobrze prowadzonym domu prędzej czy później okazuje się nieocenione. To pocieszające myśl, Lydio. Każda matka pragnie wiedzieć, że gdy nadejdzie właściwy czas, jej córka znajdzie pod opieką kogoś kompetentnego.
Spojrzenie, jakie skierowała ku córce, trwało zaledwie sekundę. Lydia dopiero po chwili zrozumiała, że matka nie mówiła o medycynie, a… o niej. O jej łonie, którego jeszcze nikt nie dotknął, a które już należało do przyszłych pokoleń. O dzieciach nienarodzonych, ale od dawna obecnych w planach. Nie zachwycała jej sama sztuka leczenia, raczej użyteczność.

No tak, dla kobiet pokroju Ophelii Black ludzkie talenty nigdy nie były cnotami samymi w sobie, ponieważ to nazwiska splatały się ze sobą niczym żyły pod cienką skórą świata, niosąc dalej tę samą krew, powinności i grzechy. Człowiek mógł umrzeć, jednakże linia nie miała do tego prawa. Jej obowiązkiem było trwać nawet jeśli wymagało to zszywania ze sobą obcych istnień równie starannie jak uzdrowiciel zszywał rozdarte ciało.

Nikt nie pytał, czy pragnęła zostać matką. Pytano jedynie, czy będzie dobrą matką. Nikt nie zastanawiał się, czy chciała dzielić życie z mężczyzną siedzącym naprzeciw. Wystarczało, że jego nazwisko było właściwe, krew nieskalana, a zawód użyteczny. Jak niewiele pozostawało miejsca dla samej Lydii.
— Nie widzę w tym nic niestosownego — odezwała się spokojnie jej matka. — Każdy dobrze urodzony czarodziej posiada obowiązki wobec nazwiska, które nosi oraz wobec nazwiska, które pewnego dnia przekaże swoim dzieciom. Roztropność nakazuje myśleć o tych sprawach zawczasu. Nie zgodzi się pan ze mną… monsieur? — wezwała go do złożenia deklaracji.


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Émile Mulciber - 27.07.2026

– Ja niekoniecznie, a jednak posiadanie ojca artysty nauczyło mnie tego i owego – odpowiedział grzecznie. Nie był dyletantem, o nie, ale wiedział, że ani płótno, ani tworzywo zupełnie go nie słuchały. Jednak to ciało stanowiło dla niego materiał dla sztuki. Jakkolwiek makabrycznie by to nie brzmiało, zmiany własnego wyglądu, modelowanie rysów twarzy, sylwetki, ale i wykonywanie operacji chirurgicznych, wszystko to wymagało wrażliwości na piękno godnej prawdziwego rzeźbiarza. Po prostu materia nie mogła być martwa.

Pytanie Ophelii Black, tak spokojnie zadane, zbiło go z tropu. Wiedział, że spłodzenie potomka lub potomkini było jego obowiązkiem. A jednak on miał w tym wypadku o wiele łatwiejsze zadanie. Wręcz ordynarnie proste, niewymagające nic poza zwykłą reakcją ciała. Czy był jednak gotów, by z ciałem Lydii, tak krucho wyglądającym, uczynić coś tak diametralnie transformującego? Wiedział przecież jak przebiegały ciąże, ile zmian czyniły w kobiecym ciele. Jaką krzywdę mogły wyrządzić. Posłał spojrzenie Lydii. Pierwsze prawdziwie szczere. Przepraszające.

– Oczywiście, pani Black. Aczkolwiek nie należy wyprzedzać faktów, bowiem zagadnienie rodzicielstwa, w szanującej się rodzinie pojawia się dopiero po ślubie – rzekł spokojnie. – Aby jednak uciąć wszystkie wątpliwości i udowodnić, że bynmajmniej nie unikam tematu, mogę powiedzieć, że oczywiście nie mam problemów z płodnością. A i mademoiselle Lydii, w każdym przypadku będę w stanie zapewnić odpowiednią opiekę medyczną. I każdą inną. Jak pewnie panie wiedzą, ojciec przekazał mi sporą posiadłość pod Cork. Jest to przepiękna okolica. A jeśli mademoiselle to zainteresuje, nieopodal znajdują się miejsca kultu, wielkie kamienne kręgi ukryte w lesie. Pamiętają o nich jedynie miejscowi. Gdyby panienka chciała, moglibyśmy wybrać się tam kiedyś na spacer.

Bez matki – mówiło jego spojrzenie skoncentrowane jedynie na młodszej z kobiet. Nie chodziło o nic zdrożnego, a o pozbycie się na chwilę towarzystwa kobiety, która – jak łatwo było zauważyć, również po niciach – do córki nie żywiła krzty szacunku.


RE: [5.08.1972, Émile & Lydia] Ce qui fait la nuit - Lydia Black - 28.07.2026

Lydia siedziała nieruchomo przez całą wymianę zdań pomiędzy matką a mężczyzną. Córka rodu. Przyszła żona. Ozdoba nazwiska, które istniało już długo przed nią i miało przetrwać długo po tym, gdy jej własny głos kiedyś ucichnie. Przez moment nie potrafiła odczytać jego spojrzenia, kiedy powróciło ku niej. Nie była pewna, czy widziała w nim troskę. W związku z tym, słuchała jednym uchem, jak mówił o obowiązkach, przyszłości.

Pomyślała o krukach ze swoich snów. Czy brak cienia oznaczał przekleństwo? Czy istota pozbawiona tego ciężaru należała jeszcze do świata, który ją stworzył?

Poczuła ukłucie irytacji, gdy temat płodności znów powrócił. Ophelia natomiast zdawała się być w pełni usatysfakcjonowana odpowiedzią. Przyszłość kobiety zawsze mierzono liczbą dzieci, które miała wydać na świat. Do podobnych uwag ze strony matki zdążyła już przywyknąć, jednak wypowiedziane przez Émile’a zabrzmiały inaczej.

Być może dlatego, że był uzdrowicielem i dla niego były to jedynie słowa należące do języka nauki — pozbawione romantycznych uniesień, a jednocześnie pozbawione intencji, którą Lydia odruchowo próbowała w nich odnaleźć.

Ta myśl nie przyniosła jej całkowitego spokoju. Po chwili zrozumiała.

Och. Czy właśnie dlatego na nią spojrzał?

— Chętnie zobaczyłabym je kiedyś na własne oczy — odpowiedziała, kiedy nagła odrobina prawdziwego zainteresowania prześlizgnęła się przez żelazną kurtynę konwenansu. Jednocześnie było to słowa najbliższe prośbie, na jaką mogła sobie pozwolić. Matko, czy to wystarczy?, pomyślała.
— Zobaczymy, co powie na to Corvus, ale wstępnie nie widzę przeszkód.
Matka była pierwszym bóstwem, przed którym kobieta nauczyła się klękać. Mówiono, że te były pierwszym domem człowieka, pierwszym głosem, światłem, pod którym dziecko uczyło się istnieć, ale nie wszystkie boginie były łaskawe. Niektóre wymagały ofiar, a jeszcze inne żądały posłuszeństwa.

Ophelia Black była właśnie takim bóstwem. Jeżeli kochała, czyniła to w języku obowiązku tak surowym, że z czasem niemożliwym stało się odróżnienie troski od okrucieństwa. Lydia dawno przestała pragnąć jej zachwytu. Wystarczało jej, że nie zasługiwała na rozczarowanie.