Secrets of London
[listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles (/showthread.php?tid=6196)



[listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Helloise Rowle - 09.07.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XfjnmIH.png[/inny avek]

Nastał czas ciemności


Helloise & Lydia


[Obrazek: imgproxy.php?id=EtwjakK.png]

Helloise kończyła układać w wazonach wokół ołtarza ostatnie tuberozy o woni słodkiej i kremowej, które miały nadchodzącego tygodnia zdobić Whitecroft. Kilka z tych kwiatów, które nosiły skazę urągającą boskiej godności, kobieta zabrała i złożyła na swoich kolanach, usiadłszy na zimnych, kamiennych schodach prowadzących do rytualnego stołu. Odnalazła wzrokiem Lydię towarzyszącą jej tego dnia w przygotowywaniu świątyni do nabożeństw dnia następnego, po czym sięgnęła po leżący na stopniu tom, który wcześniej tam zostawiła.
— Przeczytam ci z Księgi Objawień — zaproponowała, a jej głos poniósł się echem po pustej nawie.
Przez witrażowe okna światło chylącego się dnia padało kolorowymi refleksami na jej twarz i złoty warkocz, gdy siedziała pod marmurowym ołtarzem, nad którym górowała monumentalna figura Bogini o trzech obliczach. Odwiedzających kowen otulał przepełniający świątynne wnętrza zapach kadzidła i woń gaszonych świec. Zwieńczone kołyską sklepień ściany przesyciły wiarą wieki ufnych błagań, dzięków i chóralnej pieśni. Zdawało się, że dalekie ich echa brzmiące w główniej nawie usłyszeć może każdy, nie tylko widmowidzowie. W tym miejscu Bogini wnikała w człowieka, nawet gdy ten nie oddawał się akurat modłom.
— Rzecz działa się za procesów czarownic, początkiem wieku siedemnastego, na Północy Irlandii, w Islandmagee — zaczęła odczytywać Helloise głosem niskim, snującym się uroczyście między kobietami. Zielonkawym palcem wiedźma śledziła płynnie kolejne wersy: — Zamordowaną sierotę mugolską okaleczoną w sposób rytualny znaleziono podrzuconą na podwórze domu jednej z mieszkających w Islandmagee czarownic. W odwecie za domniemaną zbrodnię grupa podburzonych mugoli wtargnęła do sanktuarium poświęconego Bogini Matce, gdy modliło się tam osiem panien krwi czystej. Spośród nich dwie były kapłankami. W chwilę przed tym, jak tłum przekroczył próg sanktuarium, lektorka odczytywała wspomnienia zmarłych. A była ona Widzącą i wśród głoszonych wspominków wymieniła bezwiednie zdanie: Na pamiątkę ośmiu z Islandmagee, współtowarzyszek w męczeństwie. Mugole zawiązali pętle na córki czarodziejskich rodów. Powieszono je i obrzucono kamieniami. Pobożne panny umierały przy ołtarzu. W momencie swojej śmierci śpiewały Pozdrowienie Matki.
Helloise z cichym szelestem sukni założyła nogę na nogę. Kwiaty tuberozy zsunęły się z jej kolan. Przewróciła stronę i podjęła przerwaną opowieść:
— Ten, który owego dnia przewodził mugolom, był adoratorem jednej z panien. Zaloty młodzieńca odrzucono. On to podłożył zwłoki dziecięce przy jej domu, i on podburzył tłum. W dzień po kaźni, gdy czerpał ze studni, podeszła do niego młoda dziewica przecudownej urody. Pozdrowiła go i poprosiła, aby dał jej pić. Gdy pochylił się nad studnią, pierwszy raz ujrzał śmierć. Wodę w Islandmagee zajęła zaraza. Następnego dnia, a była to pora żniw, młodzieniec pracował w polu jęczmienia należącym do swego ojca, gdy podeszła do niego brzemienna kobieta. Pozdrowiła go, lecz wtem jego rozpędzona kosa raniła jej nogę. Odeszła więc, a jego pole zrosiła jej krew. Gdy mężczyzna zbierał ojcowski plon, ziarno czerniało i kruszało w jego rękach. Drugi raz ujrzał wówczas śmierć. Tego roku w Islandmagee panował głód. Na trzeci dzień pochowano stracone czarownice. Gdy wszyscy żałobnicy się oddalili, młodzieniec udał się na świeże groby. Tam między mogiłami siedziała odrażająca starucha. Nie ozwała się do niego jednym słowem, gdyż za jej plecami lamentowała bean-sidhe. I wiedział, że pozdrowiła już jego towarzyszy.
Helloise zamknęła księgę i złożyła dłoń na okładce. Oto objawienie obiecujące sprawiedliwość.
— Wiedziałaś, że nóż z kosy tego mugola jest trzymany w podziemiach Whitecroft? — zapytała czarownica, a jej głos znów był zwyczajny: leniwy i swobodny. Z jej twarzy zniknęła skupiona powaga. — Ciemni się. — Spojrzała na witrażowe okna, za którymi w międzyczasie zgasł dzień. Ostatnie wersy odczytała już z trudem. — Powinnyśmy pozapalać ogień, jeśli mamy tu jeszcze siedzieć. — Odwróciła się na drewniane kandelabry, w których czekały smukłe świece.


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Lydia Black - 11.07.2026

Lydia siedziała na klęczkach przy przy bocznej, kamiennej ławie, przy której rozłożyła narzędzia, porcelanowe naczynia oraz drobne zawiniątka suszonych ziół. Trzymała w dłoni niewielką srebrną łopatkę celem wydobycia z czarek zalegającą warstwę spalonej ziemi, popiołu oraz zwęglonych resztek kadzidła. Były świadectwem minionych tygodni modlitwy. Wszystko to kobieta przesypywała do worka uszytego z grubego płótna.

Zawahała się, kiedy z ust Helloise padły słowa o pannach z Islandmagee. W umyśle ukazało się jej osiem linii cienkich niczym włókna pajęczyny rozpiętej w porannym słońcu. Każda biegła własnym biegiem aż wszystkie przecięte zostały przez jeden gruby, czarny splot, przypominający sznur kata. Spośród ośmiu nici dwie jaśniały światłem odmiennym od pozostałych. Lydia poznała je bez najmniejszego wysiłku.

Z kolei gdy jej towarzyszka mówiła o młodzieńcu i trzech odwiedzinach tajemniczej kobiety, widziała, że każde pozdrowienie stanowiło hak, na którym zawisał kolejny wybór, a wraz z nim ciężar wszystkich jego przyszłych następstw. Rozpościerała się więc niewidzialna sieć przyczyn i skutków, jakiej żaden śmiertelnik nie zdołałby zerwać. Każdy węzeł był decyzją. Każda nić konsekwencją.
— Nie. Powinnyśmy go obejrzeć — przyznała. — Myślisz, że pamięta jego dłoń?
Czy ostrze zachowało wspomnienie tego lata, podczas którego przelano niewinną krew? Czy metal zdolny był nosić w sobie wstyd skoro człowiek tak często okazywało się go pozbawiony? Czy któraś z nich odwróciła się ku ucieczce?
— Gardzę nimi, Helloise — nawet pogarda w ustach Lydii zabrzmiała bardziej jak smutek niż gniew. — Od zarania dziejów wznoszą ołtarze własnej pysze, a potem dziwią się, że po ich stopniach nie spływa nic prócz krwi. Wierzą, że mogą posiąść to, czego nigdy nie zdołają pojąć. Kobietę. Boginię. Magię. A kiedy spotykają się z odmową, nazywają ją zniewagą i czynią z niej usprawiedliwienie dla okrucieństwa.
Przytoczona przez Helę historia potwierdzała jej słowa. Stosy, procesy, świętokradcze profanacje dawnych miejsc kultu oraz niezliczone prześladowania były nieuchronnym owocem niewiedzy. Tam gdzie czarodziej rozpoznawał cud, człowiek pozbawiony daru dostrzegał bluźnierstwo. Tam gdzie kapłanka składała modlitwę, tłum domagał się egzekucji.
— Musiały wiedzieć, że umrą. Chciałabym wierzyć, że Matka odebrała im cierpienie zanim zrobiła to z ich ostatnim oddechem. Czy odczytywałaś kiedyś układ gwiazd nad Islandmagee? Niejednokrotnie zastanawiałam się, czy niebo tamtej nocy nosiło już zapis ich przeznaczenia i czy konstelacje nie opowiedziałyby nam dziś tego, czego kroniki nigdy nie zdołały zachować… — kobiecina urwała swoje rozważania, gdy cień dawnego bólu albo współczucia tak głębokiego, że z trudem dawało się odróżnić jedno od drugiego, przemknął przez jej oblicze. Zaraz jednak ustąpił miejsce powściągliwości. — Nie jest to teraz istotne. Masz rację, zapalmy ogień. Czy pomożesz mi później przestawić misy z popiołem na jutro?
[inny avek]https://i.ibb.co/V0RnFCp7/662-E6990-121-A-4-ACD-9-C57-C717-D35-B5-D67.jpg[/inny avek]


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Helloise Rowle - 23.07.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XfjnmIH.png[/inny avek]— Wydaje mi się, że może być trzymany pod kluczem. Nie szkodzi jednak zejść do piwnic i się o tym przekonać. — Helloise nie miała pewności, czy pomieszczenia, w których przechowywano artefakty, były na co dzień otwarte. Jeśli schodziła tam dotychczas, to zawsze w towarzystwie kapłanów. — Chciałabym wierzyć, że pamięta… — Pokrzepiająca była świadomość, że pamięć wydarzeń tak ważnych nie znikała wraz z przemijającymi ludzkimi świadkami historii, lecz trwała w przedmiotach i mogła zostać w każdej chwili przywołana, przestudiowana na nowo. — Lecz to pytanie, na które odpowiedzi powinien szukać widmowidzący, nie ja.
Niechęć Helloise do mugoli nie była tą samą smutną pogardą, jaką odczuwała Lydia. Przekonania czarownicy były złowieszczo spokojne. Wiedziała, że nadejdzie kara. Prędzej czy później zuchwałość mugolska spotka swoje konsekwencje. Aby upadli, nie trzeba było im pomagać. Uzasadniony był jednakże gniew skierowany w ich stronę, ponieważ tysiące gatunków roślin i istot żywych próbowali przy tym uczynić towarzyszami swego upadku. Każdego dnia ich konstrukcje bluźniercze — fabryki, kominy, kopalnie — erodowały ekosystemy, lecz nie Matka Natura zginie, ponieważ życie na ziemi odrodzi się zawsze. Nie bogom czynili mugole krzywdę, lecz sobie i tym, którzy żyli obok nich — magom, ich dzieciom, ich wnukom.
Nie dziwiło, że znajdowali się wśród czarodziejów tacy, którzy brali sobie za cel stłamsić to, co mugolskie.
— Nie zamartwiaj się tym — uspokoiła Lydię Helloise. — Starczy, że zostawimy ich samych sobie, a nadejdzie czas, gdy Matka rozliczy rodzaj mugolski z każdego grzechu, jaki wobec jej dzieła kiedykolwiek popełnił. — Jednego tylko obawiała się wiedźma spod lasu: że być może nie za jej życia sprawiedliwości stanie się zadość. — Gdyby tylko nasi bracia chętniej brali na sztandary przywrócenie właściwego porządku — westchnęła. — Tymczasem jeśli odzywa się ktoś przeciw mugolom, robi to, mając zupełnie co innego na celu. Słyszałaś o tym człowieku, który się przed kilku dniami sam obwołał władcą? — Zaśmiała się cicho z politowaniem.
Nie dowierzała samozwańcom. Jakże prędko potrafili upadać tacy ludzie. Idea monarchii nigdy nie pociągała Helloise. Człowiek nazbyt ułomną był istotą, aby w rękach jednego miała skupić się wszelka władza. Kult jednostki należał do praw boskich, nie człowieczych.
Helloise wstała i podeszła do ołtarza, aby pierwszą świecę odpalić od iskry skrzesanej ze swojej różdżki. Gdy płomień ustabilizował się, odpaliła od świecy kolejną świecę i wyjęła ją z kandelabru, pogrążona w rozmyślaniach nad końcem kobiet z Islandmagee. Zaakceptowanie ich cierpienia przyszło jej łatwo i nie czuła potrzeby przepisywania historii. Bez bólu nie byłaby ona kompletną.
— Nie sądzę. Gdyby miały odejść lekko, czy by im wieszczono męczeństwo? — zapytała, powracając do początku opowieści, kiedy to jasnowidząca kapłanka obwieściła towarzyszkom, że zostaną umęczone. — Ja czytać niebo? Skądże. Gdy patrzę w gwiazdy, widzę tylko ich piękno. — Helloise skinieniem ręki zachęciła Lydię, żeby podeszła bliżej. — Potrzebuję ciebie, żebyś opowiadała mi, o czym ze sobą mówią. — Uśmiechała się tajemniczo, gdy, patrząc przyjaciółce w oczy, przekazała w jej ręce jedną z dwóch świec, po czym niespiesznie zaczęła obchodzić ołtarz, nosząc ogień z jednej świecy na drugą. — Oczywiście, że ci pomogę. W czym nie zdołam pomóc ja, w tym nam pomoże magia. — Jakimż błogosławieństwem było urodzić się magiem.


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Lydia Black - 24.07.2026

[inny avek]https://i.ibb.co/V0RnFCp7/662-E6990-121-A-4-ACD-9-C57-C717-D35-B5-D67.jpg[/inny avek]
— Wiem, gdzie przechowują wszystkie klucze — zagaiła. Lydia należała do wspólnoty od dawna. Uczestniczyła w obrzędach, znała porządek nabożeństw. Nie było to jednak wystarczające, ponieważ coraz częściej myśl o ścieżce kapłańskiej nawiedzała ją podczas modlitwy. — Musiałby to być ktoś, komu umarłe zechciałyby jeszcze raz opowiedzieć swoją historię. Znasz kogoś zaufanego?
Krzywda wyrządzana kobietom była jedyną rzeczą zdolną zachwiać spokojem jej wiary. Ta powstawała z każdej spalonej kobiety, kapłanki ciągniętej za włosy ku szubienicy, dziewczynki nauczonej bać się własnego daru. Co więcej, dokładała kolejną cegiełkę do muru niechęci, który wznosiła Lydia w sobie wobec świata mugoli. Czy Matka potrafiłaby wybaczyć stworzeniu pogardę wobec innego stworzenia? Czy miłość do Jej dzieła mogła współistnieć z odrazą wobec tych, którzy bez końca je kaleczyli?
— Skąd ta pewność? Może trzeba im pomóc — powiedziała, a jednocześnie wewnątrz siebie toczyła cichy spór z własnym sumieniem, jako że słyszała już o lordzie Voldemorcie. Wieść rozeszła się szybko, przenoszona przez gazety, plotki… Człowiek obiecujący nowy porządek.

Kobieta pokiwała głową, dostrzegając pobłażliwy uśmiech, który przemknął przez śliczną twarz Helloise. Nie potrafiła mieć jej tego za złe. Samej Lydii z jakiegoś powodu wszyscy mężczyźni jawili się jako skazani na niepowodzenie.
— Być może ma rację w tym, że nasz świat potrzebuje przemiany, ale nie ufam człowiekowi, który sam siebie koronuje. Czy powinnam rozłożyć dla niego karty? Gdybym znała godzinę jego narodzin, mogłabym odczytać niebo, pod którym przyszedł na świat — odpowiedziała wróżka. Przecież magia stanowiła jedynie odbicie łaski Matki, a czarodzieje nie zostali wyniesieni ponad innych po to, aby panować. Powierzono im brzemię czuwania nad harmonią, której większość śmiertelników nigdy nawet nie przeczuwało. Black uważała natomiast, że oba światy nigdy nie powinny były istnieć zbyt blisko siebie. Mugole byli zdolni zniszczyć wszystko, czego nie rozumieli, a historia wystarczająco wiele razy dowiodła, że strach bywał najsilniejszy.

Lydia podniosła się powoli z klęczek. Zawiązała jeszcze płótno z popiołem, otrzepała dłonie z pyłu i wygładziła fałdy ciemnej sukni. Matka nalegała, aby włożyła właśnie tę, a przestrzegała, że zabrudzi kosztowny materiał. Cóż znaczyła tkanina wobec rzeczy świętych?

Następnie potuptała do kobiety, a gdy tamta podała jej świecę, płomień zadrżał. Wyczuł bliskość dwóch oddechów. Czy ciepło, które poczuła, należało do wosku i ognia, czy do skóry Heli? Raz jeszcze pomyślała o ośmiu kobietach z Islandmagee.
— Nie lękałabym się śmierci równie gorzko, gdyby przyszło mi spotkać ją u twego boku — płomień zatańczył niespokojnie, kiedy ich dłonie minęły się na krótką chwilę. — Chciałabym żebyś była ostatnią osobą, którą zobaczę — fiołkowe oczy zabłyszczały z rozbawieniem. — Tylko do tego jestem ci potrzebna? — uśmiechnęła się, obracając świecę między smukłymi palcami. Ciepły blask zatańczył na jej twarzy. — Jeśli tylko zechcesz, pokażę ci, jak odnaleźć Drogę Mleczną… albo och! Wyjaśnię ci dlaczego niektóre światła, które widzimy, zgasły na długo przed naszym narodzeniem. Nauczę cię odczytywać ich układy — przeniosła wzrok ku ciemniejącym witrażom. — Nie ma nic piękniejszego od bezchmurnej nocy. Znam mało miejsc, z których mogłabym je zobaczyć bez sztucznych świateł.


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Helloise Rowle - 29.07.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XfjnmIH.png[/inny avek]— Znam kogoś. — Myślała o znajomych widmowidzach i mediach, a pierwszym, który jej przyszedł do głowy, był Othello Fawley. — Nie powiedziałabym, że w pełni mu ufam, lecz być może nie trzeba takiego seansu organizować potajemnie za plecami Macmillanów — zauważyła, gdy Lydia wspomniała, że wiedziałaby, skąd wykraść klucze do kowenowych piwnic.
Arcykapłani w naukach głoszonych w Whitecroft nie rozpoznawali różnicy między dobrem a złem, a więc i Bogini w ich interpretacjach nie oczekiwała, że wszystkie gatunki zasiedlające ziemię będą się nawzajem miłować. Helloise wierzyła w zło, lecz było ono w jej filozofii czystą ideą, nie zaś czymś, co potrafiłaby wskazać w świecie. W boskim dziele funkcjonowała bowiem od zarania dziejów rywalizacja gatunków. Walka i wojna wpisane były w naturę nie tylko człowieka, ale i większości żywych istot. O przemocy między plemionami traktowały najstarsze legendy. Wszystkie heroiny przetrwałe w pamięci zbiorowej wielkich kultur magicznych, jak ich rodzima Morgana le Fay czy wschodnia Baba Jaga, były morderczyniami. Również mugole sławili morderców: Artura, Odysa, Herkulesa. Im bardziej jednak posuwała się naprzód historia, tym bardziej rozpleniała się w człowieku choroba pętająca jego siły: sumienie. Oto, czego Bogini nie ujęła w pierwotnym obrazie boskiego stworzenia, a człowiek dopiero wynalazł.
— Nie zatrzymam nikogo, kto uzna, że mugoli zwalczy. — Byłoby bowiem to zwalczenie pożytkiem dla ogółu, również dla samych mugoli, którzy przez wieki zapomnieli pokory. — Sama jednak mam wystarczająco własnych zajęć, żebym się jeszcze miała rwać do wspierania pogromów. — Machnęła ręką, oddalając od siebie ten pomysł.
Helloise brakowało sił, brakowało motywacji. Panowała nad swoim zakątkiem i porządkowała sprawy wokół lasu, lecz wyjść poza nie…? Wyjść nie ciałem nawet, a samą tylko myślą, to już czasem było dla niej za wiele zachodu. Jej myśli szybowały wysoko wyłącznie w opiumowych uniesieniach. Gdy trzeźwiała, jej umysł wydawał się ospały i niechętny do wkraczania na nieznane terytoria. Czasem ktoś opowiadał czarownicy, co działo się w świecie polityki, lecz opornie przychodziło jej skrzesanie w sobie zainteresowania bieżącymi wydarzeniami. Zmienić się to miało dopiero, gdy skutki rebelii Voldemorta zawitają do świętego gaju będącego jej ostoją.
— I słusznie. On nie reprezentuje naszych spraw, to i dlaczego byśmy miały za nim iść do walki? Dlaczego mamy wspierać kogoś, kto obiecuje, że po wieczność będziemy jego sługami? — Niewypowiedzenie wstrętna była jej idea oddania się na służbę jakiemukolwiek ludzkiemu panu. To, że Manifest Czarnego Pana wymieniał jako sługów konkretnie mugoli, nie potrafiło zamaskować w oczach Helloise faktu, że Voldemort i tylko Voldemort miał być w tym porządku władcą. — Och, zapytaj kart — ożywiła się czarownica, bo żaden odczyt dywinacyjny o Voldemorcie jeszcze do niej nie trafił. — Skąd weźmiemy jego urodzenie? Ktokolwiek wie, kim on jest? Żaden ród chyba się jeszcze do niego nie przyznał. — Zmarszczyła lekko brwi, patrząc na Black, która więcej z nich dwóch obracała się w świecie.
Żadna odpowiedź na pytanie, w jakich relacjach mugole winni żyć z czarodziejami, nigdy w pełni nie usatysfakcjonowała Helloise. Drażniła ją histeria wokół Kodeksu Tajności i zdecydowanie nie była jego zwolenniczką. Voldemortowska idea uczynienia nie-magów poddanymi zdawała się z dwojga złego lepszą, lecz i ona nie budziła w czarownicy szczególnego entuzjazmu.

Helloise wiedziała, że Lydia żartuje, siebie stawiając na miejscu wymordowanych, lecz mimowolnie przejął ją obraz fiołkowych oczu zasnuwających się mgłą. Jeśli Lydia chciałaby właśnie Helloise widzieć tuż przed śmiercią, to znaczyło, że Helloise miałaby na jej śmierć patrzeć.
Czarownica osłoniła dłonią płomień świecy w dłoni Black, gdy zadrżał między ich oddechami.
— Nie mów tak — skarciła ją surowo, próbując osnuć tę naganę w łagodność, aby nie wybrzmiała zbyt ostro. — Nie mów tak. Nie pozwoliłabym ci przecież iść. — Z bliska patrzyła jej dłuższą chwilę w oczy i Lydia mogła w nich widzieć, że wiedźma nie żartuje.
Ta przyciężkawa myśl o śmierci Lydii została z czarownicą, gdy odsunęła się od wróżbitki, aby pozapalać kolejne świece. Helloise nie były obce sekrety manipulowania cudzymi energiami przez swoją magię. Wiedziała, jak wydzielić z istot życie. Jak wydzielić życie z siebie. Jak przelewać je z rozmysłem między naczyniami — i że nic w tej sztuce nie przypominało spokojnego chlupotu rozlewanej do kielichów wody, ponieważ każdy najmniejszy akt odebrania sił życiowych był zadaniem bolesnego gwałtu.
Niektórzy odżegnywali się od nekromancji. Śmierć nazywali wyrokiem boskim i przekonywali, aby go człowiek nie odwoływał. Jeśli jednak wyrokiem boskim było dozwolenie, aby człowiek człowiekowi zadawał śmiertelną ranę, to czym ów wyrok różnił się od wyroku, którym Bogini nadała Helloise i innym nekromantom moc władania życiowymi energiami. Nie było potężniejszej magii: w przeciwieństwie do kształtowań, transmutacji czy uroków, efektów nekromancji nie sposób było rozproszyć. Czarodziej jako jedyna z ziemskich istot otrzymał władztwo nad życiem i śmiercią w tak bezpośredniej, czystej formie. Helloise nie zamierzała odtrącać przyznanego jej z boskiego nadania prawa do rozporządzania istnieniami. Była to jedyna z dziedzin magii, które zgłębiała z ponadprzeciętnym zaangażowaniem.
— Nie tylko do tego. — Rozchmurzyła się, usłyszawszy kolejną zaczepkę panny Black. Uśmiechnęła się do niej zza rzędu migotliwych płomyków, słuchając, ile kobieta mogła jej nauczyć. Ognia płonęło już wystarczająco, aby czarownice mogły widzieć się w ciemnościach głównej nawy, Helloise więc na powrót zbliżyła się do Black. Obeszła jej drobną sylwetkę, aby stanąć za plecami Lydii, złożyć dłonie na jej ramionach i nachylić się nad jej uchem, wdychając dobrze znaną woń hebanowych włosów wróżbitki. — Znasz jedno miejsce — wymruczała. — Nie jest wystarczające? Czy niebo północne nie jest wszędzie tym samym? Wiesz, że zawsze przyjmę cię u siebie. — Do samej chaty na kurzej nóżce nie docierały niemal żadne światła Doliny. A był to dopiero przedsionek miejsca, które Helloise nazywała domem. — Poprowadzę cię tak głęboko w ciemności Kniei, jak będziesz potrzebowała. Tak daleko od ludzi, jak będziesz potrzebowała. A potem zabiorę cię ponad wierzchołki najwyższych drzew, żeby nic nie przesłoniło ci widoku. Nie boisz się wysokości, prawda? — zapytała, nawijając na palec czarny kosmyk.


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Lydia Black - 18.08.2026

Mu… A więc jednak był to mężczyzna. Nie należało wprawdzie sądzić, iż Lydia żywiła wobec całego rodzaju męskiego osobistą urazę — przynajmniej nie na tyle a żeby to odmawiać im wszelkich zalet, ale sam fakt, że to właśnie jeden z nich miał zająć się sprawą, odebrał jej nieco wcześniejszego entuzjazmu. Nie ufała im w kwestiach wymagających szczególnej delikatności. Według Black zbyt często wychodzili z założenia, że skoro potrafili coś zrobić, to z pewnością potrafili zrobić to dobrze. Zawsze pozostawało po nich więcej szkód niż pożytku…
— Należałoby się z nim skontaktować. Poruszę ten temat z arcykapłanką — odpowiedziała, godząc się z Helloise bez szczególnego zachwytu nad perspektywą powierzenia sprawy mężczyźnie.

Władza od zawsze przyciągała tych, którzy utrzymywali, że pragnęli jej wyłącznie dla dobra innych. Była to najstarsza ze sztuczek. Człowiek najłatwiej przekonywał cudze serca wtedy, gdy najpierw zdołał przekonać własne, że jego ambicja nie była ambicją, lecz obowiązkiem.
— Nie wiem, czy ten człowiek jest odpowiedzią na nasze lęki, czy raczej kolejnym ich objawem — westchnęła. Historia znała przecież wielu takich, którzy obiecywali przywrócić porządek, a po sobie pozostawili jedynie ruiny. Wracały więc do punktu wyjścia. — Rozumiem dlaczego niektórzy chcą go słuchać. Strach czyni człowieka podatnym na obietnice.
Przeniosła spojrzenie na Helloise.
— Zgadza się, nikt jeszcze się do niego nie przyznał. Nie znamy jego prawdziwego nazwiska, pochodzenia ani nawet tego, pod jakim niebem przyszedł na świat. Pozostają nam więc domysły — zaraz jednak mina Lydii zmieniła się. Uświadomiła sobie, gdzie właściwie prowadziła tę rozmowę. Rozejrzała się po wnętrzu świątyni. — Ale nie tutaj — nie chciała rozmyślać o mężczyznach w kowencie. Nie przy Matce. I na miłość Bogini, z pewnością nie przy Heli. — Tutaj powinnyśmy mówić o rzeczach, które mają znaczenie.

Lydia odwróciła się ponownie ku ołtarzowi. Płomień świecy rozjaśnił jej profil.
— Zostawmy samozwańczych królów ich koronom. Jeśli rzeczywiście zasługują na to, aby przetrwać w historii, historia sama o nich nie zapomni — pamięć była bardzo ważna dla Lydii. Człowiek mógł zapomnieć. Kronikarz mógł przemilczeć. Władca mógł spalić księgi i rozkazać, aby pewnych imion nigdy więcej nie wymawiano, a magia… magia nie była tak posłuszna. W związku z tym, skoro Matka pozwoliła im posiadać ten dar, byłoby doprawdy nieuprzejme z ich strony z niego nie skorzystać.

Przesunęła spojrzeniem po ołtarzu, czarnych świecach i cieniach tańczących na ścianach, kiedy dłonie Helloise spoczęły na jej ramionach. Ciepło przenikające przez cienką materię sukni było kojące zwłaszcza w chłodzie kamiennej świątyni. Oddech Heli musnął jej ucho, a woń jej włosów napełniła płuca Lydii. Blackówna pozwoliła sobie zapomnieć o całym świecie, o tym, co wypadało, a czego nie wypadało, o granicach, które kobieta o jej wychowaniu znała przecież równie dobrze jak pacierz.
— Nie potrzeba mi więcej niż jednego miejsca, jeśli tylko okaże się właściwe — powiedziała. Jej fiołkowe oczy pozostały przez chwilę utkwione w obliczu Bogini. — Być może to nawet lepiej. Chciałabym choć raz spojrzeć w niebo i nie oczekiwać od niego odpowiedzi. Chciałabym po prostu pozwolić sobie pomyśleć, że są piękne… Zabierz mnie więc. Jednakże byłoby doprawdy nader niezręcznie, gdyby kobieta, która zgodziła się zaufać ci na tyle, aby udać się z tobą w sam środek Kniei, miała następnie zakończyć wieczór u podnóża drzewa z połamanym karkiem. Zatem moja droga Helo, jeżeli zamierzasz uczynić ze mnie swoją towarzyszkę, oczekuję od ciebie, że nie pozwolisz mi spaść.
[inny avek]https://i.ibb.co/V0RnFCp7/662-E6990-121-A-4-ACD-9-C57-C717-D35-B5-D67.jpg[/inny avek]


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Helloise Rowle - 30.09.2026

Voldemort nie należał do tych, którzy by się kryli z tym, że ich pociąg do władzy napędzany jest własną ambicją; nie utrzymywał, że zależy mu wyłącznie na naprawieniu świata. Wręcz przeciwnie: trudno było oprzeć się wrażeniu, że zaprezentowany w Manifeście nowy porządek społeczeństwa jest jedynie ubocznym elementem jego planu. Nieśmiertelny władca — tak siebie obwołał. Pan. Czarny Pan.
— Owszem, strach — powoli powtórzyła za Lydią Helloise. — A to tylko jedna z dróg, jakimi ludzie będą ku niemu ściągać.
Różni czarodzieje za Voldemortem podążali i różni mieli podążyć. Byli tchórze, których wymieniła Black, lecz byli i oportuniści, desperaci, ludzie przyparci do muru. Ludzie lojalni swoim domom, ludzie naiwni, ludzie ulegli, ludzie żądni władzy i mocy. Ludzie okrutni, dla których maska Śmierciożercy będzie wygodnym pretekstem do czynienia przemocy: mordercy, gwałciciele, czarnoksiężnicy.
Żadna z tych dróg nie była drogą godną podziwu i szacunku, choć dla niektórych z nich można było znaleźć usprawiedliwienie. Lojalność rodzinie. Czyż nie od tego miała się zacząć droga Helloise? Od wspierania Seisylla naznaczonego mrocznym znakiem? Od Leviathana, który zaprowadzi ją w sam środek narady Śmierciożerców podczas Spalonej Nocy?
I zamkną się drogi odwrotu.
Tamtego dnia w świątyni czarownica mogła sobie jednakże pozwolić na radykalne potępienie. Jej sumienie było czyste, duch silny i przesycony idealizmem.
— On może nie mieć znaczenia dla rzeczy boskich, byłoby to bluźnierstwo sądzić inaczej, lecz dla ludzi… — Trudno było tego człowieka przeoczyć. — Człowiek bezimienny, pojawiający się znikąd, a zdobywający tak szeroki posłuch… — Pod pewnymi względami Helloise miała respekt dla siły, którą Voldemort zademonstrował. Nie wspierał się na żadnej rodowej potędze. Zdecydował się sięgnąć po władzę we własnym imieniu. — Wielkie to będzie przedstawienie, patrzeć jak upada — zaśmiała się brzydko czarownica, choć wcześniejsze jej uznanie dla siły Voldemorta było szczere. Tak samo szczerze jednak wierzyła w porażkę na końcu drogi czarnoksiężnika. Żaden człowiek nie mógł skupić w sobie pełni władzy. Nigdy.

Być może słuszność miała Lydia, odsuwając na bok temat zuchwałego wywrotowca. Ileż przyjemniejszym było cieszyć się nawzajem swoją obecnością w podniosłej atmosferze świątynnych wnętrz. Pod Matczynym spojrzeniem figury Bogini szczególnie podobały się Helloise drobne gesty czułości między nią a Lydią. Niezachwiane oddanie służbie bogom i wierność Kowenowi zasługiwały na pochwałę, a jednak gdy czarownice stały przed posągiem Bogini, ku której Black zwracała nabożnie oczy, to Helloise trzymała tę kobietę w ramionach. Być może było w tym coś z niepoprawnej przekory, gdy spoglądając w wizerunek samej Bogini, wiedźma w miękkim pocałunku przycisnęła ciepłe wargi do szyi Lydii.
Konkurowała przy ołtarzu z samą Panią Księżyca o miejsce w myślach panny Black. Nie uważała tego jednak za rzucenie wyzwania bogom, a jedynie sile wiary ich zadeklarowanej służebnicy.
— Czy to byłby aż tak nieznośny los? — kontynuowała cichym głosem zaczepkę. — Dusze ludzi, którzy w Kniei zostaną pochowani, na zawsze związują się z lasem. Znam ich tylu. Zawsze byłabyś obok mnie — kusiła, nie zdejmując z niej rąk. — Ale nie, ty byś tam nie pasowała, Lydio — przyznała po chwili, nie tracąc nic z prowokacyjnego tonu. — Tobie jest przeznaczone inne powołanie niż wrośnięcie na wieki w leśną ziemię. Twoje miejsce jest gdzie indziej, więc nie martw się, nie dam ci spaść, jeśli pójdziesz ze mną. — Symbolicznie zacieśniła na moment chwyt dłoni spoczywającej na ramieniu Black, aby upewnić ją o tym, że będzie dla niej dobrym wsparciem.


RE: [listopad 1970] The altar is lit with Black candles - Lydia Black - 04.10.2026

[inny avek]https://i.ibb.co/V0RnFCp7/662-E6990-121-A-4-ACD-9-C57-C717-D35-B5-D67.jpg[/inny avek]
— Nie wypada się śmiać, Ise! To naprawdę powinno nas przerażać — odpowiedziała kobiecie. Tak naprawdę podzielała jej pewność, że to wszystko mogło się kiedyś skończyć. Że czarnoksiężnik, który zwał się Czarnym Panem, upadnie. Widziała przecież konstelacje. Czasem wskazywały na wzrost, a czasem na upadek królestw, ale nigdy nie pokazywały jednej, prawdziwej drogi. Tylko mnogość możliwości. Każdy wybór tworzył nową ścieżkę wśród gwiazd. — Ten człowiek działa tak jakby wierzył, że może przekształcić wszystkie możliwe wszechświaty w jeden, własny. To szaleństwo — skomentowała, ale czy szaleństwo, mające tak wiele posłusznych rąk, nie stawało się siłą samą w sobie?

Czy wiara w jego porażkę to nie była jedynie nasza własna, rozpaczliwa modlitwa?, pomyślała.

Kamienna cisza wypełniona została szumem krwi w uszach Lydii. Jej oczy, które do tej pory były utkwione w obliczu Bogini, zaczynały tracić ostrość, rozmazywać się, gdy ciepło ciała Helloise i jej oddech na szyi stawały się jedynymi punktami odniesienia w ich świecie. Pod skórą zawrzało. Gorąco, jakie zawsze uważała za oznakę gniewu, wstydu, spływało do brzucha. Dłoń Heli była prawem własności, jakie Lydia pragnęła przyjąć bez zastrzeżeń.
— Helo — wyszeptała, a imię to brzmiało jak skarga i jak prośba i jak poddanie się, wszystko naraz. Odsłoniła szyję, kiedy przymknęła oczy, a usta wilgotne oraz rozchylone szukały warg czarownicy na oślep. Słowa Rowle zawirowały w jej głowie, tracąc pierwotny kontekst, stając się obietnicą całkiem inną. — Tu? — spytała. — Tu, przy Matce?

Całe życie należała do Bogini. Do Jej księżyców, Jej tajemnic, Jej szeptów pozostawionych w snach. Pani Księżyca była w niej tak głęboko, że trudno było oddzielić wiarę od samej Lydii. Wiara stanowiła szkielet jej codzienności, rytm jej oddechu, światło, wedle którego orientowała się w moralnej nocy. Bogini była wszechobecna, ale i odległa. Była siłą natury, porządkiem kosmosu, matczynym ciepłem rozlanym po całym stworzeniu. Była wszystkim, a przez to w pewnym sensie niczym konkretnym.

Jednocześnie Hela nie musiała z nią konkurować. Wystarczyło, że ją dotknęła. Miała bliskość, jaką mogła ofiarować jednej kobiecie druga kobieta. Była jednostką. Była wyborem. Była konkretem, który wypełniał przestrzeń między teorią a doświadczeniem. 

(Wiesz, że Ona widzi). Tak. Widzi. Ale czy osądza? Czy dla Bogini, która stworzyła ciało i jego odruchy, które widziała narodziny i śmierć, miłość i nienawiść splątane w jednym węźle — czy dla Niej pocałunek złożony w świątyni był świętokradztwem?

Blackówna oderwała się od Helloise i obróciła się ku niej. Położyła swoją dłon na policzku kobiety. Popatrzyła w niebieskie oczy. Poczuła, jak cały jej uporządkowany świat z Boginią na szczycie, Kowenem jako ramami, gwiazdami jako przewodnikami — chylił się i pękał. Nie niszczył się, a tylko przepuszczał światło przez nowe szczeliny. Światło, które nie pochodziło z księżyca, ale z pojedynczego płomienia świecy. Z pojedynczej pary oczu. Z posągu żywej bogini z Kniei.