![]() |
|
[24-25/09/72] Ktoś napoczął mojego człowieka - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [24-25/09/72] Ktoś napoczął mojego człowieka (/showthread.php?tid=6202) |
[24-25/09/72] Ktoś napoczął mojego człowieka - Helloise Rowle - 12.07.2026 Nie zamykaj oczuSuma przypadków || Helloise & Lucy![]() Idzie burza. Niebo ściemniało tak, że zza skłębionych, czarnych chmur trudno było rozpoznać porę dnia. W oddali pogrzmiewało, lecz nie poprzedzały tych grzmotów żadne błyski. Hulał tu ostry, zimny wiatr podwiewający obrus stolika zastawionego suto winem i smakołykami. Kobiety siedziały przy nim razem w centrum dzikiej polany ze wszech stron otoczonej nieprzeniknioną ścianą ciemnego lasu. Czarownica potrafiła przypomnieć sobie, jak stała na skraju tej puszczy i patrzyła na polanę, lecz nie miała w pamięci tego, kiedy pokonała drogę do stolika, kiedy przy nim usiadła, kiedy dołączyła do niej Lucy. Jej spuszczona na piersi głowa podniosła się i niby obudzona ze snu Helloise obdarzyła wampirzycę uśmiechem. Wtedy też czarownica zrozumiała, że jest uwięzioną przy stole. Nie mogła wstać. Nie czuła pod bosymi stopami leśnego ziela, które powinno łaskotać jej nogi. Choć te nogi były na swoim miejscu, ciało zapomniało, że kiedykolwiek miało świadomość czegoś poniżej pasa. Przejmowało na wskroś upiorne poczucie, że dzieje się coś złego. Powietrze na polanie było ciężkie nadchodzącą burzą, przesycone atmosferą elektryzującego niepokoju. Helloise czuła metaliczny zapach krwi, do wampirzycy również musiał docierać. Jego źródło detektyw odkryła, gdy Helloise ospale obróciła się przez ramię, aby ogarnąć wzrokiem polanę za sobą. Jej złote loki sklejała krew, poplamiona czerwienią koszula nocna lepiła się do pleców. Czarownica na powrót wyprostowała się przy stole. Jej uśmiech nie zgasł. W brudne od czarnej, żałobnej ziemi palce ujęła filiżankę stojącą przed sobą i podniosła ją do ust, częstując się podwieczorkiem. Gdy odstawiła naczynie, na porcelanie kwitł czerwony odcisk ust. Helloise pochyliła się powoli nad filiżanką: wypiła krew zamiast ziołowego naparu. Dłonią wytarła pomazane szkarłatem wargi. — Musiałam przypadkiem wziąć twoje — wymamrotała niewyraźnie, marszcząc brwi, po czym spojrzała szeroko otwartymi oczyma prosto na Rosewood. Choć świszczał wiatr, to Lucy usłyszała jej szept wyraźnie, zupełnie jakby Helloise odezwała się tuż przy jej uchu: — On idzie za mną. Wreszcie sobie przypomniała. RE: [24-25/09/72] Ktoś napoczął mojego człowieka - Lucy Rosewood - 02.08.2026 Nagle siedziała boso przy ustawionym na dzikiej polanie stole. Lucy rozejrzała się po okolicy, a gdy spojrzała na ciemniejące z każdą chwilą niebo, z pewnym pesymizmem zaczęła rozważać, czy najpierw poczuje zapach deszczu, czy może palonego od piorunu ciała. Co ona w ogóle tutaj robiła? Ubrana w jasną koszulę nocną z włosami raz po raz przyklejającymi jej się do twarzy przez silny wiatr? Przeniosła spojrzenie na swoją towarzyszkę, ale w pierwszej chwili nic w jej wyglądzie nie wydawało się alarmujące. Zerknęła na podwieczorek. Ciasteczka, czekoladki, scones z bitą śmietaną i dżemem… Wszystko czym chętnie zagryzłaby porcję świeżej krwi. A jednak… Jednak coś jej nie pasowało. Uczucie niepokoju narastało w niej z każdą sekundą, gotowe aby uderzyć z siła kroczącej w ich stronę burzy. No i ten zapach… Metalicznie jedyny w swoim rodzaju, znajomy, chociaż nie kosztowany zbyt często. Tak pachniała krew Helloise. – Hm… – mrukneła cicho, nagle obracając w czerwonych paznokciach jedną z czekoladek. Czyżby to była jej robota? Miałoby to sens zważywszy na okoliczności, ale nie… Ona nigdy nie zrobiłaby przy tym tyle bałaganu i co najważniejsze nie pozwoliłaby aby tyle krwi się zmarnowało. Nie lubiła przecież gdy jej przysmaki się marnowały, a zwłaszcza takie o wybitnym bukiecie smaków. Nagle ostry powiew wiatru wytrącił jej z ręki czekoladkę. Gdzieś w oddali błysnęło. Cała zastawa zadrżała, chociaż nie było słychać huku. Wciąż nieco otumaniona Lucy posłała Helloise uśmiech, a następnie chwyciła swoją filiżankę i rzeczywiście – ziołowy napar, który się w niej znajdował zdecydowanie bardziej wpasowywał się w gusta drugiej kobiety. Wampirzyca przekrzywiła głowę, wciąż wpatrując się w wypełnione płynem naczynie. Pływający w nim rumianek napawał ją dziwnym niepokojem, ale nie była w stanie określić dlaczego. Ostrożnie zastukała parę razy w porcelanę. Powierzchnia napoju zafalowała, a gdy wreszcie uspokoiła się Lucy mogła zobaczyć, że kwiatek wcale nie był kwiatkiem, a niewielką roślinną spódniczką należącą do utopionego w herbacie… Elfka? Wróżki jak z bajek dla mugolskich dzieci? – Hm… – mruknęła ponownie i wyciągnęła za nóżlę ciałko z filiżanki. – Tego chyba też nie chciałabyś pić… – Dodała i uniosła wyżej swoje znalezisko, ale wtedy zamiast herbacianego denata, po jej nadgarstku popłynęła śmierdząca ziołami krew. Kolejny powiew wiatru. Coś było naprawdę nie w porządku. I wtedy dotarły do niej słowa Helloise, a jej spojrzenie samo nabrało burzowych barw. — Kto? – spytała, bo najwyraźniej ktoś marnował jej okazjonalne źródło krwi, które na dodatek było całkiem przyjemnym towarzystwem. RE: [24-25/09/72] Ktoś napoczął mojego człowieka - Helloise Rowle - 10.08.2026 Lucy śliczna była jak zawsze w tej koszuli nocnej, w której koszmar Helloise wyciągnął ją… z łóżka? Czy ona sypiała? Lucy Rosewood już nie żyła. Zdawać by się mogło, że jakiekolwiek zło czaiło się wewnątrz tego zwyrodniałego snu, nie mogło martwej dosięgnąć. O tyle lepsze było jej położenie względem oddychającego, żywego Dægberhta, którego Helloise pozostawiła za sobą, gdy uciekała z poprzedniej pętli koszmaru. Jej wodniste oczy o nieodgadnionym, pustym wyrazie przesunęły się powoli po spływających krwią dłoniach wampirzycy zakończonych czerwonymi paznokciami. Lucy Rosewood była drapieżnego gatunku. — Tak. Sądzę, że nie chciałabym — odparła Helloise, gdy i druga filiżanka okazała się równie makabryczna w zawartości. Kobieta spojrzała w dal, na las rozszumiany ostrym szeptem mrowia niespokojnych liści. Pod szarpanymi wichrem gałęziami stał nieruchomy cień, którego sam widok wzbudził w niej lęk, mimo że nie wiedziała jeszcze, czym on jest. Pod drzewami zarysował się kształt zła. Malutki, skondensowany w czarną złowrogą plamę. Helloise zmrużyła oczy. — On — odpowiedziała na pytanie Lucy, a wówczas, jakby usłyszał ich rozmowę, cień poruszył się, zwinny jak tłusty pająk, i biegiem ruszył w ich stronę przez polanę. Oddech Helloise przyspieszył. Jej nogi wciąż spętane były odrętwieniem przez nieznaną siłę i nie mogła się poruszyć, choć całe jej istnienie rwało się do tego, aby się od nadciągającej maszkary oddalić. Gorszy był ów paraliż niż wcześniejsza wycieńczająca gonitwa przez zapętlający się w nieskończoność las. Wiedźma patrzyła bezradnie, jak zbliża się nieubłagane zło. Wtem ciemna sylwetka zniknęła za mijanym po drodze wielkim krzewem. Nie wyłoniła się już zza niego. Helloise w napięciu badała wzrokiem kontur rośliny. W każdej chwili mógł spomiędzy tych gałązek wychynąć na powrót demon. Nad polaną zapadła cisza. Drzewa zamilkły, stanęły płuca wichru, aby się wszystko wokół mogło przysłuchiwać, jak wali o żebra serce czarownicy. — Lucy? — Odwróciła do niej głowę, aby się upewnić, że i wampirzyca widziała to, co się stało. Wtem coś ścisnęło ją za gardło — i nie lęk, a dłonie mocne jak imadło. Oczy wiedźmy rozszerzyły się w szoku. Ręce wyrwały się ku łapom zaciśniętym na białej szyi, żeby je oderwać — bezskutecznie. Za nią wyrósł morderca goniący ją przez kolejny już sen. Człowiek niski i krępy, dziwacznie pokraczny, o odstręczająco brzydkiej twarzy. Oczka mężczyzny gnieździły się głęboko w cieniu wydatnego czoła, a zbyt szerokie usta rozciągał obłąkańczy uśmiech. |