Secrets of London
[21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+--- Wątek: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość (/showthread.php?tid=6207)

Strony: 1 2 3 4 5


[21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 14.07.2026

Ogień w kominku buchnął, i wyszedł z niego najpierw Chris, a potem Victoria, zasypując najbliższą okolicę sadzą. Odsunął się dość szybko, by zrobić jej miejsce. Teleportacja byłaby oczywiście bardziej elegancka, ale dom mieścił się daleko od Londynu, nie byli stu procentowo pewni koordynat z mapy i podobno wyposażony był w jakąś barierę antyteleportacyjną: niby już powoli odpuszczającą, ale wciąż chroniącą go przed takimi wizytami.
– Jeżeli tu napadną nas bahanki i boginy uznam, że to jakiś znak od losu, abym jednak został w mieście – przysiągł Christopher, próbując jednocześnie zbalansować pudełko z łakociami, które kupił na Pokątnej po wyjściu z Łyżeczki, i wyciągnąć z kieszeni różdżkę. Zarówno dlatego, że oboje byli teraz oblepieni popiołem, i ten osiadł też na podłodze, jak i po to, by zaświecić światło. Wprawdzie pora nie była bardzo późna, ale pod koniec października zmierzch zapadał wcześnie, i choć salon mignął mu w zarysie płomieni, które pojawiły się w kominku, to kiedy wygasły wraz z pojawieniem się Victorii, wszystko znikło w mroku.
Sytuacji nie ułatwiało i to, że chociaż w Londynie nie padało, tutaj deszcz bębnił o szyby, i gdzieś w oddali nawet zagrzmiało. W ciemności ciężko było nie usłyszeć tych dźwięków. Pomyślał, że może jednak oglądanie tego miejsca teraz nie było tak doskonałym momentem i powinien przyjść w świetle dnia… ale też w tych godzinach, gdy świeciło słońce, tkwił ostatnio w swojej pracowni. Uciekając przy okazji z apartamentu rodziców, choć tyle dobrego, że wreszcie znikły z niego dzieciaki.
Lumos rozświetliło najbliższą okolicę. Drewniana podłoga przy kominku była pokryta sadzą. Salon, do którego trafili był niemal pusty: w pobliżu dużego okna i przeszklonych drzwi prowadzących na taras stał jedynie drewniany stół i dwa głębokie, miękkie fotele, jakby zapraszające, by w nich usiąść. Prawdopodobnie poprzedni właściciele zabrali stąd część mebli.
Chris znów machnął różdżką, próbując zebrać z nich sadzę.


Czy trafiliśmy pod właściwy adres?
[roll=TakNie]


RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 14.07.2026

Mimo wszystko, jak gdzie się wybierało po raz pierwszy w życiu, to wygodniej było skorzystać z sieciu fiuu. Pomijając oczywiście samo to, że teleportacja była zawsze obarczona pewnym ryzykiem… kominki były dużo mniej nieprzyjemne, człowiek tylko się kręcił, a nie miał wrażenia, jakby go wciągała jakaś nicość. Największy problem to była ta sadza, którą Lestrange dość automatycznie zaczęła strzepywać z rękawów płaszcza, jeszcze zanim sięgnęła po różdżkę. Pewne rzeczy były zwyczajnie silniejsze od niej, choć czujne spojrzenie od razu rozejrzało się dookoła, jakby potrafiła widzieć w ciemności.

Nie potrafiła, rzecz jasna. Za to umiała słuchać i przynajmniej w tej chwili nie usłyszała żadnych fałszywych dźwięków, prócz ruchu Christophera tuż obok i bębnienia deszczu o szybę. Lubiła ten szum, deszcz… Zresztą rozmawiali już o tym.

– Skrycie liczysz na powtórkę? – zażartowała sobie, bo jakoś bahanki i bogin to nie było coś, o czym myślała intensywnie. Gdyby i tutaj schemat się powtórzył, to by się, prawdę mówiąc, bardzo zdziwiła. Tym niemniej… – Swoją drogą chodziłeś na wróżbiarstwo? – zagadnęła, bo jakoś jak mówił o tym znaku od losu, to zaczęła się zastanawiać, jaki był jego stosunek do symboli, wróżb, wróżbitów i jasnowidzów – dokładnie w tej kolejności. I tak, Victoria wiązała jedno z drugim i trzecim.

Jej samej pora oglądania domu nie robiła większej różnicy. Być może dlatego, że była przyzwyczajona do bardzo nieregularnych dni pracy i snu, dużo spędzała czasu w nocy… a przynajmniej do pewnego momentu, gdy jakoś tam rozwijała relację z Saurielem, bo jemu jednak światło słońca szkodziło i w dzień spał. Ale nawet bez tego bywały takie dni w kalendarzu, gdy pracowała w nocy i odsypiała w dzień.

W końcu i ona wydobyła różdżkę z kieszeni płaszcza i jednym zgrabnym ruchem rozpaliła jej koniec, dodając więcej światła, bo teraz z drugiego źródła i uśmiechnęła się do Chrisa, który wyczyścił ich z sadzy.

– Ciekawe czy są tu gdzieś lampy, które można rozpalić – stwierdziła, zbliżając się do okna i drzwi na taras. Światła ich różdżek odbijały się w szybie, przez co i ich sylwetki, zniekształcone, i nieco upiorne, spoglądały na nich z okna, a czarnowłosa w końcu rozejrzała się po nieco pustym pomieszczeniu. Nie słyszała charakterystycznego brzęczenia bahanek, a to już coś.




RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 16.07.2026

– Wprost marzę o tym, aby pogryzły mnie jadowite, latające gnomy albo ganiał po kuchni jakiś żebrak – przyznał Christopher, machając znów kilka razy różdżką. Odrywał sadzę od ubrań, posyłając ją z powrotem do kominka, a potem zmiótł i tę, która osadziła się przy samym kominku na podłodze. Dopiero potem powoli zaczął krążyć po salonie, z wysoko uniesioną różdżką, oświetlając najbliższą okolicę. I nasłuchując. Czy nie słychać bzyczenia albo innych, podejrzanych odgłosów, które wskazywałyby na to, że coś zagnieździło się w domu.
– Wróżbiarstwo? Koledzy pewnie zabiliby mnie śmiechem – stwierdził, półżartem, półserio. I tak nieraz musiał bić się ze znajomymi, którzy oskarżali go o dziewczyńskość, bo lubił rysować, umiał szyć, a jego rodzina zajmowała się „robieniem sukienek”. Oczywiście ci sami koledzy byli teraz klientami Domu Mody Rosierów, a dziewczyna niejednego z nich pewnie marzyła o kreacji spod ręki Christophera Rosiera. – Nigdy zresztą nie miałem do tego talentu. Dla mnie fusy służą do tego, żeby zaparzyć herbatę, nie odczytywać z nich przyszłość – oświadczył, gdy obszedł salon i upewnił się, że nic ich nie zaatakuje. Podszedł do jednego z foteli, obmacał go podejrzliwie, a potem wreszcie usiadł.
Był miękki. Wygodny. W porządku, fotele były niewątpliwym plusem. Prawdopodobnie miło było tutaj usiąść w jakiś pogodny dzień, przy otwartych dniach tarasowych. Gdy spoglądał na posadzkę, też wydawała się w dobrym stanie, drewniana, wymagająca co najwyżej odświeżenia. Okna były też duże, a on lubił, gdy we wnętrzach nie brakowało światła.
I nie miały zasłon.
Żadnych bachantek.
– Mam nadzieję, że jakieś znajdziemy – odparł odnośnie lamp. Z salonu pewnie je zabrano, ale może jakieś będą przymocowane przy ścianach, zwłaszcza w kuchni. – Nie sądziłem, że będzie tutaj tak padać – dodał, spoglądając ku oknu, za którym na moment zrobiło się jasno, bo niebo przecięła błyskawica. Ogród w tym świetle wyglądał niemal upiornie. – To sceneria prawie jak z ponurej książki o potworach albo seryjnych zabójcach w opuszczonych domach.
Wyobraźnię miał na tyle bogatą, że gdy wypowiedział te słowa, spojrzał odruchowo ku przejściu, jakby oczekując, że stanie w nich jakaś ciemna sylwetka. Ale nic takiego się nie stało, Chris więc podniósł się z fotela i ruszył do, jak mu się wydawało, przedpokoju.
– A jeżeli już o potworach, miałem wczoraj straszliwie dziwny sen. Prowadziłem w nim mugolski samochód. W życiu nawet nie siedziałem w mugolskim samochodzie, nie mówiąc o prowadzeniu go. Jakiś potwór porysował mi drzwi i byłem z tego powodu strasznie wkurzony – wyznał, stając w przedpokoju i sprawdzając, dokąd dało się z niego przejść. Jak się okazało, do kuchni, łazienki, czegoś, co wyglądało jak gabinet, były tez schody wiodące na górę.


RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 17.07.2026

– Nie wydawałeś się wczoraj aż tak zawiedziony tymi latającymi gnomami i żebrakiem w kuchni – odparła spokojnie, nie mogąc się powstrzymać od tej lekkiej zaczepki. Bo prawdę mówiąc Christopher zniósł to dużo lepiej niż mógł: nie było paniki, krzyków czy gorączkowego otrzepywania się z jakiegoś niewidzialnego brudu, a zamiast tego dzielnie stanął naprzeciw tym przeciwnościom z różdżką w ręku. Może i ponarzekał pod nosem, ale gładko poradził sobie z boginem, a i bahanki nie zbliżyły się na tyle, by komukolwiek zrobić krzywdę. I Victorii trochę to imponowało – nie dlatego, że była damą w opresji, co to, to nie, ale raczej nie spodziewała się po Rosierze, że przyjmie to wszystko aż tak dobrze. To wszystko jak się zachowywał, pozwalało jej spojrzeć na niego trochę inaczej, a na pewno nie z rozczarowaniem.

– Tak? Nie wydaje mi się. Wiem, że Atreus przynajmniej przez rok uczył się wróżbiarstwa – spojrzała przy tym przez ramię na blondyna. Wiedziała to tylko dlatego, że któregoś wrześniowego dnia po powrocie Bulstrode’a do pracy, urządzili sobie dla hecy wróżenie z fusów. Oczywiście oboje byli w tym tak samo beznadziejni. Co zaś się tyczyło „robienia sukienek” przez mężczyznę, to Victoria nie widziała w tym nic złego, śmiesznego ani wstydliwego, ani kiedyś, ani tym bardziej teraz. Natomiast jego odpowiedź sprawiła, że poczuła jakąś ulgę, bo sama nie uważała wróżbiarstwa za zbyt światłą dziedzinę magii. Nie pogardzała nią, aż tak daleko to nie szło, natomiast była bardzo sceptyczna i bardzo ostrożna. A poza tym nie lubiła się sugerować tym, co ktoś zobaczył w kupce rozmokniętych fusów czy w mlecznobiałej mgle kryształowej kuli. – Ja też nie. Dla mnie to za mało konkretna dziedzina, którą łatwo oszukać – jak źle połączy się składniki w kotle to rezultat był widoczny gołym okiem, ale kto wróżbicie zabraniał kłamać na temat tego, co „zobaczył”? – Prawdziwych wróżbitów jest chyba bardzo niewielu – dodała.

– Czy ja wiem? Dla mnie to trochę taka typowa angielska pogoda o tej porze roku – nie widziała w tym nic upiornego, ale może złapała już pewną znieczulicę biorąc pod uwagę wykonywany zawód. No i nigdy nie była przesadną romantyczką, widzącą w takiej scenerii wątek z powieści o potworach, czy zabójcach. W jakimś zamyśleniu bawiła się za to swoją różdżką, patrząc przez okno w półmroku rozświetlanym tylko przez Lumos, które rzucili oboje i błyskawicę. Ale było w tym coś uspokajającego – on w tym miękkim fotelu, i ona stojąca nieopodal.

Zagrzmiało.

– Sen o potworze? – powiedziała i drgnęła, ruszając się powoli za Chrisem do przedpokoju. Samochód, potwór… Może jednak bahanki i bogin na raz to były dla Chrisa wrażenia, skoro potem śniły mu się potwory? Zmarszczyła jednak brwi, próbując sobie przypomnieć,  co jej się tej nocy śniło, bo choć sny nie zawsze do niej przychodziły, tym bardziej gdy wspomagała się eliksirami nasennymi, to jednak czasami udawało się zasnąć bez nich. I wtedy zwykle coś jej się śniło. – Ciekawe co by na to powiedziały podręczniki do onejromancji – na szczęście ona nie musiała do nich zaglądać, by wiedzieć, że gdy człowiek o czymś intensywnie myśli, to potrafi mieć to odbicie w snach. – Mugolskiego samochodu za to nie polecam, strasznie trzęsie – mniej-więcej tyle pamiętała z jednego jedynego razu jak takim jechała. – Właściwie mi też wczoraj śniło się coś dziwnego. Pamiętam wielkie stare drzewo nadal zielone i owocujące w październiku. Jabłoń, albo grusza, albo coś w tę nutę – obrazy przychodziły do niej powoli. Pamiętała tylko rankiem, gdy się obudziła, że miała niejasne wrażanie, że może i sen był szalony, to na swój sposób miał w sobie coś miłego. I była przekonana, że śnił jej się Christopher, ale mu przecież tego nie powie.




RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 17.07.2026

– Muszę jednak przyznać, że wolałbym nie znajdować kolejnego żebraka w kuchni tutaj. Bogina również nie.
Po prawdzie Chris, gdy już wydostali się z tamtego miejsca, zastanawiał się czy nie marudził za bardzo. Rzadko dostępował takich samorefleksji, zwykle aż nazbyt pewny siebie, ale mimo wszystko nie chciał wypaść źle przed Victorią. Przez ułamek sekundy nie był więc pewny czy to nie jakiś przytyk. Ale przecież – bardzo dzielnie, przynajmniej we własnym mniemaniu – jak pojawiły się dwie Victorie i wyglądało na to, że zaczną się szarpać, to rzucił się między nie, choć jedna mogła być krwiożerczym potworem! Uważał, że zasługiwał za to na bardzo dużego plusa.
– Zdążyłem zapomnieć. Z tego co pamiętam, raz grali kartami do tarota w rozbieranego pokera – stwierdził. Może trochę koloryzował z tym rozbieranym, ale przynajmniej raz w tym celu wykorzystano tarota, niby to służącego komuś do lekcji wróżbiarstwa. – Pomijając, że on chyba nie traktuje tego szczególnie poważnie… był pałkarzem w drużynie i jego rodzina to ważniacy z Departamentu Tajemnic, więc nikt się nie czepiał. Moja, jak to Atreus kiedyś powiedział, szyje dziewczyńskie ciuszki. Pobiliśmy się wtedy – rzucił, nie dodając, że w sumie to pewnie by przegrał, gdyby nie interweniował jeden z prefektów. To było jakoś na drugim roku? Sam już nie pamiętał. – Mam wrażenie, że te symbole można dopasować do każdej sytuacji właściwie, więc chyba w ogóle niezbyt wierzę we wróżby…
Proroctwa? Może. A raczej może by w nie uwierzył, gdyby faktycznie się z nimi zetknął, nie znał zaś lepiej nikogo, kogo mógłby uznać za prawdziwego jasnowidza. Nigdy nie usłyszał autentycznego proroctwa. To były sprawy świata, które omijały kogoś takiego jak Christopher Rosier, gdy ten szkicował w swojej pracowni, wybierał materiały bądź pomagał przy organizacji kolejnego pokazu.
– Tak. Może ten bogin tak utknął mi w pamięci? – powiedział, wchodząc do kuchni. Tu wreszcie znalazł lampę i gdy ją zapalił, ukazała się kuchnia może nie z absolutnych marzeń, ale całkiem ładnie urządzona, z dębowymi szafkami i bez zbędnych zdobień. Chris, wbrew swoim przechwałkom, gotował rzadko, a na zrobienie kanapki czy herbaty nie potrzebował wiele. – Sprawdźmy…
Machnął różdżką. Szuflady i szafki otworzyły się jednocześnie, a on się rozpromienił.
– Dom dostaje plusa: żadnych bogin – oświadczył z zadowoleniem, ale Victoria zaraz zwróciła jego uwagę tymi słowami o jabłoni. – A wiesz, że to trochę podobne? U mnie było zboże. Rosnące w październiku. Nie żebym wiedział, czy to możliwe, ale twierdziłaś, że nie. Oczywiście, to byłoby normalne, gdyby było magiczne, ale tam chyba temu potworowi składano jakieś ofiary, żeby rosło… Bo jechaliśmy tym mugolskim samochodem na niego zapolować.
Chris naprawdę nie rozumiał, co mogłoby mu strzelić do głowy, by myśleć o takich polowaniach, ale tłumaczył to sobie wpływem walki z boginem i bachantkami. Zmagali się z upiorem w prawdziwym życiu, więc jego umysł jakoś to sobie przetworzył i ściągnął.
– Ale miałaś na sobie bardzo ładną kurtkę – dorzucił z uśmiechem, wycofując się nieco. Chciał zajrzeć do gabinetu, ale czekał, czy ona nie chciała jeszcze rozejrzeć się po kuchni.


RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 18.07.2026

– Tak byłoby lepiej, tak – odparła, bo sama wolałaby, żeby jednak nowy dom Christophera był wolny od przykrych niespodzianek. Wystarczająco dużo już domostw było w jakiś sposób przeklętych od czasu Spalonej Nocy, rynek nieruchomości nie dość, że się skurczył, to i popyt był większy niż podaż i niełatwo było teraz znaleźć coś sensownego, a im więcej czasu mijało, tym sprawa wcale nie robiła się łatwiejsza. Tym niemniej przytyku w tym nie było żadnego, nie miała żadnych złych intencji, gdy to mówiła, ot zaczepka dla zaczepki, taki już miała charakter, że gdy kogoś lubiła i czuła się swobodnie, to lubiła od czasu do czasu szturchnąć tu i ówdzie.

A potem uniosła wyżej brwi. Rozbierany poker kartami tarota brzmiał dziwnie podobnie do tej dziwnej talii kart, które można było wylosować na Beltane od goblina oszusta, z rozebranymi czarownicami. Mignęły jej gdzieś w pracy i była niemalże pewna, że na jednej z tych kart była podobizna jej kuzynki… Miała nadzieję, że w tego pokera talią karota nie zagrała. Nieważne.

– Mam nadzieję, że podbiłeś mu wtedy oko – powiedziała jak gdyby nigdy nic. – Zwłaszcza to trzecie – dodała złośliwie, bo choć nie było to możliwe, to jednak nawiązywało do ważniaków z Departamentu Tajemnic i tego, że jednym się pewne rzeczy pobłażało, a innym nie. – Dziewczyńskie ciuszki… Naprawdę tak powiedział? – właściwie to było to prawdopodobne, Bulstrode miał w sobie sporą dawkę hipokryzji i jako gówniarz był pełnym siebie palantem i ignorantem, za którym z jakiegoś powodu dziewczęta szalały (a biorąc pod uwagę, że to samo szło w parze z jej kuzynem, to podejrzewała, że chodziło o czynnik nazywany Quidditchem). – Chyba tak. Chodziłam na wróżbiarstwo przez rok, bo oczywiście byłam ciekawa, ale te wszystkie godziny wpatrywania się w mokre fusy i kulę i jakieś zgadywanie kształtów, podkręcone teorią o jakichś mistycznych mocach o odczytywaniu przyszłości, jest strasznie mętne. Całe szczęście mogłam zrezygnować, bo jakbym wzięła tylko dwa przedmioty dodatkowe i musiała się z tym męczyć aż do piątego roku, to bym się chyba przekręciła – mruknęła i ostatecznie wzruszyła ramionami. Znała ludzi, którzy widzieli w tym więcej i była skłonna w to uwierzyć, ale większość uczniów, która chodziła na wróżbiarstwo, jak dla niej, to wymyślała i ściemniała. Co się tyczyło jasnowidzów… Znała zapewne kilku, ale szanowała i była skłonna uwierzyć w to, co mówią dwóch, za to sama z siebie od proroctw trzymała się z daleka tak bardzo, jak tylko się dało.

– No wiesz, jeśli nigdy wcześniej nie miałeś do czynienia z boginem, to mogło tak być – stwierdziła z uśmiechem i nawet się cieszyła, że tak wyszło, bo zetknął się z nim w kontrolowanych warunkach i przy niej, a nie gdzieś zupełnie sam, co mogło się skończyć bardzo źle. Rozejrzała się po kuchni, która wyglądała, jakby miała wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, jakie powinna mieć kuchnia (na czym rzecz jasna Victoria zupełnie się nie znała, bo w gotowaniu była absolutnie beznadziejna). – Ja twierdziłam…? – miała właśnie zajrzeć do jednej z szafek, tak z ciekawości, żeby zobaczyć, co poprzedni właściciele zostawili, o ile cokolwiek, ale właśnie odwróciła się do Christophera i zapatrzyła na niego. Śniła mu się? On też jej się śnił. – Znaczy… No to prawda, zboże nie bardzo rośnie w październiku. To znaczy są gatunki, które się wysiewa na jesień,  ale to jest wtedy po prostu dopiero zasiane zboże, a nie wyrośnięte… – Lestrange zmarszczyła brwi, bo kiedy Christopher mówił o potworze, któremu składano ofiary, żeby zboże rosło, miała jakieś dziwne wrażenie deja vu. Kosa, hak i… – Ten potwór, na którego polowaliśmy, to nie był przypadkiem strach na wróble, co? – zapytała, jak gdyby nigdy nic, zapomniawszy już, że miała zerknąć do jednej z szafek i wpatrzona w Rosiera po prostu poszła za nim.




RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 18.07.2026

Właściwie z dwojga złego to Chris wolałby już znowu bogina niż prawdziwego żebraka. Bogina dało się zamknąć w szufladzie. Bogin był przynajmniej czysty i nie zostawiał po sobie smrodu albo jakiś przykrych niespodzianek… niewykluczone że też w szufladach. Rosier wzdrygnął się lekko i pomyślał, że woli o tym wszystkim nie myśleć.
– Niestety, tylko rozwaliłem mu nos – przyznał z pewnym żalem. Żal był związany także z tym, że to jemu podbito oko, ale przecież nie planował się do tego Victorii przyznawać. – Jego trzecie oko było niesamowicie wkurwiające. Jakoś zawsze wiedział za dużo – dodał po chwili zastanowienia, na to podbijanie trzeciego oka. Chris uważał to za niesprawiedliwe, bo przecież Atreus nigdy nawet nie był szczególnie zainteresowany ludźmi wokół, a jednak jakoś zawsze wiedział, czy jakaś dziewczyna cieszy się na jego widok, czy wręcz przeciwnie i co mówić, żeby kogoś bardziej wnerwić. Chris nauczył się Atreusa lubić, a pod pewnymi względami byli bardzo podobni, ale jednocześnie pewnymi rzeczami bardzo irytowali się nawzajem. To „oszukiwanie” aurowidzeniem na przykład!
– Coś takiego. Tak to zapamiętałem. Ale to było… ładnych kilkanaście lat temu – stwierdził, bo istniała pewna możliwość, że padło to na przykład w jakiejś kłótni, Chris jednak i wypchał to z pamięci, i pewnie gdyby pamiętał, i tak tłumaczyłby sobie, że to nieważne, bo oczywiście, że wszystko to wina Atreusa, prawda? – Nie cierpiałem tych przedmiotów dodatkowych. Wszystkie wydawały mi się strasznie bezużyteczne, jeżeli nie zamierzałeś iść w bardzo konkretną stronę. I dla mnie okropnie zaniedbywali sprawę magicznego rzemiosła w programie szkolnym. Ilu uczniów Hogwartu zostaje wróżbitami, a ilu zajmuje się produkcją albo sprzedażą? – rzucił, bo na trzecim roku czuł się strasznie oburzony prezentowanym mu wyborem. Mugoloznastwo? Strata czasu i absolutnie niezgodne z jego zainteresowaniami. Wróżbiarstwo? Bogowie! Numerologia? Irytująca, stresująca, męcząca, nudna… Opieka nad magicznymi zwierzętami? Czemu miałby chcieć karmić gumochłony sałatą? Starożytne runy? Interesujące go książki przetłumaczono przecież na angielski już dawno. Ostatecznie wybrał je i numerologię i z radością zrezygnował, gdy tylko zdał SUMy: te z numerologii właściwie oblał, ale inne wyniki były dobre, więc…
– Tak, byłaś w tym śnie – przyznał, przez sekundę trochę niepewny na jej pytanie, bo taka Cressida to by się ucieszyła, ale może Victoria uzna to za bardzo dziwne? I gdy zaczęła tłumaczyć sprawę odnośnie pszenicy, drgnął, zdjęty nagłym wrażeniem deja vu. – Strach… nie jestem pewien. Słabo to pamiętam – powiedział, przystając, zanim zajrzał do gabinetu i przypatrując się jej. – Widziałem coś wielkiego, w ciemności, i chyba celowałem do tego czymś… to był chyba jakiś taki wynalazek, który jakby pluje czymś jak łagodniejszą wersją avady. Wiem, że to głupio brzmi, ale to w końcu tylko sen – powiedział, wreszcie zaglądając do gabinetu. Ten wyglądał całkiem w porządku, stały tu pod ścianami regały, w większości opróźnione z książek i całkiem ładne biurko. Ale niemal natychmiast uznał, że na jego pracownię to się nie nadaje, więc czy w ogóle zastanawiać się nad tym miejscem zdecyduje to, czy na górze było odpowiedniejsze pomieszczenie. Tu było trochę za mało miejsca, trzeba by rozmontować te regały i okno było trochę za małe. – Dlaczego pytasz o stracha? – dodał, obracając się znowu ku Victorii.


RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 18.07.2026

– Rozwalony nos za te pyskówki, to też całkiem niezła cena – stwierdziła po prostu, niemo gratulując, że Rosierowi udało się chociaż tyle. – Wiem. Powiem ci za to w sekrecie, że nic tak nie rozjusza dorosłego Atreusa jak to, że nie może sobie odczytać czyjejś aury i musi grać na tych samych zasadach, co reszta – i choćby dlatego nauczenie się oklumencji, było warte każdej poświęconej na to sekundy. Trwało to długo, miesiące ćwiczeń nad panowaniem nam sobą, nad emocjami, nad zamykaniem umysłu, nie było to łatwe, ale efekty były warte wszystkiego, choćby tylko dlatego, że Atreus nie miał ułatwionej sprawy. Pomijając rzecz jasna to, jak w ostatnim półroczu Victoria czuła się ze swoją oklumencją bezużyteczna, bo nie była w stanie blokować pewnych wpływów z zewnątrz, ba, nawet nie zawała sobie z nich sprawy, póki nie było za późno lub po wszystkim. To zaś, że ludzie brali ją za chłodną i zdystansowaną, było tylko wypadkową całego treningu.

– Fakt, powinno być ich trochę więcej do wyboru. Jakieś pieczętowanie, zaklinanie albo cokolwiek – jakoś wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale Christopher właśnie otwierał jej oczy na to, że w programie szkolnym rzeczywiście czegoś brakowało. – Ja wybrałam opiekę nad magicznymi stworzeniami, naturalne – przyznała, ale biorąc pod uwagę jej zainteresowania związane z eliksirami, to był to dość prosty wybór dla kogoś takiego. Natomiast opieka nad zwierzętami to jedno, a ich magiczne właściwości to drugie – i to ta część bardziej ją interesowała. Drugi przedmiot, który sobie zostawiła to numerologia. Z wróżbiarstwa zrezygnowała po roku, mugoloznawstwo – wiadomo, nie jej bajka, choć patrząc pod kątem późniejszej pierwszej pracy, być może nie byłby to wcale zły wybór, a runy jakoś ją nie ciągnęły.

Nie była zła, że mu się śniła! Być może byłoby to trochę niezręczne, gdyby się znali krótko i słabo, ale przecież to były całe lata na koncie, a poza tym byli sobą zainteresowani, tak? No i on też jej się śnił, czego mu nie powiedziała, nie chcąc wyjść na jakąś… wariatkę czy coś (choć te myśli wynikały głównie z jej własnej niepewności i tego, jak na różne rzeczy potrafił reagować Sauriel, co wbiło jej się do tej głupiej głowy).

– Łagodniejszą wersją avady? – czym mogła być łagodniejsza wersja zaklęcia uśmiercającego na miejscu? Victoria rozumiała, że chodzi o jakieś mugolskie coś, ale z tego opisu nie była pewna, w którą stronę powinna obrócić swoje myśli. Zbliżyła się już teraz do Christophera, zajrzała do gabinetu krótko, ale głównie i tak patrzyła na blondyna, nie mogąc się trochę skupić na tym że powinni właśnie oglądać dom. Przynajmniej nic nie wskazywało na to, że wyskoczą na nich jakieś szkodniki – tutaj póki co było spokojnie. Za wyjątkiem deszczu i burzy wciąż szalejącej na zewnątrz, ale to detal. – Bo ty też mi się śniłeś i gonił nas po ciemku taki wielki strach na wróble. No a potem staliśmy pod takim wielkim drzewem, które nie powinno być w październiku zielone – nie sugerowała, że mieli ten sam sen, ale to w sumie trochę śmieszne, tak jej się wydało, że akurat tej samej nocy śnili o sobie nawzajem i że był w tym śnie jakiś potwór i natura nie zachowywała się odpowiednio do pory roku.




RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 20.07.2026

– Do licha, gdybym to wiedział, od wielu lat uczyłbym się oklumencji – przyznał, półżartem, półserio. Istniała całkiem spora szansa, że Chris faktycznie zatrudniłby nauczyciela i zaczął zmagać się z tą sztuką, ale z dużym prawdopodobieństwem szybko by się znudził tylko z taką motywacją, jaką było wkurwienie kolegi. To była dość trudna magia i jeszcze wymagająca pewnego specyficznego charakteru, by zdołać faktycznie stosunkowo szybko ją opanować. A jego dotąd raczej nie wystawiano na zagrożenie manipulacji umysłem.
– Elementy tego czasem bywały na zaklęciach, ale to wciąż mało dedykowane. Zmuszają często uczniów do nauki przedmiotów zupełnie im nieprzydatnych… chociaż jak tak myślę, pewnie większość uczniów ma nadzieję, że zrobi karierę w Ministerstwie.
A dopiero potem odkrywali, że po pierwsze konkurencja była duża, po drugie że posada asystenta była słabo płatna, wymagająca i robienie magicznych krzeseł mogło dać im lepsze zarobki. Jeżeli szło o Chrisa, to on akurat był tu na uprzywilejowanej pozycji: wiedział, że nie musi się przejmować jakimś szyciem we własnym domu za marne grosze i że nie skończy pracując u madame Malkin. Nawet gdyby nie miał talentu, w najgorszym razie pomagałby komuś innemu w przygotowywaniu kolekcji.
Chris bywał trochę zarozumiały, nazbyt pewny siebie i miewał skłonność do zbyt szybkiego oceniania ludzi, ale też pod wieloma względami radzenie sobie z nim należało do raczej prostych. Może miał mniej chimeryczny charakter niż Rookwood, może to była kwestia tego, że jego rodzina nie była, mówiąc językiem, jakiego Rosierowie zwykle nie używali, pojebana, ale o ile zaniepokoiłby się, gdyby śniła o nim taka Cressida, to przy Victorii na pewno mu to nie przeszkadzało. Ba, wręcz pochlebiało. Uśmiechnął się nawet trochę głupio, chociaż nie było tego widać, bo wszedł w pobliże schodów i zaczął szukać, gdzie zapalić światło, by wejść na górę.
– Nie jestem pewien, jak to wyjaśnić… – zaczął, przystając w połowie schodów na górę, by poczekać na Victorię. – Zdaje mi się, że to było coś takiego, co jakby trafić powinno zabić, ale niekoniecznie umrzesz natychmiast. A jak trafisz na przykład nie w głowę czy tułów, to może odratują. Ale to był sen, może coś takiego w ogóle nie istnieje? – zastanowił się, do tej pory niezbyt tym zainteresowany. – Ale temu potworowi, do którego strzelałem, nic nie zrobiły i uciekaliśmy przed nim mugolskim samochodem. Drzewo… chyba paliłem w tym śnie jakieś drzewo… – dodał, przeczesując włosy palcami, trochę skonfundowany. – Szyłem też dla nas specjalne płaszcze przeciwko opętaniu. Albo chciałem, żebyśmy je założyli. Ale to nawet wiem, skąd mi się wzięło, ostatnio ktoś takie zamówił u mojego kuzyna i zainteresowałem się wzorem. Samhain może być… trudne.


RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 20.07.2026

Cicho zaśmiała się na stwierdzenie Christophera, który ewidentnie nie wiedział, co mówił. Oklumencja… To nie było proste zamknąć umysł. Oczyścić się z emocji, być jak ta niewzruszona skała obmywana przez sztorm nawet wtedy, gdy w środku się gotowało. Jej zajęło to kilka miesięcy bardzo intensywnych ćwiczeń, a wtedy wiedziała już dokładnie, jakie spustoszenie potrafi zasiać zaklęcie Obliviate, czy hipnoza w nieodpowiednich rękach, nie mówiąc o innych rzeczach, z których aurowidzenie zdawało się być tą najmniej szkodliwą. A i tak Lestrange niemalże chorobliwie strzegła swojej prywatności, złoszcząc się, gdy ktoś bez pytania próbował z niej czytać.

– Oklumencja to nigdy nie jest zbędna umiejętność – powiedziała za to, myśląc o tym, co Śmierciożercy potrafią zrobić. Jakie rzeczy z ludzi wyciągnąć… Nie chroniło to przed wszystkim, na co była żywym dowodem (z czym miała ogromny wewnętrzny problem, ale prawie się nie dzieliła swoimi wątpliwościami i poczuciem beznadziei), ale to było coś, co… lepiej było umieć, niż nie. Zwłaszcza w jej zawodzie. W tym Christophera może niekoniecznie – i oby nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której byłoby mu to potrzebne.

– Teoretycznie tak. W praktyce jednak poznawanie wiedzy ogólnej, a nie kierunkowej, również wiele daje. Ostatecznie zaklęcia i dziedziny można łączyć, a wiedza teoretyczna również się przydaje… No ale zgadzam się, że większy wybór by się przydał. O albo te wszystkie rzeczy związane z duchami, wywoływanie ich, rozmowy, egzorcyzmy… To mi się też wydaje przydatne? Może ten poltergeist z Pokątnej nie byłby takim wrzodem – jak widać… Victoria jak zwykle miała mnóstwo pomysłów, wystarczyło ją tylko odwrócić w odpowiednim kierunku i szturchnąć, a sypały się same, jak z rękawa. – Chętnie bym się na przykład dowiedziała, jaką magią trzeba dysponować, żeby na dobre kilka miesięcy związać i zakneblować poltergeista, a potem wcisnąć go do wąskiej kratki wentylacyjnej tak, żeby nie mógł stamtąd wyjść – dodała z pewnym przekąsem.

Jakikolwiek Chris by nie był, to w porównaniu do Sauriela (a Victoria nawet nie robiła tych porównań świadomie, ot po prostu zauważa pewne rzeczy, jak to, że o ile bywał humorzasty, to nie leżało to w ogóle obok tego, co potrafił odpierniczać Rookwood), był bardzo rozsądnym i dojrzałym młodym mężczyzną. Na tyle, ile jej pokazał, to Victoria w ogóle nie musiała wychodzić z siebie, by być w stanie się z nim dogadać, nie musiała stąpać wokół niego na paluszkach i pilnować każdego słowa, bo po najmniej oczywistym i spodziewanym miałby mu się popsuć nastrój. Być może wyglądało to tak też dlatego, że Rosier nie chciał przed nią wypaść źle i cokolwiek robił, to najwyraźniej działało. Na pewno nie miał w sobie takich blokad jak ona, nie czuł wstydu na myśl o tym, by na przykład jej powiedzieć, że mu się śniła – i może Merlinowi niech będą za to dzięki, bo i ona wtedy jakoś wychodziła ze swojej strefy komfortu. A na pewno nie wydał z siebie żadnego mruknięcia niezadowolenia na wieść, że i jej się śnił. Nie zrobił żadnego widocznego grymasy, nie stwierdził, że tak być nie może i zdecydowanie nie próbował uciekać.

– Masz na myśli coś jakby różdżkę, którą celują w innych i coś z niej wtedy wypada? – naprowadziły ją na to wyrażenia takie jak „strzelałem”, „trafić”, „zabić” oraz „niekoniecznie umrzesz natychmiast”. Nie była wielką znawczynią mugoli, ale kilka razy widziała gdzieś to ich dziwaczne urządzonko. A na pewno widziała mugola z WIELKĄ RÓŻDŻKĄ tego typu w jednym ze swoich snów sprzed miesięcy. Jednego z tych, który pamiętała bardzo dobrze. – Płaszcze? No w sumie, skoro to październik… W moim było coś z gwoździami, tylko nie bardzo pamiętam co. Chyba były wbijane w drzwi… To chyba podobny okres w śnie – i nie tylko w śnie: w kalendarzu również. I tu również Victoria wiedziała, skąd jej się to brało, a mianowicie z tego, że bała się Samhain. Nie tym paraliżującym strachem, a tą niepewnością, co z nią będzie. Jak to na nią wpłynie. Czy Egipcjanka się nie pomyliła… – Trudne? Przewidujecie dużo zamówień na płaszcze? – zagaiła niby niewinnie, gdy go już dogoniła na tych schodach.