Secrets of London
[Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Szkocja (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=127)
+--- Wątek: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] (/showthread.php?tid=6213)



[Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Robert Albert Crouch - 16.07.2026

19 września 1972
Overtoun, Szkocja

To był mglisty, wilgotny dzień. Szkocka pogoda dawała się we znaki, szczególnie w tej wiosce tak bliskiej malowniczym, ale i przerażającym klifom. Dało się usłyszeć fale uderzające o wysoki morski brzeg. Żywioł łomotał z całych sił, jakby chciał wciągnąć ląd w swe mroczne odmęty. Szatę idącego ścieżynką sędziego, sięgającą niemal do ziemi, na dolnym brzegu pokryły kropelki rosy z pobliskich traw, przez co płaszcz wydawał się cięższy niż zazwyczaj.

Robert i Adrian wracali właśnie z pobliskiego zamczyska. Pewien czystokrwisty dżentelmen zażądał porady prawnej od nikogo innego jak sędzia Wizengamotu. Chodziło o sprawę z zakresu prawa spadkowego, kompletnie niezwiązaną ze Spaloną Nocą. Z jednej strony dobrze było się oderwać od obowiązków, a z drugiej Crouch czuł się, jakby zawracano mu głowę. Tym samym na tę wycieczkę wziął ze sobą asystenta, który załatwił całą sprawę, podczas gdy Robert emanował sędziowską aurą.

Musieli wrócić do świstoklika, który znajdował się za wsią Overtoun. Miejsce wydawało się niemal wyludnione, a nieliczni mieszkańcy – ospali lub raczej silnie czymś przytłoczeni.

– Pomyśleć, że jestem w takim stanie, że wolę miasteczko widmo od Ministerstwa – rzucił Robert, by trochę podnieść na duchu zarówno siebie, jak i swojego asystenta. – Świeże powietrze, brak makulatury. Nie ma co narzekać.

Zaraz jednak przystanął. Do jego uszu dotarł cichy dźwięk, poniekąd znajomy ostatnimi czasy. Regularne stukanie o kamienną ścieżkę.

– Chyba ktoś za nami idzie – powiedział tajemniczo. Odwrócił się i ujrzał to, czego się spodziewał. Podążał za nimi średniej wielkości kundelek. Miał podpalane futerko, odrobinę jamnikowatą posturę i długi pyszczek. Robert uśmiechnął się, uklęknął na ziemi, unosząc lekko dół szaty, by jeszcze bardziej się nie zabrudził. – Hej, mały! – zawołał i zacmokał ustami.

Pies jednak nie zwrócił na niego uwagi. Minął mężczyzn i podążył w stronę mostu, nawet nie zwracając na nich zbytniej uwagi. Tak jakby byli dla niego niewidzialni. Nawet się nie zląkł, nie zainteresował. Wydało się to Robertowi nieco dziwne. Po kilku dnia bycia właścicielem psa nauczył się, że to bardzo ciekawskie stworzenia. I świadome swojego otoczenia. Ten zaś wydawał się wręcz zahipnotyzowany.


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Adrian Norwid - 18.07.2026

Uwielbiał te wycieczki, które niekiedy fundował mu Robert. Oczywiście, nie fundował w sensie pieniężnym, bardziej… doświadczeniowym. No bo kiedy Adrian mógł się wykazać bardziej, niż wtedy, gdy szef zabierał go z Ministerstwa, zza wygodnego (o zgrozo!) i przesadnie czystego biurka, w wyprawę terenową? Robert mógł siedzieć (bądź stać, zależnie od sytuacji, choć zwykle proponowano mu najwygodniejszy fotel) i wyglądać, a Adrian miał możliwość wykazania się wiedzą i profesjonalizmem. Dosłownie to uwielbiał. Przynajmniej na moment podnosiło mu to poczucie własnej wartości z poziomu minus jeden do poziomu stabilnego, choć niezbyt mile widzianego, zera. No ale, lepszy rydz niż nic, jak powiadał jego ojciec. Gdy był chłopcem nigdy tego nie rozumiał, nienawidził bowiem smaku i tekstury grzybów, w tym rydzów. Wolał wtedy chodzić głodny i naburmuszony. Teraz… Cóż. Rozumiał to lepiej, nie tylko, że dorósł, ale też dlatego, że wiedział więcej o genezie tego powiedzenia.

Gdy tak szli z zamku, Adrian rozglądał się dookoła, podziwiając widoki, choć to co widział, trudno nazwać widokami. Wolałby, żeby ten dzień nie był aż tak mglisty, zawsze uwielbiał szkockie krajobrazy. Mógł nawet przyznać, że odrobinę za nimi tęsknił, no bo kiedy ostatni raz tu był? Na Boże Narodzenie w zeszłym roku? A i to nie tutaj, w zachodniej części Szkocji, a w stolicy, Edynburgu. Z Cissy i dzieciakami wyszli tylko na spacer, bo było za zimno i Barry by za bardzo zmarzł. Z rozkojarzenia wyrwało go najpierw głośne chlupnięcie, w momencie kiedy jego but spotkał się z kałużą, następnie słowa Roberta. Adrian z trudem zignorował mokrą skarpetkę i popatrzył na szefa.

– Zawsze to coś nowego. Ja na przykład szykując się dziś do pracy zupełnie nie spodziewałem się tego, że wylądujemy w Szkocji i będziemy hartować płuca – rzucił pół-żartem, pół-serio. – Mówiłem Ci kiedyś o tym, jak bardzo uwielbiam Szkocję? – zapytał, ale nie dał Robertowi odpowiedzieć, kontynuował. – Bardziej kocham tylko makulaturę.

Nagle usłyszał to charakterystyczne stukotanie. Obrócił się w stronę dżwięku i zauważył psa. Kundelka, przesłodkiego. Od razu uśmiechnął się od ucha do ucha, niemalże zapominając o wszelkich zmartwieniach. Jedynie z tyłu głowy miał zaświeconą czerwoną lampkę, a obok niej twarz żony mówiącej, że w życiu nie zgodzi się na psa, gdy Penny tak bardzo o niego prosiła. Adrian zrobił to samo co przyjaciel, ukląkł na ścieżce, nieco brudząc przy tym szatę i przyglądał się psiakowi z oddali. Gdy maluch minął Roberta i dalej człapał tymi swoimi krótkimi łapkami, zmarszczył brwi.

– Hej, malutki, chodź – powiedział trochę naiwnie, ale piesek nawet na niego nie spojrzał. Szedł jak… Zahipnotyzowany. Zupełnie jakby coś go ciągnęło w stronę, cóż, wąwozu. – Robercie, nie masz może przy sobie jakichś smakołyków? – zapytał, patrząc na Croucha. W końcu, jeśli go pamięć nie myliła, miał od niedawna psa. Jakaś minimalna szansa na to, że akurat miał w kieszeni czy to spodni, czy kamizelki, czy nawet szaty, smakołyka lub dwa zawsze była. Adrian, gdyby mógł, zawsze nosiłby przy sobie smakołyki dla Ziggy'ego. Z tym, że noszenie przy sobie smakołyków dla sowy wymagało od niego noszenia przy sobie zdechłych myszy lub robali. A to wiązało się z, cóż, brudnymi kieszeniami i rękoma.


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Robert Albert Crouch - 20.07.2026

– Nie mówiłeś. Ale jestem w stanie cię zrozumieć. Aż żałuję, że nigdy nie zabrałem tu mojej Enid na wakacje – westchnął. Zwykle na wczasy jeździł do kurortów do ciepłych krajów. Był na Kanarach, Malediwach, lubił francuskie wybrzeże i Grecję. Okazywało się jednak potem, że marnował przy tym szansę poznania lepiej swych rodzimych stron. Musiał się rozeznać w sprawie szkockich hoteli. Na pewno mieli coś z odpowiednią ilością gwiazdek. Nie chciał jednak opowiadać o tym Adrianowi, bo o ile dbał, żeby pensja pracowników biura była wysoka, to wiedział, że mentalność bogacza bywała przytłaczająca.

Pies zignorował zarówno jego, jak i Norwida. Wciąż kierował się w stronę mostu, jakby zahipnotyzowany. Robert zmarszczył brwi. Coś było zdecydowanie nie tak.

– Nic nie mam, ale nie sądzę, żeby to specjalnie pomogło – powiedział, przyglądając się psu. Nie mógł sobie pozwolić na noszenie przysmaków w kieszeniach. Nie kiedy musiał wyglądać i pachnieć nienagannie. Gdyby wysypały mu się z kieszeni psie chrupki.. Znalazłby się w plotkarskiej rubryce Proroka Codziennego. A czystokrwiści oczekiwali od swoich oficjeli absolutnej nienaganności. Nie, żeby sami tacy w rzeczywistości byli. Robert wiedział jednak, że wiele osób wpływowych uważało psy za brudne kreatury, które były raczej zwierzętami trzymanymi przez mugoli. – Chodźmy za nim.

Ach tak, ten jego instynkt przetrwania, jak zwykle wadliwy. Robert, jako ważna osoba w państwie, która powinna na siebie niezwykle uważać, często miał tendencję do pakowania się w różnorakie tarapaty. Raz napotkał zjawę w którejś alejce na Pokątnej, znajdował w domu dziwaczne obiekty, a ostatnio miał bardzo interesujące golfowe spotkanie z wampirem. A jednak tu chodziło o życie psa. A Robert wiedział, że były to istoty tak życzliwe i dobre, że nie można było zostawić tej sytuacji.

Piesek zatrzymał się na kamiennym moście. Odwrócił się niemal mechanicznie, wskoczył na niską barierkę. Pisnął cicho, jakby przestraszony. Drżał na swoich łapkach, zupełnie jakby było mu zimno. Coś zdecydowanie się działo. Gryfoński instynkt Roberta zadziałał. Zerwał się biegiem w stronę mostu, ale nie był dostatecznie szybki. Piesek skoczył.

– Bogowie! Kurwa mać! – krzyknął Robert. Wyjrzał przez barierkę, gdzie w dość głębokiej rzeczce piesek jeszcze starał się utrzymać na powierzchni, raptownie machając łapkami. Sędzia nie wahał się. Zrzucił z siebie swoją drogą szatę od Rosierów, pozwolił jej opaść na ziemię. Strząsnął buty z nóg. Potem usiadł na barierce i opuścił się do zimnej wody, zanim jego rozsądniejszy pracownik zdążył go od tego odciągnąć.


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Adrian Norwid - 22.07.2026

Norwid uśmiechnął się smutno, słysząc, że Robert nigdy nie zabrał byłej żony do Szkocji. Na końcu języka miał odpowiedzenie mu, że może kiedyś chociażby wziąć córkę, jeśli będzie miał szansę, ale przemilczał te sprawę. Jeśli on nie chciał być pytany o sprawy rodzinne, tak samo nie chciał wchodzić z butami w takowe sprawy innych osób. Co nie zmieniało faktu, że niekiedy najbliższe nam pod względem geograficznym miejsca, okazują się tymi najbardziej magicznymi.

Serce zaczęło walić mu w piersi, gdy pies dalej ich ignorował. Coś mu podpowiadało, że to nie skończy się dobrze. Starał się naiwnie wmawiać sobie, że będzie w porządku, że psiak się zatrzyma nawet i bez smaczków, ale ten parł naprzód jak popychany jakąś magiczną siłą. A Adrian… Pierwszy raz od dawna realnie nie wiedział co robić.

No, może nie pierwszy. Zdarzało mu się nie wiedzieć, co powinien zrobić. Zwykle właśnie w sytuacjach gwałtownych, wymagających podejmowania szybkich decyzji i ryzyka. Nie był stworzony do takich rzeczy, zbyt łatwo dawał się ponieść nerwom i czystej, nieokrzesanej panice. Tym razem objawiła się u niego w ten sposób, że stał i patrzył na wszystko jakby z dystansem, jednak na jego twarzy malowało się przerażenie. Mimo to podążył za szefem, choć nic nie odpowiedział.

Pies zachowywał się tak, jakby nie chciał tego zrobić, a jednak skoczył. Adrianowi wyrwało się zaskoczone westchnięcie, następnie dobiegł do barierki mostu i zajrzał w dół. Było głęboko, ale wody widocznie przybrało, mimo to psiak z trudem utrzymywał się na powierzchni. W jego głowie zaczęło kotłować mu się milion pytań. Czy miał tam wejść? Czy nie było zbyt głęboko? Czy piesek był ranny? Zanim jednak zdążył zareagować, Crouch już zdejmował buty. Położył mu dłoń na ramieniu i pokręcił głową. Miał lepszy pomysł.

– Jesteś sędzią, co jeśli ktoś cię zobaczy w takiej sytuacji? Ja wskoczę, ty rzucaj zaklęcie. Najlepiej jakieś lewitujące, które go utrzyma na powierzchni, cokolwiek. Ja go wtedy złapię i przyniosę. – Jego pomysł był równie… może nie głupi, w grę wchodziło ratowanie życia mądrej, czułej i kochającej istoty, jednak na pewno w pewien sposób ryzykowny. A Adrian nie był najlepszym przykładem odwagi, w większości sytuacji jednak czuł się jak marionetka kierowana przez lęki i niepewność. Jednak teraz. Cóż. Przynajmniej, jakby ktoś ich zobaczył, to on się skompromituje i wyjdzie cały przemoczony z wody, a nie jego szef.

Poza tym, lepiej było zrobić w ten sposób. Ufał Robertowi, że ten, jako były Gryfon z krwi i kości, w przypływie takiej adrenaliny ma nieco pewniejszą rękę do zaklęć niż on sam. Zwykle mu się większość czarów udawała, ale rzadko je rzucał w takich nerwach. Usiadł na brzegu, wcześniej zawieszając na swojego rodzaju murku płaszcz, szatę i zrzucając buty. Wziął głęboki wdech i licząc na cud wszedł do wody. Na całe szczęście umiał pływać. Nie pływał jednak jeszcze nigdy po to, aby wyłowić psa, znajdującego się w tak ogromnym niebezpieczeństwie.


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Robert Albert Crouch - 27.07.2026

Robert już był gotowy wskoczyć do wody i zrobić z siebie albo bohatera, albo topielca. A w każdym razie wyszedłby na faceta przeklęcie nierozważnego, który rzuca się na ratunek bez większego pomyślunku. Był Gryfonem w sercu, ale niestety czasem również i w rozumie. Na szczęście obok stał Krukon, który myślał bardziej trzeźwo. Metodycznie. Dlatego Robert potaknął, jak to zwykle robił, gdy Norwid weryfikował jego pomysły. Bo zwykle, również w Ministerstwie, idea była godna pochwały, ale pomysł na wykonanie pozostawiał wiele do życzenia.

– Dobra, tak zróbmy – westchnął i wyjął zza pazuchy różdżkę.

Przeszedł dalej na most i spojrzał, gdzie znajdował się piesek. Na szczęście nie odpływał szybko, ale jego krótkie łapki już ledwo wyrabiały z utrzymywaniem głowy nad powierzchnią wody. Nie wydawało się też Robertowi, by psu coś się stało przy samym upadku. Stanowiło to swego rodzaju cud, bo most był dosyć wysoki.

Crouch wycelował różdżką w zwierzaka i zaczął wypowiadać ciąg zaklęć, które miałyby pod psem wyczarować swego rodzaju tratwę, najlepiej osadzoną dodatkowo na dnie, odporną na rzeczne prądy przynajmniej na czas potrzebny Adrianowi na dotarcie do psa.

Kształtowanie – wyczarowanie tratwy pod psem
[roll=N]
[roll=N]

Udało się! Pod pieskiem pojawiła się nieruchoma tratwa. Kundelkowi najpierw rozjechały się łapki, bo woda natychmiast dostała się na magiczną wysepkę i uczyniła ją śliską. Jednak nie potrzebował dużo czasu, by stanąć na nogach. Wykasłał wodę z płuc, a potem zaczął szczekać i piszczeć, wciąż spanikowany.

Robert pomyślał, że i Adrian potrzebować będzie jakiejś pomocy przy pływaniu. Jak już pies był bezpieczny, sędzia spróbował wyczarować boję pływacką ze sznurkiem, którym Norwid mógłby obwiązać się w pasie.

Kształtowanie – boja pływacka
[roll=N]
[roll=N]


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Adrian Norwid - 19.08.2026

Norwid ucieszył się w duchu, że szef się z nim zgodził. Zwykle tak właśnie to wyglądało, ale przez pewną krótką chwilę Adrian był przekonany, że w tej kwestii się nie zgodzą. W końcu Adrian był… No cóż, raczej właśnie nie był przykładem dobrego działania w sytuacjach stresowych i wymagających odwagi. No ale dla dzieci i niewinnego stworzenia rzuciłby się nawet w ogień, lub jak w tej właśnie sytuacji, w wodę.

Odetchnął kilka razy, aby uspokoić nerwy, które zaczęły brać nad nim górę. Gdy już mu się to udało, po obwiązaniu się boją, którą wyczarował Crouch, rzucił się do wody. Na całe szczęście umiał pływać, choć w takiej wodzie doceniał magiczną pomoc szefa. Serce waliło mu jak szalone, ale od razu zaczął szybko ruszać kończynami w ten sposób, aby jak najszybciej dotrzeć do psa. Słysząc paniczne dźwięki, które nieszczęsny zwierzak z siebie wydawał, odrobinę przyspieszył, a przynajmniej miał taką nadzieję.

W końcu dotarł do tratwy, wdrapał się na nią, a spanikowany piesek, choć wciąż przerażony, skoczył mu na kolana tak, jakby instynktownie wiedział, że człowiek przypłynął mu na ratunek.

– Za moment będziemy na brzegu, maluchu – wyszeptał, choć miał wrażenie, że pies nawet go nie usłyszał, bo wokół było tyle dźwięków szumiącej, rwącej wody, tyle różnych zapachów… Psiak musiał być w jakiś sposób przebodźcowany. Adrian był na pewno. – Teraz znów wejdziemy do wody, ale tylko na moment, obiecuję – powiedział, zauważając na jednym z brzegów dość łagodną, choć i wąską ścieżkę. Z początku planował użyć teleportacji, ale to zestresowałoby psa jeszcze bardziej, a poza tym nigdy nie testował teleportacji łącznej na zwierzęciu i szczerze? Bał się, że to byłoby zbyt wielkie ryzyko w sytuacji takiej jak ta.

Powoli osunął się do wody, wcześniej obwiązawszy psiaka w pasie, aby mu nie utonął gdy już było tak blisko ratunku. Kilka ruchów i już był na brzegu, a piesek, zupełnie tak, jakby słowa Norwida do niego dotarły, sam starał się ruszać łapkami, aby dopłynąć za człowiekiem, który mu pomógł. Gdy oboje już byli na brzegu, Adrian podniósł trzęsącego się psa i podniósł jedną dłoń z kciukiem w górze. Oddychając głęboko, czując niesamowity wręcz chłód, zaczął wdrapywać się po ścieżce, jednocześnie zastanawiając się po kiego grzyba ktoś ją wytoczył.

Po kilku minutach dotarli na samą górę, pies i człowiek, wciąż obwiązani sznurkiem. Ale z jakiegoś powodu Adrian bał się, że psiak znów spróbuje uciec do wody.

– Daliśmy radę, szefie. Dzięki za pomoc. Chyba bez tego bym sobie nie poradził – powiedział na tyle głośno, aby Robert usłyszał go z odległości kilku bądź kilkunastu metrów, dystansu, który ich aktualnie dzielił. Podrapał psiaka za uchem, widząc, że wciąż cały się trzęsie. Zastanawiał się, czy świstoklik będzie dla niego bezpieczny. Logicznym było szukać właściciela psa w okolicy, ale maluch był przemoczony, przerażony i pewnie niesamowicie głodny, tym bardziej, że Adrian miał wrażenie jakby czuł pod palcami jego żebra.


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Robert Albert Crouch - 25.08.2026

Cieszył się, że tym razem umiejętności magiczne go nie zawiodły. Bardzo nie chciał mieć na sumieniu swojego asystenta. Owszem, ten umarłby w szczytnym celu ratowania biednego, tonącego pieska, ale doprawdy lepiej, że ten przeżył. I zwierzak, i Adrian bezpiecznie dotarli na ląd. Robert oczywiście nie wątpił w mężczyznę, ale wiedział też, że prądy rzeczne bywały zdradliwe. Szczególnie na tym cholernym moście. Jaki zwyrodnialec mógłby rzucić na to miejsce akurat taką klątwę? Takie psiaki przecież nie były niczemu winne, nie zasługiwały na taki los. Sędziego przeszedł dreszcz na myśl, ile zwierząt nie zostało uratowanych. Czy ich kości spoczywały na dnie rzeki?

Norwid i psiak uwinęli się w wodzie i z sukcesem dopłynęli na ląd. Crouch odetchnął z ulgą. Asystent krzyknął do Roberta, który natychmiast ruszył truchtem w ich stronę – w butach, ale jeszcze bez płaszcza. Przez adrenalinę zrobiło mu się cieplej, a porządna szata mogła się przydać psu i Adrianowi bardziej niż sędziemu. Obaj przesiąkli wodą do suchej nitki. Musieli kompletnie przemarznąć, a jak zejdzie z nich adrenalina… mogli nawet zasłabnąć. Czy coś. Robert nie znał się specjalnie na medycynie, ale nawet on wiedział, że wychłodzenie ciała było raczej nienaturalnym jego stanem.

Kiedy tylko dotarł do Adriana, otoczył go swoim płaszczem jak ręcznikiem. Był to markowy ciuch z zeszłorocznej kolekcji jesiennej domu mody Rosierów. Drogi, ale i porządny, odpowiednio zaklęty, bowiem dopasowywał się do temperatury ciała noszącego. Gdy Robertowi było ciepło, służył raczej jako stylowy dodatek, a przy chłodniejszych powiewach skutecznie ogrzewał. Tym samym Adrianowi mógł posłużyć jako coś w rodzaju koca termicznego.

Crouch poklepał asystenta po ramieniu i spojrzał na psa, którego ten trzymał w ramionach.

– Świetna robota – rzekł z uśmiechem. – Adrianie, to chyba oczywiste, że możesz wrócić do domu. Ach nie, czekaj. Wydaję ci służbowe polecenie, żebyś zajął się tam tym maluchem. Na bogów, dobrze, że żyjecie. I że my byliśmy w pobliżu. – Wyciągnął rękę i pogłaskał pieska po mokrej sierści. Dość szybko jednak cofnął rękę, bo woda w rzece jednak najczystsza nie była. – Trzeba będzie sprowadzić tu klątwołamaczy. Co to ma znaczyć, że pies ni stąd, ni zowąd skacze w objęcia śmierci? To wygląda jak zabawa jakiegoś chuja ze zrytą banią, który nienawidzi wszystkiego, co dobre – przeklął, burząc trochę wizerunek dostojnego sędziego. Wiedział jednak, że Adrian zna i to jego oblicze. Ile razy to klął na prawicę w Wizengamocie?


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Adrian Norwid - 27.08.2026

Adrian, choć nie wyglądał, był całkiem wysportowany. Codziennie biegał, za to w dzieciństwie dużo pływał, przynajmniej w wakacje, gdy rodzice zabierali go w jakieś przyjazne dla fanatyka pływania miejsca. Może i w quidditcha w szkole nie grywam jeśli nie musiał, ale zawsze uważał to za idiotyczne, gdy ktoś wyśmiewał jego brak umiejętności w dziedzinie miotlarstwa. Dzieciaki, które tak mówiły, musiały mieć zamknięty umysł, a przynajmniej zawsze tak o nich myślał. W końcu musiał sobie jakoś radzić z tym, że mu dokuczali ze względu na jego mugolskie pochodzenie.

W pływaniu w rzece nie miał doświadczenia, dlatego w środku czuł wybierając adrenalinę, która pompowała do jego żył tę odwagę w najczystszej postaci. Jednak gdy już stanął  z powrotem na moście i zobaczył ze szef biegnie w jego stronę, zaczął się czuć… gorzej. Zaczynał czuć ten ziąb, który wydawał się mrozić mu kończyny, choć przecież jeszcze mrozu nie było. Gdy Robert okrył go swoim designerskim płaszczem, zrobiło mu się cholernie głupio. Przede wszystkim uważał, że na taki gest nie zasługiwał, ale… było to miłe. I zaskakujące, bo od razu zaczęło mu się robić cieplej. Miał wrażenie, że kundelki również, bo przestał się trząść w jego ramionach. Instynktownie pogłaskał go pod brodą i dopiero wtedy dotarło do niego, co Crouch powiedział. Zmarszczył więc brwi, zaskoczony, ale też niepewny.

– Ja… – zaczął, ale zanim kontynuował, przełknąć gulasz rosnącą mu w gardle z nerwów. – Ja nie wiem czy dam radę, Robercie. Nigdy nie zajmowałem się psem – odpowiedział, ale w gruncie rzeczy się ucieszył. Tylko że faktycznie nie wiedział czego taki psiak potrzebuje oprócz ciepłego miejsca do spania, bezpieczeństwa, jedzenia i zabawy. Mycie zębów? Czesanie? Obcinanie pazurków? Czuł się jak dzieciak, który nie wie nic o świecie, ale w rzeczywistości zawsze miał tylko sowy. Raz, jak był małym chłopcem, ojciec kupił mu chomika, ale wszyscy wiemy jak wygląda posiadanie chomika w dzieciństwie. Historia z nim związana była zwyczajnie przykra i Adrian nie chciał o niej nawet myśleć. Jednak pies…  Cóż, może mogli sobie nawzajem pomoc. Psiak potrzebował opieki i swojego człowieka, a Norwid potrzebował czyjejś obecności w domu, nawet jeśli miał to być szczekający i merdający całym sobą na jego widok zwierzak. Mimowolnie się uśmiechnął, przekonany głównie swoimi przemyśleniami.

Kiwnął głową, zgadzając się z Crouchem w kwestii wezwania klątwołamaczy. Sam już tak do przekleństw szefa przywykł, że mu ono kompletnie umknęło, sam przecież niekiedy klął jak szewc. Nic jednak nie powiedział, bo wiedział, że zgłoszenie tego jest jedyną logiczną opcją. Dlatego stwierdził, że nawiąże do swoich wcześniejszych rozmyślań.
– Myślę, że powrót jednym świstoklikiem będzie wciąż dobrym pomysłem. Przynajmniej po drodze opowiesz mi więcej o tym, jak się takim maluchem zajmować – powiedział i zakaszlał. Oj. Bedzie musiał wypić jakieś ziółka.


RE: [Jesień 72, 19.09] Most Overtoun [Adrian & Robert] - Robert Albert Crouch - 28.08.2026

Poza tym, że Robert dobrze znał Adriana i mu ufał, wiedział nieco o jego sytuacji w domu. O rozwodzie, o dzieciakach… Bogowie, sam przecież przez to przechodził. Urzędowe potwierdzanie tego, że dawna miłość wygasła było okropne. Nikomu tego nie polecał. W takich momentach dobrze było oderwać myśli od trudnych spraw. Co pomagało w tym bardziej niż opieka nad psem? On sam przecież po Spalonej Nocy przygarnął Olivera Twista, terrierowatego kundelka, który zaszył się w jego kamienicy. Ten coraz bardziej już mu ufał, uwielbiał biegać po rodzinnym ogrodzie i zaczynali go lubić nawet rodzice Roberta.

– To nie jest takie trudne. Trzeba takiego karmić, poić, zapewnić posłanie, chodzić na spacery i regularnie drapać za uchem. A jak się pokłada i nie jest radosny, idziesz z nim do weterynarza. Jeśli ja sobie z tym radzę, ty tym bardziej sobie poradzisz – poklepał przyjaciela po ramieniu. – A teraz wracajmy do kominka Fiuu i spadajmy stąd. To miejsce przyprawia mnie o ciarki.

Robert był bardzo zadowolony z asystenta. Adrian szybko myślał i działał. No i nie był obojętny wobec otaczającego go świata. Bo wiedza prawnicza dla sędziego stanowiła rzecz drugorzędną, dostępną do wyuczenia się dla niemal każdego. Inni jednak nie mieli tej woli działania i kompasu moralnego. Croucha wcześniej krytykowano za przyjęcie na swą prawą rękę właśnie mugolaka. Jednak ten każdego dnia przypominał Robertowi, że podjął właściwą decyzję.
Koniec sesji