![]() |
|
[09.09.1972] Holding out for a hero - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [09.09.1972] Holding out for a hero (/showthread.php?tid=6226) |
[09.09.1972] Holding out for a hero - Victoria Lestrange - 24.07.2026 9 IX 1972, Spalona Noc
ok. 1:00 w nocy Nie dbała o to, że miała sadzę rozsmarowaną na twarzy i popiół we włosach. Nie dbała o to, że mundur miała gdzieś rozerwany – nawet nie zauważyła, w którym momencie się to wydarzyło. Może wtedy, gdy wybiegała z płonącego budynku z dzieckiem na rękach? A może wtedy, gdy wyciągała faceta ze skoncentrowanej chmury dymu? Mogło być też wtedy, gdy aresztowała wariata będącego ewidentnie w trakcie jakiegoś rytuału, który mu przerwała… Nieistotne. Swój mundur też miała zakurzony, ale nie dbała o to: wystarczyło mieć trochę oleju w głowie i widać było, że jest to charakterystyczny mundur aurora, zwłaszcza te srebrne wstawki, ciągle gdzieś się przebijające poprzez kurz i sadzę. Victoria przystanęła na chwilę, próbując złapać oddech, co spowodowało tylko, że rozkaszlała się potężnie. Jej gardło i płuca podrażnione były kilkugodzinnym wdychaniem wszystkiego, co właśnie latało w powietrzu: od tego pyłu, który wszystko zapalał, po spopielone części ulatujące w powietrze. Widoczność była przez to wszystko mocno ogarniczona, chociaż całkowita ciemność środka nocy rozświetlana była przez liczne ognie, których nadal nie opanowano, a które co jakiś czas powstawały w różnych miejscach. Ale tutaj chyba był chwilowo spokój. To znaczy o ile można było tak nazwać przeróżne krzyki w tle; nawoływania, przerażenia, złości… Nie miała wątpliwości, że to wszystko, to sprawka Voldemorta. Że w końcu dopiął swego, popieląc Anglię, napuszczając na siebie ludzi… Ofiarami byli wszak wszyscy, ogień nie patrzył na to, czy pali dom mugolaka czy czarodzieja półkrwi, a jak się miało okazać, również i domy czarodziejów czystej krwi, których supremację ogłaszano, stawały w płomieniach. Jaki był wzór? Któż to wie. Może nie było żadnego, a może był konkretny, ale nie był to czas, w którym Lestrange by się mogła nad tym w ogóle zastanowić – nie wiedziała jeszcze nawet, że jej rodzinny dom stał właśnie w płomieniach. Miała odpocząć jeszcze przez chwilę, ale wtedy usłyszała jakiś męski głos, a sądząc po tonie, nie miał wcale dobrych zamiarów. – To wszystko wina takich jak ty, wiedźmo! – krzyczał. Wtedy właśnie Victoria puściła się biegiem w tamtą stronę, z różdżką w ręku. RE: [09.09.1972] Holding out for a hero - Edith Rookwood - 26.07.2026 Przez ten cały popiół nie mogła normalnie oddychać. Czarna chusta, którą zasłoniła usta przed wyjściem na ulicę, zupełnie nie radziła sobie z pyłem unoszącym się na ulicach Londynu. Było w tym wszystkim coś nieroztropnego; rozum podpowiadał, że powinna zostać w domu, że powinna bliżej przyjrzeć się runie, która pojawiła się na jednej z ścian jej mieszkania, że powinna poczekać na jakiekolwiek wieści od ojca, na wytłumaczenie tego co tak właściwie się stało. Była pracownicą Ministerstwa, więc chyba powinna również pomóc tym, którzy teraz cierpieli najbardziej; tym, których bliscy leżeli obecnie na ulicach Londynu i których domy, zamieniły się w proch. Ale była wyjątkowo samolubna i szczerze — nikogo nie żałowała. Zafascynowana obserwowała popiół opadający na ulicę, nie zwracając uwagi na czarodziejów kręcących się wokół. Być może dlatego nie zauważyła rozgoryczonego mężczyzny, który szybkim krokiem zaczął zmierzał w jej stronę. W ostatniej chwili usłyszała jego słowa, coś o tym, że to jej wina. Poczuła, jak ciągnie za chustę, brutalnie ściągając materiał z twarzy, odsłaniając usta i nos, jednym ruchem, pozbawiając anonimowości. Nie miała czasu na strach; spojrzeniem omiatała czarodzieja, skupiając się na szczegółach jego wyglądu, tym w co był ubrany czy jakichkolwiek cechach charakterystycznych, wiedziała, że nie puści mu tego płazem, ale wszechobecny popiół, ograniczał widoczność, więc właściwie niczego nie dostrzegła. Już miała odpowiedzieć; była pewna, że gdy zatrzepie rzęsami i odegra słodką idiotkę, uda jej się załagodzić sytuację, ale zanim zdążyła zareagować czerwona ciecz uderzyła ją prosto w twarz. Oślepiona, w pierwszym odruchu odskoczyła do tyłu, próbując uratować się przed tajemniczą mazią. Na nic były jednak jej starania, bo ta pokryła ją od stóp do głów, dostając do nozdrzy, uszu, oczu oraz ust. Na chwilę ją zaćmiło, słyszała jedynie dźwięczenie w uszach oraz dźwięk ulicy, ten był jednak przyćmiony, jakby Edith i wszystkich na około, dzieliła gruba szyba. Nie osunęła się jednak na ziemię, dzielnie trzymając na nogach, chociaż w środku cała drżała. Nie był to jednak strach, w końcu już dawno wyzbyła się tej, konkretnej emocji — całe zdarzenie było upokarzające, to prawda, ale nic nie mogło się równać z przerażeniem, jaki wzbudzał w niej Cyrus, gdy popełniała najdrobniejszy błąd. Tliła się w niej złość i poczucie niesprawiedliwości, i najbardziej chyba nienawidziła właśnie siebie. Bo była bezużyteczna, bo w tłumie ludzi łaknących krwi była całkowicie sama, bo nie potrafiła poradzić sobie z przypadkowym śmieciem, który powinien już dawno klęczeć u jej stóp. RE: [09.09.1972] Holding out for a hero - Victoria Lestrange - 28.07.2026 Nie wiedziała, którą godzinę nadgodzin właśnie robiła, nie miała nawet pojęcia, że jest już 9 września. Była na zmianie w biurze aurorów, gdy zaczęło się to piekło i od tamtej pory niemalże nieustannie gdzieś biegła, coś robiła. Dziękowała samej sobie, że w którymś momencie gdzieś pół roku temu postanowiła zadbać o swoją kondycję, ale nawet ją to wszystko męczyło po tylu godzinach na nogach i z pyłem i dymem podrażniających płuca i oczy. Miała na ustach i nosie jakiś szalik gdzieś wcześniej, ale nie pomagało to zbytnio, gdy trzeba było wziąć głębszy oddech, zresztą cały przesiąkł smrodem tej nocy a i na nim zaczął osiadać pył, ostatecznie znajdując się bliżej nosa i ust autorki. Pozbyła się go gdzieś po drodze i próbowała ratować zaklęciami, żeby dało się oddychać jakkolwiek, ale i to pomagało tylko na chwilę. Biegła w kierunku tamtego pojedynczego krzyku. Chlupot farby został zagłuszony przez te wszystkie inne dźwięki wypełniające ulicę, nie wiedziała więc, że czarodziej postanowił w ten sposób zaatakować tę “wiedźmę”, ale zobaczyła w końcu ten obrazek: kobietę, najpewniej w szoku, stojącą jak słup soli i nad nią mężczyzna z jakimś naczyniem. W świetle łuny ognia nie widziała wiele, ale wystarczająco, by w biegu próbować wyczarować więzy, które mogłyby opleść mężczyznę, w myśl, że nawet jeśli coś źle zrozumiała, to pytania będzie zadawać później, najwyżej się typa przeprosi i wypuści, ale ten być może miał instynkt samozachowawczy, a może jakoś ją usłyszał, bo cisnął w bok pusty pojemnik, z którego oblał stojącą przed nim dziewczynę, po czym teleportował się w pośpiechu. Jej zaklęcie nigdy nie sięgnęło celu i grube liny zwinęły się w ciasny kłębek w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu stał mężczyzna. Zaklęła pod nosem, ale w tej chwili nie było czasu tego roztrząsać, bo dziewczyna stała tuż obok, ewidentnie zamroczona. Victoria nie rozpoznała jej w tym stanie. – Auror Lestrange – powiedziała w biegu, nie chcąc przestraszyć dziewczyny, ani zasugerować, że mogłaby jej zrobić krzywdę. – Wszystko w porządku? – rzuciła, zatrzymując się w końcu i próbując zapalić światełko na końcu różdżki, by lepiej widzieć w półmroku. // Kształtowanie ◉◉◉◉○ – Lumos xd [roll=PO] Na więzy nie rzucam bo założyłam, że nie ma to znaczenia, skoro facet zwiał RE: [09.09.1972] Holding out for a hero - Edith Rookwood - 05.08.2026 Może gdyby Cyrus wychował Edith inaczej to teraz błagałaby agresora o litość. Może padłaby na ziemie, w ten kurz i pył, i brud lepiący się do tkanin i skóry, może zamknęłaby oczy, całkowicie poddając cierpkiemu losowi. Może zapłakałaby na głos nad swoim pieprzonym losem. Najgorsza była ta ciemność towarzysząca oślepieniu i to, że tak wiele osób widziało tę całą sytuację. W końcu zainteresował się ktoś nią; głos wydawał się być znajomy — jakby wspomnienie z niedawnej przeszłości. Roztrzęsione dłonie, mimowolnie wycierały pozostałości czerwonej farby, ta uparcie nie chciała jednak ustąpić. Zdawała się wchłonąć już na zawsze, wsiąknąć w powierzchnie bladej skóry. Przez dłuższą chwilę nie potrafiła nic powiedzieć, tylko tarła tak te dłonie i twarz, próbując pozbyć obcej cieczy. "Auror Lestrange", dotarło do niej w końcu, potem jeszcze pytanie, ale bardziej w tle, jakby dalej reszta świata znajdowała się gdzieś poza jej zasięgiem. W końcu wyprostowała się, jakby nic zupełnie się nie wydarzyło, jakby tej farby i gapiów, i ich dwójki pośrodku tej całej wojny i zamieszania nie było, i otworzyła oczy, gdy już była pewna, że nic nieznajomego się do nich nie dostanie. — Amnezjatorka Rookwood — wylegitymowała się, kiwając jednocześnie głową na przywitanie. Nie była pewna czy powinna porzucić te wszystkie formy grzecznościowe, jakie obowiązywały w Ministerstwie, czy może zachowywać się śmielej i użyć imienia Lestrange. Dawno już ze sobą nie rozmawiały, więc może nie powinna dawać sobie tego prawa, ale kiedyś dość sporo je ze sobą łączyło. — Myślałam, że sytuacja trochę się uspokoiła, więc wydawało mi się, że mogę trochę pomóc. Nie dostałam co prawda wytycznych z Ministerstwa, ale trudno mi było patrzeć na tych wszystkich biednych ludzi, którzy stracili dzisiaj domy i bliskich. Jak się to skończyło widzisz. — rzekła, spuszczając oczy w dół. Przeleciała nimi po swojej własnej sylwetce, zafarbowanych dłoniach oraz brudnej szacie. Była z niej dobra aktorka, fantastyczna aktorka wręcz, więc to małe kłamstewko, wydobyło się spomiędzy jej warg z wyjątkową łatwością. Kilka lat temu może i czułaby wyrzutu sumienia, wiedziała jednak, że nie może wyjść na idiotkę — bo to co zrobiła, że tak wyszła z domu bez przygotowania i nastawienia, że ktoś może ją zaatakować idotyzmem było. Dlatego wypowiadała te słowa spokojnie bez zająknięcia. W końcu skierowała swe spojrzenie na Victorię. Dopiero teraz zauważyła w jaki strasznym jest stanie. Domyśliła się, że aurorka spędziła kilka poprzednich godzin na pomocy właśnie, bo o tym świadczył stan jej szat oraz popiół, oblepiający odsłoniętą skórę. Nie powiedziała jednak nic, chociaż w głowię Edith kłębiło się wielkie niezrozumienie. Zastanawiała się po co Victoria tak ryzykuje swoim własnym życiem. Miała przecież wiele, nie musiała poświęcać się dla kilku marnych groszy płaconych przez Ministerstwo. Fascynowało ją te powódki, bo ona nigdy nie czuła potrzeby pomagania — ciągle myślała przecież tylko o samej sobie. Wyjątkowo dziwna była najstarsza z sióstr Lestrange. — Chyba powinnam to zgłosić, ale wątpię, że uda się złapać winnego. Ja sama nie pamiętam nawet jego twarzy. RE: [09.09.1972] Holding out for a hero - Victoria Lestrange - 11.08.2026 Miała ochotę potrząsnąć różdżką, która leniwie zamigotała światełkiem i zaraz zgasła, choć w głębi duszy wiedziała, że to nie problem różdżki, a jej samej i zmniejszonej koncentracji od tego, jak długo była już w pracy. Łatwiej było jednak swoją złość przekierować na obiekt, niż przyznać się na głos sama przed sobą, że jest zwyczajnie zmęczona, a nie było wciąż widać końca tego dnia. Ostatecznie zrezygnowała jednak z ponownej próby rozpalenia światełka na końców swojej kapryśnej różdżki i postanowiła w tej chwili spojrzeć na dziewczynę w świetle łuny ognia, jaka rozświetlała okolicę. Pamiętała Edith. Victoria z natury miała dość dobrą pamięć do twarzy czy imion, zwłaszcza ludzi, z którymi łączyło ją coś więcej niż po prostu mijanie na korytarzu w szkole, a z Edith nie dość, że pracowała, to jeszcze przez ostatnie kilka miesięcy istniały plany, że miała łączyć nazwisko. Nie z własnej woli, wszak to były interesy i umowy pomiędzy ich rodzinami, pomysł rodziców, teraz jednak nie miało to większego znaczenia, bo i zaręczyny zostały w lipcu zerwane, a choć ona i Sauriel jeszcze potem byli razem widziani i może do czegoś to dążyło, to raczej nie do ślubu. Victoria odetchnęła, podchodząc bliżej panny Rookwood, ale przy tym rozejrzała się czujnie dookoła, czy przypadkiem zaraz ktoś nie wybiegnie zza jakiegoś budynku. Najwyraźniej jednak mundur aurora był na tyle charakterystyczny, a srebrne wstawki odbijały przeróżne światła, że ludzie zwykle widzieli, z kim mają do czynienia i jej nie atakowali przez te kilka godzin, odkąd była w Magicznych Dzielnicach. – Jest straszny chaos, w Ministerstwie też – odparła jej. Edith najwyraźniej nie miała dzisiaj dyżuru w pracy i sytuacja zastała ją najwyraźniej w domu, a co prawda była częścią czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego, ale oni przeszkoleni byli do sprzątania skutków wypadków, a nie radzenia sobie z wypadkami takimi jak ten, Victoria więc nie widziała w tym niczego podejrzanego. – Podejrzewam, że wezwą was jak już to wszystko się skończy i… – tutaj westchnęła. – Trzeba będzie posprzątać – w tym również wyczyścić mugolom pamięć, bo w takich warunkach czarodzieje próbujący dogasić swoje domy rozsiane po Londynie czy w innych miejscowościach (bo w tym momencie Victoria wiedziała już, że to nie tylko Londyn był atakowany, a z początku tak właśnie myśleli) nie zwracali uwagi na to, że rzucają czary przy kimś, kto nie powinien tego widzieć… Dlaczego Victoria tutaj była… Narażała się, owszem, ale za to jej płacili i to niemało. Pod tym względem nie mogła narzekać na swoją pensję, bo Niewymowni, aurorzy i brygadziści BUM-u, za ryzyko wpisane w pracę, dostawali bardziej niż przyzwoitą wypłatę. A tak się składało, że gdy rozpoczął się o 20:00 atak, była jeszcze w pracy… Czuła się do tego więc zobowiązana, choć bala się też o resztę swojej rodziny – ojca na dyżurze w Mungu, Primrose, która dopiero co wróciła z Francji, matkę i Daphne, o których nie wiedziała, jaki miały grafik, czy były w pracy, czy w domu… – Nie jesteś ani pierwsza, ani zapewne ostatnia… – mruknęła, patrząc teraz na Edith. Victoria nie miała tych wątpliwości co Edith odnośnie tego, jak powinna się do niej zwracać. – Zgłoszenie niewiele da, oprócz odnotowania, że zostałaś zaatakowana – Victoria skrzywiła się. – Dobrze się czujesz? – zapytała jeszcze, z tej odległości widząc, że Rookwood oblana jest dość hojnie czerwoną farbą. Ubrania to tam mały problem w obliczu wszystkiego, ale czy ta maź… nie robiła jej krzywdy? |