Secrets of London
[30/09/72, Nowosybirsk] Sic erat in fatis - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [30/09/72, Nowosybirsk] Sic erat in fatis (/showthread.php?tid=6227)



[30/09/72, Nowosybirsk] Sic erat in fatis - Mykew Gregorovitch - 25.07.2026

Gregorovitchowie w Nowosybirsku
na pechowej randce przy okazji Miesiąca Miłości

Jesienią wieczór nad Nowosybirskiem zapadał prędko, a temperatury o tej porze roku zbliżały się niebezpiecznie blisko zera. Idąc z żoną ulicami magicznych dzielnic rosyjskiego miasta, odziany w długie, eleganckie palto Mykew Gregorovitch poruszał się z pewnością siebie wytwornego człowieka, który był dokładnie tam, gdzie być powinien. Nic nie wskazywało na to, że dawno zgubił drogę. Magiczna dzielnica Nowosybirska została wzniesiona stosunkowo niedawno, ledwie kilkadziesiąt lat wcześniej. Była dziełem architektów, którzy zaplanowali przestrzeń pełną złudnie podobnych do siebie wielopiętrowych budynków i szerokich betonowych alei niemal pozbawionych punktów charakterystycznych. Było to miasto na wskroś szpetne i pan Gregorovitch sprawiedliwość oddać musiał Magicznemu Londynowi, za którym choć nie przepadał przesadnie, to dostrzegał weń więcej polotu niż w modernistycznej estetyce.
Monotonny krajobraz Nowosybirska nocą okazał się zgubny, a żółtawe światło ulicznych latarni nie wystarczyło, aby Gregorovitch odnalazł wśród obcych, ciemnych ulic drogę do ich hotelu. Ojciec Mykewa, znający lepiej owo miasto, pozostał dłużej na festiwalu rzemieślniczym w Lukomorye, na który to z jego zaproszenia londyński różdżkarz przybył wspólnie z Larisą. Zapewne trafniej byłoby jednak rzec, że to małżeństwo wyszło z festiwalu wcześniej, jako że cierpliwość Mykewa Gregorovitcha wobec ojca miała swoje granice. Peter Gregorovitch był człowiekiem despotycznym, a choć syn darzył go szacunkiem, to ścierali się, jako że Mykew próby ojcowskiej ingerencji w swoje życie bezwzględnie odrzucał. Gdyby ojciec zobaczył go teraz, z pewnością przypisałby synowi nieudacznictwo. Zanim powstał Magiczny Nowosybirsk, czarodzieje przyjeżdżający na festiwal musieli szukać noclegów po okolicznych osadach, ponieważ sama magiczna wieś Lukomorye była za mała, aby pomieścić wszystkich. Wielki Peter Gregorovitch więc po nocach znajdował drogi do nieoznakowanych dworków czarodziejskich ukrytych po zapadłych wsiach, a Mykew gubił się w doskonale zorganizowanym mieście.
Choć towarzystwo Larisy było Mykewowi dużo milszym, mniej nachalnym niż natręctwo ojca, to i przed nią nie chciał przyznać się do położenia, w jakim znaleźli się z jego winy. Tak oto czarodziej skręcił w kolejną aleję, i znów nie rozpoznał jej, a wyraz jego twarzy sposępniał jeszcze więcej. Spojrzał w niebo. Chmurzyło się.
— Nie rozważasz propozycji ojca, prawda? — zapytał, aby przerwaniem ciszy między nimi odwrócić uwagę od tego, że błądzili po omacku. Mówił z Larisą po rosyjsku, aby pośród tłumu miejscowych czarodziejów nie zwracać uwagi wyraźnymi, obcymi akcentami.
Swoimi słowami nawiązywał zaś do propozycji Petera. Ojciec zażądał, aby małżonkowie odesłali Savaša do rodzinnej Serbii, gdzie chłopiec miałby przez czas jakiś pobierać nauki pod tyrańskim okiem dziadka. Temat miał, co oczywista, drugie dno: kryło się w nim oskarżenie wobec Mykewa, jakoby ten jako głowa rodziny nie był w stanie nad własnym synem sprawować odpowiedniej pieczy i z jego to winy wydarzyła się rodzinna tragedia. Mykew propozycję odrzucił. Jego sprawy do niego należały. Nie usatysfakcjonowało to seniora, który jął synową przekonywać, aby ona przemówiła do mężowskiego rozsądku.


RE: [30/09/72, Nowosybirsk] Sic erat in fatis - Larisa Gregorovitch - 13.09.2026

Mykew powinien się przejść po angielskich dzielnicach robotniczych, skoro narzekał na taki sam wygląd kolejnych uliczek Nowosybirska. Każde drzwi wyglądały tak samo, w fasada posiadała tyle samo okien, te same rynny i dachy. Kopia kopii kolejnej kopii. W oczach się od tego mieszało, a do tego wszystko było dokładnie tak samo szare i zaniedbane. Larisa, oczywiście, sama nie miała pojęcia, jak wyglądały podobne dzielnice w Londynie (ani w żadnym innym mieście), bo aby taką wiedzę posiadać, musiałaby bywać w takich miejscach jak mugolskie dzielnice. Tam natomiast, jej noga nigdy nie miała zamiaru postać. Nawet na teren kowenu Macmillanów teleportowała się bez niepotrzebnego wydłużania trasy – na sam dziedziniec, gdzie jej srebrzyste oczy nie musiały uświadczyć widoku ulicy i pokracznych mechanizmów mugoli.

Ktoś pewnie mógłby próbować się zastanawiać, że przecież sporo mechanizmów dnia codziennego (i nie codziennego) było mugolskimi urządzeniami. Prawda. Póki pani Gregorovitch nie była tego świadoma, to i problem nie istniał. Jak to mówią, co z głowy, to z serca. Ale kiedy już ta świadomość się pojawiała, była niczym rozgrzane do białości ostrze, rażące jej delikatną głowę. Kiedy dowiedziała się, czym właściwie jest Hogwart Express, był to dla niej cios w samo serce. Kiedy była mała i sama musiała jechać w przedziale, ta informacja jakoś ją ominęła, ale kiedy to jej syn musiał się w nim znaleźć? Jej mąż musiał znosić niezadowolone słowa każdego roku, albo raczej dwa razy, bo Larisa nie potrafiła sobie darować tak samo przy wyjeździe, jak i przyjeździe.

Monotonny krajobraz Nowosybirska, wydawał jej się natomiast, cóż… stosunkowo szary i mało interesujący. Niemniej jednak było w niej przeświadczenie, że jej mąż wie jak najbardziej, gdzie aktualnie się znajdowali. Wybierał tylko dłuższą drogę, by zażyli więcej świeżego powietrza, a może i potrzebował zwyczajnie odpocząć od zgiełku, który jeszcze chwilę temu oferowało im rzemieślnicze zgromadzenie. A może raczej, od jego ojca.

Pani Gregorovitch bywała bowiem ociężała i senna, ale nie była ślepa. Zasnute mgłą spojrzenie dostrzegało mimowolnie to, co rozgrywało się obok niej, a już w szczególności to co dotykało jej męża, jakby stanowił on jedno z nielicznych w jej życiu światełek, które pomagały jej wrócić do tu i teraz. Słyszała głos Petera dzwoniący jej w uszach, ale kiedy ten napastował jej jaźń, oczy podążały w poszukiwaniu Mykewa, tym bardziej drażniąc jego ojca – nigdy nie był zadowolony, kiedy jego despotyczne zapędy roztrzaskiwały się o mur jej ospałości.

Gdyby zaproponował to ktoś inny, mogłabym się zastanawiać — odparła, krocząc dalej równo z mężem, wsparta na jego ramieniu. — Jestem pewna, że nasz syn mógłby skorzystać na podobnym doświadczeniu. Ale nie w jego warsztacie — słowa wychodziły na świat tempem powolnym i w zgodzie z tym, czego oczekiwać mógł od niej Mykew. Wiedziała, i to bardzo dobrze, co działo się między nim, a starszym Gregorovitchem. Ile tkwiło tam emocji i jakich, ale gdyby nie to, gotowa byłaby pchnąć syna w paszczę kogoś, kto nauczyłby go pokory i szacunku do tego, co krew dała mu za dziedzictwo.