![]() |
|
[Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +---- Dział: Las Wisielców (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=32) +---- Wątek: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel (/showthread.php?tid=6238) |
[Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Millie Moody - 30.07.2026 5.10 okolice podwieczorku
okolice domu Szeptuchy, a potem (jak raszpla pozwoli) wewnątrz wspomnianego domku – Dobra, ustalmy fakty. To był pojebany pomysł wysranego przez śpiączkę umysłu. – Moody nienawidziła Little Hangleton, nienawidziła lasu i nienawidziła starej kurwy do której właśnie sobie wędrowali przez las. Z tego całego równania wybijała się mocno jej miłość do kuzyna, którego teraz mocno ściskała za rękę, korzystając z faktu, ze nikt nie patrzy. Oczywiście nie bała się, bo jej zepsute ciało nie wiedziało co to jest strach. Nie. Kłębił się w niej gniew przed tym co mogło się okazać wewnątrz czterech zapyziałych ścian i gdyby nie obecność Peregrinusa, pewnie zawróciłaby już pół godziny temu. BA! W ogóle by się tu nie teleportowała, kładąc uszy po sobie i ignorując obmyślany od miesiąca plan spotkania z Szeptuchą, starą zdziwaczałą wiedzmą, która krążyła satelitą wokół rodu Trelawney od zawsze. – Wiesz, że cały czas nie mogę sobie przypomnieć? – dodała przez zaciśnięte zęby, idąc ze swoim krewniakiem dalej przez las, licząc na to, że ich podwójna krew Trelawney'owska zagwarantuje im przejście do chatki. Albo, że jak sama będzie mieć za zębami tylko przekleństwa, to Peregrinus będzie mógł mówić w jej imieniu. Albo że powstrzyma ją, jak rzuci się z pięściami na złośliwą kurwę. – Wtedy, jak mama umarła… była na pogrzebie i powiedziała mi coś… ale nie wiem, nie umiem sobie przypomnieć. Nawet w snach, widzę tylko ten jej głupi ryj – urwała, rozglądając się złotymi ślepiami po drzewach, szukając oznak, że być może mają uszy. Te odstające… kawałki od nich, trochę wyglądały jak uszy. Albo jak języki. Pierdolony las. Nienawidziła lasów. – Kiedyś chciałam tu przyjść i jej to wygarnąć, ale nigdy się nie zebrało… A Ty? – zagadnęła w końcu, by jakoś skrócić sobie drogę. Nie puszczała jednak ręki bladolicego mężczyzny, jakby od tego połączenia zależało, czy w ogóle pozostanie na obranej ścieżce – Byłeś tu kiedyś? – przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, rozluźniając nieco ściągnięte dotąd brwi. Las był ciemny i nieprzychylny, ale jej kuzyn, jej serdeczny przyjaciel zdawał się promykiem słońca, który przynosił jej więcej komfortu niż byłaby w stanie wypowiedzieć (inaczej niż słowami "bez Ciebie to chuj"). Ścieżki mogły się im plątać pod nogami, las gęstnieć absolutnie bez sensu (nie żeby w normalnym lesie potrafiła się odnaleźć), ale kiedy on był obok, wszystko było odrobinę lepsze. Mniej wkurwiające. Zacisnęła rękę w uścisku mocniej. Na wszelki wypadek, żeby upewnić się, jak bardzo rzeczywista jest jego obecność. Musiała poznać w końcu odpowiedź, ale jej ciekawość dotycząca własnej popsutej natury nie wystarczała, by zapędzić się w te tereny wcześniej. Jego wsparcie stanowiło katalizator. Niezbędny czynnik. – Pierdolę, muszę zapalić. Chcesz też? – stanęła gwałtownie po środku punktu wyglądającego jak każdy inny w tym pierdolonym lesie, złapana nagłym wzruszeniem, którego nie chciała pokazywać Szeptusze. To miała być rozmowa biznesowa. "Jaki jest deal ze mną, co ja kurwa patrze w tym tęczu?" takie miały być pytania. Wizje… sny… o co kurwa chodziło. Zbyt wiele lat była pogodzona z tym, że nie ma trzeciego oka, to było tak bardzo bez sensu, że tu szli. To miało tak wiele sensu, że szli tu razem. Milles miała siebie serdecznie w dupie, ale Peregrinusowi zależało. Musiała tylko odrobinę, odrobineczkę podkraść mu to uczucie "zależenia". I może spalić filtr w fajce, którą właśnie odpaliła. To brzmiało jak świetny plan. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Peregrinus Trelawney - 23.08.2026 Ten sam lodowaty wiatr, który owiewał kosteczki truposzy ozdabiających gałęzie drzew, nadymał i poły długiego, czarnego płaszcza Peregrinusa. Nawykł był Trelawney do funkcjonowania w tych samych przestrzeniach co śmierć, jako że genetyka przeklęła go oczyma zdolnymi podglądać krainę umarłych. Nie znaczyło to bynajmniej, że spieszyło się prorokowi do zawiśnięcia na drzewie czy oddania się na strawę glizdom. Zdrowy rozsądek nakazywał trzymać się życia, a za mężczyznę zdrowego rozsądku w pierwszej kolejności poczytywał się wróż. Zdrowego rozsądku, świętego spokoju, logicznej analizy. Starał się odwoływać do nich, nawet kiedy głowa z uporem podrzucała mu przed oczy fałszywe tropy. Wiedząc, że to niemożliwe, Peregrin więc wcale nie pokazywał po sobie tego, że po ścieżce przez las wisielców idzie przed nim i Millie identyczna para. Cień przyszłości, który pojawiał się i znikał, jak wiatr raz dął, raz cichł. Dobijające się do świadomości upiorne leśne szepty dodatkowo drażniły umysł. Rozpraszało go to. Dziwnie błądziły oczy wróżbity, jakby nie w pełni skupionego na chwili obecnej. Zacisnął mocniej palce na dłoni Millie. Czarownica była żywa. Ciepła, mimo że nie tak dawno otwarło się przed nią to samo Limbo, które pochłonęło każdego z mijanych przez nich nieszczęśników żyjących między gałęziami. — Nie wydaje mi się, żeby to, co ci powiedziała, zniknęło. Pewnie gdzieś w tobie siedzi. Hipnotyzerem nie jestem, ale takie rzeczy nie odchodzą. Chowają się i czekają — odparł po chwili namysłu. — Może to lepiej, że nie wiesz. Czy ktoś kiedyś usłyszał od tej kobiety coś przyjemnego? Zmęczony wyraz twarzy Peregrinusa nieco pokwaśniał. Odpowiedź była oczywista. Szeptucha nosiła same złe przepowiednie, a mimo to Trelawney wierzył, że spotkanie z nią będzie dla kuzynki dobre. I modlił się całą drogę, żeby się przypadkiem nie przeliczył, bo będzie jego wina. Znał kosmogram Mildred na pamięć, czytał jej z kart niezliczoną ilość razy, lecz nigdy nic, co jej powiedział, nie obudziło w niej wspomnienia słów Szeptuchy. Widać wieszczka oglądała o Millie coś, do czego on dostępu nie miał i nie pozostawało mu nic innego, jak się z tym pogodzić. Osobiście Szeptuchę widział kilka razy, lecz żadne z nich nigdy się do drugiego nie odezwało. Ich relację stanowiło milczenie. Może dlatego, że Peregrinus widział własne złe proroctwa, a ducha miał melancholijnego i spokojnego, pogodzonego z tym, że od wczesnego dzieciństwa oswajać mu przyszło wizje spoza czasu i granic życia. Może nie mieli z Szeptuchą, o czym mówić, a może Szeptucha nie dostrzegła nigdy sensu dokładać do jego zmęczenia wieszczby kolejnej udręki. Pokręcił więc głową w odpowiedzi na pytanie Millie. — U niej? Nie. W tym lesie? Nie tak dawno. — Mężczyzna rozejrzał się dookoła, wspominając dziwacznie upajający spacer z Lorraine. Zbyt odrealniony, żeby się w niego w tamtej chwili zagłębiać. — Wiem, że tata parę razy był u Szeptuchy — podjął, aby przywrócić myśli do rzeczywistości. Stabilnej rzeczywistości, w którą ściągała go ręka Moody. — Ale za mały byłem, żeby się tym ze mną dzielił. Mamie się te jego kilka wyjść nie podobało. Z ojca podobno wyłaził czasem dziwak. Peregrinus snuł teorie, że chodziło o limbo. Było to jedyne, co jego nienormalnie jak na Trelawneya normalnego ojca czyniło dziwakiem. Pytać Peregrinusa, czy zapali, było za to jak pytać dzika, czy raczy się zesrać w lesie. — Wiadomo. Czarodziej zatrzymał się, gdzie ich Millie zatrzymała, i wyciągnął fajki, i to jak chętnie. Wypaliłby całą paczkę, żeby okopcić stres, gdyby nie podejrzewał, że po wszystkim przyda im się ona bardziej. Powstrzymywało go zaś do tej pory tylko to, że w lesie — nawet jeśli to upiorny las pełen truposzy — palić nie wypadało, bo… zagrożenie pożarowe? A akurat pożarów im było w Anglii dosyć do końca stulecia. Przy tej okazji Peregrin rzucił uważniej okiem na przyjaciółkę, żeby zobaczyć, jak się trzyma. Czy nie ma w złocistym oku znaków, że zaraz jej odpierdoli. — Wiesz, że nie musisz jej gadania… rozumiesz, brać do siebie — upewnił Millie. Szary dym do jego szarawej persony na tle szarego smutnego lasu pasował jak ulał. Próżno jedynie było w tym wróżbicie szukać okrutnej drapieżności charakterystycznej dla nawiedzonego krajobrazu. Nawiedzały go wyłącznie duchy zmęczenia życiem. — Nie rób obory. Jak cię wnerwi, to daj znać i grzecznie wychodzimy. Szkoda Basiliusowi dokładać roboty, jakby nas miała odprawić z klątwą. Niezależnie od tego, co powiedział, nie miał wielkich nadziei, jeśli się miał rzeczywiście wydarzyć się kryzys. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Millie Moody - 25.08.2026 Parsknęła śmiechem na to pytanie o przyjemne rzeczy, które można byłoby usłyszeć od Szeptuchy. Z tego co wiedziała ze słyszenia - było to po protu niemożliwe, a starucha lubowała się w czarnowidztwie i to dosłownie. U niej nic nie było jasnowidzeniem, tylko smród brud i zaraza. Ale jaka była prawda, to też Moody trudno było powiedzieć, bo od czasu pogrzebu mamy nie widziała się z nią w cale, a jeśli gdzieś przemykała jej postać dziwaczki - zwyczajnie wtapiała się w tłum, byle tylko znów nie usłyszeć jej skrzekliwego głosu. Teraz jednak pewne pytania musiały być postawione. Weszła w dziwny trans. Widziała rzeczy, które ciężko zwalić na chorobę psychiczną. I to nie było to, że srała pod siebie z obawy co się może zadziać. Po prostu kurewsko nienawidziła takich sytuacji. Na szczęście obecność kuzyna podnosiła ją na duchu. Poczęstowała go fajką, sama rozplanowała sobie zapas, że może z powodzeniem wypalić obecnie dwie. – Szczerze mówiąc, nie znam Trelawneya, który nie jest w jakiś sposób pierdolnięty. Łącznie z Tobą Złoty Chłopcze, każdy ma swoje dziwactwa. A wuj Albert? Nawet Cassandra, ja po prostu czekam aż panna idealna pierdolnie jakąś manianę, totalnie. Otworzy jej się trzecie oko na czole czy coś. – Wyobrażanie sobie ślicznej buzi pani auror z trzecim okiem na czole było pocieszające, bardziej niż chciałaby się do tego przyznać. Miała z tą kuzynką całkiem niezłe stosunki jak na sytuację, w której zazdrościła jej absolutnie wszystkiego, ale już mniejsza o to. Powinni skupić się na zadaniu. – Ja nigdy nie biorę niczego do siebie kurwa dziesięć lat na dywaniku u Bonesa, jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi – wypięła dumnie pierś, wiedząc doskonale że kłamie i stety niestety, wizyty u jej obecnego psychiatry tylko to potwierdzały. Każde jedno słowo, każda kurwa, która poleciała w jej stronę, każda obelga. Niby spływała po niej jak po kaczce, a potem… a potem wsiąkała przez skórę i zatruwała duszę. Może jednak potrzebowała trzech fajek. – No no, Liszek i Tommy, już widzę jak wiszą nad nami i debatują czym oberwaliśmy. Co dwie głowy to nie jedna jak to mówią, absolutnie masz rację, podnosi mnie na duchu, że w razie czego nas do nich teleportuje. – Przyznała całkiem trzeźwo Miles, nie dodając skąd zna dokładną obecną lokalizację obu klątwołamaczy i dlaczego kiedy myśli o jednym z nich z automatu myśli też o drugim. Rozmawiali o tym z Peregrinusem całkiem niedawno, rzuciła mu więc tylko lekko napięte spojrzenie, bo nie, nie chciała wracać do tematu, na pewno nie tutaj w lesie. – Dobra, jebać to, teraz albo wcale… – wypluła z siebie, gdy translokowała ich pety gdzieś daleko od lasu, jakby Szeptucha zamierzała złoić im skórę za brudzenie jej obejścia. W końcu bowiem dotarli do jej drzwi. Milles odetchnęła głęboko, spychając na dno świadomości swoją nienawiść do lasu, tego miejsca i dajmy na to swojego życia i zapukała kilkukrotnie. – Hallo? Jest ktoś w domu? Przyszliśmy porozmawiać. Miałam wizję chciałabym prosić o pomoc w zrozumieniu co się ze mną dzieje. – powiedziała, przypadkiem używając swojego pracowego, policyjnego tonu jakim rzeczowo informowała świadków zdarzenia czemu ich odwiedza. Nie przedstawiła ich tylko. Cóż… zakładała, że starucha z rodu jasnowidzów wybornie orientuje się w tym kto stanął u ich drzwi. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Baba Jaga - 25.08.2026 Leśna ścieżka zdawała się plątać na wszystkie strony, jakby naturą lasu było sprzeciwienie się każdemu gościowi, który pojawi się w jego granicach. Ale jako, ze zarówno Millie jak i Peregrinus, mieli w sobie krew Trelawneyów, odnajdywali się w całym tym bałaganie. Czuli, jak nogi ciągną ich w konkretnym kierunku, a wreszcie stanęli przed chatą Szeptuchy. Była trochę podniszczona i otoczona roślinnym płotem, w którym znajdowała się furtka. Kiedy obydwoje przekroczyli tę granicę, usłyszeli cichy szelest w listowi, a krótkie spojrzenie pozwoliło im zauważyć, że pędy roślinności poruszają się, cofając nieco od przejścia, jakby świadomie robiły im miejsce. Mogli wejść. Pytanie tylko, czy będą mogli wyjść. Pukaniu do drzwi odpowiedziała chwilowa cisza. Nawet las wydawał się w tym momencie milczeć, ale wreszcie klamka została naciśnięta i wejście otworzyło się powoli ze skrzypnięciem. Stanęła w nim kobieta, obrzuciwszy was czujnym spojrzeniem. — Córko Madeleine, synu Archibalda — Szeptucha zmrużyła nieco oczy. — Jesteście tu by pytać czy jesteście tu by oceniać? — zapytała z przekąsem, wyraźnie teraz kierując wzrok na Millie. Ewidentnie nie podobał się jej sztywny, policyjny ton, z którym podeszli do jej drzwi. Niemniej jednak wreszcie cofnęła się o krok, robiąc im miejsce, by weszli do środka, samej ruszając w kierunku fotela, ustawionego blisko kominka. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Peregrinus Trelawney - 05.09.2026 Peregrinus chciał wierzyć, że w każdym człowieku, choćby gdzieś na samym dnie duszy, drzemie ten legendarny dziwak. Nie chciał dla siebie tego poczucia wyjątkowego dziwactwa, które szło za jego nazwiskiem. Wolałby, żeby Trelawney kojarzyło się z badaczami i strażnikami sekretów niż bandą na wpół szalonych widzących, z których połowa traciła rozum szybciej niż jędrność cery. On, Peregrinus, był przecież zupełnie przeciętnym gościem. — Wybaczę ci to tylko tym razem — żachnął się, lecz kryło się pod tym oburzeniem rozbawienie jej przytykiem. Millie miała ten przywilej, że mogła mu wypominać jego dziwactwa, bo sama była… nie lepsza. — Albert? — Peregrinus zmarszczył czoło, zaciągając się papierosem. Jaki, kurna, Albert? — Alfred? O, Mills, weź nawet nie zaczynaj. — Potarł czoło dłonią na wspomnienie bezdomnego krewniaka, do którego nikt o zdrowych zmysłach by się nie przyznawał. Wróżbita słyszał o nim, a nawet wymienił z nim kilka listów, lecz poza tym nie bardzo go znał i miał szczerą nadzieję, że i inni londyńczycy nie bardzo znali nazwisko jegomościa. Nie, aby Peregrinus Trelawney uprzedzony był do bezdomnych alkoholików, ale. Gdyby Mildred krócej znał, to może by jej uwierzył w to, że wszystko, co Mildred usłyszy, to po niej spłynie. Nie dość jednakże, że znał ją długo, to znał i obiegową opinię o Szeptusze. Miał przeczucie (a nawet nie otworzył jeszcze trzeciego oka), że zetknięcie tych dwóch nie może skończyć się bez zgrzytu i nie istniały zapewne słowa, którymi kuzynka mogłaby go przekonać, że będzie inaczej. — Mówiłem, będą obaj — bąknął mimochodem Peregrinus, gdy Millie wspomniała o Basiliusie i Thomasie na jednym tchu. Wypowiadał tę uwagę nie bez satysfakcji. Oto kolejna jego trafiona wróżba. Poczuł kapkę rozczarowania, gdy Moody ukróciła ich nikotynowy moment. On mógłby jeszcze chwilę pokręcić się tak rekreacyjnie, lecz nie zamierzał ustępować kroku Mildred, w którą nagle wstąpił duch determinacji. Widział w tym nagłym zrywie manifestację jej burzy emocji, tymczasem jego duch nie poderwał się wcale. Nawet gdy nogi same zaczęły rwać go przez zaklęte ścieżki, przyjął to z jakimś mdłym spokojem popadającym w obojętność. Uczucie zapraszającego przyciągania było osobliwe, na tyle osobliwe, że znów musiał upewnić się, że znajduje się w rzeczywistości, lecz nie potrafiło go wewnętrznie poruszyć. Ani ono, ani widok zapuszczonej chatyny. Żyć w podobnym miejscu, za całe towarzystwo mając własne złe wróżby — przy całym swoim introwertyzmie, nigdy nie życzyłby sobie takiego losu. Millie zaanonsowała ich, jakby prowadzili śledztwo — i po części tak właśnie było. Prośba brygadzistki była bezpośrednia i być może nieco głośna, ale bardzo w jej stylu. Trelawney stał u boku czarownicy w biernym milczeniu, wypatrując oznak obecności gospodyni. Zapadła cisza, po czym pojawiła się ona. Pierwszy raz w życiu Peregrinus stanął tak blisko tej wiedźmy. Mężczyzna powitał Szeptuchę oszczędnym skinieniem głowy. Z właściwą sobie uprzejmością zignorował fakt, że miała na sobie łachmany, lecz unoszący się wokół niej smród popiołów przywołał mimo woli nieprzyjemne wspomnienia. Bliskość tej dziwaczki wywoływała w człowieku dyskomfort. Wieszcz wszedł do chaty i stanął niezręcznie opodal fotela Szeptuchy, składając ręce za plecami. — Jesteśmy tu, ponieważ poszukujemy mądrości. Chcielibyśmy rady w próbach zrozumienia natury sytuacji nękających… córkę Madeleine. Millie. — Peregrinus należał do zwolenników konkretu i zwięzłości przekazu (chyba że chodziło o wygłoszenie nadmiernie drobiazgowego, rozległego wykładu naukowego). — Sądzę, że najlepiej ona sama opisze, na czym rzecz polega. — Zerknął przelotnie na Millie, lecz nie zatrzymał na niej spojrzenia, aby kobiety nie tremować. Z przyzwyczajenia, bo nie był pewien, czy ona zna słowo trema. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Millie Moody - 17.09.2026 Moody rzeczywiście nie miała zbyt często do czynienia ze słowem trema ale za to nader często miała do czynienia ze słowem wkurwienie a to… och to potrafiło często stać się całym jej światem. Być może też, gdyby to spotkanie nastąpiło spontanicznie, powitanie Szeptuchy momentalnie wprawiłoby ją w odpowiedni nastrój prowadzący prosto po równi pochyłej do jakiejś legitnej tragedii. Ale tak nie było. Myślała o tej wizycie od sierpnia, dała znać swojemu magipsychiatrze, żeby wspomóc się adekwatnym eliksirem chilery i utopii dzień wcześniej (znaczy tyle i aż, żeby przespać całą noc i mieć całkiem sensowne reakcje emocjonalne dnia następnego), miała ze sobą świetne wsparcie moralno mentalne w postaci kuzyna. Była nawet w stanie się uśmiechnąć i skinąć głową na powitanie i powiedzieć: – Szeptucho… przyszliśmy, żeby pytać. Ostatni czas zesłał mi wizje, która nie była ani przeszła, ani teraźniejsza, ani przyszła. Była jak sen, na tyle na ile jestem w stanie pojąć co się wtedy zadziało. Szukam odpowiedzi i Twojego przewodnictwa. – Tak, brzmiało to o wiele lepiej niż pytania, które przyszło jej pierwsze do głowy po pytaniu wiedźmy: "a co kurwa, nie przewidziałaś sobie tego?" Moody była jednak stonowana, nawet palce jej nie drżały nerwowo, a oczy nie były zasnute czerwoną mgłą (czy jakąkolwiek inną). Śpij, pij wodę, dotknij trawy… To, że te trzy życiowe porady działały, było niemożliwe. Pytanie jak długo jej starczy zapasu cierpliwości, ale po otwarciu tej rodzinnej rozgrywki, miała nawet całkiem dobre myśli. – Czy możemy wejść do środka i zająć Ci chwilę? – poprosiła. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Baba Jaga - 22.09.2026 Szeptucha przystanęła parę kroków od fotela, jakby przez moment niezdecydowana. Przekrzywiła lekko głowę i dopiero wtedy odwróciła się w stronę dwójki gości. Nie zaszczyciła jednak Peregrinusa spojrzeniem, zamiast tego wbijając je w Millie. — Drzwi zostały otworzone — odpowiedziała, jakby zauważała najoczywistszą oczywistość. Pewnie gdyby nie chciała odpowiadać na żadne z waszych pytań, albo i w ogóle was oglądać, to chatka pozostałaby kompletnie głucha na wasze prośby. Z drugiej strony… Moody przeszło dziwne wrażenie, że może wcale nie chodziło same drzwi, które prowadziły do nieco zagraconego wnętrza. Peregrinus, stojący nieco bliżej, mógł usłyszeć jak kobieta mruknęła coś o herbacie i podeszła do niewielkiej, kaflowej kuchni, na której ustawiła czajnik. — Przyszliście żeby pytać, ale skąd pewność że posiadam odpowiedzi na to co cię dręczy? — zapytała wreszcie. — Śniłaś. Co w tym śnieniu miało być niejasne? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ni4gW0P.png[/inny avek] RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Millie Moody - 23.09.2026 Weszli do środka, bo czemu mieliby nie. Mimowolnie Moody rozbieganym złotem własnych ślepi omiotła domenę Szeptuchy, próbując stłumić swoje emocje i skupić się na zadaniu. Za bardzo nie różniło się to od meczu prawda? Była ona. Był kibic. Był znicz. Odpowiedź, którą szukała. – W tej sytuacji nic nie miało sensu Szeptucho – przyznała bo nie jeden z jej bliskich, czy z samej Lecznicy Dusz się nad tym głowił. – Nie treść tej sytuacji… a to jak do niej doszło. – Sapnęła, zmuszając się do przyjęcia możliwie spokojnego tonu. Jakby zdawała raport z patrolu, nic dziwnego. – Po wybuchu na Beltane byłam w śpiączce, a potem widziałam rzeczy. Mnóstwo rzeczy. Dziwnych rzeczy. Niemożliwych rzeczy. Nierealnych, okrutnych i bolesnych… Uniemożliwiających mi normalne funkcjonowanie. Mój lekarz podał mi w końcu ekperymentalny eliksir i padłam wtedy nieprzytomna. – Brzmiała strasznie bezbarwnie, choć zwykle gdy powracała do mrocznych miesięcy spędzonych w lecznicy dygotała jak osika z wściekłej bezsilności na to, jak ktoś lub coś zaburzyło ją tak bardzo. Poszarpało. – Miałam wtedy wizję i gdy się obudziłam, czułam się tak jakbym przewidziała przyszłość. Bałam się, że osoba, którą dostrzegłam w tej wizji… że jej grozi wielkie niebezpieczeństwo. To było… to było spontaniczne proroctwo, tak myślałam. Ale potem okazało się… że ten człowiek przeżył tę sytuację dawno temu, że jest to jej przeszłość, a przecież nie było wokół mnie świec, żeby to mógł być trans… – widziała tylko kilku widmowidzów w akcji i była świadoma że warunki nie zostały spełnione. – Moje… moje koszmary na jawie zniknęły po wypiciu tego eliksitu, czasem tylko wydłużają się cienie, czasem widzę moich bliskich… – rzuciła okiem na Peregrinusa, na moment mieląc słowa w ustach – …martwych, ale… ale to nie jest już to samo, nie jest takie silne jak wtedy w Lecznicy. I nie wiem. Mój lekarz wyjechał niedługo potem, nikt nie znalazł receptury eliksiru a ja… Ja nigdy nie byłam widzącą. – byłam wybrakowana… – pomyślała w ciszy, która zawisła w chatce. – Czy jestem nią teraz? – zapytała w końcu niepewnie, choć niepewność rozmiękła pod naporem ostrza determinacji. – Chciałabym… chcę nią być. Czy możesz to sprawdzić? Kim jestem Szeptucho? O odpowiedź na to pytanie do Ciebie przyszłam. RE: [Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel - Baba Jaga - 27.09.2026 Domena Szeptuchy była domostwem ponurym, skąpanym częściowo w cieniu i posiadającym wiele przedmiotów, które wydawały się porozstawiane niemal przypadkowo. Każda półka była zapełniona i tylko na jednym stole wydawał się panować jako taki porządek. Ten wciśnięty był w kąt przy jednym z okien – brudnych od zacieków po deszczu i pyłu, jaki się do nich przykleił. Przeżarte przez chochliki firanki i narzuty. Wreszcie oprócz bujanego fotela mogli tutaj uświadczyć trochę rozchybotane krzesło i odstawiony pod ścianę zydel. Millie mówiła, a wiedźma nadstawiała ucha, kiedy na piecu woda szybko dochodziła do wymaganej temperatury. Milczała, z pewną grzecznością pozwalając krewniaczce wypluć z siebie wszystko, co leżało jej na sercu, a co piętrzyło dookoła niej wątpliwości, przez które wydawała się kompletnie zagubiona. Cokolwiek jednak o całej sytuacji myślała Szeptucha, jej twarz przez cały czas pozostawała nieprzenikniona. — Skąd mam wiedzieć, kim jesteś, córko Madeleine? Osobą, która zna ciebie najlepiej, powinnaś być ty sama — wsypała mieszankę ziół do dwóch filiżanek i zalała ją gorącą wodą, która zdążyła dojść na piecyku. — Ale… tyle niedopowiedzeń. Tyle… rzeczy. Niepewności. Znaków zapytania… czy kiedykolwiek śniłaś piękne sny? — wymruczała, odwracając twarz na moment w stronę Millie i przekrzywiając ją z pewnym zaciekawieniem. Złapała za filiżanki i postawiła je na blacie niewielkiego, okrągłego stolika, który przysunięty był do bujanego fotela, a następnie wskazała je gestem. — Napijcie się, dobrze wam zrobi — jeśli Millie lub Peregrinus zdecydowali się sięgnąć po filiżankę, mogli wyczuć aromat lawendy i melisy. Nic, co wzbudzałoby jakiekolwiek podejrzenia. — Nie każdy rodzi się widzącym i nie każdy widzący jest w stanie szeroko otworzyć oczy od samego początku. Czy nie powinniście tego wiedzieć? Czy nie powinieneś wiedzieć tego ty, synu Archibalda? Nie ważne. Jeśli chcesz mojej pomocy, to ją dostaniesz. Ja jednak nie mam odpowiedzi na te pytania. Nie widzę twoich snów, nie widzę twoich przyjaciół martwych, ale wiem jak to jest martwych widzieć. Czarne sny, czarne przepowiednie… Pijcie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ni4gW0P.png[/inny avek] |