[Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Anthony Shafiq - 31.07.2026
—28/10/1972—
Anglia, Londyn
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
Солнце вешнее с дождем
Строят радугу вдвоем –
Семицветный полукруг
Из семи широких дуг.
Нет у солнца и дождя
Ни единого гвоздя,
А построили в два счета
Поднебесные ворота.
Październikowy poranek rozlewał się po saloniku kamienicy Jonathana Selwyna z tą cichą powściągliwością, która należała wyłącznie do londyńskiej jesieni. Światło nie było jeszcze złote – miało mleczny, chłodny odcień, przefiltrowany przez zdobne firany haftowane złotą nicią. Wnikało do wnętrza ostrożnie, wygładzając ostre kontury mebli i odbierając im nocną surowość. W powietrzu unosił się zapach świeżo zmielonej kawy, dębowego drewna, wosku pszczelego dopełniony szelestem papieru – ciężkim, miękkim odgłosem szerokich kart Proroka Codziennego opadających pod własnym ciężarem. Stos z minionego tygodnia zajmował niemal połowę niewielkiego stolika ustawionego przy oknie. Tuż obok wygodny fotel zachęcał do porannego przeglądu prasy, choć osoba, która obecnie go okupowała nie musiała być dodatkowo zachęcana.
Anthony Shafiq wyglądał tak, jakby fotel został wykonany dokładnie według wymiarów jego sylwetki. Jedną nogę miał założoną na drugą, porcelanową filiżankę podtrzymywał wyłącznie opuszkami palców, podczas gdy druga dłoń spokojnie przewracała kolejne strony kolejnej gazety. Przebrnął już przez połowę numerów, których nie zdążył przeczytać podczas zagranicznej podróży. Nie spieszył się. Czytał metodycznie, od pierwszej kolumny po ostatnie ogłoszenie drobne, jak człowiek przekonany, że nawet najmniejsza wzmianka mogła zdradzić więcej niż wielki nagłówek, zarówno o sytuacji w kraju, jak i sytuacji w redakcji po Spalonej Nocy. Wyłapywał wzorce, ukuwał opinie.
Martwił się.
Domowy ubiór, który wybrał na ten poranek spośród swoich rzeczy które niespiesznie zapełniały szafę w sypialni Jonathana, nie miał w sobie nic z niedbałości. Był jedynie mniej ceremonialny od tego, w którym prezentował się podczas minionej delegacji. Na śnieżnobiałą koszulę z miękkiego batystu narzucił długą, zapinaną wysoko kamizelę z matowego jedwabiu, utkaną w subtelny wzór wijących się gałązek cisu, między którymi przysiadały animowane magią kukułki. Materiał, zamiast połyskiwać, pochłaniał światło, przez co wydawał się niemal aksamitny, choć pozostawał cienki i lekki. Anthony od lat unikał wszelkich tkanin, których kolor mógłby opierać się na czerwieni. Nie ufał własnemu wzrokowi tam, gdzie inni bez zastanowienia odróżniali burgund od brązu czy purpurę od grafitu. Dlatego jego garderoba opierała się na barwach, których był absolutnie pewien: głębokich granatach, chłodnych szarościach, czerni i mlecznej kości słoniowej. Kamizela miała odcień ciemnego nieba, spodnie uszyto z miękkiej wełny w kolorze grafitu. Mankiety koszuli spinano prostymi srebrnymi guzikami z czarnym onyksowym oczkiem. Miękkie pantofle wykonano z ciemnej skóry i obszyto futrem popielicy.
Strój w żadnej mierze nie był przypadkowy.
Choć byli tu tylko we dwoje, kołnierz koszuli skrywał większą część szyi. Sztywna stójka zasłaniała ciemniejące ślady zębów, które jeszcze kilka godzin wcześniej Jonathan pozostawił na nim z wyjątkową zawziętością. Materiał mankietów opadał wystarczająco nisko, by ukryć sine odciski palców na nadgarstkach, a wysoki krój kamizeli dodatkowo maskował ślady paznokci biegnące przez obojczyki. Jedynie przy poruszaniu głową można było dostrzec na linii żuchwy cienką, niemal zanikającą już smugę fioletowego cienia, lecz nawet ona ginęła w miękkim świetle poranka. Materiał jednoznacznie oddzielał noc od dnia. Przyjemność od… pracy.
Kilka kroków dalej Jonathan podejmował kolejną próbę.
Anthony nie musiał nawet odrywać wzroku od gazety, by wyczuć moment, w którym umysł Selwyna ponownie dotykał jego świadomości. Było to delikatne drżenie – ledwie muśnięcie powierzchni doskonale wypolerowanego lustra. Oklumencja Anthony'ego nie przypominała prymitywnego, ceglastego muru ani zamkniętych wrót, a przynajmniej nie tak ją sobie wyobrażał. Była monumentalnym gmachem z białego marmuru, którego korytarze zmieniały układ, zanim intruz zdążył zrobić pierwszy krok. Wszystko pozostawało idealnie uporządkowane, pozbawione emocjonalnych zaczepów, chłodne niczym archiwa banku przechowującego sekrety kilku pokoleń.
Jonathan chciał tylko wyłuskać znajomą przecież barwę jego aury. Zamiast tego odbił się od tej konstrukcji po raz kolejny.
Anthony przewrócił stronę gazety.
– Jeszcze raz
Cisza.
Kolejna próba.
Tym razem krótsza.
Kącik jego ust nawet nie drgnął. Nie spojrzał nawet przez ramię, nie oderwał wzroku od papieru, gdy sięgnął po filiżankę, upił łyk kawy czytając o debacie nad odbudową części londyńskich ulic.
Następne uderzenie.
Równie nieskuteczne.
Anthony westchnął z przesadnym współczuciem.
– Jonathanie… gdybyś włamywał się równie skutecznie do cudzych sejfów, połowa londyńskich złodziei utrzymywałaby cię z jałmużny.
Milczenie zgęstniało między nimi, ale trwało tylko kilka sekund.
– Jeszcze raz. – Głos miał spokojny, głęboki, wręcz leniwy. Nie było w nim kpiny mającej upokorzyć, ale jego stoicyzm mógł być irytujący. Nie dbał o to. Aurowidzenie powinno być skutecznym narzędziem bez względu na okoliczności.
Kolejne uderzenie.
Anthony zmarszczył nos niemal niezauważalnie.
– Kiedy wreszcie znajdziesz szczelinę, obiecuję, że ci pogratuluję. Nawet jeśli będę musiał wcześniej taką szczelinę zbudować wyłącznie po to, żebyś przestał wyglądać, jakbyś próbował sforsować Gringotta łyżeczką do herbaty.
Poranne światło osiadało na jego twarzy, wygładzając ostre rysy i odbierając im część zwyczajowej surowości. Pozostawał niewzruszony – monumentalny, niemal posągowy w swoim opanowaniu – lecz ta chłodna doskonałość została złagodzona ciepłem wpadającym zza firan. Jeszcze kilka godzin wcześniej był powodzią, głodem i zachłannością zamkniętą w ludzkim ciele. Teraz przypominał spokojną taflę jeziora, pod którą wciąż drzemała ta sama głębina, niewidoczna jedynie dlatego, że nie poruszał jej nawet najlżejszy wiatr.
– Jeszcze raz.
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Jonathan Selwyn - 03.08.2026
Podczas treningów, zwłaszcza gdy te nie szły zgodnie z oczekiwaniami trenowanego, zawsze następował taki magiczny moment, gdy determinacja i pewność siebie gwałtownie zmieniały się w frustrację.
Jonathan właśnie znajdował się na skraju takiego momentu o ile już go nie przekroczył.
Siedział w swoim fotelu, raz po raz próbując przedrzeć się do antoniuszowej twierdzy i dojrzeć doskonale mu znane kolory. Tylko, że to. Wcale. Nie. Było. Takie. Łatwe.
Nie wychodziło mu. Od kiedy zaczęli nie był w stanie, ani razu wkraść się do cudzego umysłu czego nie mógł powiedzieć o wpełzających do jego własnej głowy bólach. Na bogów! Jeszcze chwila, a jedyną aurę, którą dzisiaj zobaczy, to ta wywołana przez migreny!
I jeszcze ten Anthony…
Oh, ten irytująco przystojny władczy Anthony, który niezachwianie nie pozwalał aurowidzowi ujrzeć otaczających go kolorów. Ten frustrująco idealnie inteligenty księżyc opanowania, dzielący się z nim jakże podjudzajacymi i błyskotliwymi komentarzami. Ociekający złotem smok, który najwyraźniej nie tylko majestatycznie wygląd, ale do tego ział nie ogniem, a jadem! Ah, jakże on by sobie w życiu poradził bez tych c u d o w n y c h uwag? Bez tego n o n s z a l a n c k i e g o podejścia do jego prób?! Ciekawe co tak szalenie zaciekawiło go w swojej gazetce, że nie mógł oderwać od niej oczu. Na pewno nie mogła być to żadna reklama kosmetyków, ani kursów na złośliwość, bo ani piękna, ani ciętego języka najwyraźniej naturalnie mu nie brakowało.
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Jeszcze raz!
A może chociaż by się łaskawie uśmiechnął w jego stronę!
Jeszcze raz.
Nogi Jonathana, które już i tak od jakiegoś czasu drgały ostrzegawczo, poderwały go ze swojego miejsca w fotelu.
—Tak to poganiaj sobie swojego Mulcibera! – wykrzyknął dając wreszcie upust swojej frustracji. Łyżeczka do herbaty. Pogratuluje mu jak wreszcie znajdzie szczelinę. Oh jaki łaskawca. Jaki… ugh! – Trzydzieści lat! Ponad trzydzieści lat mojego życia, które możesz obserwować! Ponad trzydzieści lat, podczas których nauczyłem się wszechstronnej wiedzy, warsztatu aktorskiego, oklumencji, czym mało kto się może poszczycić, sztuki politycznej, zarządzania kryzysami i rozwoju auro i niciowidzenia do naprawdę dobrego poziomu, a zapewne jakiś Mulciber dostaje gratulacje, a nie ja, bo połaskotał cię po aurze, co pewnie nawet nie było celowe, a jakimś przypadkiem podczas kichnięcia! Naprawdę Anthony! Nie chcę twojej szczeliny, a odrobinę empatii!
Przecież tak się starał! Jakim cudem dalej mu nie wychodziło skoro tak bardzo się starał? A może było to po prostu niewykonalne? Może nie docenił inteligencji Anthony'ego? Szybkim krokiem dopadł partnera i z wielką satysfakcją zaczął rozpinać mu najpierw kamizelkę, a potem koszulę.
– Gdzie on jest? To jakiś amulet prawda? Masz coś, co potęguje twoją barierę, lub osłabia moje zdolności! – rzucił oskarżycielsko, a jego palce w szale odpinały kolejne guziki.
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Anthony Shafiq - 04.08.2026
Jonathan wybuchł, niczym rozkoszny islandzki gejzerek, piekląc się w kącie salonu, ciskając na prawo i lewo słowa, które z łatwością mógłby obrócić przeciwko niemu. Trzydzieści lat i dalej nie potafił przebić się przez barierę Shafiq'a. A przecież powinien ją znać na pamięć, latami spędzonymi razem, ramię w ramię, jaźń przy jaźni, dusza przy duszy. Trzydzieści lat! Jak ma rozpoznawać aury nieznajomych w gniewie, gdy kolory, doskonale znane kolory pozostawały dla niego wciąż ukryte? Anthony ze stoickim spokojem przerzucił stronę w gazecie, nie dając choćby cienia grymasu myślom komentującym urojone wyobrażenie jego byłej konfrontacji z głową pewnego czystokrwistego rodu. Konfrontacji, która miała zgoła odmienny przebieg z niezbyt przyjemnym dlań finiszem.
Szum wrzosów jak pożegnanie - zamyślił się tylko przez moment.
Pojawienie się Jonathana tuż obok zaskoczyło go. Pasja z jaką gospodarz zabrał się do walki z guzikami i poszukiwania tajemniczego amuletu również była pewną niespodzianką, podobnie jak całkiem wyraźne oznaki rozsadzającej Selwyna energii, buzującej pragnieniami wprawiającymi powietrze między nimi w niemalże elektrostatyczną wibracje.
Jeszcze wczoraj poddałby się temu z łatwością, rzucił do wzajemności uścisku, z resztą, czy nie tak właśnie przebiegła miniona noc? Teraz jednak był wilkiem sytym, a jego przyrodzona zachłanność, znajdowała nasycenie w samej obserwacji tego zjawiska, którym był Jonathan Selwyn pozbawiony maski eleganckiego dyplomaty. W swojej łaskawości pozwolił mu rozchełstać na boki kamizelkę, spacyfikować kołnierz koszuli i odkryć ciało tak, by wyraźna stała się jego dzisiejsza biżuteria - pozostawione ślady zębów i paznokci, siniaki uścisków i oddania nie oglądającego się na coś tak przyziemnego jak chwilowy dyskomfort. Dopiero wtedy złapał Jonathana za nadgarstek, mocno i zdecydowanie zatrzymując jego ruchy w pół drogi.
– Mój Mulciber nie dawałby sobie forów przez rozpraszanie oponenta – spokojny głos był zimny morzem północnym, tym bardziej opanowany w kontraście do gorączki, która trawiła jego kochanka. Niemal czuł, jak iskry przeskakują między nimi, jak Jonathan gotów był go wziąć tutaj zaraz, na tym fotelu, na wątłym stoliczku herbacianym, pod oknem, w mdlistym świetle londyńskiego poranka. I nie miałby właściwie nic przeciwko temu, by opuścić gardę i obmyć go srebrzystą, rumieniącą się miłością poświatą, o której czasem aurowidz szeptał mu poetycko w chwilach, w których było miejsce na poezję. Nie miałby nic przeciwko temu, by dostrzec zachwyt w ciemnych oczach mężczyzny, gdy wyciąga dłoń ku mocnej i trwałej nici łączącej ich istnienia. Ale teraz życzył sobie widzieć ten płomień, który wzmagał tylko doprawiony szczyptą obojętności i pozornie wykreowanego dystansu.
Chcę żebyś pragnął mnie ponad wszystko inne. Pokaż mi.
– Jeszcze raz – zarządził wypuszczając jego dłoń, ale nie naprawiając szkody wyrządzonej w górnych partiach jego odzienia. Zamiast tego poprawił złote oprawki okularów i powrócił wzrokiem do fragmentu tekstu, który czytał moment wcześniej. – Z poprzedniego miejsca Jonathanie. Stojąc tak blisko masz chyba nos w mojej aurze. Ślepy by ją zobaczył w takich okolicznościach – dodał flegmatycznie, w słodkiej torturze ich obecnej formy spędzania czasu. Bynajmniej, nie zamierzał mu tego zadania ułatwiać. Nagroda pozyskana zbyt łatwo nie dawała satysfakcji, a obecnie satysfakcja Jonathana leżała mu na sercu bardziej niż cokolwiek innego.
!BINGO E5
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Pan Losu - 04.08.2026
Walentynkowe Bingo
adres pola: E5
wariant: 1
typ: zdarzenie
To... bardzo niezręczna sytuacja. Pakowaliście razem prezenty dla rodziny lub znajomych (a może i przypadkowych osób, dużo jest przecież teraz potrzebujących), ale automatyczny pakowacz się zepsuł. Zaczął kaszleć wstążkami, poszarpał jednego z was i... zapakował go. W bardzo ładne wstążki i kokardki. Trzeba teraz uwolnić go rozwiązując jedna po drugiej, bo nie jest w stanie zrobić tego sam.
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Jonathan Selwyn - 04.08.2026
Gdy Anthony złapał go za nadgarstek nagle przez głowę Jonathana, który na moment zapomniał o swoim treningu, przeleciało milion scenariuszy co się mogło zaraz stać. Oczywiście każdy z nich był boleśnie nieprawdziwy.
– Fory? – wydusił z siebie wzrokiem nie napotykając oczu Shafiqa - w końcu patrzył na te złoto-żmijowate usta i klatkę piersiową na wypadek, gdyby dalej znajdowało się na niej coś nieodpowiedniego. – Ja tylko upewniam się, że nie oszukujesz mój drogi.
Był na niego tak wściekły. Ogień zżerał go teraz całego, sprawiając że wszystkie myśli w nim wrzały i wyglądało na to, że jeśli chce się uspokoić musi sprawić, aby Anthony wreszcie zamknął usta. A najlepszym sposobem na to wydawały się w tej chwili jego własne wargi. Albo palce. Albo…
Aurowidzenie nie było teraz tak ważne. Nie tak jak jego pragnienie, aby udowodnić ukochanemu, że jego również można było dość łatwo wyprowadzić z równowagi, jeśli tylko pociągnęło się za odpowiednie sznurki. A to… to dałoby teraz Jonathanowi słodką satysfakcję.
Jeszcze raz.
Z poprzedniego miejsca.
Nie odsunął się. Zamiast tego nagle oparł się dłonią o oparcie antoniuszowego fotela, tak aby nachylać się nad nim jeszcze bliżej. Ciepłe, brązowe oczy, teraz przepełnione determinacją bezczelnie wpatrywały się w tęczówki o barwie chłodnego spokoju.
– Powiedz mi tylko kochany czemu to ty dyktujesz mi miejsce? Jeśli dobrze pamiętam, to zadaniem oklulemty jest obrona, a nie dyktowanie warunków ataku – powiedział głosem wciąż drżącym od zbyt wielu emocji i spróbował zobaczyć upragnione srebro.
Rzut na aurowidzenie (percepcja III), przeciwko oklumencji.
[roll=Z]
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Anthony Shafiq - 04.08.2026
Oklumencja III, Rozproszenie ◉◉◉◉○ chociaż może być ciężko w takich okolicznościach przyrody
[roll=PO]
Jonathan skoncentrował się jeszcze raz.
Najpierw zniknęło wrażenie oporu, jak gdyby jedna z niezliczonych sal monumentalnego gmachu nagle otworzyła przed nim wszystkie drzwi i okna. Potem pojawiło się światło – ledwie dostrzegalna srebrzysta smuga, cienka niczym księżyc odbity na nieruchomej tafli jeziora. Rozszerzała się powoli, z każdą chwilą nabierając głębi i blasku, aż wypełniła całą przestrzeń wokół Anthony'ego miękkim, chłodnym srebrem. Pulsowała spokojnym rytmem kontrolowanego oddechu mężczyzny, niewzruszona, uporządkowana, piękna w swojej doskonałej harmonii.
A potem, w samym jej centrum rozjarzył się kolor zgoła odmienny kolor.
Czerwień.
Głęboka, nasycona karminem i żywa. Intensywna, niczym rozgrzany metal skrywany pod warstwą chłodnej stali. Przenikała srebro cienkimi żyłami, rozchodząc się po nim z niemal hipnotyzującą powolnością, aż obie barwy stopiły się w pozornej sprzeczności, nie walcząc o pierwszeństwo. Spokój, pragnienie wzrostu, poczucie misji nie ustępowało miejsca namiętności – obejmowało ją miękkością przyzwolenia. Pod idealnie gładką powierzchnią świadomości Anthony'ego wciąż krążyło echo poprzednich godzin, a niewielki pojedynek charakterów, który stoczyli przed chwilą, tylko wzmógł pragnienie, życiodajną energię, przyjemność i powód by nie zaprzestawać w walce i dążeniu do pokoju. Czerwień rozbłysła odrobinę mocniej chwilę później, zdradzając satysfakcję człowieka, który najwyraźniej czerpał osobliwą przyjemność z tego, że ktoś odważył się z nim mierzyć.
Dopiero wtedy Anthony z cichym szelestem zamknął i odłożył gazetę, a jego uśmiech bardziej widoczny był w kurzych łapkach zdobiących oczy, aniżeli układzie ust.
– Brawo – powiedział oszczędnie, zapinając niespiesznie swoją koszulę, choć bynajmniej nie wzmagając ochrony umysłu, by wypchnąć z niego Jonathana. Selwyn był tam jak najbardziej mile widziany. Właściwie od lat nie miał dedykowanej sobie komnaty w pałacu jaźni, a całe skrzydło buzującej pod powierzchnią fascynacji – Jaki mamy plan na dziś? Wspominałeś coś o pakowaniu pakietów pomocowych dla potrzebujących? Zdaje się, że podczas naszej nieobecności Klub Magicznej Maszynerii wystarał się o prototyp jakiejś maszyny pakującej? – jego ton był absolutnie, absolutnie normalny, ale z trudem panował nad głosem, przywołując szczątkowe fakty dotyczące ich planów, bardziej po to by kontynuować tę grę z Jonathanem, niż rzeczywiście i realnie chcieć zajmować się pracą. Cóż, jego aura bardzo bezpośrednio wyśmiewała obecnie ideę pracowania, chyba, że to obejmowało wnikliwe analizy jego zastępcy.
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Jonathan Selwyn - 08.08.2026
Teraz, gdy sam otworzył sobie do niego dostęp, koronujące Anthony'ego srebro było jeszcze piękniejsze, a kwitnąca czerwień tym bardziej kusząca. Zresztą jego własna aura również zarumieniła się znacząco, a pragnienie szybko zrzuciło z siebię maskę złości wesoło ogłaszając, że było tutaj cały czas. Kto by przypuszczał, że tak oszczędnie rzucone gratulacje, potrafią jednocześnie zasiać w nim tak silne emocje. I jak ta satyfakcja może szybko wytłumić frustrację
Zrobił to. Naprawdę to zrobił. Samodzielnie przełamał barierę oklumencką nawet jeśli nie zawsze będzie mu dane robić to z takiej odległości.
A jednak najwyraźniej, Anthony nie chciał dać tak szybko za wygraną i pogłebić swoje gratulacje. Jonathan jednak był tym faktem zachwycony.
Parsknął cicho na słowa o pakowaniu prezentów i wreszcie pozwolił swojemu trzeciemu oku odpocząć.
– Hm… – mruknął cicho i szybkim ruchem niczym wesoły, przerośnięty pies, wpakował się na kolana Anthony'emu, przerzucając długie nogi w poprzek jego ud. . Lewym ramieniem objął natomiast jego szyję, jednocześnie przechylając własną głowę tak, by spoczęła na klatce piersiowej Shafiqa. – Tak… Pakiety pomocowe, oczywiście. W końcu nie ma sensu, aby z tym zwlekać – powiedział przymykając oczy. Skronie bolały go obecnie w ten specyficzny sposób, który był na tyle niekomfortowy, aby wypominać to Anthony'emu, a jednocześnie na tyle łagodny, aby nie przeszkadzał w potencjalnych przeprosinach. – Tylko daj mi chwilę odpocząć, a potem możemy działać. Miałem ciężki poranek, wiesz? Boli mnie głowa, bo miłość mojego życia kazała mi ćwiczyć aurowidzenie i serce, bo była przy tym dla mnie bardzo surowa, a ja do tej pory nie dostałem…Żadnych kwiatów na przeprosiny, chociaż czekam i czekam – droczył się wciąż z przymkniętymi powiekami.
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Anthony Shafiq - 08.08.2026
Rozkoszny.
Jak można było jakkolwiek myśleć inaczej o Jonathanie? Oczywiście. Piękny. Inteligentny. Charyzmatyczny. Bohaterski. Uparty. Nieznośny. Zarozumiały. Dowcipny. Słodki.
Mój.
Naturalne było, że gazety poszły w zapomnienie, podobnie z resztą jak przez moment poszły w zapomnienie czekające do spakowania paczki. Liczył się tylko on. Jego płomień. Jego słońce.
Dłoń powędrowała, mimowolnie na udo gładząc je coraz bardziej znajomym ruchem, łagodny pocałunek został złożony na zmęczonym czole. To była trudna praca, jak w końcu można było zmusić oczy by patrzyły lepiej? Dokładniej.
Odetchnął Jonathanem pozwalając sobie na ten moment bezmyślnego szczęścia, wojna musiała poczekać tę minutę dłużej, dwie.
Zmartwił się, gdy usłyszał, że boli jego ukochanego głowa, nawet jeśli jego serce zadrżało znów miłosnym niedowierzaniem, na to w jaki sposób Selwyn nazywał go pierwszy raz, kolejny raz. Sięgnął więc palcami w oś magii by przywołać chłodzący kompres do swojej dłoni i przyłożyć go zamiast kwiatów do skroni swojego umiłowanego zastępcy.
– Chciałbym powiedzieć, że materiał tego kompresu jest w kwiaty, ale jeśli tak rzeczywiście by było, to musiałaby to być łąka namalowana przez ślepnącego impresjonistę… – przyznał się ze skruchą w łagodnej opiece nad zmęczonym aurowidzem. – Postaram się, żeby następnym razem był usłany goździkami. Masz moją miłość i mój podziw miły. Jesteś na dobrej drodze by łamać umysły oklumentów bez najmniejszego trudu – szeptał cicho, dbając by kompres nie tracił swoich właściwości, obejmując czule partnera i gładząc go po ramieniu.
Przeklęty Jonathan. Teraz to już w ogóle nie miał ochoty stąd iść. Mógłby zamieszkać w tym fotelu. Mógłby spędzić tu resztę swojego życia, tuląc do siebie tego, który był w nim mu najdroższy.
RE: [Jesień 72, 28.10 kamienica Jonathana | Jonathan & Anthony] Поднебесные ворота - Jonathan Selwyn - 12.08.2026
Kto by pomyślał, że pakowanie się na kolama Anthony'ego groziło tym, że już z tych kolan nie chciało się zejść? Jonathan westchnął cicho, czując dotyk smukłej dłoni na swoim udzie, a potem drugi raz, nieco głośniej, gdy chłodny materiał dotknął jego czoła.
Chyba naprawdę było mu całkiem wygodnie na tym fotelu. A przecież jeszcze chwilę temu planował złośliwie zerwać się na równe nogi i zagonić ukochanego do dalszych obowiązków. Oh jakie to wszystko było ciężkie.
– Nie przejmuj się mój drogi – powiedział otwierając oczy, tak aby drugi czarodziej był w pełni świadom jego intensywnego, choć zmęczonego, spojrzenia, a jego lewa dłoń, zaczęła delikatnie badać granicę wysokiego kołnierzyka. — Jestem pewny, że możesz mi pokazać później swoją miłość też inaczej, niż wręczając mi kwiaty. Wiesz, nawet jeśli nie przestanie mnie boleć głowa to hm… Chyba oboje doskonale wiemy, chociażby z kryminałów, które kazałem ci kiedyś czytać, że czasem, aby dotrzeć do pozytywnego finału należy zrezygnować z głównych i najbardziej oczywistych metod eksploracji, na rzecz tych bardziej pobocznych, lecz również ostatecznie w pełni satysfakcjonujących… Rozwiązań.
Uśmiechnął się sygestywnie, ale zanim pozwolił Anthony'emu na odpowiedź spróbował podstępnie ponownie przebić się przez jego oklumencką barierę. Tak aby spróbować swojego szczęścia.
Rzut na aurowidzenie, przeciwko oklumencji
[roll=Z]
|