![]() |
|
[09/10/72] Diabeł zostawił ogarek - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [09/10/72] Diabeł zostawił ogarek (/showthread.php?tid=6246) |
[09/10/72] Diabeł zostawił ogarek - Helloise Rowle - 01.08.2026 Zagadka demona z chaty na kurzej łapie
Othello & Helloise Podwórze wiedźmowego zakątka w Dolinie Godryka okalały stare jabłonki o powykręcanych ramionach. Zdziczałe te drzewka rodziły owoce malutkie i kwaśne. Dookoła przechadzały się kury, których dziobki nurkowały co chwila w wysokie kępy chwastów, a bliżej tym zapuszczonym chaszczom było statusu zarośli niż trawnika. Przy wydeptanej ścieżce prowadzącej do domu straszyła murszejąca powoli czaszka wielkiego smoka. Od czasu Spalonej Nocy z traw wyrosły również dziwaczne instalacje artystyczne o abstrakcyjnych kształtach złożone ze spalonych framug okiennych i potłuczonych szyb. Wśród tego zacisznego krajobrazu oddalonego od miasta na chudej nóżce stała wyniesiona w przestworze chata, która między chmurami chowała sekrety żyjącej w niej wiedźmy. Helloise była w domu, z komina leciał dym, a na tyłach ogrodu suszyło się pranie. Gdy Othello nadchodził już, kolanko kurzej stopki ugięło się, a ziemia zadrżała, gdy dom osiadł płasko na łysym klepisku. Drzwi ze skrzypieniem nienaoliwionych zawiasów samoistnie otwarły się, ukazując widok na kuchnię, gdzie pod sufitem, między wielkimi liśćmi magicznych roślin, fruwały drewniane ptaszyny wyrzeźbione przez wiedźmę. Na zapylonych deskach podłogi siedziała sama czarownica trzymająca w ramionach domagającego się uwagi liska. Spódnica brązowej sukni rozlewała się wokół niej po parkiecie, szerokie rękawy kobieta podwinęła po łokcie. Nie była to strojna szata; skrojono ją prosto, surowo i praktycznie. Ledwie przybycie Fawleya stało się Helloise wiadomym, uniosła ona na mężczyznę senny wzrok, po czym odsunęła od twarzy paszczę lisa próbującego ją w zabawie pokąsać. — Musisz być ostrożny przy wchodzeniu — przestrzegła głucho wiedźma. Oswojone zwierzę zeskoczyło z jej kolan i pobiegło przez próg, mijając obojętnie Othella. Zniknęło zaraz w głębi podwórza przy akompaniamencie nasilającego się gdakania. — Ona teraz żyje własnym życiem. — Gospodyni powiodła wymownie wzrokiem dookoła domu. — Wczoraj z niej wypadłam, gdy z nagła podskoczyła. Od czasu spotkania z Guineverą jednakże Helloise nie była już tak pewna tego, że to sama chata ożyła i uwzięła się na swoją właścicielkę. Po upiornych wydarzeniach ubiegłej nocy czarownica zaczęła nabierać szczególnego przekonania o tym, że wróżbitka nie myliła się, gdy mówiła, że wroga siła pochodziła z zewnątrz domku. Tej nocy Helloise zaczaiła się na nieproszonego gościa i ujrzała przesuwające się po ścianach cienie przypominające ludzkie sylwetki. Cienie, które próbowały ją zadusić. Kobieta przejęta wspomnieniem nieludzkich nocnych duszności położyła teraz dłoń na piersi, upewniając się, że wciąż oddycha, po czym, nie spuszczając wzroku z Othella, bez słowa złapała się obiema rękoma za szyję. Po chwili jej ramiona opadły bezwładnie jak u kukły porzuconej przez marionetkarza. Uśmiechnęła się ponuro do Fawleya. RE: [09/10/72] Diabeł zostawił ogarek - Othello Fawley - 12.08.2026 List wiedźmy z Kniei zainteresował Othella na tyle, by go nie zignorować, a ruszyć czarownicy na pomoc. Dotychczas łączyła ich pasja do zielarstwa, u Fawleya nieco mniej rozgorzała na rzecz innych zainteresowań. Mężczyzna często korzystał z wiedzy Helloise Rowle, uczył się od niej, chowając dumę do kieszeni. Teraz zaś ona potrzebowała jego zdolności. Trzeciego Oka, które potrafiło zajrzeć daleko wstecz, do czasów bardziej lub mniej dawnych. Październik zdążył już zaczerwienić liście na drzewach i wzmóc chłodny wiatr. W Dolinie Godryka było jednak słonecznie, co zdecydowanie stanowiło odmianę od mgieł, typowych dla okolic Little Hangleton. Las i chatka wyróżniały się kolorami, swoistym chaosem, który paradoksalnie pozostawał przyjemny dla oka. Jak jakiś obraz malowany przez szaleńca zachłysniętego estetyką wiejską. Kury nie rozbiegły się na widok Othella, a jedynie obdarzyły go spojrzeniem delikatnej dezaprobaty. Mężczyzna ubrany był w długi, czarny płaszcz, który niemal ciągnął się po ziemi. Pod nim miał czarną koszulę, czarny sweter, czarne spodnie, czarne buty, czarne skarpety i, choć nie zamierzał tego eksponować, czarną bieliznę. Dłonie zakrywały czarne, skórzane rękawiczki, a przed słońcem chronił go, jakże by inaczej, czarny melonik. Żałował, że nie wziął swych czarnych okularów przeciwsłonecznych. Dom na pierwszy rzut oka nie wyglądał niebezpiecznie. Dopiero, gdy się do niego podchodziło, wydawało się, że okienka spoglądały na niego z podejrzliwością tak jak te przeklęte kury. Othello odwzajemnił spojrzenie. Przez chwilę prowadził z domem swoistą batalię, a po chwili przekroczył jego próg. Zastał Helloise Rowle na podłodze, obejmującą rude stworzenie. Kobieta opiekowała się lasem, ale czyżby teraz dzika natura postanowiła się zbuntować? Oderwać od swojej opiekunki, przejąć jej dom. A może czyniła to z dziwnej, szalonej troski wobec czarownicy? Może tak okazywała miłość? – Ona? – uśmiechnął się krzywo. Postanowił nie podważać statusu domu, który nadała mu Helloise. Może chatę opętał jakiś kobiecy duch? – Może być i ona. Ostrożnie podszedł do stołu. Deski skrzypnęły ostrzegawczo, a z sufitu posypał się kurz. Zdołał jednak postawić na blacie swoją czarną teczkę, w której przyniósł wszelkie akcesoria niezbędne do wywołania ducha. – Wiesz może, czy ów podskok był reakcją? Na coś z zewnątrz lub wewnątrz? Na jakieś twoje słowa? – zapytał. RE: [09/10/72] Diabeł zostawił ogarek - Helloise Rowle - 14.08.2026 Nawykła była do tego, że Othello odziewał się w czerń. Był on jedną z niewielu osób, na których ciemność wydawała się zharmonizowana z człowiekiem, nie wymuszona żałobą za jakąś częścią siebie, o którą człowiek nie próbuje już walczyć. Helloise myślała o Śmierciożercach. Nigdy nie przepadała za czernią, lecz na Fawleyu mniej się ona wydawała drapieżna niż na szorstkich śmierciożerczych szatach. I choć czarownica dorobiła się własnego munduru, wciąż nim pogardzała. Nie ubrała go, nie uznawała jako swojego. Nie spieszyła się. Miała własne kolory. — Ona — potwierdziła, śledząc wzrokiem czarodzieja, który złożył swoje rzeczy na stole. Kobieta wstała ospale; wyprężyła kręgosłup, rozprostowując zastane kości. — Widziałam dziś w nocy jej cień na ścianie. Łazi zgarbiona. Ma łapę staruchy i długie pazury. Wydaje mi się, że to kobieta. — Choć mógł to być również zapuszczony staruch. Tego nie dało się wykluczyć. — Jesz tartę dyniową? Wiedźma kucnęła przy drzwiczkach piecyka, uchyliła je, a z wnętrza buchnęło gorąco. Wyciągnęła na kuchnię formę z ciastem do ostudzenia, a aromatyczny zapach rozszedł się po kuchni. W kociołkach na palenisku coś cicho, miarowo bulgotało. Trudno było za dnia, w obecności drugiej osoby uwierzyć, co też w chacie działo się nocą. — Nie wydaje mi się, żeby ona reagowała tymi podskokami na coś konkretnego. Zmierza do tego, aby mnie wyrzucić — kontynuowała opowieść czarownica. — Wchodzi mi do snów i je drapie. Przestawia rzeczy. Obserwuje mnie z cienia, wiem to, mimo że tylko kątem oka widzę jej oczy. Odprawia rytuały oczyszczające ze mnie. Chciałam ci coś pokazać. — Czarownica sięgnęła po odsunięty w róg kuchni ogarek świecy przyniesionej przez demona. Gdy stawiała resztki wosku na stole obok teczki Othella, jej usta zacisnęły się w wąską linię, lecz poza tym twarz wiedźmy pozostała dumnie nieporuszona. — To nie pochodzi z mojej kolekcji. Musiało przyjść z nią. Użyła tego dziś w nocy, żeby mnie spróbować zadusić. Gdy ją odpaliła, zrobiło mi się duszno, jak nigdy przedtem. Byłam u wróżbitki. W kuli widziała zagrożenie. Co ty o tym sądzisz, drogi Othello? Czy słyszałeś kiedyś o czymś takim? — Helloise uniosła wzrok na Fawleya, wyczekując werdyktu. Uśmiechnęła się do niego, jakby próbowała nadać temu wszystkiemu rangę zabawnego psikusa sprawianego jej przez obcą siłę. Tak bowiem potraktowałaby tę sprawę w innych okolicznościach. Helloise zawsze witała wyzwania i dziwactwa z zagadkowym, kpiącym uśmiechem, jakby niepomyślne koleje własnego losu jej dostarczały rozrywki. Z wszystkim jednak, co działo się przez ostatni miesiąc w życiu kobiety, dawno nie było jej już do śmiechu. Brakowało w jej pozie zwyczajowej swobody, a uśmiech był tylko pojedynczym akcentem na tle zmęczenia i powagi. |