![]() |
|
[Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26) +--- Wątek: [Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] (/showthread.php?tid=6253) |
[Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] - Robert Albert Crouch - 04.08.2026 23.10.1972, Wyjazd do Lozanny
Orient Express Tego się nie spodziewał. Czy zresztą powinien? Czy nie powinien uznać kunsztu Jonathana i Anthony'ego w ukrywaniu swej relacji? Od kiedy zresztą byli razem? Mogłyby to być lata, miesiące, a nawet dni, jeśli ci dwaj dopiero niedawno ogarnęli, że są dla siebie stworzeni. Czy Robertowi to przeszkadzało? Nie. Nie przeszkadzało, choć myślał, że jest na tyle zaufaną osobą… Choć zapewne obaj – jego kuzyn i Shafiq – naiwnie uważali Croucha za poprawnie heteroseksualnego. Taki przecież kreował wizerunek. Ojciec, mąż już nie kobiety, lecz stanu. Rozumiał, czemu mu nie powiedzieli. Choć szkoda. A może to nadinterpretował? Może odczytywał przejawy zdrowej męskiej przyjaźni z niepotrzebnym erotycznym podtekstem. Właściwie czemu go to obchodziło? Czy coś to zmieniało? Pogrążony w rozmyślaniach szedł korytarzem aż do przedziału swojego i Delacoura. Fakt, że zostali przydzieleni do jednego Robert uznał za jakieś zrządzenie boskie. Mógł przecież wylądować z kuzynem, drugim kuzynem, Anthonym lub młokosem. Zamiast tego miał spać w jednym pomieszczeniu z facetem, który pijał krew na pokrzepienie. Nie, żeby to Robertowi przeszkadzało. Mężczyzna mógł bowiem być nawet maszkarą wprost z koszmarów, a jednak jego uroda rekompensowała wszystkie moralne wątpliwości. Robert przylizał włosy, otworzył drzwi i oparł się o framugę. W przedziale panowały egipskie ciemności, wszystkie okna były zasłonięte. No tak… słońce. – Byłem u Anthony'ego, ale jest… zajęty. Odpoczywa – rzekł, starając się nie brzmieć podejrzanie. – Choć myślę, że to dobrze dla niego. Gdybym potrafił, też bym oddał się teraz odpoczynkowi. Ale nie wiem, czy pan to czuje, ale to całe napięcie sprawia, że nie da się zwyczajnie funkcjonować. Od powodzenia tego wyjazdu zależy tak dużo. RE: [Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] - Gustave Delacour - 17.08.2026 Gustaw uniósł wzrok znad dokumentów, które od dobrych kilku minut pozostawały otwarte na tej samej stronie. Przedział pogrążony był w absolutnej ciemności. Żaluzje opuszczono szczelnie, a ciężkie kotary dopełniały dzieła, odcinając wnętrze od ostatnich, niepożądanych resztek światła, które mogłyby przecisnąć się przez najmniejszą nawet szczelinę. Dla zwyczajnego czarodzieja byłoby to pomieszczenie zupełnie pozbawione kształtów, gdzie własna dłoń przed twarzą pozostawałaby jedynie domysłem. Dla mecenasa ciemność nie stanowiła jednak żadnej niedogodności. Siedział na skraju koi z jedną nogą skrzyżowaną na drugiej. Kiedy Robert otworzył drzwi, do przedziału wpadł chłodniejszy powiew korytarza, przynosząc ze sobą zapach ciepła skóry, zapachu. Croucha. Wampir podniósł głowę. — To dobrze. Młodzi powinni odpoczywać, kiedy los łaskawie daje im ku temu sposobność. Ach — słowo zabrzmiało miękko z rozbawieniem. Gustaw pozwolił sobie na krótką przerwę w mowie, podczas której jego spojrzenie zatrzymało się na Robercie odrobinę dłużej. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, jak dobrze Crouch prezentował się wsparty o framugę. Delacour uświadomił sobie, że przyglądał mu się zbyt długo. — Proszę wejść, niechże pan nie stoi w progu. Lozanna nie jest przecież zwyczajną podróżą. Gdyby chodziło wyłącznie o kilka podpisów, dokumentów i uprzejmych ukłonów, nie fatygowalibyśmy się aż do Szwajcarii w tak znamienitym towarzystwie — pozwolił sobie na uśmiech. — A pan wygląda jakby również przydało się panu kilka godzin odpoczynku. W jasnych oczach zabłyszczała serdeczna troska istoty, która nie zamierzała udawać, że nie dostrzegała cudzego zmęczenia. — W istocie, chociaż podejrzewam, że w pańskim przypadku powodów jest więcej niż jeden, prawda? RE: [Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] - Robert Albert Crouch - 25.08.2026 Robert żałował, że światło pozostawało przygaszone. Nie dlatego że w ciemności zazwyczaj potykał się i wpadał na meble (to też), ale że nie mógł dobrze widzieć przystojnego wampira. Chociaż sam aksamitny głos Gustave'a wystarczył, by spowodować u Croucha przyjemny dreszczyk gdzieś w okolicach karku. Ten troskliwy tembr z dodatkiem łagodnego francuskiego akcentu. Wydawało się też, że Delacour mówił nieco, jakby rzeczywiście pochodził z innej epoki. Owszem, używał zwyczajnej angielszczyzny, ale było w tym coś anachronicznego. Maniera, której nie miał już nikt, kto obecnie żył. Robert starał się nie wyobrażać sobie, jak ten głos brzmiałby w szepcie tuż nad jego uchem. I w innych… sytuacjach. Choć nie mógł powiedzieć, że wcześniej nie przemknęło mu to przez myśl. – Dziwi mnie, co pan mówi, bowiem słyszałem raczej, że młodzi są przepełnieni energią, którą muszą jakoś spożytkować. – Łagodna sugestia, ale nie nachalna. Taka, którą można było odczytać na kilka sposobów. Choć rzeczywiście ta cała sprawa z mieszkaniami przytłaczała go. Skoncentrować się musiał na jednej rzeczy naraz, a to czyniło go niespokojnym. Dokuczała mu nieobecność Enid. Wcześniej pełnił co najmniej dwie role: sędziego i ojca. Teraz zaś sędziowanie tak go pochłonęło, że czuł się jakby jego życie prywatne najzwyczajniej zanikało. Przyjaciół znał z pracy. W domu? Pracował albo myślał o pracy. Ojciec ciągle wypytywał go o co? O pracę właśnie. Może po załatwieniu tych mieszkań mógł pojechać na urlop? Chociaż kilka dni, gdzieś, gdzie było jeszcze trochę słońca. Mógłby nadrobić którąś z niedoczytanych książek. A może zapisałby się na jakieś zajęcia sportowe? Poszedłby na mecz? Usiadł na swoim łóżku. – Widzę, że już mnie pan rozgryzł – uśmiechnął się. Słowa „rozgryzł” użył przy wampirze raczej przypadkowo, ale cóż… pasowało. – Ostatnio ciągle pracuję. Wie pan, mam córkę. Jedenastolatkę. Wyjechała w tym roku do Hogwartu. Myślałem najpierw, że to ona będzie za mną tęsknić, ale okazuje się, że to ja bardziej tęsknię za nią. Czasy są niespokojne, chciałbym mieć ją bardziej na oku, ale… nie mogę być też nadopiekuńczy. A żeby zagłuszyć zamartwianie się o córkę, znajduję sobie inne rzeczy, którymi mogę się stresować. Ostatnio nic nie robię, tylko pracuję. To pochłania całe moje życie. RE: [Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] - Gustave Delacour - 27.08.2026 Przedział był nazbyt ciasny, szczelny, aby mógł skryć przed zmysłami cokolwiek tak bezwstydnie żywego jak ludzkie ciepło. Robert Crouch wniósł je ze sobą — woń skóry ogrzanej długim dniem, a takżę bluźnierczo intymny rytm krwi, pulsującej pod cienką osłoną ciała na szyi. Wampir pozwolił, żeby wszystkie te drobne świadectwa obecności drugiego człowieka osiadły w jego świadomości z powolnością lejącego się miodu. (Nie musiał na nie patrzeć. Nie musiał nawet ich nazywać. Były tam oczywiste, natrętne i przyjemne.) Wreszcie odetchnął głęboko, a gest ten całkowicie zbędny był dla istot takich jak on. — Ach. Energia istotnie winna znaleźć sobie właściwe ujście, jednakże jak sądzę, istnieje niemało sposobów, aby ją… rozproszyć — skomentował, nie zmieniając miejsca, na którym siedział, lecz coś w jego postawie uległo przemianie. Ramiona przestały być tak rygorystycznie wyprostowane, postawa stała się odrobinę swobodniejsza. W głosie sędziego pobrzmiewało coś, czego nie zdołała przesłonić żadna wyuczona ogłada. Cień szczerego znużenia, ledwie dostrzegalna rysa na powierzchni fasady wznoszonej przez lata z obowiązku, ambicji i przyzwoitości. — Nie dziwię się. Jest pan młodym człowiekiem uwięzionym w bardzo starym systemie, który pożera energię, ambicję i wszelkie młodzieńcze złudzenia, a w zamian pozostawia człowiekowi obowiązek i… po pewnym czasie pustkę, której trudno nadać przyzwoite imię. Przypuszczam, że są to po prostu prawa fizyki naszego świata. Gdy Robert wspomniał o córce, Gustave uniósł brwi. — Jedenastolatka? Mój boże. Toż to jeszcze berbeć. Rodzicielstwo jest sztuką trudną, prawda? Rozumiem pańskie obawy, lecz przyjdzie chwila, w której będzie pan musiał zdecydować, czym wypełni pustkę po jej wyjeździe — Delacour popatrzył w ciemność za oknem. — Pracą albo czymś innym. Nie zamierzam oczywiście pytać o pańskie sprawy osobiste — dodał z uśmiechem. Oparł się wygodniej. — Nie jestem aż tak bezczelny. Mogę natomiast zaproponować coś znacznie mniej kłopotliwego. Przerwę od pracy. Choćby krótką. Ten pociąg jedzie do Lozanny, a ja znam się na winie. Na muzyce. Chyba że woli pan inne sposoby spożytkowania czasu. Gustaw sam nie był pewien, co właściwie zamierzał. To nie jest dobry pomysł, pomyślał i właśnie dlatego uznał to za szczególnie zabawne, bo czy kiedykolwiek miał dobre pomysły? RE: [Jesień 72, 23.10, Orient Express] I'm a Bitch, I'm a Lover [Robert i Gustave] - Robert Albert Crouch - 15.09.2026 Robert był w stanie wymyślić kilka sposobów na to, jak można by rozproszyć nadmiarową energię. Ciekaw był, jakie sztuczki na to poznał swego czasu Gustave. Musiał być bardzo, ale to bardzo doświadczony. A Crouch z kolei dopiero odkrywał swoje preferencje, zresztą z pomocą innego wampira. Zaczynał zauważać coś, co zawsze tam gdzieś było, czego chyba powinien się wstydzić, ale jakoś to charakterystyczne poczucie winy nie przychodziło. Był dorosłym facetem, który spełnił swój obowiązek wobec magicznego, czystokrwistego społeczeństwa. Miał wspaniałą córkę, ród został przedłużony. Choć tak realnie wszystkie te sprawy związane z sukcesją też jakoś do niego specjalnie nie przemawiały. Dziecko wychowywał nie tylko z rodzicielskiego obowiązku. Chciał po prostu dla Enid wszystkiego, co najlepsze, pragnął, by świat, który kiedyś zamieszka, był dobrym miejscem dla niej i innych dzieciaków. Jego celem była ona sama w sobie, nie jakieś arystokratyczne gadanie, które co prawda mu wpojono, lecz on zdołał jakoś to wyprzeć. – Niestety. Choć potrzebujemy zmiany, bo skończymy na dnie. Inni tego nie widzą. Chcą działać powoli i umiarkowanie. Nie widzą jednak, że druga strona organizuje sobie beztrosko Spaloną Noc, podczas gdy my kłócimy się o drobnostki – westchnął. Gustave jednak miał rację. Nie mógł pozwolić, by praca pochłonęła całe jego życie. Nie dało się w tej chwili wziąć urlopu bez powodowania wizerunkowej katastrofy, ale Robert musiął postarać się, by jego życie prywatne jeszcze miało rację bytu. Na razie skupiało się ono na codziennym bieganiu (by w pracy mieć trzeźwy umysł i nie dać mięśniom się zapaść), rozmowach z rodzicami przy kolacji (o pracy). Starał się czytać książki przed snem, ale dociągał maksymalnie do dwóch stron dziennie. Potem zasypiał i zapominał, co się działo na stronnicach. Tęsknił za swoim domem, za kamienicą na Pokątnej. Tam miał sprzęt do ćwiczeń, salonik, barek z dobrą brandy. Na Pokątnej można było czasem podejść do galerii sztuki, do Dziurawego Kotła. – Jest trudne, ale jak wszystko w życiu, co ma znaczenie, prawda? To trochę jak w pracy sędziego. Każdy krok może być błędny. Człowiek czuje się jakby szedł do przodu z zawiązanymi oczami. Ale warto. A Enid… nie ma na świecie osoby, którą bym bardziej kochał. Wie pan, nie dla każdego byłbym w stanie rzucić absolutnie wszystko. Ale dla niej tak. Gdybym miał poświęcić dla niej życie, nie wahałbym się nawet przez chwilę. Tak samo karierę, reputację, szacunek w socjecie – rzekł z całkowitą szczerością. – Więc o życie osobiste może pan śmiało pytać. Nie mam specjalnie dużo do ukrycia. Nie przed panem. Ale ma pan rację, rozmowa o winie i muzyce jest tym, czego w tej chwili chyba potrzebuję. Choć nie wiem, czy moje opinie się panu spodobają. Jestem bowiem wielbicielem nie tylko klasyki, ale i muzyki… nowszej. Zna pan może mugolski zespół The Beatles? Albo Franka Sinatrę? Czasami, jak mam chwilę, puszczam sobie ich albumy w gramofonie, siadam z szklanką whisky i po prostu słucham. |