Secrets of London
[08.9.72] Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [08.9.72] Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie? (/showthread.php?tid=6265)



[08.9.72] Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie? - Septima Ollivander - 08.08.2026

8 września, Apteka Lupinów, początek Spalonej Nocy



Stała zniecierpliwiona w kolejce i liczyła sęki w spiętrzonych pod ścianą, skrzynkach po dostawie. Oko fachowca wiedziało od razu z czym miało do czynienia. Sosna, tania i sękata, sęki wielkie jak korony, słoje szerokie od pośpiechu — drewno rosnące szybko, ścięte wcześnie, dobre wyłącznie na to, żeby coś w nim przewieźć raz. Zajęcie było absolutnie bez sensu i wiedziała o tym doskonale, ale kolejka nie ruszała się od kwadransa, a ręce trzeba czymś zająć, kiedy dygotały nerwowo tak, że nie poprowadziłyby nawet noża wzdłuż włókna.
Fakt faktem, przyszła po sproszkowany korzeń wilczej jagody i dwie uncje żywicy, kwadrans przed zamknięciem i ktoś, kto sam za ladą wielokrotnie stał, powinien wiedzieć, że za takie przewinienia grozić powinna kara surowa. Przystanęłaby na chłoście, oczywiście, wyłącznie w wypadku bycia po tej właściwiej stronie lady — dziś wypadało jej wybaczyć, bo od powrotu z Libanu była nad wyraz roztargniona. A roztargnienie przetopiła w nerwowość. A potem w irytację, bo przed nią wciąż stały trzy osoby, a aptekarz zamiast obsługiwać, to opowiadał komuś niezwykle porywającą historię o dostawie z Rygi. Ollivander zwróciła uwagę na świece palące się w równym rzędzie za ladą i niechybnie pomyślała o ogniu, który towarzyszył jej podczas rytuałów kowenu jej kuzynki.

Odchrząknęła znacząco. Potem Mrugnęła. A moment później, te same świece położyły się wszystkie naraz. W jedną stronę, i już się nie wyprostowały. Rząd płomyków umarł.
Potem przyszedł spóźniony, acz nieoczekiwany huk, który rozdarł gwałtem powietrze. Coś najpierw wyrwało miastu tlen, a potem zmiażdżyło je membraną dźwięku. Szyby wystawowe wygięły się do wewnątrz — wszystkie sześć tafli nie pękło, a wygięło się jak guma. Choć żadne z nich nie wydało z siebie ani szeptu, wyczuła trwogę i troskę ubitą w pęczniejących piersiach. Bezmyślnie wyszła na ulicę, wiodąc za samym Lupinem i resztą klientów, bo cóż innego mieli począć? Siedzieć w środku i nie wyjrzeć choćby za drzwi? Być może byłoby to rozsądniejsze.
Nie było jednego krzyku. Była zaś tylko setka małych, poprzerywanych, nakładających się jak źle strojone instrumenty wrzasków. Niebo miało kolor wnętrza pieca samego Hadesa, bo przecież coś takiego ujrzeć można było wyłącznie w piekle.

Stała tuż obok drzwi do lokalu obok, gdy szyba nie tylko pękła, a po prostu rozwiązała się w nicość. Wydała jeden wysoki dźwięk, jak struna zdejmowana z kołka, i cała stanęła w powietrzu — tysiąc rozgrzanych igieł, przez ułamek chwili wciąż ułożonych w kształt okna. Zdążyła unieść przedramię, bo tego uczy się przy heblu, i to właśnie przedramię przyjęło pierwszy grad.
Silny podmuch podciął jej nogi tak, jak podcina się drzewko jednym pociągnięciem u samej ziemi, i przez ułamek chwili nie było w niej nic poza szokiem, że powietrze potrafi mieć ostrą krawędź; potem był już tylko bruk, który wszedł jej w bark i w skroń jednocześnie, twardy, nierówny, och, jednak bardzo twardy, i tak oto świat zwinął się do jednego punktu, a potem zgasł także on.
Gdy otwierała oczy niedługo potem, bardzo chciała aby wszystko co do tej pory ujrzała było jedynie złym snem. Niestety. Londyn płonął.


RE: [08.9.72] Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie? - Victoria Lestrange - 12.08.2026

Ósmego września o dwudziestej świat jednocześnie bardzo przyspieszył i zwolnił. Zwolnił: bo w ciągu kolejnych piętnastu-dwudziestu minut działo się bardzo dużo rzeczy, które nie miałyby miejsca, gdyby to był zwyczajny dzień. Przyspieszył: bo w jednej chwili Victoria była w biurze i leniwie popijała wieczorną kawę, by w drugiej być już na Pokątnej, aresztować mężczyznę, który był w trakcie jakiegoś najwyraźniej dziwnego rytuału, a w jeszcze kolejnej już była na Horyzontalnej, szukając swojego kuzyna, który według słów napisanych pospiesznie przez Atreusa – umierał.

Umierał, więc Lestrange niemalże rzuciła wszystko, i nim pomyślała nad tym sensowniej (nie miała na to czasu), już szukała go wśród zgiełku, krzyków, wśród płomieni, które nie zrobią mu krzywdy, ale walące się bele budynków już mogły.

Zatrzymywała się co jakiś czas, próbując wypatrzeć znajomą twarz, zresztą nie dało się cały czas biec, bo ludzie wypadali na ulicę i krzyczeli, zagradzając drogę. Victoria widziała bardzo dużo dziwnych rzeczy, ale takiego piekła chyba jeszcze nie, a to już mówiło dużo, w końcu brała udział w pechowym tegorocznym Beltane i weszła do Limbo, i choć to ogień przyświecał tamtemu dniu, to nie spopielał wszystkiego, co tylko miał na drodze. Śmieszna sprawa z tym ogniem: mógł być jednocześnie życiem, jak i śmiercią, destrukcją. Czarnowłosa kochała ogień, każdy jego aspekt, również dlatego, że nie mógł zrobić jej krzywdy sam w sobie, ale to, co miało miejsce teraz, przerastało pewne jej wyobrażenia.

Zatrzymała się po raz kolejny, nie mogąc przecisnąć się dalej, rozejrzała się, szukając Aidana, gdy jej wzrok padł na dziewczynę, która leżała gdzieś przy bruku skronią na kamieniu. Westchnęła. Powinna szukać kuzyna, ale nie mogła przecież zostawić dziewczyny, skoro potrzebowała pomocy… tym bardziej, że była przecież na służbie.

Aidan musiał poczekać.

Lestrange przepchnęła się więc do ciemnowłosej dziewczyny, która chyba właśnie zaczynała dochodzić do siebie, bo podniosła głowę z ziemi – cud, że nikt jej tutaj nie zadeptał.

– Nie tak gwałtownie – odezwała się do Septimy i kucnęła przy niej. – Chyba się uderzyłaś w głowę – nie miała teraz czasu na konwenanse i paniowanie, skoro sytuacja wyglądała jak wyglądała. Londyn płonął.