Secrets of London
[18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal (/showthread.php?tid=6266)



[18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal - Zelena Brekker - 08.08.2026


W śnie było cicho. Tak cicho, że przez krótką chwilę mogła zapomnieć o wszystkim. Aż nagle ciszę rozdarł huk. Najpierw łomot młotka, potem przeciągły zgrzyt, jakby ktoś próbował wyrwać z ziemi same fundamenty świata. Z sąsiedniego domu dobiegł tupot, przesuwanie ciężkich przedmiotów i podniesione głosy robotników, których poranek najwyraźniej rozpoczął się znacznie wcześniej niż jej. Przez kilka sekund leżała bez ruchu, owinięta kołdrą aż po brodę, z włosami rozsypanymi na poduszce niczym źdźbła trawy po burzy. W głębi jej umysłu Diana również się przebudziła, ale dziś księżyc pozwalał jej jedynie biernie obserwować. Kolejny huk. Czarownica westchnęła tak ciężko, jakby na jej barkach spoczywały wszystkie troski świata. W końcu jednak zwlokła się z posłania. Przeszła przez pokój powolnym, lunatycznym wręcz krokiem. Włosy sterczały jej we wszystkie strony, koszula nocna była przekrzywiona, a na policzku odcisnęła się jeszcze czerwona pręga po poduszce. Kiedy stanęła przed lustrem, wyglądała jak ktoś, kto został brutalnie wyrwany z krainy snów.
- O Boże - mruknęła, przeczesując włosy palcami, zmrużyła oczy i pochyliła się bliżej tafli, próbując ocenić rozmiar porannej katastrofy. Wtedy poczuła znajome łaskotanie w nosie. - Apsik! - Gwałtowne kichnięcie wyrwało jej głowę do przodu - łup - czoło Zeleny spotkało się z lustrem z takim dźwiękiem, że nawet hałas dobiegający z sąsiedniego domu na moment wydał się mniej istotny. Cofnęła się o krok, przykładając dłoń do miejsca, w które przed chwilą uderzyła, i przez moment patrzyła na swoje odbicie z niemym wyrzutem. - To nic, przynajmniej mam więcej czasu przed pracą. - mruknęła pod nosem, zwyczajowo doszukując się pozytywnych aspektów. Spokojnie doprowadziła się do porządku i zeszła zrobić śniadanie. Przez chwilę wszystko było zwyczajne, sielskie można powiedzieć„ jeśli nie liczyć odległego huku remontu dochodzącego zza ściany. Skończyła właśnie śniadanie, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Nie spodziewała się nikogo, lecz sądząc po uporczywości dzwonka, gość najwyraźniej nie zamierzał odejść. Otworzyła drzwi, a na progu stała młoda kobieta z odznaką aurora. Miała płaszcz zarzucony na ramiona, różdżkę przy boku i twarz rozjaśnioną takim uśmiechem, jakby spotkanie to było najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
- Coś się stało? - jej oczy błądziły po twarzy nieznajomej, jednak olśnienie nie spływało. Wtedy aurorka wybuchła śmiechem.
- Dobry numer, Diana. Nie żartuj sobie, musimy lecieć na patrol.
Zelena zastygła; to imię niczym kamień w spokojną taflę wody. Skąd mogła wiedzieć? To jakaś koleżanka Diany? Coś przed nią ukryła? Przecież miały umowę…
- N-nie czuję się najlepiej - wydusiła, nerwy ścisnęły jej żołądek, a obraz zafalował przed oczami. Co miała teraz zrobić? Iść na patrol i udawać, że wie, co robi? Nie mogła przecież uciekać.
Aurorka przyjrzała się jej uważniej. Uśmiech nie zniknął z jej twarzy, lecz złagodniał, a w oczach pojawiło się szczere, dziecięce współczucie.
- W takim razie popatroluję sama, i tak nic się nie wydarzy - zaświergotała pogodnie. - Weź jakiś eliksir i bądź w areszcie przed czternastą, nie możesz się dziś spóźnić - uśmiechnęła się jeszcze raz, jakby właśnie rozwiązała drobną niedogodność, po czym odwróciła się i ruszyła ulicą.

Kiedy Zelena opuściła dom, dzień był już na dobre rozbudzony, lecz Londyn, który ujrzała za progiem, zdawał się jakby nie tym samym miastem, które znała. Szła przez ulicę z uczuciem, że każdy krok prowadzi ją coraz dalej od rzeczywistości. Bo ludzie? Ludzie byli inni. Uśmiechali się. Wszyscy. Nie tak zwyczajny, przelotny uśmiech, który czasem przemknie po twarzy człowieka mijającego znajomego, lecz uśmiech nieustanny, osobliwie pogodny, przyklejony do oblicz niczym maska. Jeszcze dziwniejszy był porządek. Nie dostrzegła ani jednego papierka porzuconego przy krawężniku, ani niedopałka, ani nawet pojedynczej kartki niesionej przez wiatr. Gdy z jednego z drzew oderwał się złoty liść i opadł na chodnik, ledwie zdążył dotknąć ziemi, a już pojawiał się zamiatacz. Miasto zdawało się oddychać według jednego rytmu. Bez skazy. Bez przypadku. Bez najmniejszego śladu owego łagodnego nieładu, który Zelena zawsze uważała za naturalną część ludzkiego życia.
Przez całą drogę wracała myślami do garderoby. Jakim sposobem zniknęły jej ubrania? Jej kolorowe sukienki, miękkie swetry, codzienne ubrania, wszystko, co przez lata wybierała, nosiła i odkładała na miejsce. A teraz nie pozostał po nich nawet ślad. Zamiast nich wisiały skórzane stroje Diany, ciężkie płaszcze i mundury aurorów. I odznaka. Nie jakaś przypadkowa błyskotka, lecz prawdziwy znak służby, należący do kogoś, kto całe swoje życie podporządkował obowiązkowi. A obok niego mundur, który najwyraźniej miał być jej własnością. Zelenie zdawało się, że wszystko to musi być jedynie pomyłką. Jakąś osobliwą, niewytłumaczalną pomyłką.
Ze skurczem żołądka przekraczała drzwi wejściowe aresztu, gdzie wszyscy witali ją jak swoją. Funkcjonariusze mijający ją na korytarzu pozdrawiali ją z uśmiechem, niektórzy zatrzymywali się na moment, inni kłaniali głowami z respektem należnym komuś znaczniejszemu od zwykłego pracownika. Jedna z kobiet posłała jej tak promienny uśmiech, że Zelena poczuła niemal fizyczny chłód przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Nie znała żadnej z tych twarzy. A oni znali ją. Albo raczej - znali Dianę. Jeden ze strażników wskazał jej drogę i ruszył przodem, prowadząc ją przez długi korytarz. Czarownica szła za nim, czując na sobie spojrzenia mijanych ludzi. Kamienne ściany były czyste, wręcz nieskazitelne; nie było kurzu w kątach, śladów wilgoci ani nawet przypadkowego bałaganu na biurkach. Wszystko leżało na swoim miejscu, wszystko miało swój porządek.
Milczała zupełnie. Każde słowo zdawało jej się zdradą, każdym pytaniem mogła odsłonić niewiedzę, której nie potrafiła już dłużej tłumaczyć zwykłym roztargnieniem. Szła więc za mężczyzną z opuszczonym wzrokiem, odpowiadając najwyżej krótkim skinieniem głowy i usiłowała przybrać na twarzy taki wyraz, jaki, jak przypuszczała, powinien mieć ktoś doskonale wiedzący, dokąd zmierza.
- Twoje trofeum - otworzył przed nią drzwi, więc wsunęła się do środka. - W końcu to ty go złapałaś. A skoro to ty doprowadziłaś sprawę do końca, należy ci się ten zaszczyt. Standardowa procedura. Zaprowadzisz go na miejsce i przeprowadzisz egzekucję.
Egzekucję? Przez moment miała wrażenie, że źle usłyszała.
- Zresztą któż zrobiłby to lepiej od ciebie? - zaśmiał się cicho. - Jesteś najlepsza. Nikt nie przeprowadza egzekucji tak sprawnie i czysto.
Zelena poczuła, jak coś lodowatego zaciska się wokół jej serca. Nie powiedziała nic. Podniosła wzrok na więźnia, siedzącego w półmroku za ciężkimi kratami. Spojrzenie przesunęło się po jego twarzy w niemym szoku. Znała tę twarz. Znała te oczy.
- Hannibal?

!Trauma Ognia


RE: [18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal - Pan Losu - 08.08.2026

Jeżeli znajdujesz się w pomieszczeniu, jego ściany pokrywają się pajęczyną pęknięć, z których sączy się żar. Czy to kolejna klątwa Voldemorta? Ogień w tych szczelinach syczy, tryskają z nich iskry. Dopiero po zamknięciu oczu na kilkadziesiąt sekund i kilku głębokich wdechach dociera do ciebie, że to omamy.


RE: [18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal - Hannibal Selwyn - 11.08.2026

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/69/5b/74/695b74c52946444932e9c113e4a15641.jpg[/inny avek]

Okazało się, że godziny w areszcie niemiłosiernie się dłużą. Hannibal miał wystarczająco dużo czasu, by nerwowo spacerować w tę i z powrotem, co jakiś czas wyglądając przez kraty na korytarz, przekonany, że na pewno za chwilę któryś z jego kuzynów przybędzie z kaucją albo cała ta sytuacja okaże się jakąś piramidalną pomyłką (nie była pomyłką).
Wystarczająco, by walnąć pięścią w ścianę raz i drugi, prychnąć ze złością na spartańskie wyposażenie celi (nie było nawet czym rzucić!) i wykonać a capella wyjątkowo głośne i ekspresyjne “Tutta furie e tutta sdegno”, utwór nie na jego głos, ale Hannibal miał to głęboko gdzieś.
- Ciszej tam! - zawołał strażnik.
- Spierdalaj! - odkrzyknał Selwyn, przerywając recital.

Wystarczająco, by (tym razem grzecznie) próbować zaczepić strażnika z kolejnej zmiany i (nieskutecznie) przekonywać go, że młodość ma swoje prawa, przecież wiedzą, kim jest i mogliby skontaktować się z Jonathanem na przykład. Do ciężkiej cholery, w tym momencie z wdzięcznością powitałby nawet ratunek ze strony swego ojca, mimo ceny w postaci wysłuchiwania kąśliwych uwag (nie powiedział tego na głos). Nikt jednak się nie zjawił.
Hannibal zrobił to wszystko, a później opadł na przykrytą cienkim materacem pryczę, w sam raz w odpowiedniej chwili, by odmówić więziennego posiłku. Ukrył twarz w dłoniach. Bez sensu. To wszystko było bez sensu. Powinien był wyskoczyć podczas ucieczki przez to okno albo sprowokować aresztujących go aurorów do użycia siły, przy odrobinie szczęścia oszczędziłoby mu to tego losu.

Zanim ktokolwiek się nim zainteresował, zdążył stoczyć się na podłogę w postaci bezwładnego stosu kończyn, zignorować obite kolano, popatrzeć jeszcze trochę w ścianę, a potem wstać i całkiem spokojnie poprosić o odgrzanie obiadu, bo skoro i tak czekała go egzekucja, to równie dobrze mógł się najeść, jedzenie było zresztą całkiem niezłe. Nic w tym dziwnego, skoro żaden z więźniów nie przebywał tu na tyle długo, by spożyć więcej, niż dwa posiłki. Budżetu starczało zapewne aż nadto.

Kiedy drzwi celi otworzyły się, leżał na plecach w poprzek pryczy, z nogami opartymi o ścianę i głową zwieszoną w dół. Obdarzył nowoprzybyłą jednym spojrzeniem kątem oka i niezadowolonym grymasem.

- Di - wypluł z siebie zdrobnienie, w które kiedyś potrafił upakować zdecydowanie więcej ciepła, niż logicznie powinno się mieścić w dwóch literach. Teraz w jego głosie był tylko jad - Przyszłaś odebrać swoją nagrodę, co? Powiedz, dobrą premię dają od głowy? A może wystarczy ci satysfakcja?

Nie ruszając się z miejsca, z powrotem wbił wzrok w sufit, jakby nie chciał nawet patrzeć na stojącą w drzwiach aurorkę. Pusty, brudny talerz stał w przejściu, tuż pod jej nogami, jakby Hannibal specjalnie ustawił go tam, by jak najbardziej przeszkadzał.

- Czy zostałaś już pracownikiem miesiąca, czy dopiero jak mnie wykończysz, kopnie cię ten zaszczyt?

Może wyzłośliwianie się wobec Di, która prawdopodobnie miała dokonać egzekucji albo przynajmniej go na nią zaprowadzić, nie było najrozsądniejsze, ale za to uwalniające. Kogo obchodziło to, czy uczyni koniec Hannibala trochę bardziej bolesnym? Na pewno obowiązywały ją jakieś regulacje, no i aurorka Brekker była przecież przede wszystkim skuteczna.

I tak nie mógł zrobić nic, co poprawiłoby jego sytuację. Nie po tym, co… no. Nie po tym wszystkim.