![]() |
|
|
[01.10.72] Where the wild roses grow - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [01.10.72] Where the wild roses grow (/showthread.php?tid=6268) |
|
[01.10.72] Where the wild roses grow - Gareth Rowle - 09.08.2026 Ponoć ogrody Maida Vale opętały mroczne moce. Usłyszał o tym w Caernarfon, przy trzeciej szklance, od człowieka handlującego skórami z Kentu, który słyszał od kogoś, kto w istocie tam niedawno przebywał. I ledwo przeżył, bo go dopadły mięsożerne „czarne róże”. Gary, gdy tylko zawitał w Londynie, powiedział sobie, że pójdzie z pseudo zawodowej ciekawości, ale cholera, nawet on nie kupował tej wersji ani trochę. Na szczęście tłumaczyć jeszcze się przed nikim nie musiał i jeśli tylko wieści rozeszły się tak daleko jak tego podejrzewał, to nie spodziewał się spotkać u bram ogrodu wielu znajomych. Po mugolskiej stronie straszyły między innymi blaszany parawan, tablica z nazwą firmy budowlanej, której nie ma w żadnym rejestrze, i błoto udające wykop. Klasyka. Za tym mur, bluszcz gruby jak przedramię i brama od wschodu. Potem żwir i posągi muz wzdłuż ścieżek, wszystkie z tą samą twarzą, co zawsze wydawały mu się mniej natchnione, a bardziej niepokojące. No i same róże. Nie kwitły, tylko obłaziły. Rozarium miało dominantę, której nikt tam nie sadził — czerń nie fioletowa, nie bordowa, ale smolista, tłusta, taka, jaką ma spalone drewno. Pędy wiły się po murach oranżerii i wchodziły w art nouveau tak, jakby ktoś je zaprojektował razem z żeliwem; harmonia była, owszem, i właśnie to było najgorsze. Ładne rzeczy rzadko rosły same z siebie. Wiedział to nawet on, a on na pięknie znał się tyle, co na dobrych winach — z drugiej strony witryny. Uklęknął przy krzewie w połowie ścieżki i zrobił to, co robił od zawsze przy każdym nowym gatunku: zajrzał pod liść. Nic. Żadnej mszycy. Żadnego przędziorka, żadnej dziury po gąsienicy, ani jednej babki-złotej-oczy. Na początku października. Na róży. Podniósł wzrok wyżej i policzył uważnie; ani jednej pszczoły przy pąkach, ani jednego bzyka nad stawem, gdzie lilie stały w czarnej obwódce jak zęby w dziąśle. Trawnik cichy. Kos, który powinien tu darł się o zmierzchu jak najęty, nie darł się nigdzie. Zapach szedł niski i ciężki — wilgotna ziemia po deszczu, tak mówili wszyscy i wszyscy się mylili, bo tak pachnie ziemia świeżo z dołu, a to wcale nie to samo. Za bramą oparł się plecami o mur i zapalił. Nie wracał do baru ani do domu. Nie ruszał się w żadną stronę. Stał, patrzył na blaszany parawan z bzdurną nazwą firmy budowlanej i czekał — nie wiedział na co, ale wiedział, że jeśli człowiek, zwłaszcza taki człowiek jak on, stoi wystarczająco długo w wystarczająco niewłaściwym miejscu, to zwykle coś się w końcu wydarza. Papierosowa trucizna dochodziła do muru i rozkładała się wzdłuż niego płasko, jak mleko rozlane po lustrze. Dalej już nie szła. No i gdzie te potwory się skrywały? !Maida Vale RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - Pan Losu - 09.08.2026 Maida ValeStojąc przy sztucznym stawie, zauważasz dziwną grę świateł na dotychczas pozornie spokojnej tafli wody. Gdy nachylasz się, by spojrzeć, pojawia się na niej obraz przypominający odbicie twarzy, ale nie twojej – to twarz młodej kobiety o długich, czarnych włosach, która unosi rękę w niemym geście ostrzeżenia. W chwili, gdy próbujesz się cofnąć, czujesz, wilgoć osiadającą na twojej dłoni, a z wody wyłania się pojedynczy, czarny płatek. Zanim cokolwiek zrobisz, płatek rozpływa się, a staw wygląda, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - Edith Rookwood - 10.08.2026 Przechadzała się ścieżkami ogrodu powoli, z twarzą zakrytą kołnierzem czarnej, jesiennej szaty, spojrzeniem raczej zimnym i zmarszczonymi w głębokim zamyśleniu brwiami. Jej znudzone spojrzenie krążyło w kółko od czarnych pąków róż, po unoszące się na powierzchni zamarzniętego stawu nenufary czy rozrastający w najgłębszych zakamarkach Maida Vale, bluszcze. Nigdy nie potrafiła zrozumieć, skąd brał się ten cały zachwyt nad tą całą zielenią, i różnokolorowymi kwiatami, i tym wszystkim co zupełnie jej nie radowało. Wielokrotnie była świadkiem rozmów czystokrwistych panienek, co to rozpływały się nad pięknem przyrody i nad tym ogrodem właśnie, bo był on podobną Oazą pośród szarych murów wielkiego miasta i zgiełku brudnych ulic. W tamtych chwilach, Edith słyszała tylko i wyłącznie przyprawiający o ból głowy świergot wszechobecnych ptaszysk, i widziała kałuże i błoto oblepiające jej buty. Czuła smród wody w sadzawce w upalny dzień, do której ktoś może przypadkowo wpaść, ale również można kogoś w tej brudnej wodzie utopić oraz ławkę, która nigdy nie będzie równie wygodna, co obite miękkim materiałem krzesło, w jakimkolwiek cywilizowanym przybytku. I czasem może nawet zazdrościła im tego uczucia, bo czasem również ona chciała się zachwycić nad tymi kompletnymi durnotami, nad śpiewem wróbla czy wonią świeżo zerwanych, źdźbeł trawy i nad głupim robakiem, co spogląda na człowieka, równie mocno zaciekawiony, co on spogląda na niego. I może nawet trochę ją to zasmuciło, i może gdyby była trochę bardziej, jak Ofelia to rzuciłaby się w tu, wprost w tą zimną, brudną wodę? I może wreszcie poczułaby coś więcej niż to przeklęte znużenie. Poirytowało ją bardzo, ta cała melancholia, jaką czuła w tym ogrodzie, pośród smolistych płatków i ciężkiej, gorzkiej atmosfery. Wyszła zza bramkę, potrzebowała świeżego powietrza. Tam, do jej nozdrzy dotarł zapach dymu papierosowego. Spojrzenie, mimowolnie podążyło w stronę kłębków, które ulatniały się nieopodal sylwetki czarodzieja. Pierwsze co zauważyła to rudość włosów, pokrywająca jego głowę i piegatą skórę, której dla zachowania obecnego kolorytu niepotrzebne były ciepłe promienie słońca. Kojarzyła tą twarz, ale niezbyt dobrze. Widziała go kilka razy, ale wyłącznie przelotnie. To chyba był jeden z Rowle, chociaż te piegi, i ta cała jego słoneczna rudość sugerowały również Weasleyów. Pechowiec. Ciekawe, jak wiele razy ktoś wziął go za członka tego właśnie klanu? Jak często rodzice mężczyzny zastanawiali się, czy aby na pewno, kiedy byt jeszcze płaczącym zawiniątkiem, ktoś nie podmienił ich dziecka na kogoś obcego? I zaciekawiło to ją, zaciekawiło nawet bardzo, podeszła więc bliżej i jeszcze bliżej, aż w końcu stanęła, gdzieś w zasięgu jego wzroku. Uśmiechnęła się ładnie, może nawet szczerze i oparła o ten sam mur, znalazła się jednocześnie, praktycznie na wyciągnięcie jego ręki. Spojrzenie wlepiła w to samo miejsce, w kawałek metalu, który wyszedł spod rąk mugoli i wyciągnęła papierosa, by dołączyć do swego chwilowego towarzysza. — Mam nadzieje, że nie przeszkadzam, — mruknęła cicho i omotała swym spojrzeniem jego sylwetkę, ale dość przelotnie. Nie wiedzieć czemu, nie potrafiła oderwać wzroku od pstrokatego żelastwa, które tą całą krzykliwością kontrastowało z całym otoczeniem. — Zabawne, w jednej strony ogrody, po których przechadzają się czarodzieje, dobijający swoich małżeńskich targów, a z drugiej to coś…— dowód naszego upadku. Chciała jeszcze dodać, ale zależało jej na tych wszystkich pozorach. Nie ufała nikomu, bo nawet najczystsi z nich, bez wyrzutów sumienia, bez cienia moralności, plamili swój honor w mugolskim brudzie. |