![]() |
|
04/02/1967— should not be left unsupervised — Leviathan & Edith - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: 04/02/1967— should not be left unsupervised — Leviathan & Edith (/showthread.php?tid=6273) |
04/02/1967— should not be left unsupervised — Leviathan & Edith - Edith Rookwood - 12.08.2026 04/02/1967, gdzieś w Szkocji
Miała teleportować się na miejsce, tak jak wiele razy wcześniej. Miała rozejrzeć się w poszukiwaniu jednego z pracowników ministerstwa, by zrobić pierwsze rozeznanie i dowiedzieć do czego tutaj doszło. Miała udać się do mugola, uspokoić go odrobinę, uśpić jego czujność i wymazać fragmenty, o których prawa wiedzieć nie miał. W końcu, miała wrócić do Biura Amnezjatorów i sporządzić kolejną notatkę opisującą przebieg zdarzeń, a potem miała zapomnieć o całej tej sprawie i ruszyć w stronę kolejnego zlecenia. Tyle i aż tyle. W okolicy jednak, dalej czuć było zapach spalonej ziemi. W miejscu, gdzie kiedyś rosły połacie zieleni była teraz pustka — pole pokryło się szarością i czernią. Kilka starych pni, które kilka godzin wcześniej gościły w swych gałęziach zwierzynę, tliło się jeszcze i mieniło razem z każdym podmuchem wiatru, rudawymi węglami. Jej ręka — zaciskała się boleśnie na różdżce, palce zbladły pod naporem siły, jaką mimowolnie w ten ruch wkładała. Kiedy wdychała powietrze nosem, czuła tylko zapach spalenizny. Nigdy wcześniej nie była aż tak spanikowana — ten obraz destrukcji, malował w jej mózgu wizje dla niej straszne. I były to wizje ogromnych smoków i ich rozpiętych skrzydeł, trzepoczących z wielkim hukiem, wysoko nad powierzchnią ziemi. Istot z ostrymi, jak brzytwa zębami, które zaciskają się boleśnie na ciele i siłą wyrywają z swych ofiar ich ostatnie tchnienie. I płomieni, straszliwych płomieni, których pożoga zamieniała w popiół, wszystko co stało na ich drodze. Wokół kręciło się wiele osób, ale nikt nie zwracał uwagi na przypadkową czarownicę, która pojawiła się tam bez żadnego słowa. Gdy podchodziła do czarodzieja odwróconego plecami dalej znajdowała się w tym całym szoku. Znalazła w sobie jednak tyle siły, by w końcu ruszyć się z jednego miejsca i zrobić cokolwiek, nawet jeśli pierwszy raz w życiu czuła, że może być zupełnie bezużyteczna. Przez pierwsze kilka chwil, stała za nim w całkowitym milczeniu. W głowie musiała poukładać po kolei słowa, które powinna wypowiedzieć. W końcu odchrząknęła znacząco, by zwrócić na siebie uwagę i przestąpiła z nogi na nogi, w nadziei, że może zmiana pozycji trochę rozluźni jej spięte w nerwach ciało. Nic jednak nie działało. Była z niej totalna porażka i tą porażką się stała, na oczach całego tłumu. — Dzień dobry — rzuciła cicho, może nawet trochę za spokojnie. Bardzo dobrze wychodziło jej udawanie, wychowywano ją w końcu na kogoś, kto nie okazuje swych emocji. Potrafiła panować nad swym głosem i twarzą, niestety z reakcjami spanikowanego ciała poradzić sobie nie potrafiła — Amenzjatorka Rookwood, przybyłam z ministerstwa. Podobno macie tutaj kogoś do wyczyszczenia. — słowa brzmiały mechanicznie. Nie potrafiła udawać swojego zwyczajowego zadowolenia i nie umiała odnaleźć w sobie nawet odrobiny luzu, jakim najczęściej emanowała. Nie była przecież osobą, która jest spięta. Do wielu spraw podchodziła z odpowiednim opanowaniem — to opanowanie nie było jednak niczym poważnym, raczej przyjaznym, odrobinę zuchwałym. I teraz potrzebowała też kogoś takiego — kogoś, kto chociaż trochę rozładuje to spięcie, które teraz przejęło nad nią kontrole. Na jej horyzoncie nie pojawiła się jednak ani jedna, śmiała dusza. RE: 04/02/1967— should not be left unsupervised — Leviathan & Edith - Leviathan Rowle - 14.08.2026 Miał wrażenie, że ziemia wciąż była gorąca. Nie był pewien czy mu się wydawało, a kucnięcie i przyłożenie dłoni do gleby, spotkało się tylko ze ściągnięciem brwi w zastanowieniu. Ciemny, spopielony ślad, ciągnął się długim szlakiem na paręnaście metrów. Promień rażenia był zatrważający, kiedy tylko uświadomiło się sobie, że te wszystko wynikiem było ognia, który począł się w paszczy jednej bestii. Czerń przejedzonych przez płomienie roślin, osadzała się na skórze palców oleistym wręcz osadem, ale pozostawiała też po sobie tę samą ciepłotę, która najbardziej go kojarzyła. Stworzenie już dawno zniknęło z zasięgu wzroku i przestało stwarzać realne zagrożenie, ale natura wciąż pamiętała o jego niszczycielskiej sile. A szczątki, znajdujące się na samym środku ciemnej łachy, pozostawały dobitnym znakiem dla ludzi. Ciekawe, na ile taka śmierć była szybka. Jak prędko człowiek zapominał kim był i o toczącym go bólu, kiedy płomienie zamykały się dookoła niego z taką mocą. Tego, na całe szczęście, nikt z urzędników nie miał dzisiejszego dnia doświadczyć. A na nieszczęście, sama ofiara nie była w stanie poświadczyć. Pozostał tylko jej towarzysz, absolutnie wręcz zagubiony i niemogący odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Mugol, bo do nikogo innego nie wzywano by amnezjatora. Jego obecność dostarczała wszystkim dodatkowej, uciążliwej roboty, w odpowiedzi na co Rowle zwyczajnie żałował, że i on nie skończył w smoczym ogniu. Mieliby wtedy dwa ciała, ale zero świadków. Uniósł nieznacznie głowę, kiedy usłyszał za sobą kobiecy głos. Amnezjatorka Rookwood zadźwięczało w uszach, ale przedłużał tę chwilę, rozcierając jeszcze popiół w dłoniach i patrząc wzdłuż czarnego szlaku, jakby coś miało się na nim znaleźć. Nie było nic, oprócz kości i niedopalonych kikutów drzew. — Edith — zabrzmiało w jego ustach równie znajomo co obco, kiedy wreszcie wyprostował się i odwrócił się do niej, ciężkim spojrzeniem opadając na jej twarz. Kiedy ostatni raz się widzieli? Ciężko było policzyć i oszacować czy można było nazwać to już okresem odrobinę zbyt długim, szczególnie kiedy stali pośród szkockiej gęstwiny. — Nie sądziłem, że tak szybko będzie można zobaczyć cię w terenie — powiedział powoli, za rozmysłem kryjąc zwyczajne zdziwienie jej obecnością. Ministerstwo rzadko kiedy wysyłało stażystów. |