Secrets of London
[23.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31)
+---- Wątek: [23.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... (/showthread.php?tid=6278)



[23.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Gareth Rowle - 14.08.2026

Jego siostra jest świruską.
Pomyślał to po raz pierwszy w drugim tygodniu po ślubie i do dziś pamięta, co przeżuwał wtedy w ustach. Stół był zastawiony tak, jak zastawia się stoły w domach, gdzie ludzie nie tyle mają co świętować, a po prostu nie wiedzą co dokładnie lubią jeść na śniadanie — było z nadmiarem i zbytkiem, ze świeżym pieczywem i kilkoma gatunkami cuchnącego sera oraz obrusem tak białym, że aż wypalał oczy. Siedział przy tym świeżo wyprany i ostrzyżony, jakby przycięty do rozmiaru nowej koszuli, która nie znała na sobie plamy żadnego nieszczęsnego stworzenia. I czuł się najnormalniejszym człowiekiem pod walijskim niebem.

List od Heli leżał między pustym dzbankiem a rozmiękłym masłem, ale nawet tam wyglądał jak coś co dom okrutnie nawiedziło, a nie coś co dostarczyła mu jego własna sowa do ręki.
Ujrzał coś, co już wcześniej widział, ale dziś jawiło mu się jakoś inaczej. Cztery strony pisma pnącego się pod górę niczym powój po suchym grochowisku, dwie plamy po czymś ziołowym i cholernie dużo epitetów, które kiedyś niby rozumiał, ale tamtego dnia obijały się o jego czaszkę z impetem gorliwego, acz drobnego wróbla. Przez dwadzieścia parę lat czytał siostrę tak, jak Walijczyk czyta się janusowe niebo nad Yr Wyddfa — z jednego wnikliwego spojrzenia i bez wysiłku, wiedząc już od wschodu słońca, co nadejdzie po południu. Jedno takie jej mrugnięcie i wiedział kiedy przed surowym rodzicem łgać. Jeden trzepot rzęs i wiedział kiedy biec szybciej od stwora, którego się niepotrzebnie rozdrażniło. Dwie, trzy sekundy przeczucia, że napięte barki i kark poprowadzą do wybuchu i rozdarcia absolutnego, które przyśni mu się potem w nocy. Ale tego ranka niebo jakoś przestało być walijskim niebem. Zdania stały jedno obok drugiego, słowa siedziały krzywo, jakby wbijał je ktoś młotkiem, byle się trzymały do zimy. Bełkot. Bełkot ładny, kaligraficzny, przepięknie niestrawny przy tym obrusie.

Czytał więc dalej, z tym swoim nerwowym kącikiem ust, i podnosił co chwilę wzrok znad papieru, czy aby czasem go ktoś w tym stanie nie podgląda, ale nie podglądał go nawet jego własny skrzat, który akurat dłubał sobie w nosie. Nic na to poradzić nie mógł. Westchnął wtedy, uśmiechając się do niewinnej, pięknej istoty, która siedziała tuż na przeciw i zamarzył się tak jak każdy naiwny kretyn potrafił. Plecy Celine. Proste jak sztachetka, ale taka z nowego płotu, nie z takiego, przez który się przechodzi. Sposób, w jaki trzymała widelec i nóż — zupełnie tak samo jak trzymało się nóż w domu, w którym oboje z Helą wyrośli. I obrączka, opasująca palec ciasno i gładko, bez luzu, jak wąska złota obróżka.
I pomyślał, przełykając cuchnący ser, którego nazwy nie pamiętał, całkiem szczerze i bez cienia wstydu — dlaczego Helloise tu z nim nie ma? Co tak okropnego spotykało ją w rodzinnym domostwie, że uciec musiała z dala od tego do czego należała?
A potem przepadł i czysty obrus i sama przeklęta Slughornówna.

Płot u Heli był wyszczerbiony jak uzębienie starego psa i pełnił dokładnie tę samą funkcję, nikogo już nie gryzł, ale nadal sobie stał i straszył. Ciekawe czy działało?
Podwórze przywitało go tym, czym zawsze go niestety witało, czyli rupieciami rozłożonymi w chaosie, który Hela nazwałaby swoim własnym "porządkiem". Wzrok nie był w stanie spamiętać wszystkich badziewi, acz zawodowo odnotował, że leżąca nieopodal smocza kość jest w lepszym stanie niż połowa żywych okazów w rezerwacie.

Kury rozstąpiły się przed nim jak przed kupieckim karawanem. Jedna, ruda, poszła za nim krok w krok przez pół podwórza, patrząc mu na buty z wyrazem, który u człowieka nazwałby bałamutnym wymuszaniem haraczu. Ale licho wiedziało, co kury Heli mogą od niego żądać. Podejrzewał, że już dawno nie chodziło im o ziarno. Przeszedł dalej i ucieszył się z głębi serca, bo Chatka wciąż stała.
To znaczy stała w tej chwili. Gareth widział ją już kucającą i to na tyle razy, że przestał się przy tym wzdrygać jak alkoholik na wodnej imprezie, chociaż nigdy nie przestał liczyć w myślach, jak wygląda statyka konstrukcji opartej na jednej kończynie. Bo skręt w stawie skokowym przy takiej masie to była kwestia czasu, a głupie szczęście i magia ratować to mogła tylko do pewnego czasu. Marudził jej o tym wiele razy, ale za każdym razem dowiadywał się, że nie jest weterynarzem od domów i żeby zamknął japę. Ale Gareth japy zamykać nie lubił gdy mu ktoś kazał. Miał tylko nadzieję, że Chatka nie stanie się pewnego dnia żywą trumną Heli, bo nie do końca ufał Kniei i jej zjawom. Odebrałyby mu siostrę już na zawsze. Bezpowrotnie.

Zatrzymał się przy tarasie, a do nozdrzy dotarła zielna woń suchej mięty.
— Ta kość wciąż leży ci pod pergolą i wciąż jej brakuje żuchwy. Może przywiozę ci następnym razem całą?— rzucił na przywitanie, szczerząc się cwanie, jednostronnie, tak jakby jej coś zdążył zajumać jeszcze przed przekroczeniem progu. Ale kieszenie były puste.