![]() |
|
[24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... (/showthread.php?tid=6278) |
[24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Gareth Rowle - 14.08.2026 Jego siostra jest świruską. Pomyślał to po raz pierwszy w drugim tygodniu po ślubie i do dziś pamięta, co przeżuwał wtedy w ustach. Stół był zastawiony tak, jak zastawia się stoły w domach, gdzie ludzie nie tyle mają co świętować, a po prostu nie wiedzą co dokładnie lubią jeść na śniadanie — było z nadmiarem i zbytkiem, ze świeżym pieczywem i kilkoma gatunkami cuchnącego sera oraz obrusem tak białym, że aż wypalał oczy. Siedział przy tym świeżo wyprany i ostrzyżony, jakby przycięty do rozmiaru nowej koszuli, która nie znała na sobie plamy żadnego nieszczęsnego stworzenia. I czuł się najnormalniejszym człowiekiem pod walijskim niebem. List od Heli leżał między pustym dzbankiem a rozmiękłym masłem, ale nawet tam wyglądał jak coś co dom okrutnie nawiedziło, a nie coś co dostarczyła mu jego własna sowa do ręki. Ujrzał coś, co już wcześniej widział, ale dziś jawiło mu się jakoś inaczej. Cztery strony pisma pnącego się pod górę niczym powój po suchym grochowisku, dwie plamy po czymś ziołowym i cholernie dużo epitetów, które kiedyś niby rozumiał, ale tamtego dnia obijały się o jego czaszkę z impetem gorliwego, acz drobnego wróbla. Przez dwadzieścia parę lat czytał siostrę tak, jak Walijczyk czyta janusowe niebo nad Yr Wyddfa — z jednego wnikliwego spojrzenia i bez wysiłku, wiedząc już od wschodu słońca, co nadejdzie po południu. Jedno takie jej mrugnięcie i wiedział kiedy przed surowym rodzicem łgać. Jeden trzepot rzęs i wiedział kiedy biec szybciej od stwora, którego się niepotrzebnie rozdrażniło. Dwie, trzy sekundy przeczucia, że napięte barki i kark poprowadzą do wybuchu i rozdarcia absolutnego, które przyśni mu się potem w nocy. Ale tego ranka niebo jakoś przestało być walijskim niebem. Zdania stały jedno obok drugiego, słowa siedziały krzywo, jakby wbijał je ktoś młotkiem, byle się trzymały do zimy. Bełkot. Bełkot ładny, kaligraficzny, przepięknie niestrawny przy tym obrusie. Czytał więc dalej, z tym swoim nerwowym kącikiem ust, i podnosił co chwilę wzrok znad papieru, czy aby czasem go ktoś w tym stanie nie podgląda, ale nie podglądał go nawet jego własny skrzat, który akurat dłubał sobie w nosie. Nic na to poradzić nie mógł. Westchnął wtedy, uśmiechając się do niewinnej, pięknej istoty, która siedziała tuż na przeciw i zamarzył się tak jak każdy naiwny kretyn potrafił. Plecy Celine. Proste jak sztachetka, ale taka z nowego płotu, nie z takiego, przez który się przechodzi. Sposób, w jaki trzymała widelec i nóż — zupełnie tak samo jak trzymało się nóż w domu, w którym oboje z Helą wyrośli. I obrączka, opasująca palec ciasno i gładko, bez luzu, jak wąska złota obróżka. I pomyślał, przełykając cuchnący ser, którego nazwy nie pamiętał, całkiem szczerze i bez cienia wstydu — dlaczego Helloise tu z nim nie ma? Co tak okropnego spotykało ją w rodzinnym domostwie, że uciec musiała z dala od tego do czego należała? A potem przepadł i czysty obrus i sama przeklęta Slughornówna. Płot u Heli był wyszczerbiony jak uzębienie starego psa i pełnił dokładnie tę samą funkcję, nikogo już nie gryzł, ale nadal sobie stał i straszył. Ciekawe czy działało? Podwórze przywitało go tym, czym zawsze go niestety witało, czyli rupieciami rozłożonymi w chaosie, który Hela nazwałaby swoim własnym "porządkiem". Wzrok nie był w stanie spamiętać wszystkich badziewi, acz zawodowo odnotował, że leżąca nieopodal smocza kość jest w lepszym stanie niż połowa żywych okazów w rezerwacie. Kury rozstąpiły się przed nim jak przed kupieckim karawanem. Jedna, ruda, poszła za nim krok w krok przez pół podwórza, patrząc mu na buty z wyrazem, który u człowieka nazwałby bałamutnym wymuszaniem haraczu. Ale licho wiedziało, co kury Heli mogą od niego żądać. Podejrzewał, że już dawno nie chodziło im o ziarno. Przeszedł dalej i ucieszył się z głębi serca, bo Chatka wciąż stała. To znaczy stała w tej chwili. Gareth widział ją już kucającą i to na tyle razy, że przestał się przy tym wzdrygać jak alkoholik na wodnej imprezie, chociaż nigdy nie przestał liczyć w myślach, jak wygląda statyka konstrukcji opartej na jednej kończynie. Bo skręt w stawie skokowym przy takiej masie to była kwestia czasu, a głupie szczęście i magia ratować to mogła tylko do pewnego czasu. Marudził jej o tym wiele razy, ale za każdym razem dowiadywał się, że nie jest weterynarzem od domów i żeby zamknął japę. Ale Gareth japy zamykać nie lubił gdy mu ktoś kazał. Miał tylko nadzieję, że Chatka nie stanie się pewnego dnia żywą trumną Heli, bo nie do końca ufał Kniei i jej zjawom. Odebrałyby mu siostrę już na zawsze. Bezpowrotnie. Zatrzymał się przy tarasie, a do nozdrzy dotarła zielna woń suchej mięty. — Ta kość wciąż leży ci pod pergolą i wciąż jej brakuje żuchwy. Może przywiozę ci następnym razem całą?— rzucił na przywitanie, szczerząc się cwanie, jednostronnie, tak jakby jej coś zdążył zajumać jeszcze przed przekroczeniem progu. Ale kieszenie były puste. RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Helloise Rowle - 18.08.2026 Chata długo już pracowała na to, aby nie dało się jej nazywać domem. Od Spalonej Nocy, a właściwie od Beltane jeszcze. Ziarna lęku rzucone przez widma dojrzewały miesiącami i stopniowo obrosły ściany domu na kurzej stopie jak warkocze bluszczów. Nie przychodziło tu od dawna nic, co jasne i święte; Helloise ściągała przekleństwa, Śmierciożerców, zniszczenia, klątwy dawne i nowe, i wszystko to próbowała topić w szemrzących potokach niekończących się litanii modlitewnych do wszelkich znanych sobie bóstw. Wreszcie ściągnęła i samego Voldemorta, ten zaś w leśnym domku pozostawił swąd czarnej magii silniejszy niż kiedykolwiek. Od kilku godzin Helloise była już w chacie sama. Od tylu akurat, że opium, w którym odzyskiwała spokój ducha, działać przestało i zostawiło ją w sennej apatii. Nawet gdy on odszedł już, czarownicy wciąż wydawało się, że czuje gdzieś w sobie zeskrobany z dna jego czarnej duszy popiół. Rozmokły proch wypełniał mulistą masą jej przełyk, i ściekał głębiej, skapywał na samo dno duszy. Ten muł wzbierał w gardle za każdym razem, gdy kobieta przypominała sobie obrzydliwe poczucie stawania się częścią Voldemorta, jego natarczywą obecność w sobie. Szary poranek zastał czarownicę siedzącą na podłodze w sypialni, pod wysokim lustrem o ramie rzeźbionej w liściaste ornamenty. Z tafli pokrytej zaciekami i konstelacjami odciśniętych palców patrzyły na Helloise obco jej własne, zmatowiałe oczy. Od dawna nie miała gdzie się podziać w tym domu, teraz nie miała gdzie się podziać w sobie. Pazurami ryła po ciele kopnięte czerwone szlaki, próbowała zdrapać z siebie wspomnienie czarnoksiężnika. Myślała, aby dokopać się do wnętrza, do rdzenia swojego istnienia, gdzie on był, panoszył się jak u siebie, chciała rozdrapać swędzący dyskomfort, który po nim został. Nie mogła podrapać, gdzie Czarny Pan ją oglądał, więc gryzła się na oślep po rękach. Próbowała zęby jednocześnie zacisnąć na stawach wszystkich palców, które wepchnęła do ust. Zęby, niebędące kłami drapieżnika, zaraz ześlizgiwały się na paliczki, naciągały skórę. Wiedźma powoli przeżuwała rękę, patrząc w oczy odbite w lustrze. Patrzyła z nadzieją, że znajdzie w nich potwierdzenie, że on nic w niej nie zmienił. Tylko patrzył, rozgrzebywał ją, ale nie zmienił. Gdy usłyszała znajome ciężkie kroki na tarasie, wyciągnęła z ust oślinioną rękę ozdobioną sinymi pierścieniami odciśniętych zębów. Wstała pospiesznie i wytarła ślinę w sukienkę. Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze, próbując swojemu obliczu nadać przyjemny wyraz. Mięśnie twarzy napinały się dziwacznie. Helloise działała jak człowiek, który przypomniał sobie, że mruga, i od tej chwili musi już o każdym mrugnięciu myśleć. Rozstroiła ją wizyta Voldemorta. Uśmiech był koszmarny. Starła go więc, bo senne zblazowanie łatwiej było na twarzy ułożyć. Czarownica podniosła ramię i wcisnęła nos w rękaw szaty, sprawdzając, czy aby zapach czarnej magii nie jest zbyt wyczuwalny. Coś czuła. Nie potrafiła stwierdzić, czy to ubranie przesiąkło czarnoksięską obecnością, czy to w niej ten przeklęty smród wciąż siedział i powracał jak omam. Ubranie było wczorajsze, ale nie spała nocą wcale, co zdradzała również jej blada twarz o podkrążonych oczach wyglądających jak zza mgły. Nie było to jednak u Helloise coś nietypowego. Krocząc przez dom ku drzwiom, myślała tylko o tym, że potrzebuje kontaktu z czymś boskim, co jej przywróci równowagę. Potrzebowała natchnienia, które na powrót uczyni jej ducha jej duchem. Nie wystarczały modlitwy szeptane żarliwie całą noc, Helloise potrzebowała oddać ofiary. I tak się złożyło, że odwiedził ją ktoś, o czyją duchowość troszczyła się nie mniej niż o własną. Po drodze wysupłała z szuflady skórzane rękawiczki, aby pod nimi ukryć dłoń, dopóki nie znikną ślady zębów. — Gary — powitała go serdecznie, rozkładając ręce, niezbyt wysoko, ruchem niezbyt zamaszystym, trochę niemrawym. Ramiona zaraz opadły miękko jak wiotkie łodyżki. Uśmiechnęła się przekornie w odpowiedzi na jego cwany wyszczerz i byłoby to wcale naturalne, gdyby czarownica nie zamroziła tego wyrazu na twarzy. Chciała przestudiować naturalność spontanicznego grymasu, zanim zniknie. Gdy się zorientowała, że go w ten sposób zrujnowała, uśmiech się rozproszył. Pozostało nieokreślone wrażenie dziwaczności. — Nie rozbieraj się nawet — nakazała bratu Helloise, sięgając po swój wiszący na haczyku przy drzwiach rdzawy płaszcz z gryzącej wełny. — Nie złożyłeś w Mabon darów. Wiem, że nie złożyłeś, skoro się tyle spóźniłeś na kolację. Dobrze ci zrobi oddać bogom, co im należne. Nie można kwestii zaniedbać, skoro zbliża się Samhain. W tym okropnym roku nie można niczego zaniedbać, jest wystarczająco nieszczęsny — opowiadała, wsłuchując się w swój głos. Sprawdzała, czy przerwy na oddech są właściwe, czy nie mówi szybciej lub wolniej niż zwykle. Patrzyła na Garetha, ogarniając go nieco za bardzo rozproszonym spojrzeniem. Sprawdzała, czy myśli o nim tak samo jak zawsze. Tak. Sądziła, że tak. Cieszyła się jego odwiedzinami. Irytowała się wciąż na to, że w sabat Mabon podróżował i nie spędził święta, jak należy. Widząc tę przebiegłą mordę, chciała się śmiać i dorównać mu cwaniactwem, żeby przypadkiem nie był górą. — Przywieź. Ocenię — zgodziła się. — Nie myślisz, że dołożenie żuchwy odbierze łbu stabilności? — Zmarszczyła brwi, próbując sobie to wyobrazić. Nie mogło być dla Garetha sekretem, że na smoczą czaszkę Helloise lubiła nocami stawać i, balansując między smoczymi oczyma, tańczyć do księżyca. RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Gareth Rowle - 25.08.2026 Dobrze, że sobie wypalił ziela na uspokojenie przed wyruszeniem, ale przecież wiedział jaka była sytuacja. Mabon, Srabon — już mu to wyskakiwało z języka, na samą myśl o tym wszystkim, ale ostatnim miałkim chwytem siły woli opamiętał się i przełknął słowo razem ze śliną. Gareth nie miał nic przeciwko siłom wyższym. Bogowie byli… w porządku. Bogowie nie kazali mu niczego, oni siedzieli sobie po swojemu gdzieś w dębinach i pod korzeniami i mieli pewnie lepsze zajęcia niż pilnowanie, czy jakiś kretyn z Walii składa im dary we właściwym tygodniu. Wiedział, co go czeka jeśli się zgodzi, ale nie miał na to czasu. W normalnym roku powiedziałby jej to prosto. „Hela, kochana, bogowie mnie wybaczą, są starzy, ja stary, w barku mnie coś łypie, oni umieją czekać, poczekają.” Ale ten rok nie był normalny, a on przecież spierdolił, o czym nikt mu może wprost nie powiedział, ale powiedzieć nie musiał. Kiedy cisnęła na niego te wszystkie słowa — o darach, o zaniedbaniu, o Samhain nadciągającym jak dług na jesień — Gareth nie protestował. Bo zobaczył, że ona tego potrzebuje. Nie bogowie. — Masz rację — powiedział pokornie i zabrzmiało to u niego niemal pobożnie, co samo w sobie powinno było ją zaniepokoić. — Niczego nie można zaniedbać. Oddam wszystko, co należne i nawet nie będę marudzić na te twoje kolana z ziemi. No, prawie nie będę. Gareth tylko miał nadzieję, że tym razem bogowie naprawdę rozumieją intencję, bo jego intencją nie były plony ani dziękczynienie, tylko ta, którą chciał przez jedną godzinę widzieć spokojną. A jeśli po drugiej stronie mgły ktoś stawał i odliczał jego pokłony, to niech odlicza je na jej poczet. Za tę cenę ukłonić się mógł nawet w stronę studni. — Słuchaj…pełna czaszka to godność… no…a poza tym… to nie wiem — przyznał, drapiąc się po brodzie, bo faktycznie nie wiedział. — Po prostu pomyślałem sobie, że cały pakiet może się na zaklęcie jakieś przydać. Na każdego, kto niezaproszony przekroczy granicę tej działki. Możemy coś razem nawinąć. Powiedział to bez cienia żartu i przez chwilę patrzył na płot, jakby go ręcznie wycinał, a potem wyceniał. Płot był wyszczerbiony i nikogo nie gryzł i to mu się od dawna nie podobało. A gdyby tak… urządzić coś przy furtce, żeby brało za kostkę? Potem coś na ścieżce, co się otwiera dopiero pod dziesiątym krokiem. Może bluszcz na słupku, który zaciska się jak wnyk… Ziemia zmiękczona na dwie stopy, tak żeby delikwent wszedł w nią po kolana i w niej z głodu zdechł. Do tego coś ustawić przy oknach, coś na dachu i coś wyjątkowo obrzydliwego w studni (łatwo to będzie tutaj znaleźć). Rozpisywał to sobie w głowie z rosnącą satysfakcją, ale musiał przywołać się do porządku, gdy tylko doszedł do etapu, na którym zastanawiał się, czy dałoby się nauczyć kur atakować na komendę. …dałoby się. Ta ruda była wyraźnie gotowa. W sumie to powinien był pomyśleć o tym dawniej. O wszystkich tych rzeczach, których tu od dawno brakowało. Na przykład postaci chłopa z krwi i kości. Gareth mieszkał z resztą rodziny w świecie, gdzie bezpieczeństwo mierzyło się w centymetrach grubej skały i w liczbie zamków, które otwierało się ruchami nadgarstka. Codzienność człowieka żyjącego przy rezerwacie była stosunkowo prosta i ograniczała się do krat, sygnałów alarmowych i smoków, które były jednocześnie zagrożeniem i najlepszym systemem obrony perimetralnej na wyspach. Tutaj zaś wszystko opierało się na zaufaniu do bogów i do tego, że nikt rozsądny nie wejdzie na podwórze kobiety, która rozmawia z korzeniami. Tylko że ci, którzy przychodzili ostatnio, rozsądni nie byli. Na samą myśl odchrząknął jedynie obleśnie flegmą i splunął nią w nieszczęsne grządki. Co Hela miała tu zrobić, gdyby ktoś wrócił nocą? Myśl weszła w niego jak zimna woda w but. Hela była potężna na swój sposób, znała przecież zaklęcia nieznane żadnemu podręcznikowi, ale Gareth widział ją dziś na tarasie. Wątłą niczym zjawa, piękną, bo jego siostra piękna była. I pomyślał coś, czego nigdy by jej nie powiedział, coś, co nosił w sobie od lat, jak stary kamień pod mchem. Kobieta sama, na odludziu, to jest zaproszenie, zaproszenie z którego skorzystano. Zacisnął w myślach zęby i zapisał to sobie na poczet wieczoru, obok żuchwy i kolczatki. Odchrząknąć chciał ponownie, ale tym razem sobie darował. — Hela. — Podrapał się w kark. — Zanim pójdziemy oddawać komukolwiek cokolwiek… Masz może coś nieszczawiowego do jedzenia? Może zdejmie wtedy ten swój płaszcz, posiedzą sobie i pogadają…A Hela o boskich darach zapomni. Chociaż na kwadrans… RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - Helloise Rowle - 12.09.2026 Mabon-srabon było jedną z najgorszych odpowiedzi, na jakie można było się zdecydować w obecności Helloise. Obruszenie i natarczywa próba wymuszenia na grzeszniku zmiany zdania były scenariuszem najoptymistyczniejszym. W scenariuszu najgorszym czarownica zaczynała zamartwiać się, bo boleścią przepełniała ją myśl, że jej bliscy odsuwają się od świętości, że odrzucają łaskę obcowania z bogami, i ona nic nie może na to poradzić. Bezsilność wobec tego stanu rzeczy ją gniewała. A jednak i pokorne przyznanie racji nie pozostawiło jej wcale uspokojonej. Helloise patrzyła chwilę na Garetha, jakby nie dosłyszała ani słowa z jego ust i wciąż czekała na odpowiedź. Żadna inna nie nadeszła, a badawczy wzrok wiedźmy nie odnalazł śladów złośliwej kpiny na jego twarzy. — Doskonale — odpowiedziała wreszcie, pieczętując decyzję, lecz nie zdołała ukryć zdumienia brakiem oporu. Które z nich zachowywało się dzisiaj dziwnie? Wątpliwości krążyły po głowie Helloise bez ustanku. Straciła wiarę we własny osąd, bo wydawał się zbyt zagmatwany. Obejrzała każdą myśl w swojej głowie tyle razy, że zupełnie je wypaczyła wskutek nadmiernej analizy. Potrzebowała wrócić do siebie. Jej najpewniejszym punktem odniesienia były natura i bogowie. To według ich porządku, interpretowanego na swój sposób, próbowała żyć. Potrzebowała chwycić się bogów, bo przez nich można było odnaleźć właściwe wartości — te same wartości, które Helloise dzień wcześniej zdradziła, gdy zgodziła się spełniać polecenia Voldemorta. Pozwoliła sobie uwierzyć, że cel uświęci środki, mimo że w głębi duszy wiedziała, jaka jest prawda. Wciąż wierzyła, że starczy jej sił, aby mimo dołączenia do niego utrzymać się w równowadze i nie stracić z oczu tego, co ważne. W głębi duszy przeczuwała, jaki będzie finał. O godności smoczego kościotrupa myślała bez przekonania. Wyjrzała na smoka nad ramieniem Garetha; wydawała się tę błahą sprawę głęboko rozważać. — Lubię, gdy rzeczy przychodzą bez zaproszenia — odparła nieprzekonana. Przepadała za gośćmi, szczególnie w ostatnim czasie, gdy spędzała nużące dni w chacie, nie mogąc ruszyć do lasu. Do gości zaliczała i ludzi, i zwierzęta, bo oba potrafiły jej dostarczyć zabawy. — Może… może możemy coś przygotować. Nawinąć — prychnęła. — Tylko jak to, na bogów, rozpozna, kto wchodzi z dobrą intencją, a kto ze złą? Helloise aż tak sprawna w magii praktycznej nie była, aby potrafiła znaleźć rozwiązanie tego problemu, ale jeśli się Gary tym chciał zajmować, niechże się zajmuje. Uległa z szacunku do jego troski, pod którą sama postawiła fundament. Jeszcze nie tak dawno temu wybiłaby mu podobne pomysły z głowy rózgami swojej miotły. Wielką przyjemność jej dawało przecież to poczucie bycia częścią wszystkiego wokół; przeświadczenie, że nie ma między nią a resztą przyrody żadnych barier. Potrafiła być diabelnie uparta, lecz jej upór w kwestiach bezpieczeństwa skruszał po tym, jak się sparzyła na Śmierciożercach. Dopiero po tym. Gdyby po takiej przygodzie wciąż trwała przy swoim, byłaby się wykazała zaślepieniem i samolubstwem. Zaskoczył ją Gareth tym jedzeniem. Dla Helloise modlitwa winna mieć pierwszeństwo jako pokarm ducha, bo wyżej on stał nade ciało, które rozpieścić można było posiłkiem po spełnieniu tej wyższej powinności. Dla siebie nie zrobiłaby ustępstwa, lecz troska o pusty żołądek brata potrafiła hierarchię obalić. — Zależy. — Wycofała się z powrotem do domu, dając czarodziejowi wejść. Wewnątrz chaty trwały już przygotowania do Samhain. Pod ścianami stały wieże ze skrzyń wypełnionych warzywami na lampiony, a w nos uderzał gęsty zapach stu rodzajów świec seansowych. Nieszczawiowego — co też on sobie umyślił? Helloise posnuła się do kuchni, ściągając płaszcz i rękawiczki. — Kury nie mamy czasu bić. Bez przesady — zawyrokowała. — Mam jajka. Króliczy grzbiet i parę udek dla mojego lisa. — Obróciła się na brata, aby prześlizgnąć się wymownym spojrzeniem po jego włosach. — Dla lisa to prawie jak przeznaczone dla ciebie. Tak samo szczwany, tak samo rudy. Trudno się dopatrzeć różnicy. Zatem królik. — I zanim Gary zdążył odpowiedzieć, już się czarownica w jakimś z nagła odkrytym szale działania wyrwała do wyciągania tuszki z szafy chłodzącej. Z krwistym mlaśnięciem mięso pacnęło o kuchenny blat, a zapał kobiety zniknął równie szybko, jak się pojawił. Wpatrywała się dłuższą chwilę w królicze udka. Odetchnęła głębiej, po czym odwróciła się do Garetha: — Czy coś jest nie tak? — Przyszpiliła go ostrym spojrzeniem spod przymrużonych powiek, jakby nie chciała, żeby znalazł w sobie śmiałość łgać czy wyślizgać się z odpowiedzi. |