Secrets of London
[Jesień 72, 17.10] Misty mountains sing and beckon - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [Jesień 72, 17.10] Misty mountains sing and beckon (/showthread.php?tid=6307)



[Jesień 72, 17.10] Misty mountains sing and beckon - Icarus Prewett - 25.08.2026

[Obrazek: imgproxy.php?id=HPlcZnv.png]
Where dark woods hide secrets
And mountains are fierce and bold
Deep waters hold reflections
Of times lost long ago
17 października 1972
Snowdonia, szlak w kotlinie Cwm Idwal

W górach każdy rozsądny wędrowiec musi stosować się do kilku podstawowych zasad. Zapewnią one takowemu osobnikowi wyższe szanse na przeżycie w tak nieprzyjaznym środowisku, a także uchronią go przed zagrożeniami wynikającymi najczęściej z ludzkiej głupoty i braku pokory wobec surowości przyrody. Po pierwsze: dobre przygotowanie. Obuwie, które dobrze trzyma kostki. Porządna kurtka przeciwdeszczowa schowana w plecaku. Latem – kapelusz chroniący przed słońcem. Zaklęcia odstraszające insekty. Plecak, nie żadna torba. Zapasy jedzenia i wody. Po drugie: trzymać się szlaku, nie zbaczać z drogi. Najgorzej zgubić się w dziczy, a najlepiej iść z kimś doświadczonym w wędrówkach. Po trzecie: regularny odpoczynek. Mierz siły na zamiary.

Icarus stosował się do wszystkich zasad, a dalej wydawało mu się, że zanim dotrze do jeziora w Cwm Idwal, padnie trupem. A to nie mogło się zdarzyć. Musiał zwyciężyć tę walkę z dziką przyrodą i samym sobą. Ze własną słabością, która ściskała jego płuca, paliła go w łydkach, pokrywały jego czoło i plecy warstwą potu. Było mu jednocześnie za zimno i za ciepło, człapał krok za krokiem jakby do jego nogi przyczepiono łańcuch z kulą. Mona szła przed nim, nadając niemiłosierne tempo. Niby jej zwierzęciem totemicznym była owca, ale Icarus podejrzewał, że było inaczej. Kobieta po górach chodziła żwawo jak kozica. A on? Był koniem, który dotychczas chodził tylko po równinach. W dodatku musiał uparcie patrzeć przed siebie i iść jak najdalej od przepaści. Nie chciał nawet myśleć, co by było, gdyby zbliżył się, omsknęła mu się noga i by spadł, uderzając o skały. Cholera… cały czas o tym myślał. A potem patrzył na Monę, widział jej szczęście i odsuwał troski na bok.

Szli od trzech godzin. Co jakiś czas Ari wymacywał w kieszeni malutkie pudełeczko. Gdyby wypadło… to byłaby jakaś katastrofa. Nawet gorsza, niż gdyby spadł sam Prewett.

Już przynajmniej widzieli jezioro. Szli okrężną trasą wokół niego. No i już chyba niedaleko znajdował się punkt widokowy. Ich cel. Icarus nie wiedział, czy bardziej stresowały go wysokości, czy zadanie, które przed nim stało.

– Czy wiesz, że to miejsce badał Charles Darwin? Wiesz, ten sławny mugolski badacz. Odkrył, że to miejsce ukształtowały lodowce – podzielił się swoją wiedzą. Tylko to go ratowało przed upadkiem z wyczerpania. Znowu się przekonywał, że powinien zdecydowanie więcej ćwiczyć.


RE: [Jesień 72, 17.10] Misty mountains sing and beckon - Mona Rowle - 27.08.2026

— Zostajesz w tyle, fy anwylyd! — wołała do niego co pewien czas, nie zwalniając kroku ani na moment. — Za bardzo patrzysz pod nogi. Podnieś głowę. Ziemia się nie zmieni. Niebo już tak! — swoboda, z jaką wypowiada te słowa, nie zdawała się nie licować z surowością krajobrazu. W Rowle pobrzmiewała radość tak szczera i niepohamowana, że prawie dziecięca. Wiatr szarpał jej włosami, rozwiewając je na wszystkie strony, a chłód barwił policzki delikatnym karminem. W oczach kobiety lśniło coś, czego Icarus nie oglądał u niej od wielu tygodni — żywy, psotny blask, który sprawiał, że wydawała się młodsza oraz… beztroska.

Wystarczyło kilka godzin marszu, aby rzeczy, które jeszcze o poranku przedstawiały się jako sprawy najwyższej wagi, poczęły blednąć. Listy mogły zaczekać. Poza tym, góry nie znały ludzkich tytułów. Nie interesowało ich, czy przed nimi szedł lord, włóczęga, uczony czy człowiek, który zwyczajnie pomylił drogę. Nie czyniły różnicy pomiędzy smokologiem a pasterzem. Wymagały tylko pokory, a październik przypominał kobiecie o tym doskonale. Mona zatrzymała się wreszcie na wąskiej, kamienistej ścieżce. Oparła dłoń o chłodny głaz i spojrzała przed siebie.
— Był bystry, jeśli rzecz tyczyła się skał. Mniej bystry, jeśli rzecz tyczyła się smoków. Gdyby zbadał ślady lodowca na wschodnim grzbiecie, niewątpliwie dostrzegłby rysy pozostawione przez pazury. Głębsze niż mógłby uczynić je jakikolwiek lód. Należały do naszych walijskich zielonych z ostatniego okresu lęgowego zanim utworzono rezerwat. Jeśli mnie pamięć nie myli… był to chyba któryś z lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Chociaż… — powiedziała, niepewnie czerpiąc ze swojej wiedzy, którą niegdyś pożerała tomami. Wnioski Darwina o lodowcach były w tamtych czasach dość kontrowersyjne, ale ostatecznie miał rację. To miejsce było idealnym laboratorium geologicznym. — Być może mylę dekadę.
Mona przesunęła wzrokiem po zboczu.
— Mój ojciec zabrał mnie tutaj, kiedy miałam dziewięć lat. Pozwolił mi podejść do mojego pierwszego gniazda — skinęła głową w stronę stromych, północnych klifów, gdzie cienie zalegały głęboko i zimno. — Czarny hebrydzki. Para w okresie lęgowym.
Bardzo ciekawie prezentowała się jej garderoba. Ciepłą kurtkę wyciągnęła z najdalszego kąta garderoby. Nie pamiętała nawet, do kogo pierwotnie należała. Podejrzewała, że kiedyś była własnością któregoś z kuzynów, lecz ponieważ nikt jej od lat nie szukał, Mona uznała ją za rzecz całkowicie porzuconą i tym samym należącą do niej. Sweter znalazła pod stosem zimowych ubrań. Spodnie natomiast… Cóż. Spodnie stanowiły zagadnienie, którego sama wolała nie roztrząsać. Były odrobinę za duże, dlatego pasek zacisnęła do granic możliwości. Podejrzewała, że należały niegdyś do jej ojca, ale przezornie nie zamierzała go o to pytać. Istniała granica pomiędzy rozsądnym przygotowaniem do wyprawy a przyznaniem się rodzinie, że własną garderobę górską skompletowało się metodą przypadkowego rabunku domowych szaf.
— Jak się czujesz? Niedaleko już do punktu widokowego. Stamtąd zobaczysz całą kotlinę i jezioro. Warto się pomęczyć. Poza tym, chcę ci coś pokazać. Coś, co może cię zainteresować.


RE: [Jesień 72, 17.10] Misty mountains sing and beckon - Icarus Prewett - 09.09.2026

Owszem, zostawał w tyle. Nogi miał jak z waty, a na stopach zapewne dorobił się kilku pęcherzy. Czego się nie robi dla miłości? Aktywność fizyczna wpisywała się w niemal każdy związek, jasne, choć Icarus wolałby leżeć na miękkim łóżeczku, a nie włóczyć się po górach. Jednakże z wędrówką niosło się pewne zadowolenie. To tlen uderzał mu do głowy, sprawiał, że wręcz doskonale mu się oddychało. Basil na pewno by skorzystał, gdyby skosztował górskiego powietrza. Ponoć dawniej tak leczono gruźlicę, może więc słabe płuca brata trochę by się wzmocniły?

Mona pięknie opowiadała o smokach. Icarus wiedział, że to była jej pasja, jasne. Ale dopiero tutaj mogła się prawdziwie objawić. W samym Londynie przecież nie było tych gadów, być może poza jednym, gdzieś w podziemiach Banku Gringotta. To jednak tylko podejrzenia.

– Mugole nie widzą bardzo wielu rzeczy. Bo w sumie jak mają to robić, skoro robimy wszystko, by je przed nimi zataić? – wetchnął. Poprawił ramię plecaka, które już zaczynało wpijać się mu w obojczyk. – Jest nawet teoria, że podział na zwierzęta magiczne i niemagiczne ukształtowany został dość… cóż, umownie. Hipogryfy czy smoki mogłyby śmiało zostać przedstawione mugolom jako część fauny, ale jako, że uznano je za magiczne, nagle przeszły do legendy. A przecież na dawnych mugolskich rycinach widniały wizerunki smoków. Nawet w ich religijnych podaniach istnieje postać Świętego Jerzego, który ponoć zabił smoka. Podobnie w polskim Krakowie mamy opowieść o smoku, którego otruto siarką i w ten sposób zwyciężono. Co prawda wszystkie legendy polegają na zabijaniu smoków, ale powiem szczerze, że my czarodzieje nie jesteśmy lepsi. Ty wiesz najlepiej, jakie są problemy z kłusownictwem.

Chociaż Icarus opowiadał o historii stosunku do smoków z taką pasją, bardzo nie chciałby spotkać takowego po drodze. Miał też spore wątpliwości w sprawie metod wychowawczych Rowle'ów, którzy dali dziewięciolatce podejść do smoczego gniazda. Prewett wiedział, że jeśli kiedyś z Mo doczekają się dziecka, będzie musiał jakoś wyjaśnić jej, że smoki najlepiej oglądać z bardzo, bardzo, bardzo daleka. Najlepiej na zdjęciach albo książkowych ilustracjach.

– Powiem ci, że czuję się lepiej, gdy gadam. Więc gadajmy, aż dotrzemy do punktu widokowego. Jakoś lepiej mi myśleć o historycznych ciekawostkach niż o bólu w mięśniach. Bo okazało się, że wbrew pozorom jakieś tam mam.