![]() |
|
08.09.72 — Stoję cały we krwi, a ty pytasz, co u mnie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: 08.09.72 — Stoję cały we krwi, a ty pytasz, co u mnie (/showthread.php?tid=6315) |
08.09.72 — Stoję cały we krwi, a ty pytasz, co u mnie - The Edge - 28.08.2026 Spalona Noc, Rejwach
Zwymiotował na stertę gruzu, która kilka godzin temu musiała być budynkiem stojącym naprzeciwko Rejwachu. Liczył na to, że przyniesie mu to przynajmniej częściową ulgę, ale były to marzenia niespełnione – w rzeczywistości czuł się dużo gorzej niż wcześniej i zaschnięta na jego twarzy krew zaczęła spływać mu do oczu wraz ze stróżką potu. Znów musiał wycierać je rękawem uwalonej brudem kurtki i… dotarło do niego, że to chyba to. Nadszedł ten moment, w którym miał już tak po ludzku dosyć. Mógłby wziąć się w garść jeszcze raz, wyrwać temu napływającemu smutkowi jeszcze kilka godzin, ale wydarzyło się coś, czego nie potrafił zrozumieć, nawet jeśli czuł się od tego wyraźnie zależny. Patrząc na usmoloną fasadę Rejwachu, czuł się dokładnie tak, jak czuł się wracając na dno Ścieżek do sypialni Fontaine. Nie chodziło tu o stawianie Rejwachu w pozycji czegoś, co uznałby za dom. Zresztą – każdy, kto go znał, wiedział dobrze – Crow nie myślał w ogóle takimi kategoriami, bo domu nigdy nie posiadał i mało osób w jego życiu poza Panią Ścieżek wyczekiwał jego powrotów. Oh, wspominali go, zastanawiali się, dlaczego uciekł i jak przeoczyli nieuniknione, ale nie wyczekiwali go, a on palił za sobą kolejne mosty. Więc dlaczego? Nie było tam nikogo, kogo wcześniej nie porzucił. Zadrżał, na moment zasłaniając twarz, żeby chociaż przez chwilę odpocząć. Pozytywne skojarzenia działały na niego źle – im większe przywiązanie do Rejwachu musiał przed sobą przyznać, tym bardziej miał ochotę stąd uciec, ale prawda była taka, że nawet on miał swoje limity. Koncepcja wspinania się na kolejny dach napełniała go coraz mocniej poczuciem bezsilności. Powracało do niego przerażające echo słów niosących się z zaułków, ale najbardziej przerażała go nie ta zaszczepiana przez Voldemorta paranoja, lecz to jak łatwo powiązał każde spięcie mięśni, każdy cień rzucany przez koślawe latarnie z tym, co wydarzyło się w jaskini, do której zaciągnęła go Geraldine. Gdyby chociaż wracały do niego wspomnienia stęchlizny, wilgoci i gleby – poradziłby sobie z tym bez problemu przecież był sobą (!), ale do niego wracało to oszukańcze spojrzenie Thorana Yaxleya, kiedy siłą wsuwał się pomiędzy jego nogi. Te sceny się zlewały. Jego język smakował tą tłustą, żelazistą sadzą. Jasne włosy śmierdziały dymem. Jeśli istniało jakieś miejsce, które kiedykolwiek nazwie domem, będzie to jego grób. Pokręcił głową i odetchnął, próbując zebrać się w sobie do tego, żeby ruszyć dalej. Zanim to zrobi, musiał upewnić się tylko, że Zenek bezpiecznie wrócił do środka, ale mógł to zrobić bez wchodzenia. Po prostu wyczai go z zewnątrz, kiedy tylko przestanie kręcić mu się w głowie. – Mamo, on jest cały we krwi. Młodziutka, pewnie jeszcze nawet nie dwudziestoletnia dziewczyna, która ukryła się z matką w barze i teraz towarzyszyły Lewisowi w kuchni, pisnęła cicho. Wyglądały przez szparę w zasłoniętym oknie. Zakryła usta dłonią i zastygła w bezruchu. Analizowały, kim ten człowiek mógł w ogóle być i rozważając to, czy powinni mu pomóc. – Nie wychodź, przecież on ma nóż! – Usłyszała, kiedy pomarszczona dłoń opuściła zasłonę niżej. Mam nadzieję, że nic nie sknociłam i kuchnia ma okno?? Jak nie to pobijcie mnie. @Lewis McKinnon @Woody Tarpaulin RE: 08.09.72 — Stoję cały we krwi, a ty pytasz, co u mnie - Lewis McKinnon - 20.09.2026 Na początku nocy Lewis żartował o tańczeniu na popiołach Wiwerna. W końcu śmiesznie, że ich najwięksi wrogowie poszli z dymem bo zapaliła się im nasączona litrami rozlanego alkoholu podłoga (nie żeby Rejwach był pod tym względem lepszy). Gdy wreszcie dotarła do nich powaga sytuacji, razem z Aseną szykowali schronienie dla uciekinerów od pożarów, bo pomimo zawahania przy pytaniu Woodiego czy zainwestował w ochronę, ich knajpa zdawała się trwać ledwo osmolona, podczas gdy sąsiednie budynki trawił pożar. Na tym etapie nocy Lewis stracił swoją koszulę, używając jej dla poszkodowanej dziewczyny jako prowizoryczny temblak, aby nie pogarszać ewidentnego złamania, chodząc tylko w podkoszulku, a spodnie na szelkach ubrudził popiołem i krwią, przyniesionymi przez ludzi z zewnątrz. Wszystkie piece były wygaszone, a wielkie kotły wypełnione wodą prewencyjnie, tylko w jednym resztka uspakajającego napitku, który uwarzył zanim pandemonium rozkwitło w całej okazałości. Akurat poprawiał swoje mysie włosy, przepocone od temperatury, ściskając je w cisną kitkę na potylicy, gdy usłyszał rozmowę dwóch kobiet. Zatrzymał się przy nich, ale nie mógł nic dostrzec nic poza ich głowami, zasłaniającymi mu widok. Nóż? Krew? Jego instynkt sugerował mu, że to sytuacja walki, niebezpieczeństwa. — Proszę się odsunąć od okna — powiedział do nich cicho, kładąc rękę na ramieniu starszej i przesuwając ją w głąb kuchni i samemu zerkając przez zasłonięte okno ostrożnie. Przyjaciel? Wróg? Słyszał coś o śmierciożercach którzy plądrowali ulicy i dewastowali po równo życia i budynki, więc mimo swoich miernych magicznych talentów, zacisnął dłoń na swojej różdżce. Szybko przeskanował przestrzeń i postać widoczną przez szparę. Cóż, na pewno był to człowiek niebezpieczny, Lewis nie miał wątpliwości, ale on go znał. Nie bał się go w tym momencie i nie spodziewał się, aby nóż i krew były efektem ataku, a raczej samoobrony. Szybko wetknął różdżkę do tylnej kieszeni i podbiegł do drzwi zaplecza, uchylając je. Cieszył się, że je ostatnio naoliwił. — Crow! Crow, właź tu szybko. Co ty robisz na zewnątrz? — powiedział szybko, mając nadzieję, że wystarczająco głośno, aby mężczyzna go usłyszał. — Jesteś ranny? Machnął pospieszająco na Crowa, aby ten wszedł do środka, gest bardziej przypominający złodzieja, który nakazuje swoim kompanom zwijać się z domu, do którego się włamali, bo zbliżają się służby porządkowe, niż kucharza chroniącego przybytku. W ogóle Lewis wyglądał jak mała zakała świata w tym momencie, ktoś, kto na co dzień lał się po mordzie, a nie ktoś, kto przerzucał zawodowo worki z ziemniakami i przez godziny ugniatał ciasto na zakwasie. W stroju regionalnym Nokturnu przypominał, że wyrósł w tej jałowej ziemi, chodził jako szczyl po ścieżkach i nie bał się ciemnych zaułków wystarczająco mocno. Pośpiech w głosie Lewisa był słyszalny. Jemu nic się nie przydarzyło, nikt go nie zaatakował, był bezpieczny dzięki łutowi szczęścia, bo nie był religijny, więc w opatrzność Matki nie wierzył. Na pewno nie dla niego. Ciężko być wyznawcą, gdy wie się o istnieniu bóstwa, gdy pojawiają się wizje, jakieś objawienia na sabatach, a ludzie nadal głodują, dzieci tracą rodziców, a Czarny Chuj stanowi realne zagrożenie dla ludzkich żyć. Jeżeli Matka rzeczywiście byłą prawdziwa, to ona będzie musiała mu po śmierci odpowiedzieć za swoją obojętność. @The Edge |