![]() |
|
[01.10.1972] To be, or not to be… unfortunately, we missed the exit - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Chinatown (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=50) +---- Wątek: [01.10.1972] To be, or not to be… unfortunately, we missed the exit (/showthread.php?tid=6330) |
[01.10.1972] To be, or not to be… unfortunately, we missed the exit - Prudence Fenwick - 03.09.2026 adnotacja moderatora Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Bajarz II Po tym jak bardzo spektakularnie wywalono je za drzwi Dziupli kobiety wcale nie stwierdziły, że była to dość mocna sugestia, aby skończyły swoje wyjście. Zamiast tego trafiły do kolejnego pubu, gdzie wypiły już nie wino, a kilka, może kilkanaście shotów, kto by tam to liczył? Na pewno nie Prue, wszystko stało jej się obojętnie, bo całkiem dobrze sią bawiła. Może wyjście z domu nie było takie złe, całkiem nieźle pomagało w zapominaniu… no na pewno nie miała pamiętać zbyt wiele z tej nocy. Jako, że rozkręciły się już całkiem nieźle nie przejmowały się tym, gdzie je nogi poniosą. Wiadomo - czasem alkohol wzbudzał w człowieku wędrowca i one znajdowały się właśnie na tym etapie. Znalazły się w Chinatown, co tu robiły, czego szukały? Nie miała pojęcia. Oparła się o parapet, nieco zmęczona życiem, wsadziła sobie do ust papierosa, wcześniej bardzo nieudolnie złożyła swoją parasolkę z nietoperzymi uszami, która przeszła dosyć sporo tej nocy, ale póki co nadal była z nimi, Cressida również miała swoją, co było dobrą oznaką. - Wiesz soooo, naprawdę tego potrzebowałam. - Spoglądała na Cressidę wsadzając fajkę w usta. Robiła to bardzo niezgrabnie, deszcz nie przestawał padać, na szczęście ten parapet na którym przycupnęła miał niewielki daszek, dzięki czemu udało jej się jakoś odpalić szluga. - Chsesz? - Zapytała jeszcze swojej przyjaciółki, bo wymagała tego kultura. Nieco się chwiała, ale nie było, aż tak źle jak na ilość alkoholu, którą wypiła. W kamienicy na przeciwko paliło się światło, spoglądała bardzo intensywnie w tamtym kierunku, musiała zmrużyć oczy, aby przeczytać to co znajdowało się na szyldzie. Studio tatuażu. Niesamowite, że też akurat znalazły się w okolicy. - Wiesz Ida, skarbie, zawsze, ale to zawsze, marzszyłam o tym, żeby zrobić sobie tatuasz, jakiś taki, taki to chyba znak od Merlina, w sumie Morgany, od Morgany, bo to kobiety rządzą światem, to chyba znak od niej, ższe nadszedł ten dzień. - Machnęła jeszcze ręką w powietrzu, żeby pokazać Cressidzie o co jej chodziło. RE: [01.10.1972] Go totally crazy, forget I'm a lady - Bard Beedle - 03.09.2026 Świat wokół mnie nagle postanowił obrócić się o jakieś dziewięćdziesiąt stopni w prawo, więc musiałam naprawdę mocno wbić obcasy w mokry bruk Chinatown, żeby nie wylądować twarzą w jakiejś obrzydliwej kałuży, nie byłam już pewna, ile właściwie przeszłyśmy od momentu, w którym „Dziupla” wyrzuciła nas na ulicę, ani ile razy po drodze zgubiłam rytm własnych kroków, ale z jakiegoś powodu wciąż wydawało mi się, że poruszałyśmy się całkiem sprawnie, co oczywiście było bardzo odważnym założeniem z mojej strony, zważywszy na to, że kiedy próbowałam oprzeć się plecami o ścianę obok Prudence, minęłam przyjaciółkę o dobre pół metra i prawie przytuliłam rynnę. - Nieee, mam swojego. Gdzieś. - Poklepałam kieszeń płaszcza, potem drugą, potem jeszcze raz pierwszą, jakby papierosy mogły się tam na powrót pojawić wyłącznie pod wpływem odpowiednio intensywnego poszukiwania. - Mia-am. Na pewno miałam. Chyba wypali–am. Albo zgubiłam. Albo… Ty masz, to w sumie prawie jakbym ja mia-a. To daaj… Daasz? Źsięki. - Pociągnęłam nosem, wyciągnąwszy ku niej rękę i popatrzyłam na nią z najgłębszym, najbardziej poetyckim szacunkiem, na jaki było mnie w tej chwili stać, chociaż jej twarz rozmywała mi się w potrójny, mglisty kontur, a bez mrużenia oczu sylwetka przypominała wielką, lekko drżącą na krawędziach plamę czerni na tle jaskrawych neonów Chinatown. Przez chwilę milczałam, wpatrując się w mokrą ulicę, wszystko było trochę zbyt jasne, trochę zbyt ruchome i zdecydowanie za bardzo interesujące, biorąc pod uwagę to, że od pewnego czasu musiałam świadomie przypominać sobie, że należało utrzymywać ciało w pionie. Oparłam łokieć o parapet, próbując przetworzyć wszystkie słowa, które właśnie wypowiedziała, chociaż część z przekazu zdążyła mi się po drodze gdzieś zgubić i wrócić dopiero po chwili pod postacią ciągu urywanych haseł, ale tym razem bliżej zrozumiałości - „Morgana”, „kobiety rządzą światem”, „nadszedł ten dzień” i „tatuasz” układały mi się w głowie w bardzo logiczną całość, której prawdopodobnie nie potrafiłabym odtworzyć następnego ranka, lecz co z tego, skoro byłyśmy tu dzisiaj i był już naprawdę późny wieczór. - Tak. Tak, oczywiście, ższe to znak. To jest bardzo wyaźśny znak. - Przymrużyłam oczy w stronę studia, chociaż obraz przed nimi trochę mi się przesuwał - Morgana raczej nie wysyłała ludziom znaków bez powodu. - Chodźśmy. - Powiedziałam to z pełnym przekonaniem, ale kiedy spróbowałam wyprostować plecy, okazało się, że mój organizm nie został poinformowany o tej decyzji - pospiesznie podparłam dłoń o parapet, przygarbiłam się i zachwiałam, po czym uznałam, że doskonale nad tym zapanowałam, więc już wszystko było okej. - Spokojnie, nic mi nie–est. Podłoższe się pouszyo. - Zrobiłam krok i zatrzymałam się, marszcząc nos. - Tylko nie wiem, czy moszżemy wejść. Może trze–a mieć ukończone… Ile? Osiemnaście? Szesnaście? Tyle wystarczy na duży tauasz? Chyba. Na pewno. - Spojrzałam na Prue z powagą. - Jeśli zapytają, ile mamy, nie odpowiadamy. To jest prywatna ifomazsja. Związana z pciom. Nas się o wiek nie pya. - Pokiwałam głową, bardzo z siebie zadowolona. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/7d8d3498b494c6fd9e60fee39bb59fae/57bf2a098235089c-fc/s500x750/3f2d3e73395b8d145eb9e51152dd42b91f1c34f7.pnj[/inny avek] RE: [01.10.1972] Go totally crazy, forget I'm a lady - Prudence Fenwick - 03.09.2026 Prue nie zauważyła tego, że Cressida porusza się jakoś tak mniej zwinnie niż zazwyczaj. Ciężko jej było złapać ostrość, obraz odrobinę jej się rozmywał, przez co nie dostrzegła jej walki z grawitacją. Zresztą przecież nie upadła, nie było czego komentować, radziła sobie bardzo dobrze. Zresztą chodnik był śliski, więc na pewno była to wina nieodpowiedniego podłoża, jak to ktoś kiedyś powie tory były złe, tak tutaj chodnik był zły. - Jak scesz. - Skoro miała swojego, to całkiem logiczne, że wolała sięgnąć właśnie po niego. Prue pewnie też wolałaby swojego własnego od czyjegoś innego. Prosta sprawa. - Tak jets! Jak ja mam, to masz Ty, to wspólne, więc bierz. - Wyciągnęła w jej kierunku papierośnicę, zrobiła to bardzo niezgrabnie, miała problem z tym, aby utrzymać prosto rękę. Problemem było też to, że próbowała jej patrzeć w oczy, bo widziała, że ona to robi, przez co nie do końca udało jej się kontrolować ruchy jej ciała, miała ogromny problem z koordynacją. - No zsłap to, już blisko. - Udało jej się w końcu na moment stanąć w miejscu w zupełnym bezruchu, nigdy nie spodziewała się, że to może być aż takim wyczynem. Później zobaczyła to światło, jakimś cudem przeczytała szyld i stwierdziła, że lepszej okazji nigdy nie będzie, no bo niby kiedy i jak? To był bardzo, ale to bardzo dobry pomysł, nie mogła wpaść tej nocy na nic lepszego. Oczywiście, Cressida tego nie negowała, nie, żeby spodziewała się tego, że mogłaby jej przeszkodzić, ale w tej chwili była głosem rozsądku, mówiła, że to znak od losu. Nie, żeby potrzebowała kogoś, kto ją w tym utwierdzi, ale skoro tak się stało to teraz nie widziała już odwrotu. Podjęła decyzję, bardzo szybko ją podjęła, bo przecież zawsze była tak okropnie spontaniczna. - Dźiemki, że tam ze mną pójdziesz. - Uśmiechnęła się jeszcze, oczy miała zamglone, a uśmiech nie był do końca naturalny, chociaż naprawdę się cieszyła z tego, że znalazły się akurat tutaj. Mogła spełnić swoje nastoletnie marzenie. - Ono jest straższnie nierówne, szczeba to gdzieś zgłosić. - Również miała drobne problemy z poruszaniem, nie dopaliła papierosa rzuciła niedopałek na bruk i przydepnęła go swoim pantofelkiem, chwilę zajęło jej trafienie w peta, ale w końcu jej się udało. - Jeszli się nas zapytają o wiek, to powiemy, ższe to nie jest ich zasrany interes, bo jestmśmy damami! - To było całkiem jasne, że kobiet nie można było pytać o wiek, niech tylko ktoś spróbuje to zrobić. Przejście na drugą stronę ulicy okazało się być odrobinę skomplikowane, bo Prue nie zauważyła krawężnika, o który się potknęła, przez co wylądowała na drzwiach do studia tatuażu, nie zdążyła się przygotować, nie ustaliły która puka, a która mówi. Drzwi się otworzyły, stanął w nich wielki, wydziarany typ przez co ona cofnęła się o krok, tak, że wpadła na Cressidę. Próbowała stanąć prosto, ale z tym również miała drobny problem. - Ździeń dobry. - Warto było się przywitać, prawda? RE: [01.10.1972] Go totally crazy, forget I'm a lady - Bard Beedle - 03.09.2026 Przez chwilę patrzyłam na Prue, potem na papierośnicę, potem znowu na Prue, ponieważ najwyraźniej wykonanie tak skomplikowanej operacji wymagało ode mnie całkowitego skupienia - to na pewno przez mżawkę i jasność dookoła - wyciągnęłam rękę, ale zamiast złapać papierosa od razu, przesunęłam palcami obok niego, dopiero za drugim razem udało mi się go chwycić, przy czym zrobiłam to z taką dumą, jakbym właśnie wygrała pojedynek z kimś znacznie silniejszym ode mnie. - Jesteś najleszsza, wiesz? - Spytałam retorycznie, bo przecież z pewnością wiedziała, obie byłyśmy najlepsze, dlatego to właśnie do nas przyszła sama Morgana, dając nam swoje znaki. Nie miałam kontroli - wiedziałam o tym gdzieś bardzo głęboko, w tej części mózgu, która nadal próbowała wykonywać swoje obowiązki, ale pozostała część mnie uznała, że odpowiedzialność była dziś już trochę za bardzo przereklamowana, kiedy więc Prue ruszyła przez ulicę, poszłam za nią. Reszta wydarzyła się praktycznie sama… Potknęłam się ja, o chodnik, potknęła się ona, o krawężnik, wyciągnęłam ręce w jej stronę, zdecydowanie za późno, żeby rzeczywiście pomóc, ale wystarczająco wcześnie, żeby sama stracić równowagę - wylądowała na drzwiach, drzwi się otworzyły, a ja zatrzymałam się dopiero wtedy, kiedy mimowolnie ją sobą przesunęłam… Uniosłam głowę i wtedy zobaczyłam mężczyznę stojącego w drzwiach… Nie był Azjatą, co było pierwszą rzeczą, którą zarejestrowałam, potem zauważyłam ogoloną głowę, ciężką szczękę, całkowity brak uśmiechu, ręce pokryte tatuażami i ubranie, które w zestawieniu z jego wyglądem oraz emblematami na ścianie za jego plecami sprawiało, że cała moja wcześniejsza ekscytacja związana z robieniem sobie tatuażu zaczęła bardzo powoli schodzić ze mnie razem z ulatującym z krwi alkoholem - nie wyglądał na kogoś, kto robi delikatne kwiatuszki na nadgarstkach, wyglądał za to na człowieka, który mógłby bardzo długo tłumaczyć mi swoje poglądy, gdybym tylko dała mu na to okazję, a ja zdecydowanie nie chciałam dawać mu żadnej okazji. Cofnęłam się o pół kroku, natychmiast natrafiając plecami na Prue, więc zostałam pomiędzy nią a naszym nowym znajomym, z papierosem nadal wetkniętym między palce, który wypadł mi po paru sekundach, praktycznie od razu zostając przydeptanym przez ciężkiego, wojskowego buciora. - O. - Powiedziałam, a potem jeszcze raz, znacznie ciszej. - Oooo. - Przechyliłam głowę, przyglądając się mu z wyjątkową uwagą, której zdecydowanie nie powinnam była poświęcać człowiekowi wyglądającemu w ten sposób, szczególnie będąc tak pijaną, że kilka minut wcześniej uznałam nierówny chodnik za ruchy tektoniczne. Nie należałam do osób, które zwykle łatwo się wycofywały, ale nawet stan upojenia alkoholowego miał swoje granice, a widok człowieka, który wyglądał, jakby mógł jedną ręką wynieść mnie razem z drzwiami na ulicę, okazał się całkiem skutecznym przypomnieniem o biologicznych ograniczeniach, mimo to nie chciałam robić Prudence przykrości, bo przed chwilą była tak szczęśliwa, że znalazła miejsce, w którym mogła spełnić swoje nastoletnie marzenie, więc tylko oparłam jej dłoń na ramieniu, gdy przywitała gościa, żeby się nie przewrócić, i uniosłam drugą rękę w geście, który miał wyglądać przyjaźnie, a wyglądał niepokojąco blisko hailowania. - My pszyszszyszmy w spra’ie… Tatuaszu. - Wypowiedziałam ostatnie słowo z tak dużą ostrożnością, jakbym musiała upewnić się, że znałam jego prawidłową, nieco „orientalną” wymowę. - Ona chce. - Wskazałam na Prue, po czym przez moment patrzyłam na własny palec, który najwyraźniej wskazywał na nią bardziej agresywnie, niż zamierzałam. - To znaszy… Ja też mogę chsieść. Jeszcze nie zdesydowa-am. Ale ona c–ce na pewno. To znaszy… Chce badzo. - Przez chwilę milczałam, po czym nachyliłam się lekko w stronę mężczyzny, najwyraźniej uznając, że dzięki temu moja wypowiedź zabrzmi bardziej konspiracyjnie. - Napraę badzo. Tylko niech pan nie robi niszego zbyt tra–ego. - Przesunęłam się pół kroku do przodu i natychmiast złapałam się framugi, kiedy podłoże znowu zaczęło mi się podejrzanie przechylać. - I proszę nas nie pyaś o wiek. - Dodałam, marszcząc nos. - Jeseśmy damai i takie… Te… Są nierze’szne. Moszesz… Pan py–aś o wzór. O wzór to… Ta. O wiek nie, sza’isz? - Zastrzegłam, spojrzałam na Prue, szukając w niej potwierdzenia, po czym pokiwałam głową sama do siebie. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/7d8d3498b494c6fd9e60fee39bb59fae/57bf2a098235089c-fc/s500x750/3f2d3e73395b8d145eb9e51152dd42b91f1c34f7.pnj[/inny avek] RE: [01.10.1972] Go totally crazy, forget I'm a lady - Prudence Fenwick - 03.09.2026 Na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech, skłonny rozświetlić najciemniejszą noc. - Wiem, szże jestem najlepszża, Ty tesz jesteś najlepższa, razem jestemśmy. - Była to bardzo ważna konkluzja. Kto inny włóczyłby się z nią po Londynie poszukując szczęścia? No nikt. Były w tym razem, nie mogła mieć lepszego towarzystwa. Do tego Cressida jak nikt inny wydawała się rozumieć potrzeby pijanej Prue. Nie zadawała pytań, nie męczyła jej, po prostu akceptowała to, co ona zamierzała zrobić. Wspierała ją w tym, nie mogła sobie wymarzyć lepszej przyjaciółki w tym momencie. Gdyby trafiło na kogoś innego, to podejrzewała, że próbowałby ją zatrzymać, a ona w tej chwili chciała się poczuć przede wszystkim wolna, przestać myśleć o konsekwencjach, którymi zawsze się przejmowała. Ile razy nie zrobiła czegoś, bo zastanawiała się, co ludzie powiedzą? Zbyt wiele razy, tak wiele, że nie byłaby w stanie tego policzyć. Cressida nie podcinała jej skrzydeł, pozwalała jej latać, to było najwspanialsze w tym wszystkim. Udało im się podjąć wspólną decyzję, a to oznaczało, że mogły wyruszyć na drugą stronę ulicy, żeby sprawdzić, czy to światło faktycznie świadczyło o tym, że ten ktoś, kto tam siedział może w tej chwili wykonać usługę. Niby droga nie była wcale daleka, ale okazała się bardzo wyboista, kobiety miały pewne problemy z problemy z pokonaniem jej. Wjechały w drzwi studia tatuażu niczym dzik w maliny, na szczęście jakoś się otrzepały i złapały równowagę, chociaż może to było zbyt dużo powiedziane, bo ciągle wyglądały, jakby trochę walczyły o życie. Wtedy w progu stanął on. Potężny niczym dąb, wytatuowany od stóp do głów, a przynajmniej tak wyglądał, jakby pod ubraniami miał bardzo dużo tatuaży, to podpowiadała jej intuicja. Wyglądał też bardzo specyficznie, trudno było go nie połączyć z pewnymi poglądami, spojrzała od razu na Cressidę, aby zobaczyć jej reakcję, zastanawiała się, czy zblednie, czy jednak wszystko będzie z nią w porządku - gość zdecydowanie nie wydawał się być przyjemniaczkiem, a one nawet nie miałyby się jak bronić, gdyby teraz wyciągnął kastet, biegać też nie potrafiły, co zostało potwierdzone parę godzin wcześniej. - OOOO. - Zawtórowała swojej przyjaciółce. Był to dźwięk, który wyrażał więcej, niż tysiąc słów. Czuła dokładnie to samo co ona i nie miała, co do tego najmniejszych wątpliwości. - Ta-tu-aaa-szu, bo tu - Postanowiła powtórzyć jeszcze po swojej towarzyszce. - bo tu jessst tak napisane. - Chodziło jej o szyld, który znajdował się nad lokalem. Pokiwała jeszcze głową. - Bardzo schce i zawszże chciałam. - Wydawało jej się to być ważne w tym momencie, bardzo ważne. - Nawe wiem sooo bym schciala, tylko to pan musi teższ chsieć. - Bo do tanga przecież trzeba dwojga. - Mamy dobry wiek, ale nie zdrasimy go, ale prożsżę wieszyć, ższe jest dobry. - To było chyba istotne, były damami, w dobrym wieku, niczego więcej nie musiał o nich wiedzieć. Typ patrzył na nie dłuższą chwilę, nie wyglądały na najbardziej poczytalne, ale może właśnie przez to postanowił się zgodzić, kto go tam właściwie wiedział. - Ktoś się nie pojawił. - Zaczął mówić, chociaż nie do końca wiedział, czy wiele zrozumieją z tego, co miał do powiedzenia. - Możecie wejść. - O tej porze raczej nie pojawi się już nikt inny, a skoro przygotował się do pracy, to szkoda było nie wykonać jakiegokolwiek zlecenia. RE: [01.10.1972] Go totally crazy, forget I'm a lady - Bard Beedle - 03.09.2026 Uśmiechnęłam się do niej równie promiennie, co ona do mnie, chociaż mój uśmiech prawdopodobnie był już trochę mniej subtelny niż zazwyczaj, ponieważ na tym etapie wieczoru ani trochę nie planowałam nad mimiką i jeszcze mniej się tym przejmowałam. To, co powiedziałyśmy na temat naszej wspólnej najlepszości, brzmiało dla mnie wyjątkowo sensownie, więc uznałam temat za zamknięty - byłyśmy świetne i nie potrzebowałyśmy nikogo innego, aby nam to udowadniał, szczególnie już nie żadnego faceta - kiedy jednak ruszyłyśmy w stronę przejścia, złapałam ją za brzeg płaszcza, bo nagle wydało mi się niezwykle istotne, żebyśmy się nie zgubiły, chociaż odległość do drugiej strony ulicy była śmiesznie mała. Droga rzeczywiście okazała się podstępna, ale naprawdę nie zamierzałam dać satysfakcji chodnikowi, przynajmniej nie za bardzo, przejście przez ulicę pamiętałam bardzo słabo, ale pamiętałam za to moment, w którym drzwi nagle znalazły się zdecydowanie zbyt blisko i Prue w nie uderzyła, a ja razem z nią, wtedy w progu pojawił się ten wielki koleś i natychmiast przestałam się uśmiechać. Spojrzałam na niego, potem na Prue, potem znowu na niego, a następnie przysunęłam się odrobinę bliżej przyjaciółki. - Taa-k, taa-ak. Ta-–aaa-tu–aa-szu. - Potwierdziłam bardzo powoli, starając się mówić wyraźnie, co w moim przypadku oznaczało tylko tyle, że każde słowo podzieliłam na przesadnie dokładne części. - To są wraszife dane osobo’e. - Dodałam, kiwnąwszy głową, jakbym właśnie przekazała mu ważną zasadę prowadzenia działalności gospodarczej, która polegała na unikaniu przetwarzania zbyt wielu informacji, szczególnie o klientkach damach. Kiedy mężczyzna wreszcie przemówił, przez kilka sekund patrzyłam na niego w milczeniu, ponieważ jego zdanie musiało pokonać bardzo długą drogę, przedzierając się przez zakamarki mojego nie do końca jasnego umysłu - z Pree miałam łatwiej, bo pijany potrafił z pijanym pogadać, ale ten tu był trzeźwy, co z drugiej strony było chyba dobrym omenem, prawda? „Ktoś się nie pojawił”, zmarszczyłam brwi, usiłując zrozumieć, co właściwie oznaczało to zdanie i dlaczego było nam przekazywane. - Szyli… Miejse jies. - Spojrzałam na Prue. - Mamy miejse. - Zwróciłam się do niej, w razie, gdyby tego nie usłyszała, a kiedy powiedział, że możemy wejść, aż klasnęłam w dłonie, choć jedna z nich natychmiast poleciała za daleko i musiałam pospiesznie odzyskać koordynację, by znowu się nie wyjebać. - Możemy! On pozwolił. - Oznajmiłam z ogromnym entuzjazmem, po czym spojrzałam na tatuatora z podejrzliwym skupieniem. - Tyko pan nas nje zabi-e. - Nie pytałam, uprzedzałam, chociaż nie miałam pojęcia, co by się stało, gdyby jednak postanowił postąpić inaczej - może bym go nawiedzała? Studio tatuażu brzmiało na interesujące miejsce do nawiedzania. Złapałam Prue za rękę i pociągnęłam ją do środka, chociaż po dwóch krokach sama zwolniłam, bo podłoga okazała się równie podejrzana, co chodnik. - Tylko osrosznie. - Wymamrotałam. - Tutaj te wszystko śę ruszsza… - Zmarszczyłam nos, patrząc z wyrzutem na lastryko, które w mojej ocenie ponosiło pełną odpowiedzialność za nasze problemy. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/7d8d3498b494c6fd9e60fee39bb59fae/57bf2a098235089c-fc/s500x750/3f2d3e73395b8d145eb9e51152dd42b91f1c34f7.pnj[/inny avek] RE: [01.10.1972] To be, or not to be… unfortunately, we missed the exit - Prudence Fenwick - 04.09.2026 Ustaliły bardzo istotne fakty. Był dla siebie najlepsze, nie było sensu tego podważać, to idealnie działało, więc nie było potrzeby o tym dyskutować, tak po prostu miało być. Mogły przejść na drugą stronę ulicy, gdzie widziały szyld, który mógł obiecywać wiele. Droga była bardzo podstępna, musiały sobie pomagać, aby jakoś trzymać się na nogach, zaliczyły uderzenie o drzwi, później próbowały złapać równowagę… udało im się, bo jak wiadomo współpraca popłaca, a one nie pierwszy raz były partnerkami w zbrodni. Wspólnymi siłami próbowały się dogadać z mężczyzną, który pojawił się w drzwiach - nie wyglądał szczególnie sympatycznie, ale najwyraźniej ich to nie odrzuciło. Mówiły - na zmianę jedna i druga, na pewno był w stanie je zrozumieć. - Bardso wrażflife. - Dodała jeszcze Prue, bo naprawdę akurat tymi informacjami wolałaby się nie dzielić, bo przecież ustaliły wcześniej z Cressidą, że jak je o to ktoś zapyta, to będzie niezręcznie. Zwłaszcza, że na pewno były w odpowiednim wieku do tatuowania się, nie sądziła, aby ktokolwiek mógł mieć co do tego wątpliwości, co innego co do jasności ich umysłów, ale to była inna sprawa. - Tak, pan nas chyba pszyjmnie. - Pokiwała jeszcze głową, najwyraźniej to miał być jej szczęśliwy dzień, okazja sama się przytrafiła, musiała z niej skorzystać, prawda? Nie mogła tak po prostu przejść obok swojego marzenia, już za chwilę miała je spełnić. Mężczyzna nie wyglądał na szczególnie zadowolonego, ale najwyraźniej zaakceptował to, że te dwie panny nie zamierzały odpuścić, nie miał zresztą żadnych klientów, nadal tu stał, więc mógł wziąć kogoś z ulicy. Otworzył drzwi, aby zachęcić je do wejścia do środka. - Ja tesz mam miejse. - Odpowiedziała z entuzjazmem, mieli miejsce, gdzie mogła zrobić sobie tatuaż, ale również doskonale wiedziała, gdzie na jej ciele miał się znaleźć, czyż nie składało się idealnie? No jak, że nie, wszystko szło po jej myśli. Faktycznie wcale nie najprostsze okazało się pokonywanie kolejnej przestrzeni, ale jakoś udało jej się wejść do salonu. - Na pewno nas nie zabije… - Nie wiedzieć skąd w ogóle miała taką pewność, skoro wlazły do pracowni zupełnie obcego typa. - Szy moge siem tu połosżyć? - Wskazała na coś, co wyglądało jak kozetka, uznała, że było to miejsce, gdzie mógł nad nią pracować. - Wie pan so, ja bym schciała takie dwa skrzydełka nietoperze, nad tyłkiem, na lęźdżwiach, jak zwał tak zwał, o tuuuu - Pokazała jeszcze dokładnie miejsce o które jej chodziło, żeby nie daj Merlinie się nie pomylił. Jak powiedziała tak się stało, położyła się na tej śmiesznej kozetce, prawie zasnęła, a pan łysy typ zrobił jej tatuaż nad dupą. Koniec sesji
|