Secrets of London
[08-09.09] Złamany nos i inne problemy | Sabrina & Atreus | Spalona Noc - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [08-09.09] Złamany nos i inne problemy | Sabrina & Atreus | Spalona Noc (/showthread.php?tid=6347)



[08-09.09] Złamany nos i inne problemy | Sabrina & Atreus | Spalona Noc - Sabrina Morgan - 04.09.2026

około północy, noc z 8 na 9 września 1972 roku

Gdy wszystko się zaczęło, opryskiwała rośliny miksturą przeciwko szkodnikom. Każdy zielarz czy ogrodnik wie, że najlepsza pora na wszelkie opryski z mikstur była wieczorem lub wczesnym rankiem, a że Sabrina wolała pospać, niż zrywać się z łóżka o świcie, wybrała właśnie tę porę. Dobrze się złożyło że nie drzemała, bo gdy usłyszała w magicznym radiu o atakach, zobaczyła co się dzieje za oknami szklarni i poczuła dym wdzierający jej się do pomieszczeń, szybko zabrała wszystko co potrzebne i przeteleportowała się do Londynu. Mogła się domyślać, co działo się w Mungu i ani trochę się nie pomyliła.

Wystarczyło, że przekroczyła próg, a już jej obawy znalazły swoje potwierdzenie w płaczących i spanikowanych, okaleczonych i zakrwawionych czarodziejach. Praktycznie od razu zabrała się do pracy, oferując pomoc w wytwarzaniu leczniczych maści i eliksirów na Izbie Przyjęć. Rannych jednak z każdą chwilą przybywało i choć wiedziała, że jej pomoc przydaje się magimedykom, momentami łapała coraz większe zwątpienie. W swoje umiejętności, w to, czy składniki nie zaczną się wkrótce kończyć, czy w to, czy aby na pewno nie popełni jakiegoś błędu z najzwyczajniejszego na świecie stresu. Trzymała go jednak w ryzach, ponieważ adrenalina buzowała jej w żyłach z taką mocą, jak jeszcze nigdy wcześniej. Bo też nigdy wcześniej nie została postawiona w takiej sytuacji. Nie licząc oczywiście szkoleń czy wszystkich zasad postępowania w kryzysowych sytuacjach, znanych jej dotychczas głównie w teorii. Przecież na ogół jej praca była dość spokojna, a przynajmniej spokojniejsza niż ten chaos.

Najpewniej do końca dnia stwierdziłaby, że choć faktycznie cała ta sytuacja jest trudna, da się ją opanować, gdyby nie to, co stało się około północy. Właśnie podawała kobiecie ze złamaną nogą eliksir wspomagający wzrost kości, mówiąc jej, że musi go wypić, nieważne jak źle smakuje, takie było w końcu zalecenie medyka prowadzącego, który ją do niej wysłał. Po dopilnowaniu tego, żeby kobieta wypiła medykament, uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco i skierowała swoje kroki w kierunku małego stanowiska, gdzie mogła na szybko przygotowywać niezbędne leki. Na korytarzu było jednak tłoczno, bo tylko te najpilniejsze przypadki dostawały osobne sale, a korytarz był miejscem, gdzie siedziała większość pacjentów potrzebujących mniej pilnej opieki zdrowotnej.

W pewnym momencie poczuła szarpnięcie za rękę, które poskutkowało obróceniem się w stronę nieznajomego. Zanim zorientowała się, kto do tego doprowadził, poczuła ogromny ból nosa. Upuściła pustą fiolkę po eliksirze, który podała wcześniej jednej z pacjentek i zawyła z bólu. Od razu zakryła twarz, czując lepką, ciepłą ciecz wypływającą z nozdrzy. Choćby chciała, nie byłaby w stanie dostrzec twarzy osoby, która ją zaatakowała. Był biały i miał włosy w odcieniu mysiego futerka, ale jego twarz była zupełnie rozmyta przez łzy, które z bólu zebrały jej się w oczach.

– To za moją córkę, ty szmato – powiedział i wyglądał tak, jakby chciał uderzyć ją jeszcze raz. Został jednak obezwładniony zaklęciem przez jednego z czarodziejów. Sabrina nie była w stanie stwierdzić przez kogo. Miała wrażenie jakby świat się wokół niej kręcił i nie była pewna jak sobie z tym poradzić. Próbowała złapać oddech, ale czuła ucisk w klatce piersiowej, który zwiastował… Wiedziała co. Dlatego też musiała się jakoś uspokoić. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby dostała ataku paniki w czasie pracy, i to tak intensywnej pracy. Słyszała jak ktoś wołał do niej po imieniu albo jej się tak tylko wydawało. W gruncie rzeczy dzwoniło jej z tego wszystkiego w uszach. Tak czy siak machnęła ręką, mając nadzieję, że jeśli ktoś ją faktycznie wołał, zrozumie ten ruch jako "poradzę sobie, dzięki". No bo przecież nie w takich sytuacjach już sobie radziła…

Myślała jedynie o tym, o co mogło chodzić temu mężczyźnie? Czyżby dokonał tego ataku przez jej status krwi? Nieskutecznie próbując jednocześnie iść do bezpieczniejszego miejsca, aby się uspokoić, wpadła na kogoś znajomego. A przynajmniej tak jej się wydawało. Nic jednak nie powiedziała, niezdolna do powiedzenia czegokolwiek.


RE: [08-09.09] Złamany nos i inne problemy | Sabrina & Atreus | Spalona Noc - Atreus Bulstrode - 08.09.2026

Ta noc wydawała się dosłownie nie mieć końca. Dodatkowo, nie ważne ile robili, wszystko wydawało się niewystarczające. Kamienice wciąż płonęły, ludzie wciąż krzyczeli. Wciąż gubili się w dziwacznych kłębach dymu, wciąż dusili się, zostawali ranni, tracili dorobki swojego życia i stawali się ofiarami bezcelowej przemocy. Atreus wciąż miał w głowie grupkę bogatych chłopaczków, jego znajomych - kurwa mać, którzy postanowili że ta dzień to moment ich życia, w czego następstwie pobili się z nim i Hestią. Czuł się tą sytuacją niesamowicie wręcz zażenowany i dochodził do wniosku, że może powinien nieco przewartościować swoje życie i to z kim właściwie się zadawał. Ale biorąc pod uwagę płonący Londyn, to zmartwienie powinien zostawić na kolejne dni.

Dostarczenie rannych do Munga wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Wszyscy pchali się tam drzwiami i oknami, a do tego jakiś skurwol postanowił zaatakować sklepową witrynę w centrum handlowym, gdzie znajdowało się przejście do szpitala. Plotki niosły się cicho, pełne paniki i ulgi, że jednak sprawca uciekł, a Atreusowi tylko rósł poziom zmęczenia, jakby na irytowanie się i denerwowanie nie miał już zbytnio siły.

Z resztą, zwisający mu na ramieniu mężczyzna słaniał się na nogach i coraz bardziej polegał na sile Bulstrode'a. Pewnie nie przeszkadzałoby mu to aż tak bardzo, gdyby parę godzin temu nie teleportował się źle i uległ rozszczepieniu. Noga ciągnęła więc, tym bardziej że była teraz nadmiernie obciążona, a auror czuł że zapodane mu wcześniej przez Basiliusa eliksiry, chyba wymagają poprawki. W sumie skoro już był w Mungu, to może uda mu się nieco uszczknąć w tym chaosie.

Już miał o to zapytać, kiedy oddawał rannego w ręce jednego z uzdrowicieli, kiedy jego uwagę przykuło coś innego. Czerwień pomagała skoncentrować uwagę, a teraz rozlewała się na postaci wysokawej blondynki, która wydawała mu się całkiem znajoma. Pewnie rozpoznałby ją szybciej, gdyby spojrzenie nie uciekło na moment w bok, za mężczyzną który ją oblał, ale zaraz zgubił się w tłumie. Nie było kogo gonić…

Sabrina? — Nie wydawało jej się i ktoś faktycznie do niej mówił. Imię powtórzyło się jeszcze parę razy, różnymi tonami. Najpierw było pytanie, potem pewne zdziwienie, może i zaskoczenie. — Hej, słyszysz mnie? — W końcu też były ręce, które złapały ją za ramię by w ten sposób zwrócić jej uwagę. Odcinały się na tle fartucha i czerwieni, bo umazane były od wszechobecnego popiołu. — Cholera, usiądź może sobie? Ej, rusz dupę na chwilę i daj pani usiąść — zabrzmiało obok jej ucha, kiedy Atreus spojrzał na jakiegoś w miarę sprawnego obywatela i kazał mu grzecznie ustąpić miejsca. Zdziwione oczy wpatrywały się w niego przez chwilę, ale mężczyzna ustąpił wreszcie, dlatego Morgan została usadzona na jednym ze szpitalnych krzesełek.