Secrets of London
[25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine (/showthread.php?tid=6349)



[25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine - Benjy Fenwick - 05.09.2026

noc z 25.10. na 26.10.1972, gdzieś na zadupiu we Francji
Szedłem przez rozmokłą połać terenu, chyba tylko z czystej ironii nazywaną przez lokalsów „drogą”, zapadając się butami w błoto, które z każdym krokiem próbowało zatrzymać mnie na zawsze w jednym miejscu, czemu zdecydowanie pomagało to, że byłem ciężki, więc zostawiałem głębokie ślady - ciężki i zdecydowanie ospały - próbowałem nie myśleć o tym, że kilka godzin wcześniej znajdowałem się w miejscu posiadającym dach, ściany oraz przynajmniej teoretyczną możliwość rozpalenia kominka, o ile akurat drewno zostało przeze mnie narąbane. Teraz miałem nad głową wyłącznie czarne, bezgwiezdnej niebo, po lewej i prawej stronie pola i góry ciągnące się aż do niewidocznego horyzontu, a przed sobą trasę, której końca nie było widać nawet wtedy, gdy bardzo chciałem go zobaczyć. Mapa przestała być użyteczna mniej więcej dwadzieścia minut temu, kompas zachowywał się bezsensownie, natomiast różdżka, której próbowałem użyć do rozświetlenia drogi, dawała światło tak nędzne, że równie dobrze mogłem nieść kaganek, niczym wiktoriańska sierota, albo przywiązać sobie do nosa świeczkę.
Minęliśmy jeszcze bardziej zarośnięty rów, potem drewniany słupek z wyblakłym oznaczeniem, którego nie potrafiłem odczytać, a chwilę później drogę przecięła nam niespodziewanie szeroka rzeka znajdująca się na dole ostrej skarpy, na której widok bez słowa podszedłem bliżej brzegu spadku, oświetliłem wodę w wyrwie różdżką i przez chwilę w milczeniu przyglądałem się kamieniom pod powierzchnią. Nie było mostu, była za to kładka, wąska, spróchniała i wyglądająca tak, jakby ostatni człowiek, który z niej korzystał, zmówił paciorek I zostawił testament przed wejściem. Przez chwilę rozważałem możliwość znalezienia innego przejścia, ale alternatywa oznaczała zejście jeszcze głębiej w pole, następnie przedzieranie się przez mokre krzaki i prawdopodobnie zgubienie drogi po raz kolejny, być może tylko po to, aby na sam koniec znowu napotkać ten sam problem pod postacią głębokiego koryta zawijającego kilkadziesiąt mil dalej. Oczywiście, mogliśmy spróbować teleportować się na drugą stronę, lecz żadne z nas nie miało pewności, co kryło się w ciemnościach przed nami - kładka miała tę przewagę, że prowadziła dokładnie tam, gdzie teoretycznie chcieliśmy się znaleźć, a jednocześnie odrobinę eliminowała możliwość nagłego znalezienia się w czyjejś paszczy.
- Pozwolisz, sze tym lasem panie nie pójdą pszodem… - Odezwałem się przez ramię, samowolnie decydując się podjąć taką, nie inną decyzję, z wiadomych nam przecież obojgu względów - byłem cięższy, bardziej zbity, miałem grubsze kości i doświadczenie w dochodzeniu do siebie po zostaniu zabawką do rzucania dla wilkołaka, i chociaż niespecjalnie widziała mi się kąpiel, zwłaszcza bez światła księżyca i w towarzystwie kuzynki, jeszcze mniej chciałem ją wydobywać z dna.


RE: [25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.09.2026

Warunki z którymi przyszło im się mierzyć nie należały do najbardziej przyjemnych. Wiatr wiał jej w mordę, podłoże próbowało zatrzymać ją w miejscu, do tego wszystkiego marzyła o tym, żeby właśnie w tej chwili opierdolić stek. Miała wrażenie, że gdy tylko zamykała na chwilę oczy przed nosem pojawiał jej się zapach idealnie wysmażonego mięsa. Starała się więc tego unikać, szła przed siebie z szeroko otworzonymi oczyma, by nie daj Merlinie nie kusić losu. Jeszcze musiałaby się zawinąć stąd właśnie w tej chwili, aby spełnić swoją zachciankę. To nie tak, że była głodna, nie, zjadła przed tym nim się tu pojawili solidny posiłek, po prostu podczas tego uroczego spaceru naszła ją ochota na kawał mięsa.

Pogodziła się z tym, że musieli się poruszać w ciemności. Znajdowali się na jakimś zadupiu, które najwyraźniej nie pozwalało się chociaż odrobinę rozświetlić. Kaptur co chwilę spadał jej na twarz, przez co poprawiała go co chwila prawą rękę, w lewej oczywiście miała różdżkę, której póki co nie zamierzała używać, ale nigdy nie wiadomo kiedy coś postanowi zaznaczyć swoją obecność w miejscu jak to.

Tak naprawdę trudno było stwierdzić, czy szli w dobrym kierunku, wolała się nastawić na to, że rzeczywiście tak jest, chociaż ciężko było czytać znaki, które powinno dawać otoczenie. Było tu ciemno niczym w czarnej dupie. Czuła, że jej spodnie są umorusane w błocie, zrobiły się już bowiem dużo cięższe niż na początku wędrówki, tak samo jak i buty.

Benjy przystanął i świecił w miejscu swoją różdżką, przez co podeszła do niego i spojrzała w tamtym kierunku. Była to rzeka, strumyk? Trudno było to stwierdzić w tych warunkach. Przeniosła wzrok nieco wyżej, dostrzegła w mroku tę nieszczęsną kładkę, która nie wyglądała na najbardziej stabilną. Spojrzała na swojego kompana, później na siebie, znowu na swojego kompana… Cóż, jeśli i on i ona ją pokonają zdecydowanie będzie ją można uznać za funkcjonalną.

- Nie krępuj się, chętnie pójdę za Tobą. - Fenwick był od niej cięższy, jeśli jemu uda się przejść bez zmoczenia się, to jej tym bardziej. Była od niego nieco mniejsza i szczuplejsza, chociaż i tak nie należała przecież do drobnych osób.

- Mam Cię asekurować, czy coś? - Wolała się upewnić, bo nie ma się co oszukiwać warunki nie należały do najprzyjemniejszych, nie ufałaby tej kładce, nie mieli jednak zbyt wielkiego wyboru, musieliby nadrobić drogi gdyby wybrali inną opcję.




RE: [25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine - Benjy Fenwick - 07.09.2026

Wiatr wciskał lodowate, zimne podmuchy pod wysoko postawiony kołnierz mojego skórzanego płaszcza, raz na jakiś czas usiłując zerwać mi przy tym z głowy kaptur, który musiałem założyć praktycznie od razu po tym, jak znaleźliśmy się pośrodku niczego, w pięknej, dzikiej Francji - „ta, jasne, gdybyśmy tylko jeszcze mogli podziwiać jakieś widoki” - słonawa wilgoć bezustannie osiadała na mojej twarzy, a błotnisty piach, w który nienaumyślnie zapadłem się tuż po teleportacji, przy każdym ruchu przypominał o sobie ciężarem na przemoczonych nogawkach spodni, więc było to raczej naturalne, iż szybko zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniłem jakiegoś wyjątkowo szkolnego, banalnego błędu życiowego, skoro o tej porze znajdowałem się tutaj zamiast siedzieć przy kominku z czymś mocniejszym w dłoni.
- Okej. - Spojrzałem jeszcze raz na deski rozciągnięte nad czarną dziurą i jeszcze czarniejszą wodą, potem na Geraldine, która zadała całkiem rozsądne pytanie, a następnie znowu na kładkę, bo odpowiedź wymagała ode mnie przede wszystkim ustalenia, czy miałem ochotę umrzeć szybko, czy jednak powoli i w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach - wcale nie pomagała mi świadomość, iż kuzynka znajdowała się dosłownie kilka kroków za mną, nawet jeśli oferowała mi asekurację, wręcz przeciwnie, zacząłem nagle bardzo wyraźnie wyobrażać sobie, jak wyglądałoby moje życie po tym, gdybym wpadł do wody po pas, a ona musiałaby mnie wyciągać, jak to członek rodziny, mając przy tym pełne prawo przez resztę życia przypominać mi, że koleś, który zwykle uważał się za całkiem sprawnego, został pokonany przez trzy deski zbite ze sobą w konstrukcję wyglądającą, jakby ostatni remont przeszła za panowania któregoś z Ludwików, i kogoś, kto najwyraźniej nie posiadał pojęcia o stolarstwie.
- Nie tszeba. - Odpowiedziałem w końcu, zerkając na nią przez ramię. - Jeszeli mam spaść, wolę zlobiś to samodzielnie. - Miałem w końcu pewną dumę, której chciałbym przynajmniej przez najbliższe pięć minut nie stracić - zrobiłem krok, stając na pierwszą deskę, która od razu odpowiedziała głuchym jękiem, przez co przez moment poczułem, że moje przekonanie o własnej nieśmiertelności było jednak nieco przesadzone. Potem było odrobinę lepiej, choć złudnie, przeszedłem jeszcze dwa kroki, sprawdzając mostek stopą przed każdym kolejnym ruchem, podczas wykonywania przeze mnie trzeciego kroku jedna z desek ugięła się nagle pod moim ciężarem, tak mocno, że musiałem gwałtownie przenieść ciężar na bok, jednak - o dziwo - nie pękła w momencie, w którym najbardziej spodziewałem się, iż mogła to zrobić.
- No jusz, kulwa… - Mruknąłem, spróbowawszy rozłożyć ciężar ciała w znacznie kontrolowany sposób niż na początku. - Nie lóbmy scen… - Przesunąłem stopę powoli, szukając miejsca, które wyglądało na najmniej zgniłe, dopiero kiedy upewniłem się, że wybrana przeze mnie podpora nie runęła w dół, ruszyłem dalej, krok po kroku, bardzo ostrożnie. W połowie kładki zatrzymałem się ponownie, bo jedna z desek pod moją prawą stopą znów wydała z siebie dźwięk, którego nie chciałem już słyszeć - było to krótkie, suche chrupnięcie, po którym drewno opadło o kilka centymetrów - zacisnąłem zęby, przeniosłem ciężar na drugą nogę i przez chwilę stałem absolutnie nieruchomo, patrząc przed siebie.

Czy kładka zacznie pękać?
[roll=TakNie]


Jeśli tak, to af ◉◉◉◉○ na uniknięcie wpadnięcia w dziurę.
[roll=PO]


Jeśli tak, to która część się psuje, przyjąwszy, że idziemy na północ, więc północ jest z przodu.
[roll=Strony]



RE: [25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.09.2026

Bywała w wielu malowniczych miejscach, nieczęsto jednak miała przyjemność podziwiać te widoki. Zazwyczaj jej wizyty wiązały się po prostu z wykonaniem zadania, najczęściej w samym środku nocy, pośrodku niczego. Taka robota, czy coś, rzadko kiedy był czas na przyjemności. Drzewa, krzaki, błoto w większości miejsc wyglądały właściwie podobnie, zwłaszcza w samym środku nocy.

Stała więc za swoim kuzynem, spoglądając w dół. Woda była ciemna, musiała być kurewsko zimna, zważając na to, że mieli końcówkę października, niby w Walii zdarzało jej się morsować, jednak nie miała w dzisiejszym bingo kąpieli w rzece chuj wie gdzie. Zdecydowanie wolałaby nie sprawdzać, czy ta kładka nadaje się do użytku, a jako, że Benjy sam zgłosił się na ochotnika - to przecież nie mogła mu odmówić tej przyjemności. Pewnie też nie chciał zaliczyć kąpieli w zimnej wodzie, ale jednak zadecydował, że to właśnie on pójdzie pierwszy. Wyjątkowo nie wchodziła mu w drogę, nie sugerowała, że to ona powinna pójść pierwsza, zamiast tego zaoferowała, że może go asekurować, to wydawało jej się być całkiem w porządku. Nie mogła pozwolić, żeby wpadł do tej nieszczęsnej rzeki, wystarczyło, że ostatnio podczas wspólnej wyprawy prawie wyzionął ducha, musiała o niego dbać…

- Jak chcesz, nie będę się narzucać. - Cóż, chciała być miła - wyszło jak zawsze. Nie chciała być nadgorliwa, jeśli nie chciał jej wsparcia, to nie zamierzała się wpierdalać, prosta sprawa.

Przystanęła jednak tuż za nim, kiedy powoli zaczynał swoją wędrówkę. Obserwowała mężczyznę uważnie, trzymała różdżkę w górze, gdyby pojawiły się jakieś okoliczności, których nie przewidzieli, ale tylko po to. Nie zamierzała łagodzić jego ewentualnego upadku, bo tego nie chciał.

Szedł powoli, ostrożnie - było to całkiem rozsądne, chociaż Ger zastanawiała się, czy bardziej skuteczne nie byłoby po prostu przebiegnięcie przez nią i nie patrzenie pod nogi. Jak wiadomo jednak, każdy miał swoje metody. Pierwsze kroki poszły nie najgorzej - nadal stał, jednak nie mogło być zbyt kolorowo, prawda? Widziała jak przeniósł gwałtownie ciężar na jedną stronę, to sugerowało, że z podłożem było coś nie tak. Przymknęła jedno oko, chyba nie do końca chcąc patrzeć na jego upadek. Udało mu się jakoś uniknąć nieprzyjemnego lądowania. Mimo swojej dosyć sporej masy był bardzo zwinny, czmychnął przed dziurą w desce. Zrobił to naprawdę fenomenalnie, chociaż oczywiście nie powiedziała tego na głos, jeszcze za bardzo by to wziął do siebie.

Prawa część kładki zaczęła pękać, nie sądziła, żeby miała wytrzymać zbyt długo. - Lepiej zapierdalaj, jeśli nie chcesz wylądować w wodzie. - Rzuciła jeszcze w eter, chcąc go nieco popędzić, wolałaby, aby uniknął spotkania z rzeką. Sama zaś wiedziała już w jaki sposób przemierzy tę nieszczęsny, niestabilny mostek.

Wyciągnęła różdżkę, mruknęła pod nosem zaklęcie, mogło wydawać się, że rozpłynęła się w ciemności, nie pozostał po niej żaden ślad, ale były to tylko pozory. Jej ludzkie ciało nie należało do lekkich, jednak jako skunks? Jako skuns ważyła tyle, co nic, bez problemu powinno jej się udać utrzymać je na kładce.

Ruszyła przed siebie, trzymając się lewej strony kładki, szła bardzo zwinnie, szybko, omijała wszelkie ubytki w deskach. Uważała na nie, bo w zwierzęcej formie łatwiej było jej po prostu wpaść w jakąś dziurę.




RE: [25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine - Benjy Fenwick - 07.09.2026

Geraldine miała tę irytującą cechę, że nawet kiedy próbowała być miła, potrafiła zabrzmieć tak, jakby właśnie udzielała mi ostatniej szansy na zachowanie godności - „jak chcesz, nie będę się narzucać” - usłyszałem za plecami i przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem był się odwrócić i powiedzieć jej, że „doceniałem troskę, ale” resztę mogła sobie dopowiedzieć. Ostatecznie tego nie zrobiłem, bo lubiłem dostrzegać głównie pozytywne aspekty naszej współpracy, zwłaszcza w sytuacjach, w których znajdowaliśmy się razem na zapomnianym przez Merlina zadupiu i byliśmy zdani wyłącznie na swoje wzajemne towarzystwo, poza tym może nie powiedziałbym tego na głos, ale odpowiadał mi styl bycia mojej kuzynki, bo dzięki niemu nie mieliśmy żadnych zbędnych niejasności w naszej relacji, zarówno zawodowej, jak również towarzyskiej. A tych nam dzisiaj nie brakowało z zewnątrz.
Strumień był szerszy, niż początkowo sądziłem, chociaż przy tej temperaturze i po tylu godzinach marszu wszystko zaczynało wyglądać na większe, głębsze i zdecydowanie bardziej nieprzyjazne, niż zapewne było w rzeczywistości - nie widziałem jednak ani śladu dna, ani jednego kamienia wystającego ponad płynącą wodę, o którą mógłby się rozbijać szybki nurt rzeki, co zdecydowanie byłoby pocieszającym widokiem - nie podobało mi się to spostrzeżenie. Jeszcze mniej podobało mi się to, że poczułem nagle znajome ukłucie pod czaszką, tuż przy płacie czołowym, był to ten rodzaj instynktownego napięcia, który zwykle pojawiał się wtedy, kiedy coś w moim otoczeniu nie pasowało do reszty, co prawda, nie musiało oznaczać niczego konkretnego, równie dobrze mogłem być zwyczajnie przemęczony, zmarznięty i wkurwiony, ale doświadczenie nauczyło mnie, że właśnie takie drobiazgi najlepiej było traktować poważnie.
Przez chwilę patrzyłem to na kładkę, to na dziurę ziejącą w dole, robiąc to z rosnącym przekonaniem, że gdzieś po drodze, najpewniej nie tak dawno temu, by zwalić to na „błędy młodości”, popełniłem kilka nieprzemyślanych decyzji, które doprowadziły mnie właśnie do tego miejsca, i że żadna z nich ewidentnie nie była szczególnie dobra - drewno wyglądało na mokre, stare i zmęczone nawet własnym istnieniem, część desek miała kolor gnijących liści, a pomiędzy nimi prześwitywała toń, która znajdowała się chuj wiedział, ile metrów pod spodem. Do tego wiatr szarpał konstrukcją na tyle, że pojedyncze skrzypnięcia dochodziły do nas nawet wtedy, kiedy żadne z nas jej nie dotykało - no, nie napawało to optymizmem - zrobiłem krok w stronę kładki, zatrzymałem się jeszcze na brzegu i poświeciłem różdżką pod nogi, próbując znaleźć przynajmniej trzy deski, które nie wyglądały na bezpośrednio zainteresowane moją śmiercią - bardzo możliwe, że była funkcjonalna, równie możliwe, że właśnie dlatego jeszcze stała, ponieważ wszyscy poprzedni użytkownicy okazali się być wystarczająco rozsądni, żeby z niej nie skorzystać.
Skupiłem wzrok na drugim brzegu i ruszyłem sprawnie, ale nadal nie na tyle szybko, żeby całość zamieniła się w przedstawienie pod tytułem „Benjy Fenwick kontra prawa fizyki”, każdy krok stawiałem możliwie blisko słabiej uszkodzonej krawędzi, wybierając fragmenty, które wyglądały na mniej zdegenerowane od pozostałych, a kiedy jeden z nich ugiął się pod moim ciężarem, przeniosłem ciało w bok z takim impetem, że przez chwilę sam nie byłem pewien, czy właśnie uniknąłem dziury, czy tylko zmieniłem kierunek własnego upadku. Na szczęście skończyło się na tym pierwszym.
Nie byłem sarenką - sarenka przebiegłaby po tej kładce, przeskoczyła dziurę, odbiłaby się od powietrza i prawdopodobnie znalazłaby się po drugiej stronie, zanim zdążyłbym powiedzieć „kurwa” - ja, próbując zrobić dokładnie to samo, albo odciąłbym drogę kuzynki, trwale niszcząc strukturę kładki, albo popełniłbym błąd w ocenie sytuacji i najpewniej przebiłbym się przez trzy deski, uderzyłbym się o czwartą i wpadłbym ze wszystkim do wody, zarywając cały most i dodatkowo odbierając Gerdzie możliwość przejścia na drugą stronę, podczas gdy moja własna droga w zaświaty zaczęłaby się z impetem. Dlatego szedłem dalej ostrożnie, stawiając stopy tam, gdzie deski wyglądały na najmniej zainteresowane natychmiastową śmiercią, ich i moją, ignorując fakt, że Geraldine za moimi plecami najwyraźniej obserwowała każdy mój ruch.
- Nie patsz tak. - Rzuciłem przez ramię, czując spojrzenie na karku, chociaż go nie odwzajemniłem. - Pszeciesz idę. - I rzeczywiście szedłem, trochę krzywo, trochę bokiem, raz prawie tracąc równowagę, kiedy prawa część kładki ugięła się pod moją nogą, ale nadal szedłem, a potem… Potem już zapierdalałem, zgodnie z sugestią, którą wziąłem sobie do serca naprawdę, naprawdę na serio.
Geraldine wcale nie zamierzała powtórzyć mojego wyczynu, lecz z początku wcale to do mnie nie dotarło, gdyż z mojej perspektywy trudno mi było dostrzec to, co działo się na drugim brzegu - wiedziałem tylko, że musiała tam jeszcze być, bo nie słyszałem tego, co robiła, by przeprawić się przez rzekę, a potem tak po prostu jej sylwetka zniknęła. Nie chodziło o zwykłe zniknięcie, nie było charakterystycznego trzasku teleportacji ani żadnego innego zjawiska, zwyczajnie przez moment wydawało mi się, że wyczuwałem jej obecność, chwilę później miałem za sobą pustą przestrzeń, ciemność, kładkę, a sekundy później również poczucie, że ktoś właśnie postanowił zrobić ze mnie idiotę.
- Gelda? - Zmarszczyłem brwi i uniosłem różdżkę - nie dostałem odpowiedzi - spojrzałem na drugi brzeg, potem na kładkę, potem znowu na drugi brzeg i… Wtedy coś małego przemknęło po lewej stronie pomostu. - Co do… - Urwałem, bo skunks zatrzymał się na chwilę, uniósł łeb i spojrzał w moją stronę, więc odruchowo się od niego odsunąłem, na ile mogłem, z początku uznałem bowiem, że to musiał być szczur albo inne podobne cholerstwo, chociaż wydawało mi się, iż szczury raczej nie żyły naturalnie w podobnych, dzikich środowiskach. Potem zobaczyłem jednak, że to coś poruszało się zdecydowanie zbyt sprawnie i inteligentnie, żeby było zwyczajnym zwierzęciem, a kiedy przemknęło przez deskę, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała na gotową do złamania pod najmniejszym naporem ciężaru, coś zaczęło mi mocniej świtać.
- Nie. - Cofnąłem różdżkę, odrobinę mrużąc oczy, podczas gdy małe stworzenie mknęło dalej, trzymając się lewej strony kładki - miało cztery łapy, ogon i poruszało się z zadziwiającą pewnością siebie, omijając dziury w deskach, które mnie kosztowały dobre kilka sekund życia - zeskakując wreszcie na twardy grunt, zrobiłem dwa kroki wzdłuż brzegu, próbując lepiej zobaczyć to, co do mnie dołączyło, wtedy stworzenie spojrzało w moją stronę i wszystko stało się jasne.
- Ty sobie chyba, kulwa, szaltujesz… - Spojrzałem na nią jeszcze raz i prychnąłem pod nosem.
Skunks - Geraldine była skunksem - sekundy temu patrzyłem, jak zasuwała po kładce, i musiałem przyznać przed samym sobą, że jej rozwiązanie było znacznie rozsądniejsze od mojego, kurwa, cholera. W tej formie ważyła niewiele, mogła poruszać się szybko, a jej łapy dawały jej znacznie lepszą kontrolę nad naciskiem ciała - że też sam nigdy o tym nie pomyślałem…