![]() |
|
[24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus (/showthread.php?tid=6370) |
[24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Helloise Rowle - 09.09.2026 Zadanie od Voldemorta— otrzymane tutaj —
24 października — zdobywanie materiału
Czerń nocy pozacierała już kontury rzeczy, gdy czarownica podchodziła do bram cmentarza krokiem niespiesznym, a jednak zdradzającym jakąś determinację, wyzbytym typowej dla Helloise leniwej powłóczystości. Mimo że nie należała do osób energicznych, przy drętwej martwocie cmentarza nie przypominała wcale zjawy, która by tu przyszła nawiedzać. A nawiedzeń właśnie obawiała się czarownica najwięcej, lecz nie ze względu na pomstę złych duchów, a z obawy, że duchy mogłyby być świadkami jej wizyty. Świadków nie życzyła sobie, lecz tak jak ludzi mogła pod osłoną nocy uniknąć, tak duchów godziny snu nie obowiązywały. Musiała się z ich ewentualnością pogodzić. Weszła tedy czujna między alejki mogił, lecz początkowo nie dostrzegała żadnych nieproszonych obecności. Nie było nic występnego w tym, co zamierzała zrobić. Nie sądziła, żeby miała tymi działaniami uchybić jakiemukolwiek bytowi, który mógł być do cmentarza nieszczęśliwie uwiązany. Wręcz przeciwnie. Miała do ich niedoli duży szacunek i w cichości swej duszy wiedźma prosiła Bogów, aby tym, którzy wciąż tu być mogli, dano tego Samhain możliwość dobrego przejścia, aby żadne z nich nie pozostało tu uwięzione na kolejne miesiące. I jej intencja była szczera, bo słuszny porządek rzeczy leżał jej na sercu. Nie żywiła szczególnego szacunku wobec ziemi trzymającej ziemskie szczątki, nie przypisywała obrazoburczych znaczeń rozkopywaniu grobów. Zamierzała zabrać trupom ich ziemię tak, jak została o to poproszona. Aby dopomóc sobie w tym celu, czarownica wzięła ze sobą miotłę obciążoną sztychówką i kilkoma blaszanymi wiadrami, na których wyłaniający się zza chmur samotny księżyc kładł srebrzyste odblaski. Na cmentarzu nie było jednak tej nocy ani martwej, ani żywej duszy, która by mogła kobietę z tym osobliwym ekwipunkiem ujrzeć. Wyszukała sobie Helloise miejsce na skraju cmentarza, skryte przed potencjalnymi oczyma i ozdobione kilkoma drzewami. Mogiły w tej części były raczej stare, nikt się o nie od dawien dawna nie troskał. Wiele z nich składało się wyłącznie z ukruszonego pomniczka, nie miało żadnej płyty nagrobnej. Takiego zakątka było jej trzeba. Tutaj przystąpiła do pracy. Rozkopywanie cmentarnej ziemi było zajęciem żmudnym i fizycznie uciążliwym, lecz nie różniło się wiele od przekopywania grządek, do czego wiedźma była przywykła. Kopała początkowo równym rytmem; za drugim wiadrem zaczęła ociągać się nieco. Szata była już uwalana ziemią. Monotonia fizycznej pracy zawsze kobietę mimo to relaksowała i mogła przy niej swobodnie oddać się rozmyślaniom nad sensem. Sensy cmentarnej ziemi musiały być. Początkowo Helloise skierowała swoje myśli ku przyrodzie — rozważała, jakie bakterie, jakie grzyby, jakie patogeny skrywa ta gleba, w której od wieków składano ludzkie ciała. Zapewne nie o grzyby i bakterie żerujące przy miejscach pochówków chodziło Voldemortowi. Nie. Znaczenie musiało być rytualne, tak jak o rytuał ocierało się całe to, co kazał jej zrobić. Po czwartym wiadrze zmęczona czarownica przyklękła przy swoim urobku, dla rozluźnienia poruszając obolałymi ramionami. Wzięła z wierzchu jednego z kopców czarną, wilgotną grudę ziemi i w zamyśleniu rozbiła ją w palcach. A więc cmentarna ziemia i glina. Była część Helloise, która pragnęłaby umieć uchwycić ten konkretny komponent, który glinę z cmentarza czynił szczególną dla jej dzieła. Może mogłaby wyizolować ów element i użyć go dla jakiegoś innego, własnego celu. Jednocześnie czarownica chciała wierzyć, że wie, kiedy przestać zadawać światu pytania. Poniżeniem tajemnic magii było czynienie z nich przedmiotu laboratoryjnego badania, do jakiego sprowadzali go w Ministerstwie. Czarownica wstała. Zapach wilgotnej, świeżo rozkopanej ziemi unosił się wszędzie wokół; komplementowały go mokre mchy obrastające stare nagrobki oraz kwiaty gnijące w wazonach opodal. Aby ocenić, ile zajmie jej wyrównanie porytego szpadlem terenu, Helloise rozejrzała się dookoła, przebierając palcami u rąk. Wtedy poczuła drzazgę, która musiała wejść jej w dłoń, kiedy kopała. — Huh. Zafascynowana czarownica podniosła dłoń do ust. Zębami wygryzła z brudnego ciała kolec — bez chwili namysłu, jakby tylko czekała na pretekst do zaspokojenia niepoprawnej ciekawości i posmakowania ziemi z grobów. Tajemnice magii nie musiały być przed nią odkryte, żeby mogła je skonsumować. Helloise wiedziała, że zapewne będzie musiała wrócić jeszcze którejś nocy. Bezpieczniej byłoby zrobić to za jednym razem, lecz wątłych sił kobieta nie miała krzepy do kopania długimi godzinami. Postarała się, aby rozgarnąć ziemię i utwardzić ją nieco, aby punkt nie rzucał się aż tak w oczy. // z wykorzystaniem przewagi Latanie na miotle do przenoszenia tych jebanych wiader; z respektem dla mojego lichego AF, że nie ukopałam ich wszystkich na raz RE: [24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Helloise Rowle - 14.09.2026 25 października — tratwa golema
W sypialni Helloise unosiła się woń jak z niedomkniętego grobu. Wiadra pełne cmentarnej ziemi mającej jej posłużyć do stworzenia figury stały obok łóżka, lecz wiedźma nie przystępowała jeszcze do właściwej pracy. Jeszcze nie. Niemądrze byłoby stwarzać to dzieło na nagiej podłodze. Jakżeby ona później golema podniosła? Rzecz należało od początku zaprojektować z uwzględnieniem myśli inżynierskiej. Helloise zamierzała stworzyć dla golema tratwę. Statek powietrzny o konstrukcji bazowanej na prostym podeście i dwóch magicznych źródłach energii w postaci prototypowych mioteł, aby — gdy nadejdzie pora — wznieść rzeźbę w powietrze i na tratwie powieść ją za różdżką ku samemu sercu stawu. Tam bowiem, gdzie Helloise brakowało siły mięśni i uzdolnień magicznych, mogła wspomagać się bystrością umysłu oraz rzemieślniczym zacięciem. Wiedźma wyrysowała projekt na kartkach. Wyliczyła udźwig, uwzględniła konieczność zapewnienia konstrukcji stabilności i sterowności, dobrała właściwe rdzenie i drewna. Przez cały dzień nanosiła w swoich notatkach poprawki, bo nieraz w toku codziennych zajęć nachodziła ją idea korekty. Projekt był w zamyśle prosty. Liczyło się tylko to, aby tratwa golema uniosła się, płynęła stabilnie i udźwignęła wielokilogramową rzeźbę glinianą. Nocą Helloise zakasała rękawy i zasiadła do pracy. Zbicie solidnego podestu z prostych desek było zadaniem banalnie prostym. Wprawienie go w ruch wymagało więcej przemyślności i precyzji. Rzemieślniczka wprawiła magiczne rdzenie w dwie gałęzie czereśni i upewniła się, że każda z nich gotowa jest się wznieść samodzielnie do lotu. Zanim jeszcze wstało słońce, gałęziami został podbity podest. Wiedźma mogła podejść do pierwszych testów swojego dzieła. Zmęczona stanęła na tratwie tam, gdzie stanąć miał wkrótce golem, i machnięciem różdżki wzbudziła rdzenie w miotłach do życia, aby uniosły konstrukcję nad podłogę. // rzemiosło + tworzenie przedmiotów drewnianych (II) na stworzenie tratwy powietrznej [roll=Z] Tratwa nie była tak stabilna, aby w pełni zadowolić oczekiwania Helloise względem jej własnej pracy. Czarownica wykonała kilka podskoków na zawieszonym w powietrzu drewnianym podeście, spróbowała go rozhuśtać. Mógłby być stabilniejszy — lecz tyle musiało i powinno wystarczyć. RE: [24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Helloise Rowle - 18.09.2026 Kolejne noce…
Kolejne noce upłynęły czarownicy na rzeźbieniu. Mieszaniu ziemi i gliny z wodą. Formowaniu na drewnianym podeście golema wedle przepisu dostarczonego jej przez Voldemorta. Wznosiła go od samych podstaw, od stóp, przez nogi, i wyżej. Kończyny potwora były chude, co zagrażało stabilności całej figury. Helloise oczekiwała kogoś postawniejszego, a tymczasem kobietka, której wizerunek miała oddać, była taka wątła. Malutka, drobna. Helloise nie miała wiele doświadczenia w rzeźbieniu figur z gliny, szczególnie figur tak wielkich. Sytuacja była odwrotna do tej, z jaką miała zwykle do czynienia w swojej pracy. Z drewnianych form wykrawała porcje materiału, aby uzyskać pożądany kształt; tutaj musiała materiału dokładać warstwa po warstwie. Czyniło to medium nieco bardziej wybaczającym. Dopóki golem nie zasychał, dopóty ona mogła go poprawiać, i nawet gdy coś przyschło jej nie tak, jak należy, wystarczyło zwilżyć to wodą, aby odzyskać plastyczność. Na rękach masa zasychała jeszcze szybciej i chwila przerwy potrafiła poskutkować sztywną skorupą na dłoniach. Wiedźma potrzebowała obmywać je często, bo gdy warstwa zaczynała się robić zbyt gruba, ona traciła czucie i precyzję w palcach, którymi posługiwała się przez większość czasu. W pracy z glinianą rzeźbą wszystko jednak mogło być narzędziem. Korzystała więc Helloise z przeróżnego przeznaczenia szpatułek, sztućców, noży, szpikulców — jakikolwiek rys potrzebowała w danej chwili nadać golemowi. Praca była brudna. Na całym tym zużytym chałupniczym instrumentarium pozostawała szarawa, ziemista skorupa. Mimo to Helloise miała wrażenie, że wnętrze lalki nigdy nie zaschnie. Pod stwardniałą warstwą zdawały się czaić wilgotne błotniste wnętrzności. Pewnego razu czarownica przebiła bok kukły drutem. Wyszedł z niej rzeczywiście mokry. Skoro jednak stwór i tak trafi wkrótce do wody, wilgoć nie powinna mu szkodzić. Gliniany wizerunek kobiety urastał każdej nocy o kolejne części ciała. Coraz więcej przypominał osobę. Helloise przypatrywała się jej przed zaśnięciem, jako że to bluźniercze dziecię powiła we własnej sypialni, obok własnego łóżka. Dużo uwagi poświęciła twarzy figury. Trudno o bardziej fascynujący element ludzkiej anatomii niż twarze. Przez to jak świetnie umysł je rozpoznaje, najwięcej wymagają precyzji, najmniej wybaczają błędów. Długimi godzinami stała więc wiedźma naprzeciw swojego niemal ukończonego dzieła przy świetle kilkunastu świec rozstawionych po sypialni. Kciukami wygładzała poliki ulepione z błotnistej brei. Sunęła palcami wzdłuż grzbietu nosa, wysmuklając go, zaokrąglając czubek. Z satysfakcją podarowała golemowi kształtne usta. Twarz miał ładną, mimo że brudną. [27/10/72] Kopcie tunel, kop-kopcie tunel. Hieny mogą przeszkodzić nam - Helloise Rowle - 19.09.2026 27 października — powrót na cmentarz
Do nekropolii w Dolinie Helloise powróciła również kilka nocy później. Tym razem prowadziła ze sobą brata, dwa szpadle i te same wiadra. Po ostatnim przekopywaniu cmentarza wciąż bolały ją ramiona, a tej nocy zamierzali nie tylko zebrać stąd ziemię, ale i otworzyć grób. Tego z pewnością nie dokonałaby sama. Ziemi z cmentarza potrzebuje Voldemort, więc musimy zabrać część tego, co rozkopiemy, objaśniała wcześniej Garethowi wiedźma, tłumacząc, na cóż im wiadra. Zwłoki będą dla nas na Samhain. Eliksir przyjmie wszystko. Wystarczyłby choćby i kawałek kości, więc grób nie musiał być świeży. Wędrowali toteż mrocznymi alejami cmentarza jak po centrum handlowym, rozglądając się za czymś, co… Helloise sama nie wiedziała, jakie obrać kryterium. Pozwoliła więc, aby prowadziło ich przeczucie, bo o żadnych z tych ludzi nie miała pojęcia. — Bylebyśmy byli pewni, że to magowie — westchnęła, nie mogąc przełknąć myśli, że miałaby paradować w skórze mugola. Tych zaś, na ich nieszczęście, chowano w Dolinie Godryka tuż obok czarodziejów. RE: [24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Gareth Rowle - 20.09.2026 — Trzeba było wcześniej skołować jakiś spis — cmoknął niepocieszony, idąc aleją pochówków brzydkich, nieciekawych truposzy. Nazwiska nic mu nie mówiły, daty owszem. Liczył je w głowie jak knuty, odrzucając wszystko sprzed dwóch wieków i wszystko z ostatniej dekady, bo pierwsze się mogło już nie nadawać ze względu na zbyt zaawansowany rozkład, a do drugiego mógł jeszcze ktoś przychodzić ze świeżymi chryzantemami. A potem pechem pechów rozpoznać na tej cholernej polanie, bo Gary akurat zielonego pojęcia nie miał jaki rodzaj typa może go tam spotkać. Nie wiedział czy był to scenariusz, którym powinien się aż tak przejmować, ale takie przemyślenia zachował sobie na później. Nie zachował sobie za to na później krytycznego wyboru swojej nowej, tymczasowej gęby. Przystawał przy kolejnych kamieniach, przykładając dłoń do liter i zdrapując z nich mech paznokciem. Kamieniarze mieli paskudny zwyczaj kucia wyłącznie tego, co potrzebne. Żadnego portretu skupionego na linii szczęki nieszczęśnika. Żadnego opisu twarzy. Żadnej wzmianki o zębach… — Popatrz, tutaj jakiś Elonus. Elonus! — parsknął, przechylając głowę. — Nikt o takim imieniu nie mógł być przyst…nie był magiem słusznej krwi. Idziemy dalej. Dwie aleje później kamień stał krzywo, przechylony ku wschodowi, oblepiony mchem tak gęsto, że litery trzeba było czytać palcami. — Carrot — odczytał z powagą, prostując się. — Helciu, znalazłem nam warzywniak. Podrapał kciukiem dalej, zsuwając zielony kożuch, i marchewka rozpadła się na dwoje. Carrow. Dwa imiona, jedno pod drugim, wykute tą samą ręką. I dwie daty śmierci, identyczne co do dnia. Gwizdnął cicho. Przykucnął przy płycie, opierając przedramiona na kolanach, i przeczytał wszystko jeszcze raz, powoli, jak czyta się warunki zakładu. Coś mu na początku nie pasowało. Trzydzieści siedem lat w momencie śmierci. Nazwisko ze skorowidza. Przy kobiecie nie było panieńskiego. Zmarszczył czoło, widząc na dobrą sprawę wyłącznie dwie daty. — Rok śmierci 1869. Ale mamy zagwozdkę — oznajmił z niekłamaną satysfakcją, stukając palcem w kamień. — Jedno nazwisko… ale i jedna data urodzenia. Oraz jedna data śmierci. Wyobraził to sobie i skrzywił się, ale bardziej dla efektu niż z przekonania. Brat z niezamężną siostrą pod jedną płytą to nie było jego zmartwienie, bo jego zmartwieniem było to, czy facet umarł mając proste zęby i czy był zarówno cholernie przystojny jak i cholernie nijaki, aby nie wzbudzić w nikim żadnych podejrzeń. — Rodzina, która rodzi się razem, umiera razem i zostaje razem — mruknął pod nosem, niby to pochłonięty kontemplacją ludzkiej egzystencji. Wstał, otrzepując kolana. Coś mu w prawym strzyknęło przy odgięciu, więc musiał stęknąć jak schorowany starzec. Ziemia przy płycie zapadła się lekko, wyrównana latami i porośnięta tą samą chudą trawą co reszta alei; nikt tu od dawna nie przychodził, nikt nie wyrywał chwastów, nikt nie zostawiał po sobie ani kamyka. — Helciu — powiedział, odwracając się przez ramię, z tą samą miną, z którą w wieku pięciu lat informował mamę, że się zesrał Lazarusowi do plecaka — dwójka Carrow po trzydziestce. Najwidoczniej bez większych osiągnięć skoro pochowani zostali sami, z dala od reszty rodziny. Obstawiam niskich rangą pracowników Ministerstwa. Co ty na to? RE: [24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Helloise Rowle - 20.09.2026 Między mogiłami hulał wiatr, echa niosły z daleka krzyki dzikich zwierząt i zawodzenie dusz potępionych. Posępną była noc, niepocieszonym oblicze wiedźmy, która domyśliła się, co na końcu języka miał brat. Nawet nie zatrzymała się przy pierwszym z ocenianych grobów. — Krew — powtórzyła z naciskiem, na wypadek jeśli jeszcze pozostały w Garethcie jakieś wątpliwości co do tego, jaki był priorytet przy wyborze zwłok. Godne musiało być przebranie, jakie mieli przyjąć Rowle’owie, bo wstrętu po noszeniu skóry zerwanej z brudnej krwi nie domyliby do końca życia. Choć Helloise podążyła nieustępliwie dalej przez cmentarz, wymienione przez brata imię pobudziło coś w jej pamięci. Coś, co jeszcze nie do końca potrafiła umieścić we właściwym kontekście, lecz spróbowała: — Elonus. — Zmarszczyła brwi. — Elonus… Czy nie tak nazywał się ten pokrzywiony handlarz, który próbował kiedyś ojca naciągnąć na inwestycję w jego karoce? Miały nie potrzebować stangreta. Co za bzdura. — Kobieta pokręciła zdegustowana głową. Szli więc dalej: ona skupiona na swojej wielkiej misji, on… skupiony na ocenie… niewłaściwych jej aspektów. Usłyszawszy Carrot i towarzyszący mu żart, Helloise zamknęła oczy, koncentrując się na oddechu, na przyrodzie, na chwili obecnej… lecz gdy Gareth zagwizdał, i ona zainteresowała się wreszcie grobem. Machnęła różdżką, wyczarowując lichą kulkę światła, aby odczytać napis. — Carrow, dobrze — zadowolona mruknęła konspiracyjnie cicho, zupełnie jakby ktoś miał siedzieć za nagrobkiem i przysłuchiwać się ich spiskom. — Żadna zagwozdka. U nich się rodzi tyle bliźniąt. Trzydzieści siedem lat… zabrało ją wcześnie, miała jeszcze czas na męża — rzekła stara panna Rowle. Być może ktoś różniłby się z Helloise w opinii o Carrowach. Ktoś jak Philomena Mulciber rzekłby, że to podwójny wstyd przebierać się za Carrowa, bo nie bez powodu dziś nie byli już uważani za czystokrwistych. Nie wiadomo, czy ci tutaj nieboszczycy nie byli aby dziadami gagatków, którzy się do utraty ich statusu przyczynili. Ci już mogli nosić w sobie diabelskie ziarno zdrady! Wstyd! Wstyd! Helloise jednak w głowie grała wyłącznie krew, nie żadne społeczno-klasowe porachunki. Skoro przed 1930 rokiem krew Carrowów była czysta, to była zapewne czysta i u tych trupów — a więc odpowiednia. Dyskusja kończyła się tutaj. Rozczulające było to, na co zwrócił uwagę Gareth, doprawdy, rozczulające. — Można im pozazdrościć. — Wiedźma wbiła szpadel w ziemię obok płyty, pieczętując wybór. Znaleźli zatem odpowiednie miejsce. Usłyszawszy jednak strzyknięcie w kościach Garetha, siostra posłała mu podejrzliwe spojrzenie. — Weźmiemy po kawałku bliźnięcia. Powinnam się martwić? Dasz radę to załatwić, prawda? RE: [24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus - Gareth Rowle - 12.10.2026 Tak, to był ten sam Elonus, przypomniał sobie Gary, któremu momentalnie mina zwiędła niczym pozostawione w obrzydzeniu na dziecięcym talerzu marchewki. W wielkie dzieło innowacyjnych karoc Gary chciał zainwestować pierwszy, ale jako że uciułać nie zdołał wtedy nic, ideę sprzedał ojcu z nadzieją, że ten odpali mu potem dobry procent… Przebąknął więc pod nosem przeciągłe yhym i zanotował, że o typie wspominać w przyszłości już nie mógł. — Ja? Nie dam rady? Ja? Zagrała nim jak Paganini, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Machnął różdżką nad płytą, rzucając zaklęcie, którym w rezerwacie wybierało się rowy pod odwodnienie, i ziemia nawet nie drgnęła. Spróbował drugiego, prostszego, dla dzieci i ogrodników. Nic. Wiedzieli, że na groby czarodziejskie rzucało się zaklęcia blokujące, ale spróbować warto było. Pomamrotał pod nosem, po czym splunął, w swoje paskudne niczym łapy starego smoka, łapy i chwycił szpadel. Pierwsze trzy łopaty poszły gładko, czwarta trafiła w korzeń i odbiła mu się aż w barkach. Potem już było tylko gorzej. Glina wchodziła między ostrze a ziemię, przyklejając się do stali grubymi plackami, które trzeba było zbijać o kamień co kilka ruchów; z każdym stopniem w dół robiło się ciężej, mokrzej i chłodniej, a dół wypełniał się tym gęstym, mdłym zapachem, który Gareth znał z rozkopanych wybiegów po deszczu. Ostatni raz łopatę w dłoni miał kilkanaście lat temu, gdy starsi bracia uczyli go "magizoologicznego" fachu, czyli przerzucania zwierzęcego gówna z jednej sterty na drugą. Zapomniał już jak fizycznie wyczerpujące jest to zajęcie; ulany niezastygającym potem, najpierw zdjął płaszcz, następnie kamizelkę. Koszula przykleiła mu się do pleców i parowała w nocnym powietrzu, włosy spadały mu na twarz zlepionymi strąkami, a on tylko odgarniał je przedramieniem, zostawiając sobie na czole brudne, wyjątkowo irytujące pasmo. Kopał tak długo, że przestał liczyć, aż w pewnym momencie szpadel stuknął. Gareth zamarł z nogą na pacie, po czym opadł na kolana i zaczął zgarniać ziemię gołymi rękami. Odsłoniła się przed nimi szara, gładka powierzchnia. To nie była kurwa trumna. Beton. Z niedowierzaniem, przeciągnął po nim dłonią raz i drugi, szukając krawędzi, szukając styku, szukając czegokolwiek, co dałoby się podważyć. Nie było niczego. — No i chuj. — Oparł przedramiona o krawędź i podniósł na nią wzrok z dołu, ubłocony, zziajany, czerwony jak burak. Wygramolił się po ziemi, chwytając się trawy pękami, i stanął nad rozkopaną dziurą, w głowie unicestwiając całą wiązankę mało wyrafinowanych przekleństw. Z trupami i tak by nie wyszło. Ale szkoda, tak czy siak, bo liczył na to, że bliźniaków Carrow pochowali z jakimiś rodowymi błyskotkami. Może nawet udałoby mu się je jakoś przemycić poza czujnym wzrokiem Heli. — Albo ktoś nas ubiegł, albo chuj wie co z tymi Carrow. I tak z bycia ghoulem by nic nie wyszło — Wbił szpadel w hałdę, żeby stał. — Weźmy kogoś z okolicy, nijakiego, takiego, za kim nikt się nie obejrzy. Jutro, w dzień, albo wieczorem. Może w knajpie, przy piwie i kartach. Wystarczy, że przejdziesz obok tych kapcanów i masz każdego w garści. Sensowną kobietę też się znajdzie. Rozejrzał się po wszystkich garbatych kamieniach alei, ale jakoś nie znalazł dobrego żartu na zakończenie ich przygody. — A ta dziura niech zostanie. Zasypiemy ją rano. Albo i nie. Koniec sesji
|