![]() |
|
[13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) (/showthread.php?tid=6379) |
[13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Astoria Avery - 10.09.2026 13.10.1972
Dom Leviathana Czekała. Zachciało się jaszczurowi jednemu wojaży. I żeby chociaż dał znak życia przez te trzy dni, to chociaż nie musiałaby się martwić. A tak? Siedział jej nieustannie z tyłu głowy, nawet jeśli powtarzała sobie, że to tylko wycieczka i nic złego nie może mu się stać. Po prostu dobrze się bawił i nie miał czasu na jakieś liściki. Prawda? Nie miała ochoty krążyć po mieście ani wracać do własnych obowiązków, skoro wiedziała, że jego powrót z Włoch powinien nastąpić lada chwila. Znalazła się w jego salonie, wyrzucona z kominka przez krótki wir zielonych płomieni. Otrzepała ramiona i poprawiła materiał granatowej sukienki, następnie wyciągnęła różdżkę i oczyściła tkaninę z sadzy. Rozejrzała się po pomieszczeniu, by wyłapać jakiekolwiek zmiany od jej ostatniej wizyty, ale nie zanotowała takowych. Przeszła więc do regału i wyciągnęła średniej grubości powieść dla zabicia czasu. Rozsiadła się wygodnie na kanapie i otworzyła książkę; myślami była jednak gdzie indziej. Zastanawiała się, jak wyglądała jego podróż. Czy znalazł tam coś interesującego, czy może cała ta wyprawa okazała się bardziej męcząca niż przypuszczał. Nie do końca rozumiała, dlaczego czuła jakiś wewnętrzny niepokój, kiedy o nim myślała. Zwalała to na karb wydarzeń ze Spalonej Nocy, z przepracowania i ogólnego stresu, nasilającego się od ponad miesiąca. Fakt, że na zewnątrz pozostawała opanowana sprawiał, że wszystko kotłowało się w środku czarownicy, a negatywne emocje nie znajdowały ujścia - w konsekwencji jej organizm reagował nadmiernym zmęczeniem, a serce niekiedy gubiło rytm (co nie powinno mieć miejsca, biorąc pod uwagę zażycie eliksiru na włochatość cztery tygodnie temu). Wiedziała, że powinna zwolnić, dać sobie czas na regenerację, a jednocześnie robiła dokładnie odwrotnie, co chwila nakładając na siebie nowe obowiązki. Westchnęła pod nosem, próbując skupić się na powieści, co rusz spoglądając w kierunku drzwi. Czekała. RE: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Leviathan Rowle - 10.09.2026 Sowy miały to do siebie, że nie latały wcale tak szybko. Listy więc, niestety, musiały poczekać, bo Leviathan prędzej by z wycieczki wrócił, niż poczta z dnia pierwszego zostałaby doręczona. Jego zdaniem też, nie było czym się martwić. Wycieczka jak wycieczka – nie pierwsza i nie ostatnia w życiu, szczególnie że z ramienia Cutty Sark zdarzało mu się już podróżować. Jak się jednak okazało w trakcie, wcale nie było tak łatwo, prosto i przyjemnie. Znaczy pewnie niektórzy znaleźliby w tej przygodzie pozytywy, ale dla niego te kończyły się na adoptowanym niuchaczu. Wszelkie krwawe zapędy zwierzątka skończyły się i wróciło do normalności, jakby im dalej znajdowali się od włoskiem ziemi, tym lepiej mu się robiło. Cokolwiek wtedy niuchacza opętało, zostało w podziemiach starego kompleksu, który siedział na leczniczych źródłach. O maledictusie też nie było nic więcej słychać do ich wyjazdu, co natomiast Rowla absolutnie nie martwiło, bo jeszcze by się okazało że dziewczyna cokolwiek pamiętała. W najlepszym możliwym przypadku przyjęła swoją nową formę i żyła jako żaba, gotując się w ciepłych źródłach. Drzwi do domu skrzypnęły, ustępując pod kluczem, a potem w przedsionku poniosły się kroki. Powolne, niespieszne, a może też trochę wyliczone żeby nie drażnić zanadto wrażliwej od poparzeń skóry. Miał ze sobą niewielki kenel, w którym transportował niuchacza, ale na razie odstawił go przy wejściu do pokoju i tam zatrzymał się. — Astoria — podłapał jej uwagę, a może było w tym i odrobinę zdziwienia, jakby od tych wszystkich przeżyć ostatnich dni zapomniał odrobinę, że ktoś mógł na niego czekać. — Co czytasz? — zainteresował się, ale w pozorny sposób, jakby chcąc czym prędzej przepchnąć konwersację na wybrany przez niego tor, a nie to co mogło się jej od razu rzucić w oczy. Skóra nosiła na sobie czerwone plamy; okropne bąble zdążyły częściowo wchłonąć się pod wpływem maści, które zaoferowali mu włoscy uzdrowiciele, ale potrzeba było nieco więcej czasu, by wszystko dokładnie wyleczyć. RE: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Astoria Avery - 14.09.2026 Astoria uniosła wzrok znad książki dopiero po chwili, pozwalając, by jego głos wybrzmiał w salonie. Przez ten krótki moment zdążyła jednak dokładnie mu się przyjrzeć. Nie tyle twarzy, którą znała przecież doskonale, ile wszystkiemu, czego nie zdołał przed nią ukryć. Czerwone ślady na skórze, nierówności po oparzeniach, ostrożność ruchów, która zdradzała znacznie więcej niż jego spokojne wejście. Nawet sposób, w jaki odstawił kenel przy wejściu, wydawał się przemyślany, jakby każdy gwałtowniejszy ruch przypominał mu o odniesionych obrażeniach. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim odrobinę dłużej. Książka w jej dłoniach przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zignorowała jego pytanie. Intuicja jej nie zawiodła, jednak coś się wydarzyło. Zmrużyła lekko oczy o zamknęła książkę z cichym trzaskiem, a potem odłożyła ją na stolik. Wstała. Jej ruch był spokojny, niemal chłodny, lecz w tym spokoju kryło się coś znacznie bardziej wymownego niż gniew podniesionego głosu. Podeszła kilka kroków bliżej, przyglądając mu się z coraz większą uwagą. Nie dotknęła go od razu. Najpierw chciała ocenić, jak poważne były obrażenia. Nie znała się na leczeniu, ale te plamy nie wyglądały dobrze. A on, oczywiście, zachowywał się tak, jakby właśnie wrócił ze zwyczajnego spaceru. - Co. Się. Stało. - wysyczała przez zaciśnięte zęby. Ostrożnie ujęła jego twarz w dłonie i obracała ją pod różnymi kątami, żeby sprawdzić, jakie jeszcze ślady tam znajdzie. Pod tym całym chłodem, który próbowała utrzymać, pozostawała jedna, bardzo prosta myśl: wrócił. Cały. Może poparzony, może zmęczony, ale wrócił. Może dlatego jej złość była tak trudna do ukrycia. Gdyby nic dla niej nie znaczył, mogłaby po prostu wzruszyć ramionami. Tymczasem już zaczynała zastanawiać się, jak mu pomóc. - Oglądał cię jakiś uzdrowiciel? Co to, do cholery, jest? - musiała mieć szerszy obraz rzeczywistości, jeśli miała działać. Jedno jest pewne - nie zamierzała go zostawić samego w takim stanie, nawet jeśli próbował robić dobrą minę do złej gry. Wyczuwała znacznie więcej, niż chciał jej pokazać i nie odpuści mu dokładnych wyjaśnień. Znał ją na tyle, by poznać to jej nieustępliwe spojrzenie. RE: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Leviathan Rowle - 03.10.2026 Nie pierwszy i nie ostatni raz, przydarzyło mu się coś, z czego wyszedł w tak średnim stanie. Ba, pewnie nie raz kończył jeszcze gorzej niż obolały i z czerwonymi plamami na skórze, które przecież zaraz się zagoją. Dzień jak co dzień, chciałoby się powiedzieć, ale to co dla niego było codziennością, wcale przecież nie musiało być tym samym dla niej. Przez chwilę się jej przyglądał, ale wreszcie sięgnął do płaszcza i zsunął go z barków, rzucając na oparcie fotela, który stał najbliżej wejścia do pokoju dziennego. W tym czasie ona zdążyła uważnie go obejrzeć, lustrując znamiona i wreszcie wstać, by podejść do niego i ująć twarz w dłonie. Uśmiechnął się do niej łagodnie, jakby chciał w ten sposób uspokoić. — To nic takiego — zapewnił ją. — Podczas wycieczki okazało się, że kurort w którym się zatrzymaliśmy miał… szkodniki… — prychnął pod nosem, jakby rozbawiony własnym doborem słów. — Oparzenia. Były wcześniej bąble, ale zdążyły już zniknąć. Tak, oglądał mnie medyk i dali mi nawet jakąś maść, żeby to wszystko szybciej zaleczyć i wróciło do normy. Działa, a przynajmniej tak zakładam, po tym jak szybko zniknęła opuchlizna. Zostały w głównej mierze te plamy — sięgnął do jej dłoni i delikatnie, acz stanowczo, odsunął je od swojej twarzy. — Zostało mi jej jeszcze, więc jeśli będę jej dalej używać, to za parę dni wszystko powinno być już w jak najlepszym porządku — próbował ją jeszcze uspokoić, nie będąc w stanie nie dostrzec jej wzburzenia. Czasem chyba zwyczajnie zapominał, że ktoś mógł się o niego martwić, kiedy całe swoje życie pracował z magicznymi stworzeniami. I to nie byle jakimi, a panami przestworzy, którzy w swej naturze byli jednymi z najniebezpieczniejszych bestii, jakie można było napotkać na swojej drodze. RE: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Astoria Avery - 16.10.2026 Stał przed nią z poparzoną skórą, opowiadał o wszystkim tonem człowieka, któremu podczas wakacji przydarzyła się co najwyżej niedogodność związana z kiepską pogodą, a na dodatek najwyraźniej oczekiwał, że kilka zapewnień wystarczy, by uznała sprawę za zamkniętą. Jak gdyby obrażenia traciły na znaczeniu tylko dlatego, że on sam nie przywiązywał do nich większej wagi. Nie odwzajemniła uśmiechu. Kiedy odsunął jej dłonie, pozwoliła mu na to bez oporu. Palce, pozbawione nagle oparcia, zawisły na krótką chwilę w powietrzu, nim opuściła je wzdłuż ciała. - Na litość Matki, czy ty w ogóle siebie słyszysz? - zapytała wreszcie, unosząc nieznacznie brwi. Nie podniosła głosu. Przeciwnie, mówiła z tą szczególną, starannie odmierzającą każde słowo powściągliwością, która u Averych zwykle zwiastowała znacznie poważniejsze niezadowolenie niż jakikolwiek krzyk. - Wróciłeś z Włoch poparzony, a próbujesz mi wmówić, że to drobnostka, ponieważ opuchlizna zdążyła zejść. Doprawdy, niezwykle pocieszające. Złość nie przeszkadzała jej dostrzegać szczegółów. Nie była uzdrowicielką i nie zamierzała udawać, że zna się na leczeniu oparzeń lepiej od włoskich medyków. Wiedziała jednak, że istnieje zasadnicza różnica między otrzymaniem lekarstwa a sumiennym przestrzeganiem zaleceń. A Leviathan, którego znała od lat, należał do ludzi zdolnych wykazać się niezwykłą cierpliwością wobec najbardziej kapryśnego stworzenia, jednocześnie traktując własne zdrowie z zadziwiającą niedbałością. Było w tym coś niemal obraźliwego. - Co to właściwie były za szkodniki? - Jej spojrzenie nabrało podejrzliwej przenikliwości. Nie oczekiwała koniecznie szczegółowej relacji z każdego dnia podróży. Nie zamierzała również go przesłuchiwać. Chciała jedynie usłyszeć coś więcej niż starannie wygładzoną wersję wydarzeń, w której niebezpieczeństwo zostało sprowadzone do niewygodnego epizodu, a obrażenia do kosmetycznego problemu. Wypuściła powietrze przez nos. - Pokaż mi tę maść. I powiedz, kiedy ostatnio ją nakładałeś. Dopiero teraz, kiedy pierwsze wzburzenie zaczynało ustępować miejsca bardziej praktycznym rozważaniom, poczuła, jak bardzo ulżyło jej na jego widok. Zerknęła jeszcze na pozostawiony przy wejściu kenel. Dopiero teraz przypomniała sobie o jego obecności. - Co takiego przywiozłeś? Szkodnika? - podniosła lekko brwi, a kącik jej ust drgnął ledwie dostrzegalnie. RE: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Leviathan Rowle - 25.10.2026 Słyszał siebie, bardzo głośno i wyraźnie. Oprócz tego oczywiście uważał, że wcale nie brzmiał nierozsądnie i wszystko było w jak najlepszym porządku, jeśli chodziło o prowadzoną przez niego narrację. Trochę go poparzyło no i co? Zaraz się wyleczy, wszystko wróci do normy i w sumie to pewnie o całej sprawie zapomni. W innym przypadku pewnie gotowy był stwierdzić, że to zmartwienie definitywnie działało mu na nerwy, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby jej przydarzyła się podobna rzecz, martwiłby się dokładnie tak samo. Żądałby odpowiedzi, powodów, wytłumaczeń… wszystkiego, co mogłoby poznać sprawę i rozwiązać jej ewentualne problemy. Może dlatego był o wiele łagodniejszy, niż w obecności innych. — Maledictus — odpowiedział, nie zamierzaj kryć przed nią prawdy. — Wiesz co to? To kobieta, która cierpi na klątwę. Zaszczepia w ciele czarnomagiczne stworzenie. Jakąś jego esencję, która przejmuje nad ciałem kontrolę od czasu do czasu, głównie w chwilach dużych emocji. Bestia uwalnia się, a potem wraca do środka, ale z czasem napady są częstsze i trwają dłużej. Ten konkretny? Dla niego nie było już powrotu. Zmienił się w jakąś okropną ropuchę, więc próbowałem skrócić jego męki. Kiedy maledictus przemieni się permanentnie, nie ma dla niego powrotu. I ratunku — wytłumaczył, najlepiej jak umiał. Klątwy nie były jego specjalnością, ale ta konkretna dotyczyła stworzeń. Co prawda tych, których już nie było na ich świecie, ale wciąż istniały w legendach. — Była pokryta jakimś śluzem i szlamem, co w połączeniu z gorącymi źródłami, w których się moczyła, zaowocowało nieprzyjemnymi oparami. Stąd się wzięły moje bąble — uśmiechnął się do niej słabo, ale zaraz ten wyraz rozszerzył się, a Leviathan nawet zaśmiał krótko. — To nie szkodnik. To niuchacz — pochylił się i otworzył drzwiczki kenela. Niewielkie stworzonko, które przypominało kreta, wyjrzało z niego nieufnie. Następnie mag sięgnął do bagażu, z wierzchniej kieszeni torby podróżnej wyciągając niewielkie puzderko. — To maść. Nakładałem ją rano — bo może nie traktował swoich obrażeń przesadnie poważnie, ale jednocześnie chciał się ich pozbyć jak najszybciej. RE: [13.10.1972] Courtesy of care (Astoria Avery, Leviathan Rowle) - Astoria Avery - 29.10.2026 Znała to określenie. A przynajmniej wydawało jej się, że kiedyś natknęła się na nie w jednej z książek poświęconych czarnomagicznym klątwom, być może jeszcze podczas nauki w Hogwarcie. Nie potrafiła jednak przypomnieć sobie ani dokładnej definicji, ani okoliczności, w których je zasłyszała. Maledictus. Brzmiało znajomo, lecz zarazem na tyle obco, że początkowo nie wiedziała, czego właściwie powinna się spodziewać po jego wyjaśnieniach. Zmarszczyła lekko brwi, wsłuchując się w kolejne słowa przyjaciela, a jej wcześniejsze oburzenie stopniowo ustępowało miejsca coraz większemu zdumieniu. - Co? Kobieta zamieniała się w ropuchę? - upewniła się, unosząc brwi. - Na zawsze? Matko… to straszne. Nie potrafiła powstrzymać osobliwego dreszczu, który przebiegł jej po plecach. Perspektywa spędzenia reszty życia pod tak mało wdzięczną postacią wydawała jej się wyjątkowo ponura, nie mówiąc już o nieodwracalności tego aspektu. - Wiadomo skąd się to bierze? - zapytała, marszcząc lekko brwi. Czy klątwa była dziedziczna? Czy ktoś musiał ją rzucić? A może wystarczył nieszczęśliwy zbieg okoliczności, kontakt z niewłaściwym przedmiotem albo stworzeniem? Zamilkła na moment, przyglądając się czerwonym śladom na jego skórze. - Nie przeszło na ciebie, prawda? Powinieneś iść do Munga, przebadać się porządnie - jej zamartwianie było czasami absurdalne, ale biorąc pod uwagę jej traumatyczne, mimo młodego wieku, doświadczenia - śmierć Juliana, Xandera, Penelope - miała prawo do odrobiny paranoi. Tym bardziej, że w ostatnim czasie przyszło jej patrzeć na śmierć stałej klientki galerii i sama o mało nie zginęła, dwa razy, jeśli liczyć niefortunnej wyprawy do zapuszczonej posiadłości. A tu przecież chodziło o czarodzieja tak bliskiemu jej sercu, że nie wyobrażała sobie stracić i jego. Sama możliwość wydawała jej się tak nieznośna, że niemal natychmiast odsunęła ją od siebie. Nie chciała obarczać go ciężarem swych lęków, ale tak, bywała nadopiekuńcza i musiał to znosić. Kiedy jednak otworzył transporter, uwaga Astorii mimowolnie powędrowała ku niewielkiemu stworzeniu. Z początku przyglądała mu się z zainteresowaniem, pochylając nieznacznie głowę, by lepiej dostrzec ciemny pyszczek i drobne łapki. Urok ten prysł jednak równie szybko, jak się pojawił. - Niuchacz? Fuj - spojrzała na pierścionki zdobiące jej palce i poprawiła bransoletkę na nadgarstku. - Niech się trzyma z dala od mojej biżuterii. Po co go zabrałeś? Nie zamierzała jednak pozwolić, by niewielki mieszkaniec transportera całkowicie odwrócił jej uwagę od pierwotnego problemu. Gdy Leviathan pokazał jej puzderko, wyciągnęła dłoń, oczekując, że pozwoli jej obejrzeć zawartość. - Rano? - powtórzyła, podnosząc na niego wzrok. - A ile razy dziennie miałeś jej używać? Widziała, że nie był obłożnie chory, ale skoro już tu była, mogła dopilnować, by tym razem nie zaniedbał rekonwalescencji. - Chodź, położysz się. Jesteś głodny? Mogę zawołać skrzata - dotknęła jeszcze jego czoła, żeby sprawdzić temperaturę, choć nawet jeśli jej wiedza medyczna skończyłaby się na informacji "cieplejsze niż moja dłoń" lub "zimniejsze niż moja dłoń". |