![]() |
|
[19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria (/showthread.php?tid=6390) |
[19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 11.09.2026 walentynkowe bingo 19 października 1972
Późne popołudnie Jesień 1972 roku wkraczała do Anglii chłodnymi, podstępnymi mgłami, które z każdym dniem coraz szczelniej owijały ulice. Dla Rodolphusa Lestrange’a był to czas wyjątkowo intensywnej i precyzyjnie usieciowionej pracy. Wybudowanie sprawnego, międzynarodowego fundamentu pod plany Czarnego Pana wymagało absolutnej przytomności umysłu, ciągłej kontroli i niewzruszonej dyscypliny. A jednak w ten bezwzględny, chłodny rygor wkradł się nagły, nieprzewidziany czynnik. Osiemnastego października, u progu dżdżystego poranka, do okna jego gabinetu w domu w Little Hangleton zapukała sowa pocztowa. Dostarczyła niewielką, starannie złożoną kartkę papieru opatrzoną nieco drżącym, choć wciąż dystyngowanym pismem pani Alderley. Staruszka, której pomógł razem z Astorią, informowała o nagłym i gwałtownym pogorszeniu swojego zdrowia. Prosiła o drobną pomoc w uporządkowaniu bieżących sprawunków oraz załatwieniu eliksirów, z którymi jej własne, osłabione siły nie pozwalały jej się już zmierzyć. Pisała, żeby nie informował na razie Astorii, bo nie chce jej martwić. Lestrange zgodził się bez ułamka wahania. Choć jego codzienność wypełniały chłodne kalkulacje i niebezpieczne polityczne gry, wobec pani Alderley i jej prośby nie mógł odmówić - wiedział, że inni mogli patrzeć mu na ręce. I chociaż 17 października uznał, że przestaje gonić króliczka o nazwisku Avery, to nie chciał stracić w jej oczach. Natychmiast porzucił zaplanowane na ten dzień spotkania i wyruszył, by osobiście zająć się jej sprawami. Jeszcze tego samego popołudnia zjawiał się w jej spowitym ciszą domu. Osobiste sprowadzenie i dostarczenie najprzedniejszych, trudno dostępnych eliksirów wzmacniających było dla niego zaledwie wstępem. Z właściwym sobie, chłodnym autorytetem odbył długą i niezwykle rzeczową rozmowę ze sprowadzonym uzdrowicielem, wyciągając od niego bezlitośnie szczegółowe prognozy dotyczące stanu zdrowia staruszki. Diagnoza nie pozostawiała wątpliwości – organizm czarownicy był skrajnie wyczerpany, a przełom miał nastąpić lada moment. Gdy dzień później uzdrowiciel bez ogródek oświadczył, że nadchodząca noc będzie dla kobiety absolutnie kluczowa i to właśnie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin rozstrzygnie się, czy jej ciało podejmie walkę, Rodolphus działał bez zwłoki. Złamał niewypowiedzianą i nieprzypieczętowaną obietnicę, po czym napisał i wysłał natychmiastową sowę do Astorii. Wiedział, że obecność młodej czarownicy była w tej sytuacji niezbędna – zarówno dla samej pani Alderley, jak i dla spokoju ich obojga. Teraz panował półmrok, charakterystyczny dla wczesnego jesiennego wieczoru. Rodolphus siedział w przepastnym, wyściełanym ciemnym welurem fotelu w salonie pani Alderley. Pomieszczenie tonęło w miękkim, półmrocznym cieniu, rozświetlanym jedynie nikłym, dogasającym blaskiem resztek drewna w kominku. Na małym stoliku obok jego dłoni stała porcelanowa filiżanka z naparem z ziół, wykończona delikatnym, złoconym rantem. Herbata dawno już jednak wystygła, pokrywając się na powierzchni gładką, nienaruszoną taflą, której Lestrange nawet nie dotknął. Siedział w całkowitym bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w wysokim, wąskim oknie salonu. Za szybą deszcz bębnił w monotonny, hipnotyzujący sposób, a mrok nocy zdawał się niemal naciskać na szyby, próbując wlać się do wnętrza ciepłego dotąd domu. Sylwetka czarodzieja była wyprostowana, skrojona w nienaganny, ciemny garnitur, który w ogóle nie stracił swojej formy mimo wielogodzinnego czuwania. Twarz Rodolphusa wyglądała jak rzeźbiona z blednącego marmuru – ponura, nieprzenikniona i zastygała w milczeniu. Kilka metrów od niego, po drugiej stronie krótkiego korytarza, znajdowały się drzwi do sypialni staruszki. Były szczelnie zamknięte, odcinając salon od cichego, ciężkiego oddechu śpiącej kobiety. Co jakiś czas zza grubego drewna dobiegał jedynie cichy szmer przesuwanego prześcieradła lub stłumione stąpnięcie doglądającego jej uzdrowiciela. Rodolphus nie ruszał się z miejsca. Wyglądał niczym milczący, stalowy strażnik postawiony na granicy dwóch światów. Jego jasne oczy odbijały nikłe błyski deszczu spływającego po zewnętrznej stronie okiennych szyb. W głowie przesuwał kolejne scenariusze, analizując ewentualne konsekwencje nadchodzącego świtu, ale na zewnątrz pozostał absolutnie opanowany. Czekał na krok Astorii i na to, co przyniesie ta długa, niepewna noc. Czy w ogóle dostała sowę? Może szybciej byłoby kogoś po nią posłać już samemu teleportować się do jej pracowni? RE: [19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 14.09.2026 Drzwi domu Alderley otworzyły się gwałtownie i do pogrążonego w półmroku wnętrza wpadł podmuch chłodnego, wilgotnego powietrza. Zaraz za nim pojawiła się Astoria, nieco zdyszana, z oddechem wciąż przyspieszonym po pośpiesznym przybyciu. Kilka kosmyków włosów wymknęło się z misternie ułożonej fryzury, a wilgoć osiadła na skraju jej płaszcza, lecz tym razem zupełnie nie zwracała na to uwagi. W klatce piersiowej czuła nieprzyjemny ucisk, uporczywy i ciężki, jakby ktoś zacisnął jej pod żebrami niewidzialną obręcz. Z każdym głębszym wdechem przypominał o sobie, lecz czarownica konsekwentnie spychała to odczucie na dalszy plan. Nie zamierzała teraz zajmować się sobą. Nie po to tak się spieszyła. Wiekowa wiedźma nie była jej szczególnie bliska. Łączyła je raczej pamięć o babce Astorii niż prawdziwa zażyłość. A jednak ostatnie wydarzenia odcisnęły się na młodej czarownicy na tyle, że nie potrafiła zignorować staruszki, gdy ta potrzebowała pomocy. - Gdzie ona jest? - zapytała, ale nie zaczekała na odpowiedź; ruszyła wzdłuż korytarza. Jej kroki odbijały się cicho od drewnianej podłogi, aż wreszcie zatrzymała się przed drzwiami i uchyliła je ostrożnie. W sypialni panował półmrok. Zasłony były niemal całkowicie zaciągnięte, a jedynym źródłem światła pozostawała niewielka lampa stojąca przy łóżku. Jej blask padał na bladą twarz staruszki, czyniąc ją jeszcze drobniejszą i bardziej kruchą. Pani Alderley leżała nieruchomo pod ciężkim przykryciem, pogrążona w głębokim śnie, z oddechem tak cichym, że przez pierwszą chwilę Astoria musiała wytężyć słuch, aby upewnić się, iż rzeczywiście oddycha. Nie ocknęła się na jej przyjście. Podeszła więc bliżej. - Pani Alderley? To ja, Astoria. Żadnej odpowiedzi. Staruszka nawet nie drgnęła. Młoda czarownica stała przez chwilę przy łóżku, jakby oczekiwała, że za moment powieki starszej kobiety uniosą się i wszystko okaże się mniej poważne, niż przedstawiał to Rodolphus. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Dopiero teraz dostrzegła stolik nocny. Stało na nim mnóstwo fiolek i buteleczek o rozmaitych kształtach. Obok nich piętrzyły się niewielkie słoiczki z maściami, część już otwarta. Całość wyglądała niemal jak małe laboratorium ustawione przy łóżku chorej kobiety. Widok ten powiedział jej więcej niż jakiekolwiek zapewnienia. Usiadła na brzegu materaca i przez moment przyglądała się twarzy pani Alderley. Potem bardzo ostrożnie wyciągnęła dłoń i pogładziła ją po włosach. Staruszka nadal się nie poruszyła. Astoria cofnęła rękę. Wstała powoli, nie chcąc robić więcej hałasu, i jeszcze raz spojrzała na leżącą kobietę. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że patrzy na kogoś już nie tyle śpiącego, ile bardzo odległego, oddzielonego od świata grubą, niewidzialną zasłoną. Wyszła z sypialni i przymknęła za sobą drzwi. Na korytarzu zatrzymała się, opierając plecy o chłodną ścianę. Wciągnęła powietrze głęboko, lecz oddech nie chciał się wyrównać. Pierś unosiła się szybko, a palce zacisnęły się na materiale płaszcza. Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, jak poważny był stan wiekowej wiedźmy. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła wpatrującego się w nią Rodolphusa. Właściwie dlaczego to on wiedział pierwszy? To ona miała powody, by interesować się jej losem. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że ktoś bez pytania przesunął pionek na jej szachownicy. - Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś? - czuła irytację i strach o życie znajomej, a on był pierwszą osobą, na której mogła się wyładować. RE: [19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 15.09.2026 Rodolphus pozostał niewzruszony. Gdy czarownica wpadła do wnętrza i w gorączkowym pośpiechu minęła go, znikając za zamkniętymi drzwiami sypialni, on nawet nie drgnął. Nie podniósł się z wyściełanego welurem fotela, nie ruszył za nią ani nie próbował zatrzymywać jej chaotycznych kroków. W spowitym półmrokiem salonie sprawiał wrażenie nienaturalnie wręcz posągowego, jakby był jedynie nieodłącznym elementem architektury tego wiekowego domu. Dopiero gdy cichy klik zamykanych drzwi obwieścił jej powrót do korytarza, a jej pełne wzburzenia i lęku pytanie rozcięło ciężką ciszę pomieszczenia, Lestrange powoli odwrócił w jej stronę głowę. Jego wzrok był chłodny, zacięty i absolutnie pozbawiony emocji. Zmierzył uniesioną, lekko zdyszaną postać Astorii bez najmniejszego cienia wyższości czy satysfakcji, cedząc słowa spokojnym, głębokim głosem, w którym brzmiała wyłącznie powaga sytuacji. – Pani Alderley poprosiła mnie o to, bym cię nie informował – powiedział gładko, a każdy wyraz odpadał od jego warg z precyzją skalpela. – Bardzo wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie chce, abyś się martwiła, ani żebyś odrywała się od swoich spraw dla jej słabości. Zamilkł na ułamek sekundy, pozwalając, by waga tego wyznania wybrzmiała w cichym salonie, po czym kontynuował równie rzeczowym, niewzruszonym tonem: – Jednak dzisiaj jej stan uległ gwałtownemu pogorszeniu. Uzdrowiciele po zbadaniu jej wyrarazili się jasno – ta noc jest kluczowa dla jej życia. W tych okolicznościach uznałem, że dotrzymanie jej słowa byłoby błędem. Musiałem cię powiadomić. Nie czekając na jej reakcję ani nie wchodząc w dalsze dyskusje z narastającą w niej irytacją, Rodolphus bez słowa odwrócił wzrok z powrotem w stronę wysokiego, wąskiego okna. Przez szyby wciąż bębnił miarowy, zimny deszcz, odbijając w ciemnej tafli ponure, blade rysy jego twarzy. Ponownie zastygł w czujnej, milczącej obserwacji nocy, zostawiając ją na korytarzu z ciężarem prawdy. Nie miał zamiaru podejmować rzuconej pod swoje stopy rękawicy pełnej irytacji, wściekłości i całej mieszaniny emocji, na które nie zasłużył. Zamknął się ponownie jak ślimak w swojej skorupie, mogła go obrażać, mogła krzyczeć, mogła nawet podnieść na niego rękę - on obiecał, że tu będzie, dopóki ta noc nie minie. RE: [19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 17.09.2026 Przez dłuższą chwilę pozostawała na korytarzu, oparta plecami o chłodną ścianę. Słowa Rodolphusa docierały do niej powoli, jakby każde z nich musiało najpierw przebić się przez ciężką warstwę niepokoju, która od chwili wejścia do sypialni zaciskała się wokół jej myśli. Pani Alderley sama o to poprosiła. Gniew, który jeszcze przed momentem tlił się w niej na samą myśl o tym, że Lestrange przez tak długi czas milczał, nagle stracił nieco ze swojej ostrości. Nie zniknął całkowicie - Astoria wciąż uważała, że powinna była wiedzieć wcześniej - lecz teraz przynajmniej rozumiała powód jego milczenia. Trudno było przecież sprzeciwiać się życzeniu chorej kobiety, zwłaszcza kiedy wypowiedziała je z myślą o oszczędzeniu jej zmartwienia. A jednak obraz pani Alderley leżącej bez ruchu na łóżku nie pozwalał jej przyjąć tego wyjaśnienia z ulgą. Powoli oderwała plecy od ściany. Jeszcze raz spojrzała na zamknięte drzwi sypialni. Wzięła głębszy oddech, lecz ucisk w klatce piersiowej znów dał o sobie znać. Tym razem nie próbowała się z nim szarpać. Oparła dłoń na piersi, jakby samym gestem mogła uspokoić przyspieszone bicie serca. Dopiero po chwili ruszyła w stronę salonu i ciężko opadła na kanapę. Materiał miękko ugiął się pod jej ciężarem, a ona niemal natychmiast pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. Ukryła twarz w dłoniach. I wtedy wszystkie myśli, które dotąd trzymała pod kontrolą, zerwały się ze smyczy. Ostatnie tygodnie były jednym wielkim szeregiem spraw do załatwienia. Obowiązki, zbliżające się Samhain, a teraz jeszcze to. Czarownica zacisnęła palce na skroniach. W tym roku śmierć już dwukrotnie przeszła przez jej życie - w marcu zginął jej narzeczony, a podczas Spalonej Nocy zginęła stała klientka galerii, którą traktowała jak starą znajomą. A teraz siedziała tutaj, w obcym domu, wiedząc, że za drzwiami leży kolejna osoba, której życie mogło zakończyć się tej nocy. Kolejna. Ile jeszcze? Kto następny? Czy odtąd każdy dzwonek do drzwi miał zwiastować wiadomość, której nie chciała usłyszeć? Każda sowa przylatująca o niewłaściwej porze miała przynosić kolejne nazwisko? Czy naprawdę miała codziennie budzić się z tą samą myślą, że ktoś z jej otoczenia może nie doczekać następnego ranka? Przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała zetrzeć z niej zmęczenie. A może rzeczywiście była tym, czym tak chętnie uczyniła ją Arista Black? Pechową czarną niedoszłą wdową. Określenie, które jeszcze niedawno mogło ją jedynie rozdrażnić, teraz wróciło z zupełnie innym ciężarem. Xander. Penelope. Teraz Alderley. W ciągu jednego roku. Może śmierć rzeczywiście upodobała sobie ludzi, którzy znajdowali się zbyt blisko niej. Myśl ta była niedorzeczna. A mimo to nie chciała odejść. Przytłaczała ją coraz bardziej. - Ona nie może umrzeć - pokręciła głową. - Każdy… ginie… - jej wnioski były przerysowane i gdyby nie zmęczenie zarówno fizyczne jak i psychiczne, najpewniej nigdy by się tak nie zachowała. Ale teraz? Teraz się rozpadała. Każda ze śmierci, których doświadczyła, wracała do niej echem, kolejnymi falami bólu. Kręciła głową i nawet nie zauważyła, kiedy łzy zaczęły płynąć wąskimi strużkami w dół rumianych policzków. RE: [19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 17.09.2026 Rodolphus milczał. Nie poruszył się ani o cal, gdy ciężkie kroki Astorii ucichły na korytarzu, a chwilę później materiał kanapy ugiął się pod jej ciężarem. Jego wzrok wciąż spoczywał na zaciągniętej mrokiem szybie okiennej, na której strużki deszczu rzeźbiły chaotyczne, rozedrgane wzory. Zupełnie tak, jakby deszcz który przyszedł, chciał dać im coś do zrozumienia. Jego twarz pozostawała zastygła, zimna i nienagannie wyprana z jakichkolwiek emocji – jak dłutowana z marmuru rzeźba. A jednak pod tą grubo ciosaną, rodową maską obojętności w głębi jego umysłu panował absolutny, gęsty spokój kogoś, kto doskonale znał ten rodzaj paraliżującego mroku. Rozumiał ją. Aż za dobrze. Sam przeszedł przez ten piekielny kierat i dobrze pamiętał smak tamtego bezsilnego gniewu. Kolejne nagłe śmierci bliskich, kolejne zdrady, kruszenie się fundamentów świata, który wydawał się wieczny i nienaruszalny… To wszystko, zwalone na barki jednego człowieka pozostawionego samemu sobie w spowitym żałobą domu, potrafiło złamać najsilniejszą wolę i doprowadzić do czystego, bezbrzeżnego szaleństwa. Widział w jej chaotycznym rozpadzie ślady własnych dawnych ran, które wprawdzie dawno zabliźniły się grubą tkanką bezwzględności, ale wciąż potrafiły przypomnieć o swoim istnieniu. Gdyby nie one, nie byłby tym, kim się stał. Czy to dobrze, czy to źle - nie jemu było oceniać. Gdy cichy, drżący szept czarownicy przeciął duszną atmosferę salonu, a z jej ust wyrwało się to bezsilne, przerażone wyznanie, Rodolphus wreszcie odwrócił głowę. Ujrzał jej pochyloną sylwetkę, wstrząsane bezgłośnym szlochem ramiona i wąskie, błyszczące w wątłym blasku lampy strużki łez, które gęstymi strumieniami spływały po jej policzkach. Nie było w tym obrazie nic z dorywczo przybieranej, dumnej maski dziedziczki czy czarownicy kontrolującej własny los. Była po prostu zniszczoną przez ból kobietą, która dotarła do granicy wytrzymałości. Ile jeszcze ciosów, zanim padnie? Lestrange wstał z fotela powolnym, płynnym ruchem, powstrzymując się od jakiegokolwiek gwałtownego gestu, który mógłby ją spłoszyć. Cicho, bezszelestnie pokonał dystans dzielący go od kanapy i usiadł obok niej. Zamieszanie wokół nich zastygło, oddzielone grubym murem deszczu i milczenia. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął czystą, gładką, materiałową chustę. Nie rzucił ani jednego powtarzanego w takich chwilach, pustego słowa pocieszenia. Nie próbował przekonywać jej, że wszystko będzie dobrze, ani nie pouczał jej, jak powściągać emocje przystało osobie jej stanu. Bez słowa wyciągnął dłoń i z zaskakującą, nienaturalną dla siebie delikatnością przyłożył miękki materiał do jej rumianego policzka, powoli i ostrożnie ścierając kolejne łzy. A potem po prostu ją przytulił. Był to gest prosty, na wskroś ludzki i pozbawiony chłodnej, rodowej kalkulacji. Objął ją mocno, pozwalając jej oprzeć się o jego ramię i ukryć twarz w chłodnym materiale jego koszuli, dając jej oparcie, którego tak dramatycznie w tej chwili potrzebowała. Nie mówił jej, co ma czuć, nie oceniał jej słabości i nie nakazywał jej być silną. Po prostu trzymał ją w ramionach w tym pogrążonym w półmroku salonie, stanowiąc jedyny stały, niewzruszony punkt w świecie, który na jej oczach po raz kolejny rozpadał się na drobny pył. Nie chciał jej okłamywać. Nie mógł jej zapewnić, że kobieta przeżyje tę noc. Ale mógł być obok, jeżeli tego potrzebowała. Chyba po raz pierwszy widział nie pęknięcie w masce, a wyrwę, za którą czaiła się prawdziwa Astoria Avery. Nie miał pewności, ze go nie przegoni, że zaraz nie fuknie że ma jej nie dotykać - z nią nigdy nie wiedział, co robić. A jednak coś mu mówiło, że teraz potrzebuje zwykłego ludzkiego oparcia zamiast słodkich kłamstw. |