![]() |
|
[24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno (/showthread.php?tid=6392) |
[24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 11.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0CxKE54.png[/inny avek] ![]() Teraz, gdy Victoria na powrót była w swoim domu, zastanawiała się, czy coś zrobiła nie tak i to Bogini karze ją w taki sposób, czy może zwyczajnie wlazła ostatnio w jakieś gówno, które się do niej przykleiło i nie chciało przestać śmierdzieć (metaforycznie). Była dzisiaj w pracy, a jakże. Wykonywała jakieś czynności w Londynie, kiedy ni z tego, ni z owego, zjawił się on. Najpierw nastąpił głuchy, niemalże rozchodzący się echem rechot, potem pojawił się śmieszny, lewitujący człowieczek w czapeczce i paskudnym uśmiechu. A chwilę później oglądała świat z nieco niższej perspektywy, w za dużym mundurze, a zdecydowanie bardziej dziecięcy głos rzucał (kontr)przekleństwa pod adresem poltergeista. Musiała pilnie prosić o zwolnienie z tego dnia w pracy. Zła jak osa wpadła do biura aurorów, gdzie spotkała się najpierw ze zdziwieniem, co nastolatka tu w ogóle robi i kto ją wpuścił, potem czemu nosi mundur aurora, a potem ze śmiechem, gdy koledzy zorientowali się, że to Victoria Lestrange we własnej osobie. Nie nadawała się do pracy w takich warunkach: nikt nie wziąłby jej na poważnie (co już zresztą było widać w biurze i choć się zamknęli kiedy napyskowała jednemu czy drugiemu, to pod nosem nadal słyszała chichoty), poza tym warunki fizyczne były gorsze, jakby musiała dać komuś w nos, to wiedziała, że źle to sobie wszystko wyliczy i tragedia gotowa. Ktoś jej poradził, żeby poszła do Munga, ale Victoria warknęła na to tylko, że sama sobie lepiej poradzi. I dlatego wróciła do domu. I nie zamierzała nigdzie wychodzić przez całą dobę: bo dość szybko połapała się z tym, co się dzieje. I co prawda jej przydarzyło się to po raz pierwszy, ale już to przecież widziała, w nieco innym wydaniu. I na ile rozumiała już działanie klątw, to chyba faktycznie ściąganie tego było zbyt niebezpieczne i kontrproduktywne, skoro mijało samoistnie po czasie… Ale w domu też spotkała się ze zdziwieniem, tym razem skrzatki, która nie powstrzymała zrobienia oczu wielkich jak spodki od filiżanek herbaty (jakby już nie miała dużych oczu), kiedy zobaczyła Victorię jako żywo cofnięta w czasie o kilkanaście lat. Dopiero tutaj miała okazję uważnie spojrzeć w lustro, zastanawiając się, czy tak właśnie wyglądała gdy miała jakieś… trzynaście? Może czternaście lat? Albo piętnaście? Nie umiała ocenić. Rysy twarzy, owszem, jej, ale łagodniejsze, jeszcze trochę dziecięce, głos trochę inny… i tylko spojrzenie to samo. I ciało nadal lodowate. I ubrania jakoś za luźne w biodrach i klatce piersiowej. Niełatwo było wygrzebać z szafy coś, co nie wyglądałoby teraz komicznie. A choć nie zamierzała się już nigdzie dzisiaj pokazywać, to chciała się przynajmniej dobrze czuć we własnym domu. Przynajmniej koty po pierwszym zdziwieniu, dokładnie wiedziały, kim jest, cokolwiek od niej wyczuwały, zapach czy cokolwiek innego – wystarczyło, by ją teraz obległy, jakby wyczuwając, że ich właścicielka właśnie tego potrzebuje. A potem przyleciała sowa. Od Chrisa. Że wpadnie. I zaczęła panikować. Była rozdarta, bo z jednej strony chciała się z nim zobaczyć, z drugiej nie chciała żeby oglądał ją taką. Krążyła po swojej sypialni, nie wiedząc co zrobić, aż w końcu dotarło do niej, że nie zdąży mu nawet wysłać informacji, że dzisiaj jednak nie może, nawet gdyby chciała. A potem uznała, że w takim razie przyjmie taktykę pod tytułem, że… nic się nie stało. Że wszystko jest tak jak miało być (na Matkę, umysł też jej cofnęło do czasów nastoletnich?). Więc teraz czekała w salonie, trochę jak na szpilkach, trochę przekonując samą siebie, że zupełnie nic się nie stało, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak, miała przed sobą książkę o klątwołamaniu. Mimo wszystko, nawet znając dziedzinę rozpraszania magii tak dobrze, szukała informacji o tym, czy nie ma jakiegoś kruczka, czy nie można tego ściągnąć wcześniej… Nie, nie można było. A potem usłyszała pukanie do drzwi. Wzięła głęboki oddech i poszła otworzyć. RE: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Christopher Rosier - 12.09.2026 Christopher posłał do Victorii liścik, ledwo skończył te kilka prototypowych szat w swojej pracowni. Był zadowolony: i z siebie, i z tego, co stworzył. Nie tylko uszył w bardzo krótkim czasie parę projektów, zarazem doskonale się prezentujących i posiadających praktyczne zastosowanie, ale jeszcze ten dla Lestrange wyszedł, jego zdaniem przynajmniej, szczególnie dobrze. Krój ze względu na przeznaczenie prosty, ale wciąż elegancki, kolorystyka dostosowana do tego, by nocą mogła wtopić się w las – odpadały to wszystkie jaskrawe barwy – zdobienia bardzo drobne, bo jednak będzie miała ją na sobie w pracy, ale istniejące przy rękawach, wszak to jednak był projekt Rosiera… Ba, dało się ją nawet nosić i jako szatę, i po rozpięciu jako płaszcz, bo prawdopodobnie będzie musiała pokazywać mundur aurora. Może powinien zapowiedzieć się wcześniej i spytać o zdanie, a nie tylko posłać sowę, że dziś do niej wpadnie – z takim wyprzedzeniem, że właściwie miał przybyć niedługo po sowie – ale chyba w tym całym zapomnieniu przy pracy nad szatami stagnacji nawet nie pomyślał o tym, że to niegrzeczne albo że może mieć absolutnie inne plany. Pojawił się więc przed jej domem z pojedynczym, charakterystycznym pudłem, ozdobionym różą Rosierów i zapukał do drzwi. Wpuszczony przez skrzatkę mruknął jakieś nieuważne podziękowanie, nie patrząc nawet na nią, nim wszedł do środka. A chwilę później zobaczył… Christopher zamrugał, mając wrażenie, że oczy go mylą albo przeniósł się w czasie. W głowie rozległo się echo głosów jednego z kolegów, że o nie, nie wymykamy się tędy, patrz, tu stoją prefekci i potem wspomnienie siebie samego, zerkającego zza zakrętu, aby zobaczyć właśnie tę dziewczynę, gadającą z prefektem z jednego z innych domów. – Olivia? – spytał trochę niepewnie, bo dziewczyna wyglądała jak skóra zdarta z Victorii. Tylko co ona tu robiła, zamiast w Hogwarcie? Ale to musiała być ona, przecież Victoria nie wyglądała, jakby miała piętnaście lat i Rosier nie mógł sobie wyobrazić żadnego wyjaśnienia, dla którego miałaby postanowić wyglądać jak nastolatka? – Jest Victoria…? – spytał dalej, wciąż oszołomiony. – Bo to… to nie żaden eliksir? – dodał jeszcze, dalej z tą samą niepewnością, bo do diabła, naprawdę wyglądała zupełnie tak jak Victoria w Hogwarcie. RE: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 12.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0CxKE54.png[/inny avek] Victorii głupio było poprosić Christophera o wykonanie dla niej takiej szaty. Coś tam jej się obiło wczoraj o uszy, ale nie chciała, żeby to wyglądało tak, że spotyka się z nim, żeby mieć z tego jakieś korzyści. Kompletnie inaczej na tę kiełkującą relację patrzyła i nie miało to nic wspólnego z tym, że przez lata lwia część ich znajomości opierała się na sprawach zdecydowanie bardziej zawodowych. Kiedyś to był dla niej kolega ze szkoły, pewny siebie, przystojny kuzyn (niechcianego) narzeczonego, który widział w niej coś, co sprawiało, że chciał szyć dla niej ubrania. Teraz z kolei, gdy widzieli się niemal codziennie, a nie raz na kilka miesięcy, gdy miała okazję poznać go od zupełnie innej strony, gdy już sobie powiedzieli, że są sobą zainteresowani (a dla Victorii to był trochę skok nad przepaścią, bo dotąd jej relacje z mężczyznami wyglądały kompletnie inaczej, a poza tym nie minęło wcale dużo czasu od takiego definitywnego zakończenia… czegokolwiek, co ją łączyło z Rookwoodem, chociaż już dużo dłużej czuła, że to zmierza absolutnie donikąd), widziała w nim coś więcej, i te myśli przywitała tak z zaskoczeniem, jak i z pewną ulgą. I też dlatego, gdy to wszystko było w takich powijakach, a ona nie była już tylko koleżanką, której z łatwością i chęcią szyje się sukienki, jakoś po prostu trudno było powiedzieć „hej, wiem, że nie za bardzo szyjesz na zamówienie, ale czy zrobisz dla mnie szatę stagnacji? Co prawda możliwe, że uratuje mi to życie, jak coś pójdzie mocno nie tak, ale wiesz, bez presji, haha” – zwyczajnie nie przeszłoby jej to przez gardło w takich warunkach. Dlatego nie zapytała. I nawet nie spodziewała się, że Christopher sam o niej pomyśli i wykona tak wielką rzecz – dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał, tak jak to zawsze było między nimi; bo zwyczajnie nie była przyzwyczajona do takich gestów. Ale i tak, pomimo tego, jak idiotycznie teraz wyglądała, jakaś jej część chciała się z nim zobaczyć. Skrzatka Strzałka, jak zwykle schludnie ubrana w fartuszek, ubiegła Victorię w otworzeniu drzwi i zresztą zaraz odsunęła się, dość niepewnie oglądając tę scenę, bo Christopher już zobaczył Victorię, która zdążyła pojawić się w przejściu. – Och, ojejej – wydusiła po cichu, kiedy zobaczyła skonfundowanie Rosiera i z kim pomylił Victorię, martwiąc się najwyraźniej o to, co stało się z panią domu, dla którego służyła. Victoria za to bardzo starała się czuć bardziej pewnie, niż była. Uśmiechnęła się do blondyna nieco niemrawo, nerwowo wygładziła rękaw sukienki, który musiała podwinąć dwa razy, by nie był za długi i to jakby dodało jej odrobiny sił. – Ano, jest, tak – odparła i wbiła spojrzenie w Christophera, tak zaaferowana jego reakcją, że nie zauważyła nawet pudełka, z którym przyszedł. – We własnej osobie. Miło cię widzieć, Chris – dodała i płytko nabrała powietrze w płuca. – To nie eliksir, chociaż byłoby całkiem zabawnie, gdyby któryś tak zadziałał, nie? – Victoria lekko przygryzła usta w dokładnie takim samym odruchu, jaki Chris mógł już u niej zauważyć, gdy była czymś zdenerwowana (ale w sposób sugerujący zmartwienie, a nie złość – bo tej w tej chwili nie czuła). Brakowało w tym wszystkim jeszcze tylko nerwowego śmiechu, ale ten był domena jej siostry Primrose, a nie Victorii. – Livia jest teraz w szkole, najbliższa przerwa jest w okolicy Yule… – wyjaśniła i lekko splotła ze sobą za plecami palce dłoni, tylko po to, by je zaraz puścić. – Wejdziesz? O ile się nie boisz, że mój pech jakoś na ciebie przejdzie, ale nie wydaje mi się, żeby to było zaraźliwe – bo jak dotąd te wszystkie dziwaczne rzeczy przydarzały się właśnie jej, a nie ludziom, z którymi miała do czynienia. – P-podać h-h-herbatę? Albo ka-kawę? – wyjąkała skrzatka, patrząc tymi swoimi dużymi oczami to na Victorię, to na Chrisa. |