Secrets of London
[24-25/09/72] Do trzech zamachów sztuka - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [24-25/09/72] Do trzech zamachów sztuka (/showthread.php?tid=6413)



[24-25/09/72] Do trzech zamachów sztuka - Helloise Rowle - 13.09.2026

Nie zamykaj oczu


Suma przypadków || Helloise & Leviathan
[tu będzie moodboard]


Znów biegła. Wiedziała, że to sen, bo znów biegła. Biegła tak długo, że gdyby wszystko to działo się na jawie, dawno padłaby na ziemię, nie mogąc zmusić sfatygowanych mięśni do dalszych wysiłków. Czymkolwiek nie była pułapka, w którą czarownica wpadła, to, co na nią polowało, chciało, żeby ona czuła ciągle i ciągle jego oddech na karku, żeby piekły ją płuca, żeby dręczyło ją poczucie, że to wszystko nigdy się nie skończy.
Znów biegła, lecz nie lasem tym razem, a korytarzami rodowej posiadłości. Bose stopy uderzały o kamienne posadzki, korytarze rozciągały się w nieskończoność, a na ich końcu — czerń. Coś złowrogiego wciąż deptało Helloise po piętach. Drzwi każdego mijanego pokoju były zamknięte na głucho. Nie miała gdzie się schronić. Nie miała, kogo wołać. W domu panowała martwa cisza. Tak absolutna, jaka się tu nigdy nie zdarzała.
Włosy kobiety sklejała z nocną koszulą krew, na szyi kwitły sińce. Wypatrywała momentu, gdy koszmar się kończy, lecz ten uparcie trwał. Czuła, jakby lata już była w nim uwięziona. Od lat biegła.
Wtem korytarz urwał się. Czarownica wpadła do sali jadalnej. Nie było w niej stołów, przy których ucztowali przed kilku dniami z okazji sabatu Mabon. Nie było niczego, oprócz pojedynczej, odwróconej plecami postaci stojącej pośrodku sali.
Wszędzie Helloise rozpoznałaby sylwetkę Leviathana.
Wstąpiła w nią nadzieja; tuż obok nadziei paraliżujący strach — bo gdy w koszmarze pojawiała się znajoma, dobra twarz, pojawiał się po chwili i on.
Jak mogłaby jednak do Leviathana nie podejść?
— Musimy iść. — Zdyszana dopadła mężczyzny. — Musimy uciekać. Musimy iść z tego domu. — Złapała biernego czarodzieja za rękę i pociągnęła go za sobą.
Nie czuła oporu z jego strony. Jego kroki zawtórowały jej krokom. Stawiał stopy dziwnie ociężale. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni — i wówczas zorientowała się, że to nie dłoń, którą zna. Ta była inna. Zimna, śliska.
Helloise zmroziło. Zatrzymała się wpół kroku. Oddech w niej zamarł. Odwróciła się. Zamiast przyjaznego oblicza Rowle'a napotkała wyszczerzoną w zbyt szerokim uśmiechu mordę ścigającego ją przez koszmar mordercy. To jego dłoń uścisnęła. Jego twarz tuż przy jej twarzy, błyszczące złe oczka wyzierały na nią z zapadłych jam oczodołów.
Jak mogła się tak pomylić?
Wysoki wrzask czarownicy rozdarł martwą ciszę smoczej posiadłości, gdy w dzikim szale spróbowała wyszarpać się z łap demonicznego napastnika.