Secrets of London
[24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda (/showthread.php?tid=6420)



[24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Benjy Fenwick - 14.09.2026

Od rana nad górami wisiały ciężkie, ponure chmury, zasłaniając szczyty i wciskając się między drzewa otulone wszechobecną gęstą mgłą, która snuła się nadzwyczaj nisko nad ziemią, przesuwała się po ściółce i znikała dopiero kawałek wyżej, gdzie ciemne pnie ginęły w szarości. Wszechobecna wilgoć osiadała na wszystkim tak skutecznie, że nawet kamienie pojawiające się okazjonalnie pod naszymi butami wyglądały, jakby ktoś przed chwilą wyciągnął je z rzeki i rzucił wprost na leśną ściółkę. Liście zaczynały już gnić na ziemi, tworząc wielobarwny, brązowy, żółty i rdzawy dywan, przy każdym kroku uginały się z cichym mlaśnięciem, ich zapach mieszał się z wonią mokrej kory, żywicy i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem jednoznacznie nazwać, chociaż od dobrych dziestu lat włóczyłem się po lasach, zapędzając się w ich głębię częściej, niż należało to robić człowiekowi, który chciał dożyć wczesnej starości.
Polowaliśmy, co brzmiało znacznie bardziej romantycznie, kiedy mówiło się o tym przy ogniu rozpalonym w kominku snowdońskiej rezydencji Yaxleyów, niż wtedy, kiedy od ponad godziny przedzieraliśmy się przez mokre krzaki, szukając śladów obecności jakiejkolwiek zwierzyny i zamiast tego najpewniej kolekcjonowaliśmy pająki oraz kleszcze. Od zeszłego wieczoru lało z przerwami, przy czym te przerwy były tak krótkie, że właściwie nie warto było ich odnotowywać, towarzyszył nam więc drobny kapuśniaczek, nie na tyle mocny, żeby można było jasno powiedzieć, że padało, ale wystarczająco uporczywy, żeby po kilku godzinach miało się mokre ramiona, wilgotne włosy i coraz mniej powodów, żeby wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze będzie się suchym.
Szedłem z Gerdą przez gęsty las, rozglądając się za śladami, podczas gdy ona wykorzystywała swoje szczególne zmysły tropicielki, zatrzymując się co jakiś czas, nasłuchując albo wpatrując się w coś, czego ja nie potrafiłem dostrzec - miała pod tym względem przewagę, której zazdrościłem jej szczególnie mocno właśnie podczas takich wypraw, bo moje własne umiejętności sprowadzały się głównie do doświadczenia, cierpliwości i świadomości, że jeśli coś wystarczająco długo obserwowałem, prędzej czy później zaczynało popełniać błąd. Tego dnia jednak nawet rzeczywistość najwyraźniej postanowiła oszczędzić nam rozrywki, trafił nam się bowiem wyłącz zając, dwie tłuste wiewiórki, kilka większych ptaków i lis, który był zbyt inteligentny, żebyśmy mogli spróbować go podejść bez urządzenia sobie akcji kluczenia za nim przez kilka minut. Zebrana dotąd zdobycz nadawała się przede wszystkim na gulasz, ewentualnie na niewielkie skrawki skóry, przez co zaczynałem podejrzewać, że jeśli tak dalej pójdzie, wrócimy do domu z torbą pełną drobnicy.
Zatrzymałem się przy powalonym pniu i spojrzałem na Geraldine, która właśnie uniosła głowę, skupiając się na czymś poza moim zasięgiem słuchu.
- Powiedz mi pszynajmniej, sze tym lasem czujesz coś większego, bo jeśli nie tym lasem naplawdę zaczynam polowaś na gszyby. - Westchnąłem, poprawiając nóż przy pasie.


RE: [24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.09.2026

Był to kurewsko pracowity czas. Przez Spaloną Noc spora część rzemieślników straciła swoje zasoby, pożar pochłonął wszystko, potrzebowali więc nowych komponentów, a jej rodzina zajmowała się dostarczaniem ich. W dużej mierze to Geraldine była odpowiedzialna za to, aby klienci byli zadowoleni, starała się więc pracować jak najwięcej, aby każdy dostał chociaż część tego co potrzebował. O tyle dobrze, że mogła sobie pozwolić na negocjowanie ceń, bo mało kto pełnił takie usługi, Yaxleyowie zresztą mieli swoją markę. Miała szczęście, że udało jej się całkiem niedawno zyskać wspólnika, podczas tego intensywnego miesiąca naprawdę doceniała jego obecność u swojego boku.

Pogoda nie była sprzyjająca, wczoraj lało, w nocy nie przestało, a więc wszystko wokół było mokre, dzisiaj siąpiło, więc i oni zdążyli przemoknąć mimo sporej warstwy ubrań. Najważniejsze, że stopy miała suche, nie znosiła mieć gnoju w butach, dlatego też wyjątkowo przywiązywała wagę do butów, które wybierała.

Bardzo dobrze znała lasy w tej okolicy, było to sporym plusem. Nie przeszkadzała jej ograniczona przez ten drobny deszcz widoczność, czy lekka mgła unosząca się nad ziemią. Spędziła tu większość swojego dzieciństwa, to tutaj uczyła się polować, był to w końcu jej dom. Lubiła tutaj wracać, traktowała to trochę jak powrót do przeszłości i swoich myśliwskich początków.

Poprawiła kuszę, którą miała zawieszoną na ramieniu, co chwilę powtarzała ten ruch, bo jej płaszcz był wilgotny, przez co nieco się ześlizgiwała. Było to okropnie irytujące, ale taki już mieli klimat, musiała do tego przywyknąć. Rozglądała się w poszukiwaniu zwierzyny, tyle, że aktualnie wyglądało na to, że prawie wszystkie zwierzęta postanowiły się schować w swoich norach - w sumie jej to nie dziwiło, pogoda nie zachęcała do spacerowania. To co spotkali na drodze nie nadawało się zbytnio do upolowania. Nie wątpiła jednak w to, że cierpliwość popłacała, powinni już niedługo trafić na jakieś ślady.

- Aktualnie nie czuje nic, musimy wejść jeszcze głębiej w las, może tam w końcu trafi się coś konkretnego. - Przydałby się chociaż jeleń, czy sarna, już nie miała złudzeń na to, że będzie to jakiś spektakularny okaz. Jej zmysły nie wyczuwały niczego, żadnego zakamuflowanego stwora w krzakach, co odrobinę ją rozczarowało.




RE: [24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Benjy Fenwick - 14.09.2026

Nie miałem jej za złe, że niczego nie wyczuwała, bo las tego dnia najwyraźniej postanowił zrobić nam na złość i schować przed nami wszystko, co posiadało choć odrobinę mięsa na kościach, skinąłem więc tylko głową, poprawiając pasek torby, który po tak intensywnym marszu zaczął wrzynać mi się w ramię, po czym spojrzałem przed siebie, próbując przebić wzrokiem mgłę.
- No to głębiej. - Mruknąłem, bo najwyraźniej skoro przez pół dnia chodziliśmy po lesie po to, żeby wrócić z trzema królikami i garścią ptasich piór, równie dobrze mogliśmy jeszcze trochę pobrudzić sobie buty. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wejść dalej w gęsty i ciemny las, nie obawiałem się zgubienia drogi ani tych wszystkich rzekomych zagrożeń, jakie tam czekały, bo przecież to my tu byliśmy łowcami, chociaż po ostatnich minutach przedzierania się przez wyjątkowo kłujące, nieprzezierne i mokre chaszcze zaczynałem dochodzić do wniosku, że być może zbieranie grzybów nie byłyby takim znowu złym rozwiązaniem, bo przynajmniej pewnie nie wrócilibyśmy do rezydencji z całkowicie pustymi torbami - od paru dni lało tutaj tak bardzo, iż w lesie po prostu musiały być jakieś borowiki, podgrzybki, koźlarze, a jeśli nie one, to chociażby nawet maślaki czy inne gówna - co prawda, nie byłem zbyt światły w rozpoznawaniu rozdzimych gatunków, nie robiłem tego zbyt wiele razy w życiu, ale zawsze musiał być ten pierwszy raz, ta okazja, ten moment, gdy wreszcie poczułbym słynne „emocje jak na grzybach”.
Ruszyłem za nią, odgarniając mokre gałęzie, które natychmiast wprawiały w ruch całą okoliczną roślinność, przez co na kark spływały mi kolejne porcję zimnych kropli, bo kaptur miałem już tak przemoczony, że mogłem wyrżnąć z niego kilka litrów wody. Mimo to, zmierzałem przed siebie, idąc kilka kroków za moją wspólniczką i rozglądając się dookoła, a gdy wyszliśmy na kolejny prześwit, zacząłem uważniej przyglądać się ziemi - Gerda miała swoje zmysły, ja miałem doświadczenie i oczy, przynajmniej tak sobie powtarzałem, kiedy rzeczywistość regularnie udowadniała mi, że jedno i drugie potrafiło zawieść dokładnie wtedy, kiedy było najbardziej potrzebne. Mimo wszystko po chwili dostrzegłem w mchu i błocie kilka niewyraźnych odcisków, przykucnąłem, przesunąłem palcami po jednym z nich i przyjrzałem się rozmokłej ziemi.
- Coś tędy szło. - Nie brzmiało to szczególnie imponująco, bo praktycznie wszystko w lesie gdzieś chodziło, ale ślady były świeższe od pozostałych i prowadziły w stronę kolejnego, jeszcze gęstszego niż wcześniej fragmentu drzew, odrobinę po prawej, więc równie dobrze mogliśmy obrać właśnie ten kierunek.


RE: [24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.09.2026

Nie brała w ogóle pod uwagę tego, że wrócą do domu jej rodziców bez niczego. Jeśli trzeba będzie będą się włóczyć tutaj do samego Samhain, no przynajmniej ona nie wyobrażała sobie, że będzie inaczej. Komponenty były potrzebne, rzemieślnicy czekali na dostarczenie im towaru, więc sprawa była dla niej całkiem jasna, chociaż wokół było raczej ciemno i ponuro. Wszystkie zwierzęta mieszkające w okolicznych lasach nie mogły sobie tak po prostu stąd zniknąć, musiały gdzieś się schować, wypadało tylko, aby odnaleźli te kryjówki, prosta sprawa.

- Nie mogły tak po prostu stąd wyparować. - Rzuciła jeszcze cicho do swojego kompana, na pociesznie? Chuj wie, być może sama potrzebowała tego potwierdzenia. Był sezon grzybowy, jednak grzyby raczej nigdy nie leżały w obszarze jej zainteresowań, wolała przynosić z lasu mięso, chociaż przez myśl jej przeszło, że jeśli nie jakiś zwierz to może powinni zebrać chociaż grzyby, na pewno nie jagody, bo tych raczej nie było już zbyt wiele, sezon się skończył. Mogli ewentualnie trafić jeszcze na jakieś jeżyny, chociaż te nie należały do najprzyjemniejszych do zbierania. Wybiła sobie jednak szybko te pomysły z głowy, była myśliwą do jasnej cholery, na pewno znajdzie w tym lesie jakieś zwierzę.

Nie był to najprzyjemniejszy dzień na polowanie. Deszcz nie przestawał kropić, byli przemoczeni i wkurzeni, ale wiadomo, że musieli być też gotowi do tego, aby radzić sobie w każdych warunkach, taki już był los ludzi wykonujących podobną profesje, deszcz, śnieg, grad - jeśli ktoś potrzebował w tym momencie komponentów to oni musieli je dostarczyć, prosta matematyka.

Kiedy Benjy się nachylał, ona oglądała gałązki tuż obok. Faktycznie coś tędy szło, ślady były tego potwierdzeniem, ale też połamane gałęzie. - i to całkiem niedawno, deszcz nie zdążył jeszcze zmyć śladów. - Również postanowiła się nachylić, aby spojrzeć na pozostawione w błocie ślady zwierzęcia. Chciała określić, czy było to coś większego, czy jednak nie, chociaż połamane gałęzie okolicznych krzaków sugerowały, że nie był to zając, ani lis, tylko coś większego.




RE: [24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Benjy Fenwick - 14.09.2026

Ja również nie brałem pod uwagę powrotu z pustymi rękami, chociaż po kilku godzinach włóczenia się na zimnie po mokrych górskich zboczach wizja suchego ubrania, ognia i czegoś ciepłego do jedzenia zaczynała brzmieć zdecydowanie bardziej kusząco niż jeszcze rano, gdy dysponowałem zdecydowanie większym entuzjazmem wobec naszej, kurwa, „łowieckiej przygody” - Gerda miała jednak rację w jednym i zwierzyna nie mogła przecież rozpłynąć się w powietrzu tylko dlatego, że aura pogodowa postanowiła urządzić nam wyjątkowo parszywy czas na wyjście z domu. Las potrafił być pełen życia, tylko tego dnia najwyraźniej całe to życie uznało, że było zbędnym elementem krajobrazu, więc pozostawało tylko znaleźć miejsce lub miejsca, w których wszystkie te stworzenia uznały, że warto było przeczekać deszcz.
- Nom. Nie mogły. - Przyznałem jej rację, choć zrobiłem to bardziej z przekonania, że zwierzyna rzeczywiście musiała gdzieś tutaj być, niż z potrzeby pocieszania któregokolwiek z nas. - Chyba sze nauczyły się telepoltowaś, wtedy mamy ploblem większy niż blak mięsa. - Zerknąłem na nią z ukosa i ruszyłem dalej, rozgarniając przedramieniem mokre gałęzie. Szedłem, przyglądając się ziemi i roślinności, chociaż w pewnym momencie zacząłem dostrzegać przede wszystkim mokre liście, błoto i własne buty, które wyglądały coraz gorzej z każdą minutą, nawet jeśli były wyjątkowo wygodne i wytrzymałe w porównaniu do tego, w czym zazwyczaj chodziłem, zanim otrzymałem od niej tę konkretną parę obuwia. Grzyby rzeczywiście zaczynały wyrastać wszędzie wokół, szczególnie przy starych pniach i w wilgotnych zagłębieniach terenu, ale nawet ja wiedziałem, że Gerda prędzej odgryzłaby kawałek własnego płaszcza, niż przyznała, że może powinniśmy zbierać grzyby, poza tym porządne skóry były nam bardziej potrzebne, a jeśli udałoby się zdobyć przy okazji mięso, tym lepiej - rzemieślnicy nie pytali przecież, czy padało, czy było zimno, czy człowiek miał ochotę spędzić dzień po kolana w błocie, płacili za komponenty i oczekiwali komponentów, my mieliśmy je znaleźć - prosta robota, przynajmniej w teorii, w praktyce natura najwyraźniej miała własne zdanie na ten temat.
Deszcz był naszym wrogiem, ale tym razem nie zdążył jeszcze zrobić tego, co zwykle robił z tropami, czyli zamienić całej roboty w mokrą breję, z której równie dobrze można było wróżyć przyszłość, spojrzałem na mech i błoto, potem na połamane gałązki wyżej, ponad poziomem, na którym poruszałby się zając albo lis. Oparłem dłoń na kolanie i pochyliłem się niżej, próbując wyłapać jak najwięcej szczegółów - ślady były wyraźne i świeże, w dodatku całkiem ciężkie, chociaż nie do końca klarownie odciśnięte - nie oznaczało to jeszcze jelenia ani sarny, o których pewnie oboje zaczynaliśmy po cichu marzyć, ale przynajmniej mieliśmy dowód, że Snowdonia nie postanowiła całkowicie zbankrutować pod względem zwierzyny.
- Jak myślisz, co… - Przerwałem na moment, patrząc w gęstniejącą mgłę przy krzewach, w kierunku, w którym zmierzało nasze zwierzę - kawałek widać było kilka świeżych uszkodzeń kory i listowia, zaś gdy zbliżyliśmy się bardziej - również śladów, tym razem ewidentnie racic, rozrzuconych bardziej chaotycznie, niż wynikałoby ze zwykłego marszu. Zwierzę nie szło już spokojnie - przebiegło tędy albo zostało przez coś spłoszone i to nie przez nas.


RE: [24/10/1972] Nothing quite prepares you for the family business | Benjy, Gerda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.09.2026

Nie był to przyjemny dzień na polowanie, musieli jednak się pogodzić z tym, że będzie tylko gorzej. Nadchodził ten okres w roku, kiedy dla łowczych praca robiła się coraz mniej komfortowa. Musieli jakoś sobie radzić z warunkami pogodowymi. Kiedyś często w tym czasie wyjeżdżała za granicę, aktualnie jednak nie do końca było to możliwe. Nie mogła sobie pozwolić na dalekie podróże i łapanie egzotycznych stworzeń.

Zwierzętom najwyraźniej również nie podobała się aura panująca w lesie, musiały się schować w swoich gniazdach, czy norach, nie było innego wytłumaczenia na to, że jeszcze nie udało im się żadnego spotkać. Miejsce wydawało się być bowiem opuszczone, co nie zdarzało się często, nie było słychać trelu ptaków, ani innych charakterystycznych dźwięków, no może poza gałęziami, którymi wiatr miotał na wszystkie strony.

- Kto wie jak będzie wyglądała ewolucja niektórych z nich, nie sądzę jednak, że tak szybko nabyły nowe umiejętności. - Mieliby przekichane, gdyby tak szybko zmieniały swoje predyspozycje, na szczęście nie musieli się tym jednak martwić. Jelenie, czy dziki nie były w stanie nauczyć się teleportacji w kilka dni.

Nie mogli jednak odpuścić i wrócić do ciepłego domu jej rodziców, żeby nieco się ogrzać i zjeść ciepły posiłek. Nie wypadało, aby w tym czasie pojawili się tam z pustymi rękoma, jak niedoświadczeni myśliwi. Rzemieślnicy potrzebowali ingredientów, a oni mieli je im dostarczyć, to była całkiem prosta zasada. Sabat zbliżał się wielkimi krokami, a więc wypadało zająć się dostarczeniem materiałów do pracy, no i jedzeniem - przecież ludzie potrzebowali mięsa nie tylko do tego, aby się ubrać.

Deszcz nie zdążył jeszcze zatrzeć wszystkich śladów, a więc mieli w tym wszystkim odrobinę szczęścia. Benjy coś zauważył, być może w końcu ich passa nieco się odmieni, naprawdę miała taką nadzieję. Nachyliła się, żeby obejrzeć dokładnie to, co znalazł jej kuzyn. Spoglądała chwilę na odcisk racicy znajdujący się w błocie. - Parzystokopytne, sarna, albo mały jeleń? - Postanowiła podzielić się z nim swoimi przemyśleniami.

Podążali za śladem, który zmieniał się w trakcie ich drogi. Zwierzę zmieniło sposób poruszania się, zaczęło biec, coś musiało je wystraszyć, jako, że był to całkiem świeży trop, powinni zastanowić się nad tym, czy przypadkiem powód przez który zmieniło tempo swojego kroku nie znajdował się gdzieś niedaleko. - Zwiało, być może przed czymś, całkiem niedawno. - Warto było to podkreślić.