Secrets of London
[Jesień 72, 29.10 Rubieża Doliny Godryka | Lydia & Anthony] - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Jesień 72, 29.10 Rubieża Doliny Godryka | Lydia & Anthony] (/showthread.php?tid=6424)



[Jesień 72, 29.10 Rubieża Doliny Godryka | Lydia & Anthony] - Anthony Shafiq - 14.09.2026

—29/10/1972—
Anglia, Dolina Godryka
Lydia Black & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=Njtxczj.png]

The veil grows thin, the year grows old,
The hearth burns bright against the cold.
Accept this gift of earth and vine,
Of golden grain and autumn wine.

For those who guide, for those who passed,
A harvest shared while shadows cast.
With grateful heart, I bow my head –
Blessed be the living, blessed be the dead.



Wizyta w późno rozkwitającej, intensywnie remontowanej siedzibie fundacji Złote Jabłko, jeszcze bez szyldu i odpowiedniej promocji tego miejsca, przyniosła mu to co przynieść miała.

Pewność. Stabilność. Wiarę.

Gdy przyszłość niosła niepewne, zwłaszcza przyszłość nadchodzącego sabatu, posuwanie się planów do przodu miało w sobie kojący spokój. Samotnej figurze przemierzającej dogasające łany suszów nie przeszkadzał układający się do snu krajobraz. Nie był zbyt nawykły do niego, preferując tereny miejskie, wysycone kulturą aglomeracji. Będzie musiał się do tego przyzwyczaić. Będzie musiał przyzwyczaić się do wielu rzeczy.

Poły jego płaszcza gięły główki rzeszy ździebeł traw. Strój nie wyróżniał się w żaden sposób, peleryna opadała z ramion zwobodnie, zrezygnował z soboli wokół kaptura i mankietów, wiedząc że małomiasteczkowa społeczność nie ceni przepychu tak jak ceniła sobie zaradność. Pewność. Stabilność. Wiarę.

Byli jak Tebańczycy, których co rusz musieli znosić ciężar boskich wyroków. Miejsce ukochane przez bogów, Knieja ich ogrodem. Osnowa rzeczywistości po rozdarciu zdawała się nie powracać na swoje miejsca, nie tylko nad Polaną Ognisk. Wdychał duchowe opium, żywił się nim i tęsknił wrażenia, które spotkało go podczas Lammas.

Zapalił wtedy świecę.

Momentów poczucia duchowej łączności z bytem wyższym było więcej i więcej, a on zdawał sobie coraz mocniej sprawę z tego, że zaczyna ich wypatrywać. Czekać ich ze strachem podszytym dziecięcą niemal ekscytacją, zapominającą o zwyczajowym zgorzknieniu, które winno dociążać barki czterdziestolatków.

Oddychał spokojnie i miarowo podczas tej samotnej wyprawy, w dłoniach obracał diadem. Misterna robota z brązu, była artystyczną próbą oddania niewinności wieńca, który mógłby zostać uczyniony na Samhain. Właściwa ofiara dla Matki czekała zakupiona u rzemieślnika już jakiś czas temu, Anthony miał jednak poczucie, że nie we wspólnocie, nie w kowenie znajdzie to czego pragnął. Za czym tęsknił. Czego wypatrywał.

Jego lekko przydługie włosy poddawały się październikowemu wiatrowi, łaskocząc skupioną na zadaniu twarz. Przeszedł na tył byłej posiadłości Slughornów i ruszył po prostu przed siebie, na ślepo, wierząc, że duch poprowadzi go ku brawie. Ku wodzie.

Bardziej to wiedział niż czuł, ale błona między jednym a drugim zdawała się przyjemnie transparentna, cienka niczym tengujo, mogąca się przerwać od samej li tylko obserwacji.

Nie umknęło mu, że szelest przeszedł w dźwięk sugerujący oddolną wilgoć, w chlupoczących stąpnięciach. Nie umknęło mu, że dostrzegł pośród roślinności przerzedzenie sugerujące bramę. Nie umknęło mu, że stała tam już drobna postać, której rysów twarzy jeszcze nie widział, ale nie był pewien czy tego chce. Jak widmo. Jak zjawa. Jak złączenie przeszłości i przyszłości. Na granicy światów.

Wyciągnął diadem z brązu o mieniącym się diamentami kwieciu. Był doskonały. Był żywy. Aby dotrzeć do duchów trzeba było go zabić. Zgnieść w palcach. Nadać doskonałości rysę. Nie wahał się, ale odłożył ten akt w czasie. Nie chciał wiedzieć, musiał wiedzieć.

– Oíche Shamhna Shona Duit… – przywitał się z nią stając obok, choć do równonocy pozostały dwa dni. Jego myśli tak głęboko osadzone w zagadnieniach wiary i kanonu, nie zauważyły języka, w którym uformowały się myśli.



RE: [Jesień 72, 29.10 Rubieża Doliny Godryka | Lydia & Anthony] - Lydia Black - 15.09.2026

(to wyżej można zignorować)

Przy każdym białym kwiecie przypominał jej się sen. Kwiaty, smoki, węże. Dziesiątki wijących się ciał pośród mokrej trawy i jeden biały wąż, który zatrzymał się u jej stóp, unosząc swoją główkę. (Nie rozumiała tego znaku. Nie zamierzała jednak udawać, że go nie widziała). W związku z tym, białe kwiaty odłożyła osobno, chociaż sama nie potrafiła powiedzieć dlaczego właściwie tak robiła.

Jednocześnie w jednej z nielicznych wolnych chwil opuściła siedzibę kowenu, aby oddać hołd Matce. Mgła snuła się nisko nad torfowiskami, perliła na trawach, osiadała na nagich gałęziach, kiedy Lydia zjawiła się w Dolinie Godryka. Schodziła ku wodzie powolnym krokiem. W dłoniach trzymała wianuszek z suchej bylicy i wrotyczu pleciony niedbale.
— Oiche Shamhna shona duit, chociaż kalendarz się jeszcze nie zgadza. Cień już jednak pada dłużej — spojrzenie przesunęło się z jego przystojnej twarzy na diadem w dłoniach. — Witaj.


RE: [Jesień 72, 29.10 Rubieża Doliny Godryka | Lydia & Anthony] - Anthony Shafiq - 30.09.2026

Anthony mógł oszukiwać siebie i innych (choć mowa tu była o jego najbliższych, bowiem niechętnie zdradzał takie autoobserwacje komukolwiek spoza ciasnego, zaufanego kręgu), że ludzi nie lubi i najlepiej czuje się z dala od nich. Mógł oszukiwać siebie w ten sposób, bo przecież tak właśnie spędzał wolne chwile, ciche wieczory, niekończące się popołudnia jeśli tylko nie był wypchane spotkaniami. Pracą. Rozgrywką. Ludźmi. Prawdą było jednak, że zmienił się bardzo od czasu, gdy był zahukanym chłopcem, niechętnym do podejmowania młodzieńczych wyzwań, z pogardą spoglądającym na rówieśników. Mógł myśleć, że to maska, ale ta wrosła w jego twarz głęboko, stając się drugą skórą.

Pogodną. Uśmiechniętą. Chętną do konwersacji, nawet gdy nie było to wymagane.

Mógł przecież zrobić swoje. Przyjść. Uszkodzić wianek. Wrzucić do wody z modlitwą słyszalną tylko jego myślą, lub nawet bez niej, z czystej przekory osoby do niedawna na wskroś cynicznej. Czym była boża łaska, która rozciągnęła się nad niektórymi domami, jeśli nie złożonym zaklęciem, rytuałem wymagającym kilku komponentów i czynności. Co da mi wrzucony wieniec do wód Doliny Godryka? Czy każdy rytuał zwieńczony jest nagrodą?

Powiadali, że człowiek racjonalny może mieć o wiele większy problem by zawierzyć, kiedy poddając analizie każdy krok zapominał o składniku najważniejszym: o wierze. Nawet teraz przywiodła go tu obietnica nagrody, ale też przecież doświadczanie boskości w okruchach tego co rzeczywiste i nierealne. Ciało i dusza. Materia i eter.

Mógł milczeć.

– O wiele inaczej… dzisiaj, tutaj. To dość skryte miejsce, poprowadziły mnie do niego nogi, nie miałem wcześniej pojęcia o jego istnieniu. – Młodziutka buzia zdawała się znajoma, choć nie był w stanie odtworzyć ani jednej rozmowy, którą przeprowadzili przez te lata. Czystokrwista dama, bodaj Blackówna, kądzieli nie mógł sobie przypomnieć. – Jak to inaczej tutaj, pośród mgieł, gdy człowiek niemal czuje, jakby stał u bramy łączącej oba światy, a nie tylko domyślał się, że ona tu jest. Jakże to inaczej niż przy okazji Mabon, przy głównym ołtarzu. Tamtego dnia tak wiele wieńców zostało złożonych u stóp posągu. A dzisiaj… – Mimowolnie popatrzył na swój jeszcze nieuszkodzony diadem, to przeniósł wzrok na wianuszek dzierżony przez drobną znajomą-nieznajomą. – Nie musiał to być wieniec żywych kwiatów, prawda? Tak aby duchy były zadowolone? – zapytał, prosząc o poradę, której nie potrzebował. Był ciekaw jej słów, na cóż mieli rozmawiać o czym innym, niż to co robili w tym konkretnym momencie.



RE: [Jesień 72, 29.10 Rubieża Doliny Godryka | Lydia & Anthony] - Lydia Black - 03.10.2026

Lydia spoglądała na wodę i myślała, że być może właśnie dlatego nigdy nie zdołała jej zaufać.
Woda przyjmowała wszystko. Krew, popiół, kwiaty, prochy, łzy, a nawet wino wylewane ku czci Matki i szczątki tych, których los nie pozwolił już powrócić pod rodzinny dach. Przyjmowała je bez osądu, jak stara służąca, jakiej powierzono sekrety całego domu. Jednocześnie czarodzieje przychodzili nad wodę od pokoleń, prawda? Składali dłonie. Pochylali głowy. Powierzali jej swoje zmarłe dzieci, nieszczęśliwe małżeństwa, swoje winy, nadzieje. Następnie odchodzili, pozostawiając za sobą coś więcej niż tylko dar.

Oczekiwanie.

Mogła poszukiwać w rytuale porządku. Rozważać jego składniki, badać następstwo gestów i dociekać zależności pomiędzy ofiarą a łaską. Czy wieniec powinien być żywy? Czy należy go wpierw uszkodzić? Czy duchy uznają dar za dostateczny? Czy po wszystkim winna nastąpić nagroda?

Rozdzielała je na symbole. Przypisywała znaczenia kwiatom, zwierzętom, miejscom. Poszukiwała klucza, który pozwoliłby jej otworzyć tę korespondencję, przychodzącą nocą bez znaczka, adresu nadawcy i bez najmniejszego wyjaśnienia, kto właściwie postanowił uczynić z niej odbiorczynię!

(Białe kwiaty. Wąż zatrzymujący się u jej stóp. Smoki pośród mokrej trawy.)

Mgła skradała się między nimi. Był jak mokry welon, zmiękczający kontury drzew i jej sylwetki. Jej palce zacisnęły się na łodygach bylicy.
— Duchy nie bywają szczególnie wybredne, o ile dasz im powód, aby tu pozostać — powiedziała. — Liczy się intencja, z jaką składasz dar — nie sądziła, aby odróżniały kwiat żywy od tego, który już uschnął. Co więcej, była przekonana, że jeśli wrzuciłaby go tutaj wyłącznie dlatego, że ktoś powiedział jej, że tak należało, duchy to wyczułyby. Z drugiej strony jeśli uczyniłaby szczerze, przyjęłyby nawet resztki papierowej korony. — Nie — dodała po chwili. — Nie muszą być żywe, ale ja odchodzę od suchych kwiatów, jeśli mam wybór. Pachną jak kurz — ślicznotka uśmiechnęła się, wyjęła wianek z bylicy oraz wrotyczu. Obróciła go powoli między palcami.
— Czego właściwie pragniesz od odpowiedzi?