Secrets of London
[27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed (/showthread.php?tid=6429)



[27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 16.09.2026

Szopa wciąż nie była warsztatem w pełnym znaczeniu tego słowa, ale też coraz mniej przypominała pomieszczenie przeznaczone wyłącznie do trzymania rzeczy, których nie chciało się wyrzucić, bo całkiem konsekwentnie próbowałem zrobić z niej miejsce, w którym można było coś naprawić, rozebrać, zbudować albo zepsuć bez konieczności tłumaczenia Prue, dlaczego akurat na blacie w kuchni leżał zestaw dziwnie wyglądających narzędzi, trzy kawałki drutu i przedmiot, którego przeznaczenia nie potrafiłem wyjaśnić bez wdawania się w stanowczo zbyt długie wyjaśnienia na temat pieczętowania przedmiotów. Poza tym nie chciałem roznosić wszędzie czegoś, co potencjalnie mogłoby przyprawić moją żonę nie tylko o kiepskie doznania estetyczne, lecz także o najprawdziwsze koszmary na jawie, a tak się niestety składało, iż wykonywany przeze mnie zawód obfitował w różnorakie okazje do pozyskiwania przeklętych fantów. Od pewnego, jeszcze stosunkowo krótkiego czasu zacząłem zatem urządzać sobie swoją pracownię w budynku na tyłach ogrodu, tuż przed niewielkim sadem na granicy działki, co prawda, jeszcze daleką od tego, co chciałem z niej zrobić, ale wystarczająco wyposażoną, żebym mógł traktować tę niewielką przestrzeń jako miejsce, w którym można było zostawić rzeczy w połowie roboty bez konieczności natychmiastowego sprzątania ich ze stołu. Na jednej ścianie wisiały już szczypce, noże i kilka innych przyrządów, których przeznaczenie potrafiłem określić bez zastanowienia, na drugiej piętrzyły się krzywo powbijane gwoździe dla mniej jednoznacznych pomocy oraz materiały, które kiedyś mogły się do czegoś przydać, natomiast pośrodku stał ciężki stół roboczy, jeszcze noszący ślady poprzednich zastosowań, jakie przypisała mu zapewne Ellie lub dziadek Bletchleyów, jej mąż.
Zamknąłem za sobą drzwi, zsunąłem rygiel i dopiero wtedy wysypałem zawartość worka na szeroki, drewniany blat - było tego wszystkiego całkiem dużo, prawdopodobnie znacznie więcej niż racjonalnie mogłem potrzebować, w chuj i nawet jeszcze trochę - przez chwilę tylko patrzyłem na tę stertę, próbując ustalić, od czego właściwie powinienem zacząć, aż w końcu zabrałem się za najprostsze zadanie, czyli sortowanie. Oddzieliłem grubsze gałęzie od cieńszych, odrzuciłem te połamane albo zbyt wilgotne i zacząłem przyglądać się przyniesionym owocom - nie zamierzałem później odkryć, że w środku całkiem przyzwoitej dekoracji pozostawiłem całą masę brzydkich fragmentów roślin, albo że siedziała tam setka małych, obrzydliwie wijących się stworzeń, które uznały mój wieniec za znakomite miejsce do zamieszkania - zostanie wyzwanym do działania miało jednak swoje prawa i skoro już Prue postanowiła wejść mi na ambicję, zamierzałem doprowadzić sprawę do końca w adekwatny sposób, którym mógłbym uzasadnić mój nieistniejący tytuł „cud-męża/złotej rączki/rzemieślnika”.

rzemiosło ◉○○○○ - prace przygotowawcze
[roll=O]


RE: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 16.09.2026

Z perspektywy czasu powinienem był przewidzieć, że jeżeli zbiorę z lasu kilka gatunków roślin, dołożę do tego gałęzie z cierniami, kawałki kory, mokre liście i wszystko to wrzucę razem do jednego jutowego worka, późniejsze wyciąganie tego na stół nie będzie szczególnie przyjemnym zajęciem - już przy pierwszej próbie rozdzielenia głogu od reszty wbiłem sobie kolec w opuszek palca, a kiedy odruchowo cofnąłem dłoń, zahaczyłem rękawem o kolejną gałązkę i zrzuciłem połowę przygotowanego materiału z blatu. Krew pojawiła się natychmiast, chociaż nie było jej wiele, za to sok z kilku rozgniecionych fragmentów owoców rozmazał mi się po palcach, zostawiając lepki, niekoniecznie ładnie pachnący ślad, którego nie mogłem się pozbyć nawet po przetarciu skóry szmatką. Im dłużej przy tym siedziałem, tym mniej przypominało to spokojne przygotowywanie materiałów, a coraz bardziej walkę z roślinnością, która najwyraźniej postanowiła odegrać się za to, że wyniosłem ją z lasu.
Po kilku minutach ignorowania ubrudzonych dłoni znowu wytarłem rękę w szmatę, która po pierwszym użyciu przestała nadawać się do czegokolwiek poza wyrzuceniem, po czym zabrałem się za kolejną gałązkę i niemal natychmiast poczułem coś pełznącego mi po przedramieniu - zatrzymałem się, spojrzałem w dół i zobaczyłem małego kleszcza, jeszcze nie napitego, który najwyraźniej uznał, że skoro trafił mu się całkiem smaczny kąsek o dużej powierzchni ssania, szkoda byłoby nie skorzystać. Złapałem go między paznokcie, zgniotłem i strąciłem na blat, po czym przez kilka chwil oglądałem ręce, szyję i kołnierz, sprawdzając, czy nie zabrałem ze sobą większej liczby pasażerów, oczywiście, samo sprawdzanie niewiele pomogło, bo od tego momentu swędziało mnie już absolutnie wszystko, chociaż doskonale wiedziałem, że większość tego swędzenia brała się zapewne z samej świadomości, że przed chwilą coś próbowało wgryźć mi się w skórę. W pewnym momencie zacząłem drapać się po przypadkowych miejscach na ciele, potem przypomniałem sobie, że drapanie po kontakcie z nieznanymi roślinami było świetnym sposobem na rozniesienie ich soków w miejsca, w które raczej nie chciałem tego robić, więc przestałem, żeby po chwili znowu zacząć, bo jasne - rozsądek miał swoje granice, natomiast swędzenie niekoniecznie je respektowało.
Mimo tego jeszcze odpuściłem, rozdzieliłem gałęzie na kilka mniej więcej sensownych stosów, wybrałem te, które nadawały się do podstawy, odsunąłem resztę i przetarłem materiały z największych zabrudzeń - nie było w tym żadnej elegancji ani szczególnej metody, raczej mozolne dochodzenie do stanu, w którym można było uznać, że przynajmniej wiedziałem, co właściwie miałem przed sobą i czy nadawało się do pracy - co jakiś czas wbijałem sobie kolejną drzazgę albo zahaczałem palcem o cierń, ale im bardziej ten przeklęty wieniec próbował mnie zniechęcić, tym bardziej osobiście zaczynałem traktować jego wykonanie. Prue chciała dekoracji, więc miała dostać dekorację, nawet jeśli po drodze miałem poświęcić temu trochę krwi, cierpliwości i godności.

rzemiosło ◉○○○○ - próbuję mieć wszystko mniej więcej posortowane i oczyszczone
[roll=O]


RE: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 16.09.2026

Wstępnie coś tam posortowałem, co prawda, bez przesadnego przywiązywania wagi do szczegółów, bo na tym etapie nie widziałem większego sensu w układaniu każdej gałązki według długości, grubości czy kąta, pod którym została przeze mnie obcięta z rośliny matecznej, ale byłem całkiem zadowolony z siebie. Grubsze kawałki odłożyłem na jedną stronę, cieńsze na drugą, głóg trafił osobno, podobnie leszczyna, borówka i kawałki kory, zaś wszystko, co wyglądało na zbyt wilgotne, nadłamane albo zwyczajnie nieprzydatne, bez sentymentu odsunąłem na bok. Kilka razy strzepnąłem z materiałów resztki mchu, liści i ziemi oraz jakiegoś niechcianego lokatora, którego przyniosłem na gapę, po czym uznałem, że na tę chwilę zrobiłem wystarczająco dużo. Materiał nie musiał przecież przejść kontroli jakości w Ministerstwie, miał jedynie nie zgnić, nie rozpaść się w dłoniach i nadawać się do przyczepienia do drzwi albo gdziekolwiek indziej, gdzie poniosłaby go moja ułańska fantazja, najważniejsze, iż w tej chwili spełniał wszystkie trzy warunki, więc mogłem z czystym sumieniem uznać sortowanie za względnie zakończone.
Nie zamierzałem spędzić całego popołudnia nad segregowaniem leśnych badyli, skoro i tak za chwilę miałem je ze sobą splatać i przycinać, ostatecznie cała sterta wyglądała już na tyle porządnie, że mogłem uznać etap przygotowawczy za względnie zakończony, a dalsze decyzje zostawić sobie na moment, kiedy rzeczywiście zacznę budować wieniec. Teraz wystarczyło przygotować podstawę, znaleźć odpowiedni sposób mocowania i nie spieprzyć tego na ostatnim etapie, przy czym byłem przekonany, iż z drutem, sznurkiem i kilkoma drobiazgami powinienem był sobie poradzić, gorzej przedstawiała się kwestia ostrokrzewu z ogrodu, bo zaczynało zmierzchać, a o tej porze roku szybko robiło się ciemno, ale skoro już miałem go pod ręką, nie mogłem odpuścić. Postanowiłem wyjść po kilka odpowiednich gałązek, zanim jeszcze zabrałem się za właściwe składanie całości w arcydzieło sakralne - skoro moja druga połówka chciała wieniec, dostanie wieniec - nie zamierzałem pozwolić, żeby brak światła pokonał mnie na etapie zbierania kilku liści, choćby nawet niewdzięcznie ostrych, bo i tak mnie już wszystko kłuło, szczypało i swędziało, więc nie mogło być dużo gorzej. Słynne „ostatnie słowa”…?

percepcja ◉◉◉○○ - do poszukiwań
[roll=Z]


RE: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 16.09.2026

Wyszedłem z szopy, z różdżką wsuniętą w rękaw grubego swetra, abym mógł ją łatwo wysunąć między palce, po czym praktycznie od razu przekonałem się, że najwyraźniej zbyt optymistycznie oceniłem ilość światła, jaka została mi jeszcze do dyspozycji - domknąłem za sobą drzwi i odruchowo spojrzałem w stronę nieba, dopiero wtedy orientując się, że przez to całe grzebanie przy gałęziach i porządkowanie materiałów zmierzch zdążył przeistoczyć w całkiem konkretny wieczór, właściwie nawet w całkiem ciemną noc, zwłaszcza po tej stronie ogrodu. Od strony ulicy było znacznie lepiej, tam latarnie i światła z sąsiednich posesji robiły swoje, ale szeroki trawnik rozpościerający się za domem zawsze pozostawał trochę bardziej podatny na zaciemnienie, natomiast dzisiaj dodatkowo niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, więc nawet księżyc nie kwapił się, żeby ułatwić mi robotę.
Oczywiście, mogłem posłużyć się zaklęciem, „lumos” byłby tu nawet całkiem wskazane, lecz okoliczne wysokie nasadzenia drzew i krzewów straciły już większość liści, przez co nie mogłem być całkowicie pewien, czy nie byłem obserwowany przez kogoś, kto nie byłby moją żoną - teoretycznie Ellie z pewnością bardzo dbała o swoją prywatność, gdy tu jeszcze mieszkała, działka była długa i szeroka, ale do tego momentu nigdy przedtem nie pomyślałem o tym, aby upewnić się, ile z naszego ogrodu było tak naprawdę widoczne dla niepowołanych, mugolskich oczu. Sąsiedzi byli wystarczająco blisko, żebym wolał nie robić im darmowego przedstawienia, szczególnie że z moim aktualnym szczęściem ktoś akurat wyjrzałby przez okno dokładnie w chwili, kiedy stałbym z różdżką w jednej ręce i z nożem w drugiej.
Ostrokrzew powinien był rosnąć gdzieś przy tylnej części ogrodu, tylko że przy tym świetle każda ciemnozielona plama zaczynała wyglądać podejrzanie podobnie, przeszedłem zatem kawałek wzdłuż rabaty, próbując wypatrzyć charakterystyczne, ząbkowane liście, aż w końcu uznałem, że dalsze udawanie botanika, zwłaszcza po ciemku nie miało większego sensu. Wsadziłem różdżkę między palce, wymamrotałem formułę zaklęcia, trochę osłaniając dłonią rzucane światło i zacząłem szukać, być może nadal odrobinę na rympał, przesuwając dłonią po gałęziach i macając to, co wydawało mi się właściwym krzewem. Raz trafiłem na różę i natychmiast cofnąłem rękę, przeklinając pod nosem, drugim razem złapałem za zupełnie niewłaściwą gałąź, która okazała się zwykłym berberysem, tylko bardziej rozłożystym, dopiero po chwili poczułem pod palcami znajome, twarde liście z ostrymi zakończeniami, a gdy na nie poświeciłem…

wop ◉◉○○○ - jak dobrze znam się na ogrodnictwie?
[roll=N]


RE: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 16.09.2026

Po postawieniu kilku kroków poza obręb światła rzucanego przez zaśniedziałą lampę nad drzwiami szopy zrozumiałem, że moje wcześniejsze „zaczynało zmierzchać” było dość optymistycznym określeniem sytuacji - tak naprawdę zrobiło się już zwyczajnie ciemno, ogród od strony tyłu domu utonął w znacznie głębszym cieniu niż front posesji, gdzie światła ulicy i sąsiednich domostw robiły za całkiem przyzwoite alternatywne oświetlenie dla naszych niewymienionych jeszcze żarówek latarenek przy ścieżkach - tutaj natomiast było po prostu ciemno, nie widziałem nawet tych kilku mokrych dróżek, których obrysy zniknęły gdzieś w trawie, ledwo dostrzegałem krzewy, płot i roślinność, która po zmroku zaczęła wyglądać tak, jakby specjalnie czekała na okazję, żeby wsadzić mi gałąź w oko. W tych warunkach nawet znane mi gatunki zaczynały przypominać sobie nawzajem.
„Nooo, wreszcie” - przytrzymałem gałąź jedną ręką, natomiast drugą dyskretnie uniosłem różdżkę, żeby zobaczyć, co właściwie zamierzałem ciąć, jednocześnie nie chcąc robić z ogrodowego skalniaka latarni morskiej widocznej z drugiego końca okolicy. W końcu dostrzegłem charakterystyczne, błyszczące liście, a gdy chwilę później jeden z nich ukłuł mnie w palec, uznałem, że identyfikacja przebiegła pomyślnie - tym razem zdecydowanie był to ostrokrzew, którego potrzebowałem - założyłem, że kilka bocznych odrostów w zupełności miało mi wystarczyć, nie zamierzałem teraz urządzać mu przecież pełnej pielęgnacji ani zastanawiać się nad idealnymi gałązkami.
Zabrałem się więc za robotę, licząc na to, że zanim skończę, nie zdążę ani nadmiernie pokaleczyć sobie dłoni, ani przypadkiem wyciąć połowy ogrodu, ani, co byłoby najbardziej kompromitujące, nie zostać przyłapanym przez któregoś z sąsiadów na nocnym szabrowaniu własnego majątku. Nie miałem nic przeciwko mugolom, ale też nie czułem potrzeby tłumaczenia im, dlaczego dorosły facet krążył po własnym ogrodzie ze świecącym patykiem oraz z nożem i ogląda krzaki.
Kilka ostrych listków spadło na trawę, kilka zahaczyło mnie o rękaw, jeden wylądowała mi niemal w wysokiej cholewce buta, ale ostatecznie uzbierałem tyle, ile potrzebowałem. Podniosłem wszystko, otrzepałem pobieżnie z wilgoci i spojrzałem jeszcze raz w stronę okien sąsiadów - nigdzie nie było widać podejrzliwych sylwetek ani innych śladów nagłego zainteresowania moją działalnością, więc uznałem operację za zakończoną sukcesem - schowałem różdżkę, zabrałem ostrokrzew i wróciłem do szopy, żywiąc coraz silniejsze przekonanie, że wykonanie wieńca bez użycia magii zaczynało wymagać ode mnie znacznie więcej zachodu, niż pierwotnie przewidywałem, nawet biorąc pod uwagę wszystko, czego „nauczyłem się” przy okazji tworzenia daru na ołtarz podczas ostatniego Mabon.


RE: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 17.09.2026

Usiadłem przy stole warsztatowym, odsunąłem na bok wszystko, co nie było mi w tej chwili potrzebne, po czym poprawiłem lampę nad moją głową i przyciągnąłem do siebie najgrubsze, najbardziej gęste z zebranych gałęzi - tym razem nie zamierzałem robić klasycznej, równej obręczy, bo im dłużej przyglądałem się materiałom przyniesionym z zewnątrz, tym bardziej odpowiadał mi pomysł, żeby podstawą był długi, ciasno spleciony wąż, który dopiero później miałem uformować w szerokie koło. Taki sposób dawał mi większą swobodę przy układaniu kolejnych elementów, poza tym z doświadczenia wiedziałem już, iż koliste konstrukcje potrafiły mnie naprawdę srogo rozjuszyć, więc nie zamierzałem wynajdować ich dziś na nowo. Ułożyłem wszystko równolegle, postanawiając umieścić leszczynę na samym dole, najbliżej drutu, gdyż była najbardziej giętka, a następnie zacząłem przeplatać zdrewniałe gałązki ze sobą, wsuwając cieńsze fragmenty pomiędzy grubsze i stopniowo zaciskając całość jutowym sznurkiem. Nie szło mi to szczególnie szybko, bo każda miała własne widzimisię, jedna wyginała się dokładnie tam, gdzie chciałem, druga uparcie wracała do poprzedniego położenia, zaś trzecia próbowała wbić mi się w dłoń przy każdym kolejnym ruchu, co jakiś czas musiałem więc przerwać, poprawić ułożenie, przytrzymać kilka warstw kolanem i dopiero wtedy związać je mocniej, zależało mi jednak na tym, żeby splot pozostał gęsty, ale nie przesadnie równy, ponieważ później miałem zamiar wsunąć pomiędzy gałęzie pozostałe komponenty wieńca. Zbyt ciasna i regularna konstrukcja tylko utrudniłaby mi pracę z bardziej kruchymi ozdobami, musiałem mieć to na uwadze. Z każdą kolejną warstwą wąż stawał się grubszy, cięższy i coraz mniej przypominał przypadkowa sterta związanego chrustu, który przyniosłem z lasu. W końcu położyłem go na blacie i obejrzałem z boku, sprawdzając, czy nigdzie nie powstało słabe miejsce - było kilka fragmentów wymagających dodatkowego związania, więc poprawiłem je drutem, po czym ponownie oparłem przedramiona o stół - podstawa chyba mozolnie zaczynała wyglądać dokładnie tak, jak to sobie wymyśliłem, chociaż nadal była tylko długim, splątanym wężem, który dopiero później miałem zmusić do przyjęcia właściwego kształtu.

rzemiosło ◉○○○○ - tworzenie i przeplatanie węża na podstawę wieńca
[roll=O]


RE: [27 - 28.10.1972] We shall not speak of what happened in the shed - Benjy Fenwick - 17.09.2026

Przez chwilę naprawdę wydawało mi się, że wyszło mi to całkiem nieźle - oparłem przedramiona o stół i przyjrzałem się podstawie z pewnego dystansu, przekręcając ją jeszcze kawałek, żeby zobaczyć, jak układała się z drugiej strony - długi, gęsty warkocz z gałęzi miał odpowiednią masę, zachowywał elastyczność i, co najważniejsze, nie wyglądał już jak brutalistyczna wariacja na temat darów natury związana sznurkiem przez faceta, któremu żona weszła na ambicję. Był nierówny, ale w kontrolowany sposób, miał wystarczająco dużo naturalnych odrostów, żebym mógł później wsunąć pomiędzy nie głóg, ostrokrzew, borówkę i fragmenty brzozy, poza tym wydawało mi się, iż miał się dać bez większego problemu zwinąć w szerokie koło, co niewątpliwie było pokrzepiającym wnioskiem. Pomyślałem nawet, że może rzeczywiście miałem do tego rękę, co było myślą krzepiącą, acz niebezpieczną, ponieważ zwykle właśnie wtedy rzeczy postanawiały udowodnić mi, że przedwcześnie się cieszyłem.
Najpierw usłyszałem ciche trzasknięcie… Zamarłem z dłońmi wciąż opartymi o stół, po czym natychmiast spojrzałem na podstawę, próbując ustalić, skąd dochodził dźwięk. Przez kilka sekund nic się nie działo, więc uznałem, że to jakaś z cieńszych gałązek po prostu naprężyła się pod wpływem wyginania i sięgnąłem po sznurek, żeby poprawić jedno z wiązań, wtedy cała konstrukcja nagle puściła dokładnie w miejscu, które przed chwilą uważałem za najlepiej zabezpieczone. Nie rozpadła się całkowicie, na szczęście, ale środkowa część wygięła się gwałtownie, kilka gałęzi wyskoczyło z przeplatania, zaś jeden z końców z impetem odbił się od blatu, niemal strzelił mi w oko i zrzucił na podłogę garść przygotowanego wcześniej materiału - przez moment patrzyłem na to w absolutnej ciszy, z kawałkiem sznurka zwisającym mi z palców, potem podniosłem jedną z gałęzi, obejrzałem pęknięcie i powoli wypuściłem powietrze nosem. „No dobrze”, może jednak nie było jeszcze tak „spoko”, jak przed chwilą mi się wydawało, ale można to było poprawić - prawda…
Prawda?

rzemiosło ◉○○○○ - poprawka błędu
[roll=O]