Cameron, wróciwszy późnym popołudniem ze stażu w szpitalu, nie spodziewał się, że tuż po przekroczeniu progu otrzyma wiadomość o konieczności stawienia się w rodzinnej aptece. Korciło go, aby zignorować prośbę lub przesunąć przyjście o parę godzin. Może udałoby mu się odespać nieprzespaną noc? Była na to szansa, niska, bo niska, ale jednak. Mimo to jakoś nie potrafił się do tego zmusić. Rzucił tylko torbę w kąt i z cichym westchnieniem opuścił lokum. Tak to już bywa z planami; są podatne na zmiany.
Po przybyciu na miejsce dosyć szybko okazało się, że rodzice po prostu chcieli, aby przypilnował biznesu przez parę godzin, kiedy oni będą załatwiać sprawunki na mieście. Oczywiście, pozostałą dwójkę rodzeństwa gdzieś wcięło, więc wszystko spadło na barki biednego Camiego. No kto mógłby przewidzieć taki obrót spraw? Na pewno nie on. Eh, niby był najmłodszy, a jednak musiał dźwigać brzemię odpowiedzialności za wszystkich.
O tej porze na szczęście aptekę odwiedzało niewielu klientów, toteż chłopak dosyć szybko zaszył się na zapleczu, aby dokończyć za matkę sortowanie towarów. Co jakiś czas tylko sprawdzał, czy nie czeka na niego przypadkiem żaden zniecierpliwiony klient. W końcu mógł nie usłyszeć dzwonka przy drzwiach, co nie? W każdym razie, przy wypełnianiu kolejnych dokumentów i sprawdzaniu wyposażenia apteki, czas mijał mu wyjątkowo szybko. Ba, zaczął się nawet łudzić, że pomoc w interesie będzie czystą formalnością. Ot, posiedzi tu trochę, a potem wróci do siebie.
I wtedy usłyszał dzwonek. Spojrzał zbolałym wzrokiem w stronę głównej sali i z trudem powstrzymał się od westchnienia. Cholera jasna. A było już tak pięknie.
— Chwileczkę! Za chwilę podejdę! — krzyknął.
Przeniósł ostrożnie kilka zestawów fiolek z miksturami w odpowiednie miejsce, a następnie szybkim machnięciem różdżki przerzucił puste pudła w kąt. Dopiero wtedy, z niejakim ociąganiem ruszył w stronę lady, zamykając za sobą drzwi na zaplecze. Stłumił w sobie zbolałe jęknięcie, a następnie przywołał na twarz niewinny uśmiech, który tak dobrze sprawdzał się w jego codziennym życiu.
— Witam w aptece Lupinów. Nazywam się Cameron i dzisiaj będę Panią obsługiwał. W czym mogę pomóc? Realizacja recepty, odbiór mikstur czy... — Urwał, gdy podniósł wzrok na kobietę. Zamrugał zdziwiony, wodząc spojrzeniem po jej twarzy, jednak dosyć szybko dopasował twarz do imienia. Lycoris Black. — Dzień dobry, to znaczy dobry wieczór, to znaczy... Hej? — Zmarszczył brwi, motając się trochę, jak właściwie powinien się do niej zwracać. Odchrząknął. — Wybacz, że musiałaś czekać. Lekki burdel na zapleczu.
Wskazał skinieniem głowy drzwi, jak gdyby miało to wyjaśnić całą sytuację. Panna Black nie musiała wiedzieć, jaka dokładnie była prawda i że wcale nie był tak zarobiony, jak twierdził. Kto wie, może dzięki temu białemu kłamstewku spojrzy na niego przychylniejszym okiem?