Secrets of London
[28.10.1972, wieczór] Dog days are over - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [28.10.1972, wieczór] Dog days are over (/showthread.php?tid=6440)



[28.10.1972, wieczór] Dog days are over - Guinevere McGonagall - 17.09.2026

Nigdy wcześniej nie była na Nokturnie. A przynajmniej… nie świadomie, bo być może zawędrowała tutaj podczas Spalonej Nocy. Prawda była też taka, że jeśli chodziło o Magiczne Dzielnice Londynu, to Guinevere nadal potrafiła się tutaj zgubić. I dzisiaj trochę niepewnie zmierzała w kierunku Nokturnu, opatulona w ciemny płaszcz, z włosami spiętymi w wysoki ogon. Kilka razy zapoznała się z listem, jaki otrzymała od… nie była w sumie pewna od kogo dokładnie, na pewno nie od Jonathana ani Anthonego – tyle wiedziała. Do opanowania był jakiś bardzo trudny pies, którego trzeba było poskromić mięsem… I dlatego to mięso, które otrzymała w drugiej przesyłce, spakowała do woreczka ze skóry wsiąkiewki, żeby przypadkiem nikt jej nie okradł: bo choć na Nokturnie nigdy nie była, no to przecież nie bez powodu, okolica była bardziej niż szemrana i kto to wie, na kogo tam w ogóle trafi…? Wolała być więc przygotowana i nie stracić tego mięsa…

Chyba się trochę zgubiła. Nie była przekonana, czy skręciła we właściwą uliczkę, czy znalazła się pod odpowiednim lokalem. Wszystko było tutaj takie obskurne, szare i smutne, zwłaszcza w porównaniu z Walią, gdzie spędzała najwięcej czasu. Poprawiła płaszcz na ramionach, było już bardzo chłodno a McGonagall nie przywykła do aż takiego chłodu, wychowana pośród gorących piasków Egiptu.

Nie wiedziała nawet, jak wygląda czarodziej, z którym miała się na Nokturnie spotkać. Dostała wytyczne, gdzie ma się udać i o której godzinie – i naprawdę miała nadzieję, że znalazła się pod odpowiednim numerem, bo rozczytanie tutaj czegokolwiek, graniczyło trochę z cudem.

Jedną rękę miała w kieszeni płaszcza, ściskała tam różdżkę. A oczy… złote oczy o pionowych źrenicach wpatrywały się czujnie w przestrzeń. Czekała.

I była przekonana, że kompletnie nie pasuje do tego obrazka. Że musi się odznaczać na tle Nokturnu niczym latarnia morska prowadząca statki do portu.


// Przewaga: Chimera; korzystam z woreczka ze skóry wsiąkiewki

!nokturn


RE: [26.10.1972, wieczór] Dog days are over - Pan Losu - 17.09.2026

To twój szczęśliwy dzień – nic się nie dzieje.




RE: [28.10.1972, wieczór] Dog days are over - Woody Tarpaulin - 05.10.2026

Turkotały o bruk koła najętego wozu dostawczego, gdy się z wolna toczył przez Nokturn ciągnięty przez testrale. Na kontenerze wozu wymalowane było spłowiałą farbą logo browaru Mocny Merlin. Brodaty czarodziej wychylający łapczywie butelczynę.
Na koźle siedział pan Tarpaulin. Obok garbaty stangret, co mełł prawie bezzębną mordą cholera wie co, bo usta miał puste. Obwisłe wargi otwierały się i zamykały jak mrugające powieki. Oko miał kaprawe, ale powoził dobrze. Zajechali panowie niedaleko adresu, gdzie miała czekać uzdrowicielka, i wówczas Tarpaulin raźno zeskoczył z kozła. W przeciwieństwie do powożącego starucha był wciąż silnym mężczyzną, mimo że brodę miał prawie zupełnie siwiutką.
Woody nie musiał się wiele rozglądać za wysłaną do niego towarzyszką: stała tam spięta, w wyeleganconym kucyku i ładnym płaszczu.
— Czy ja na panią czekam? Woody Tarpaulin. — Ukłonił się przesadnie szarmancko. Uchyliwszy kapelusza, ukazał łysinę. W oku miał coś chytrego, jakąś budzącą nieufność przebiegłość. Ciężki, poprzecierany prochowiec czarodzieja śmierdział papierosami i czymś kwaśnym. Gdy jednak mężczyzna zbliżył się do Guinevere na tyle, że ich rozmowa stała się nieosiągalna dla uszu przypadkowych przechodniów, przemówił do niej zupełnie grzecznie: — Czy pani doktor nikt nie niepokoił? To dobrze, bardzo dobrze. Czy pani by się mogła podawać treserkę psów? Tak panią na nasze dzisiejsze potrzeby przedstawię, jakby kto pytał.
Nie łudził się, że pytać nie będą, bo jak on by miał u licha takie jarczukowe bydlę po kryjomu wytachać z Nokturnu? Zara się pewno jaki fajfus zainteresuje. No i niech się interesuje. Żadna to była nowość dla Nokturniarzy, że Woody Tarpaulin szukał okazji, gdzie mu się nawinie. Magiczny rasowy pies? Dla chciwego dziada taki pies to gratka, bo rasowy to znaczy, że się sprzeda. Czy więc powinno dziwić, że Tarpaulin spróbuje go zachachmęcić nieboszczykowi? Głupi by nie skorzystał.
— Żem się już przed naszym spotkaniem wstępnie rozeznał, gdzie to się jarczuk szlaja. Wyszedł na rewir niedawno. Zaparkujemy sobie taktycznie niedaleko leża i poczekamy, aż będzie do domu wracał. To może chwilę potrwać, ale mamy na wozie gorące winko na rozgrzewkę. Woli pani podjechać ten kawałek czy puścimy przodem Heepa — skinął głową, wskazując stangreta — a my się we dwoje przejdziemy?


RE: [28.10.1972, wieczór] Dog days are over - Guinevere McGonagall - 07.10.2026

Dość niepewnie rozglądała się wokół siebie, starając się przy tym nie kręcić zanadto, żeby trochę mniej zwracać na siebie uwagę. Zła sława Nokturnu dotarła przecież i do niej i to już dawno, dlatego jakoś nigdy nie kusiło ją, by się zapuszczać aż tutaj. Chyba niczego konkretnego się po tym miejscu nie spodziewała, ale jego ponura aura i tak ją zaskoczyła.

A potem usłyszała tętent kopyt, automatycznie odwróciła w tamtą stronę wzrok i je dostrzegła: wychudłe, może nawet trochę upiorne konie z teraz złożonymi skrzydłami. Tak, widziała je, chociaż prawdę powiedziawszy nie miała ku temu zbyt częstej okazji… dopiero po chwili zwróciła uwagę na wóz, który ciągnęły. Zrobiła nawet krok w tył, żeby ten mógł przejechać i na pewno jej nie zahaczył, a jej nikt nie zaczepił, gdy wtem zatrzymał się i z kozła zeskoczył facet w kapeluszu i…

Zaczepił ją.

– Zależy na kogo pan czeka – odpowiedziała, mówiąc z wyraźnym egzotycznym akcentem, ani odrobinę nie kryjąc się z tym, że właśnie otaksowała go wzrokiem od dołu do góry. No i technicznie to ona czekała… ale ugryzła się w język. Złote kocie oczy, odbijające światło, może nie dość dobrze łapały kolory, ale w obecnym oświetleniu i tak nie miało to większego znaczenia. Bardzo krótko spojrzała w bok na drugiego gościa, który nadal siedział na koźle i już miała zrobić krok w tył, kiedy kapelusznik zaczął się do niej zbliżać jeszcze bardziej, ale wtedy zapytał ją w sposób tak charakterystyczny, że zamarła w tym półkroku do tyłu i miał już teraz jej niepodzielną uwagę.

– Och. Nie, nie, nikt mnie nie zaczepiał – potwierdziła i nawet uśmiechnęła się lekko. Ginny miewała niebywałe szczęście pod tym względem – podczas Spalonej Nocy nikt jej nie niepokoił, chociaż przebywała na ulicach Londynu bardzo długo i w celu całkowicie wiadomym, bo pomagała komu mogła, i teraz również nikt się nią nie zainteresował, a przecież wyróżniała się spomiędzy Anglików chociażby nieco ciemniejszą karnacją, nie mówiąc już o rysach twarzy, mówiących jasno, że nie jest stąd. – Guinevere McGonagall – przedstawiła się teraz i jemu. – …Guinevere McGonagall treserka psów – poprawiła się zaraz, niemalże bez zająknięcia. Rzecz jasna nią nie była, ale jej bliska rodzina faktycznie prowadziła przytułek dla zwierząt, miała więc do czynienia z różnymi gatunkami, tak całkowicie zielona nie była, i dwa lata temu przygarnęli szczeniaka po ludziach, którzy zginęli w ataku Śmierciożerców, pomagała się nim opiekować do czasu wyjazdu do Egiptu, a ten pamiętał ją do teraz i gdy przyjechała w kwietniu, to nie było w nim nieufności czy ostrożności. Oczywiście nie umywało się to do faktycznego tresowania psów, ani tym bardziej obłaskiwania jarczuka, ale to były… detale. Tak, detale. – To może się przejdziemy? Łatwiej będzie porozmawiać – zaproponowała po tym, jak Woody przedstawił swój plan. – Mam dla niego smakołyki – powiedziała i uśmiechnęła się tajemniczo, bo faktycznie nie miała przy sobie żadnej torby, ani niczego – tylko ten ukryty teraz w kieszeni woreczek i te „smakołyki” brzmiały równie nieadekwatnie do tego, czym to w ogóle było, a były to wielkie kawały mięsa… – Dziadek się ucieszy, bardzo lubi psy – powiedziała po chwili.




RE: [28.10.1972, wieczór] Dog days are over - Woody Tarpaulin - 26.10.2026

Nie pomylił się. To na nią czekał. Przywykł do tego, że zdarza mu się w tym nokturnowym attire budzić nieufność. Na Nokturnie trzymało go to na powierzchni, w zetknięciu ze zwykłym światem nieraz było wbiciem cieniutkiej szpileczki pod warstwę brudu, jaka się na nim przez lata zebrała. Bo, cholera, gdy był bogatym chłopcem w mundurze, takie panny jak Guinevere McGonagall się za nim uganiały, słowo honoru.
— Idziemy to idziemy. — Czarodziej zagwizdał na woźnicę i dał mu ręką sygnał, że ma jechać dalej, zajmować umówioną pozycję. Wóz przyspieszył i po chwili zniknął za rogiem mrocznej alei, gdzie spacerem skierowali się także Woody z Guinevere. — Smakołyki pomogą. Pani pewnie lepiej niż ja wie, co robi, bo ja noga ze zwierząt jestem. Chociaż przyznam pani, że się od niedawna trochę interesuję tematem — pochwalił się.
I rzeczywiście, w Rejwachu przybyło w ostatnim czasie zwierzęcych lokatorów. Do tej pory Tarpaulin polegał przy nich na swoich pracownikach, lecz zaczynała w nim dorastać myśl, aby do opieki nad zwierzętami samemu się przyłożyć.
— Sama przyjemność poznać. McGonagall? Z tych McGonagallów? — Tych, czyli prowadzących Ostoję, o której coś tam obiło mu się o uszy. Innych McGonagallów nie znał. — Pani nie odbiera tego źle, ale taka pani uroda, że bym nigdy nie zgadł — podzielił się swoją cenną, męską opinią.
Tarpaulinowi się na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu nikt szczególnie nie przyglądał. Stara znajoma morda, stare znajome człapanie i — znając życie — nowy chytry projekt. Słowem: nic ciekawego. Na egzotycznym klejnocie u jego boku nieco dłużej uwiesiły się tu i ówdzie ponure, podejrzliwe oczy, ale tyle tylko wisiały, ile zajmowało minięcie się na ulicy. I bardzo dobrze.
— Psina się wabi Grimm, ale nie wiem, czy reaguje. Właściciel, stary cwaniura, nie żyje. Pies jest sam, tego trzeba go zabrać. Pani sama zobaczy, jaka to wielka bestia. Pomyślałem, że czymś go trzeba będzie przewieźć, to nam wynająłem dostawczaka od takiego jednego faceta, co wozi do mnie zaopatrzenie. Heep, woźnica, nie należy do żadnego klubu, tylko sobie dziś dorabia na tym zleceniu, więc tam przy nim to lepiej… — Mężczyzna wykonał przy gębie gest zasuwnaia ust.


RE: [28.10.1972, wieczór] Dog days are over - Guinevere McGonagall - 02.11.2026

Nigdy jakoś specjalnie nie patrzyła na majętność facetów, za którymi się oglądała, ważniejsze były inne rzeczy, ale faktem było, że chłopcy w mundurze jakoś bardziej przyciągali wzrok… Teraz jednak nie wyobrażała sobie Woody’ego ani jako młodszego mężczyzny, ani jako młodszego mężczyzny w mundurze. Jakoś zbyt zaaferowana była samym tym, że wlazła samotnie na Nokturn i miała się tu spotkać… do teraz nie wiedziała nawet z kim, bo nie dostała nawet żadnego rysopisu, ani niczego.

– Lepiej znam się na ludziach niż na zwierzętach, jeśli mam być szczera – przyznała, ale pewnie już to wiedział, skoro zwrócił się do niej per „pani doktor”. – Ale coś tam wiem, tak – bo to nie było tak, że była całkowicie bezużyteczna w kwestii magicznych bestii i zwykłych zwierząt. Po przeprowadzce do Anglii w dość krótkim czasie musiała przyswoić całkiem sporo o podopiecznych Ostoi dla zwierząt, by móc chociaż trochę pomóc dziadkom, skoro już była na miejscu. W miarę sobie radziła. Nie był to poziom nie wiadomo jak profesjonalny, ale nie było też tak, że dałaby radę zagłodzić gumochłona.

– A czym się pan interesuje? – zagadnęła, skoro już sam się pan Tarpaulin pochwalił.

– Z tych, to znaczy z których? – uśmiechnęła się pod nosem, ale też na moment przeniosła na mężczyznę spojrzenie swoich kocich oczu. – Ach, o to chodzi. Urodziłam się w Egipcie, moja matka jest Egipcjanką. Ale moi dziadkowie prowadzą tu pod Londynem przytułek dla zwierząt – wyjaśniła cierpliwie skąd ta jej całkowicie niecodzienna uroda, bo nie mogło chodzić o nic innego, chyba nie miał na myśli jej oczu, prawda?

Zerkała czujnie na boki, bo jednak nie czuła się tu na Nokturnie specjalnie bezpiecznie, wyglądało jednak na to, że nikt tu nie zamierzał ich niepokoić. Być może chodziło o reputację jej towarzysza… a Guinevere była całkowicie nieświadoma, że ma właśnie u boku brata kogoś, z kim kilka miesięcy temu umówiła się na randkę.

– Grimm, wielka bestia – powtórzyła. – Ładnie, pewnie mu pasuje. Ten właściciel to dawno zmarł? Psy się bardzo przywiązują do swoich ludzkich towarzyszy, zwłaszcza jak są starsze… Ale samotność na pewno mu nie służy. Myślałam, żeby go przetransportować jakoś właśnie do Ostoi. Ten dostawczak się pewnie nada… Dziadek nie będzie pytał, raczej po prostu zrobi dla niego miejsce i ucieszy się, że może pomóc – przyznała i kiwnęła głową, kiedy Woody dał jej do zrozumienia, żeby nie gadać przy Heepie o całym przedsięwzięciu. Czyli tym lepiej, że wybrali się na spacerek po tej wątpliwej w widoki okolicy. – Jest u nas jeden pies, to nie będzie sam. No i ludzie też są, zajmą się nim.