![]() |
|
[26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +---- Dział: Epping Forest (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=123) +---- Wątek: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić (/showthread.php?tid=6450) |
[26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Victoria Lestrange - 20.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0CxKE54.png[/inny avek] 26 IX 1972, późny ranek
Suma przypadków: Znów te przeklęte dzieciaki! + Stanie Zoi ![]() Gdy tego ranka wstała, cicho licząc na to, że przez noc być może siła klątwy zelżeje, bardzo się rozczarowała. Najwyraźniej faktycznie musiała odczekać pełną dobę i tego dnia, gdziekolwiek się w domu nie udała, miała ze sobą zegarek – i to nie tylko taki na nadgarstku, ale też stojący, porcelanowy, który stawiała przed sobą, by mogła się wpatrywać w jego tarczę. A czas jakby irytująco zwolnił, bo teraz każda sekunda wydawała się trwać dwa razy dłużej niż normalnie, a przecież już dawno wyrosła z tego czasu, w którym jeden miesiąc dłużył się tak, jakby to był cały rok. Skoro jednak miała dzisiaj dzień wolny (bo wczoraj, gdy przytrafiło jej się to, co przytrafiło, oprócz zwolnienia się z pracy, przezornie wzięła jeszcze kolejny, nie wiedząc, o której dokładnie ta klątwa puści – na szczęście dyspozytorka Everlight nie robiła z tego problemu, widząc, w jakim aurorka jest stanie), to zeszła do swojej pracowni alchemicznej, którą już sobie tutaj urządziła, chcąc trochę poeksperymentować… Pogodziła się już z tym, że ciągle odczuwa zimno, ale chciała trochę zmodyfikować eliksir rozgrzewający, tak, by inni nie musieli się wzdrygać w jej obecności oraz aby wydłużyć jego działanie, żeby nie musiała zażywać go co godzinę. Miała podwaliny do tego typu projektu, chcąc zrobić taki eliksir „kamuflażu” dla wampirów, ale dla niej… przynajmniej z założenia… powinno być to trochę prostsze, bo chodziło jedynie o imitację ludzkiego ciepła przez kilka godzin. Tak, chodziło o Chrisa, a o kogo by innego… Zainspirował ją już przynajmniej drugi raz, by się o siebie zatroszczyła. Kombinowała więc w swojej pracowni, co jakiś czas zerkając na ten cholerny zegarek, ustawiony centralnie tak, by ciągle go widzieć i… chyba to nawet trochę pomogło, bo czas jakoś trochę szybciej minął, z poranka zrobił się późniejszy ranek – nadal nie samo południe, ale już… już prawie. A ona ciągle była tą cholerną nastolatką! Przynajmniej eliksir skończył się warzyć, zanotowała ostatnie rzeczy w swoim notatniku, by w razie czego móc do tej receptury wrócić, po czym przyjęła solidną porcję… // Wiedza przyrodnicza ◉◉◉◉○ [roll=PO] Nie czuła różnicy. Ale nie ona powinna ją czuć. Cóż, przynajmniej nie wyrosły jej na czole żadne czółki… A chwilę później zjawiła się skrzatka, mówiąc, że panicz Rosier pukał do drzwi… Victoria wyszła więc na górę, zdziwiona, że przyszedł tak wcześnie, ale jednocześnie… czuła jakąś dziwną ulgę, bo blondyn najwyraźniej nadal chciał się z nią spotykać… No chyba że przyszedł jej właśnie dać kosza, bo nadal wyglądała jak gówniara…? Na Matkę, oby to nie było to… Bo niestety Victoria nadal nie miała dobrych wieści: ciągle wyglądała jak nastolatka. Ale… doba jeszcze nie minęła. – Dzień dobry, dobrze cię widzieć – przywitała się i uśmiechnęła lekko. – Nic się niestety przez noc nie zmieniło, ale nie zrobiłam się jeszcze młodsza, to też dobrze… – mruknęła, nieco tylko zakłopotana, a kiedy powiedział coś o gazecie na wycieraczce, to aż zmarszczyła brwi. – Gazeta? Jaka znowu gazeta. Dzisiejszego Proroka przyniosła mi sowa – stwierdziła, gładko przechodząc przez przedpokój, by zamaszyście otworzyć drzwi. No… gazeta rzeczywiście tam leżała. ***
Victoria nie umiała wytłumaczyć tej krótkiej serii wydarzeń, jaka właśnie miała miejsce. Bo w jednej chwili otwierała drzwi, Christopher był tuż za nią, w drugiej potknęła się, jednak nie dość dobrze panując nad tym ciałem, Rosier próbował ją chyba złapać, by nie wyrżnęła na twarz, zdążył pochwycić ją za dłoń, ona poleciała do przodu, dość niefortunnie drugą ręką dotknęła gazety i… Chwilę później wylądowali… gdzieś. Wokół były drzewa, może niezbyt wysokie, ale nadal. I nigdzie nie było widać jej domu. – Co do… – mruknęła, rozglądając się wokół. |