![]() |
|
[Spalona Noc] Everything In Its Right Place - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [Spalona Noc] Everything In Its Right Place (/showthread.php?tid=6451) |
[Spalona Noc] Everything In Its Right Place - Gareth Rowle - 20.09.2026 Początek Spalonej NocyW tej przeklętej piwnicy powietrze było nie dosyć że stęchłe i przechodzone tyloma obcymi płucami, że zdążyło skwaśnieć jak mleko ukiszone w cieple, to jeszcze krążyło w kółko między czterema spoconymi ścianami, bez dostępu do żadnego okna. Fajkowy dym, męski pot, ziejące niedomytymi, gnijącymi zębami oddechy, a pod tym wszystkim słodkawa nuta czegoś, co zdechło pod podłogą jeszcze latem, ale nikomu nie chciało się dostatecznie długo szukać, aby znaleźć i pogrzebać. Ludzie, którzy w takich miejscach dobrowolnie przesiadywali, nie zasługiwali w życiu na nic lepszego. A Rowle siedział z nimi już trzecią godzinę. Gary trzymał w łapie dwie damy i nic poza tym. Nad wkurwieniem panował umiarkowanie i sam już nie wiedział czy stoicyzm go bardziej zdradzał czy wydawał. Przekładał sobie tę swoją damę do damy, zauważając że na początku otworzyli niby świeżutką talię, ale teraz te same karty lepiły się do palców jak łuska do noża, jakby wilgoć i cudzy pot wrastać tu mogły we wszystko. Równie dobrze w przeklętych kartach mogła być sama ślina, łącznie z wczorajszym podwieczorkiem zasiadających obok oblechów. Obrzydziłoby to go zapewne bardziej, gdyby tylko nie kończył każdego dnia ubabrany w różnorodne zwierzęce mazie — a tej zgrai i zwierząt naprawdę nie dzieliło wiele. Jeden fagas beknął na głos, co skłoniło Garego do kontemplacji nad kolejnym trunkiem. Szklanka stała przy nim pusta już od dziesięciu minut. Pili przy tej zabójczej rozgrywce coś, co gospodarz oraz lewa etykieta, miały czelność nazywać ognistą, a co smakowało jak przegotowany torf, w którym moczono od dawna stare gwoździe. Schodziło przełykiem chropowatą, ciepłą strugą, zostawiając za sobą zarówno metaliczny posmak rdzy jak i woń utraty kolejnego punktu honoru, którego z jakiegoś powodu, wciąż się strzegł, mimo warunków, w których wyznaczył sobie wieczorne rozrywki. Przy stole siedziało bowiem trzech nieciekawych typów, których prawdziwych nazwisk nie chciał znać ani pamiętać, był też czwarty, wyjątkowo gruby i obleśny, nawet jak na starego kucharza. A każdy gruby i na dodatek stary, miał jeden spory problem — kiepskie pole widzenia. Jego pozłacany zegarek leżał szczęśliwie w kieszeni Garetha od godziny. Ale Garethowi, ani Grubasowi szczęścia najwidoczniej nie przyniósł, bo obaj wciąż przegrywali od samego początku spotkania. Cóż, przynajmniej jeden z nich wyjdzie z tej nory z czymś na własność. Nagle na schodach zadudniło, ktoś leciał po stopniach po dwa, potknął się na ostatnim i wpadł do środka razem z drzwiami, które huknęły o kamień. — Pali się! — Chwycił framugę, żeby nie runąć, gardło miał zdarte do krwi. — Londyn się pali! Cała czwórka siedziała dalej, z rękami na kartach jak tresowane harty, którym nikt nie pozwolił wstać od miski. Gareth dopiero wtedy usłyszał, jak z góry leci fertyczny tupot i zbite szkło. Krew zaczęła mu walić w podniebienie, wysoko, tuż pod zębami, i nie był to ten rodzaj bicia, który człowiek próbowałby zbyć. Tak się nie robiło, na pewno nie, kiedy chciało się kiedyś wrócić. Ale teraz? Teraz zaufał elektrycznemu impulsowi. Jedno mrugnięcie, jeden półoddech, a ręka, wprawna i zwinna wnet zgarnęła pulę, różdżka zaś zmiotła resztki resztek, które manewr strącił na podłogę. Wszystko, zwłaszcza cudze monety, które jeszcze nie były jego i nigdy nie byłyby jego. Wypruł na zewnątrz, jak na zadowoloną z siebie, szuję przystało. Niebo nad Londynem nie płonęło, jątrzyło się niczym dojrzewająca od kilku dni, paskudna, ropiejąca rana. A na nim brzuch chmur nabrzmiał od spodu ceglastym światłem, baniastym, tłustawym niczym kurze żółtko, i pulsował leniwie, niemalże sennie, jak coś, co po sowitym posiłku właśnie zaczęło trawić. Czyżby znalazł się w samym epicentrum smoczego piekła? Chciał się przekonać. Dym nie szedł do góry słupem, tylko rozlewał się bokiem, szerokim, brunatnym językiem, zachłannie wylizując szarawe dachy do czysta. Kominy stały w nim cienkie jak sterczące z gardła ości. Wyżej, tam gdzie powinny być gwiazdy i ich konstelacje, wisiała zielona łuna — chłodna oraz jadowita, wstawiona w to całe pomarańczowe ciepło jak witrażowe szkiełko w asymetrycznej ramie. Popiół prószył z góry niespiesznie, osiadając mu na barkach, w rudych, krótko przystrzyżonych włosach i na wargach. Smakował jak coś, czego ludzki język posmakować nigdy nie powinien. Rowle ten smak skądś znał. Ulica była pełna ludzi, którzy biegli, albo uciekali, nie był w stanie stwierdzić. Czując na sobie oddech wypłoszonych i oskubanych frajerów, Gary ruszył w tłum. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tWHOXm8.png[/inny avek] RE: [Spalona Noc] Everything In Its Right Place - Bran Krwiopijca - 30.10.2026 W londyńskie niebo wystrzeliwały jeden za drugim snopy zielonego światła tam, gdzie przejść już zdążyli Śmierciożercy, gdzie pozostawili runy i klątwy, gdzie rujnowali domy, gdzie podsycali ogień. Ptaki pocztowe ścieliły się trupem na ulicach, buty uciekających w panice ludzi rozsmarowywały flaki po bruku, krew mieszała się z popiołem. On szedł, oni pierzchali. Rozbiegali się chmarami jak insekty. Mało kto chciał stawać twarzą w twarz ze stalową maską odbijającą płomienie Spalonej Nocy. Raz trafił w niego kamień. To jakiś chłystek dawał upust swojej bezsilności. Przez szalejący w Londynie pożar Śmierciożerca nie poczuł na sobie nic ze swądu przeżerającej go czarnej magii, gdy z chłopakiem wreszcie skończył. Odszedł od ciała targany złością, że oto musiał opóźnić swój pochód przez boczne uliczki odchodzące od Pokątnej — lecz znów już maszerował nieubłaganie przed siebie. Z kroku tego czarnoksiężnika skrytego pod dymiącym, czarnym płaszczem nie sposób było wyczytać, do których drzwi zapuka kolejnych, aby kryjących się za nimi wrogów pogrzebać pod zgliszczami ich własnych domostw. A jeśli kto uciec zdążał przed wyrokiem, nie miał po co w mury nawiedzone przez Śmierciożercę wracać. Tak wielka była tej nocy jego moc, takiego dzieła dopełniał… W jednej chwili uciął się przemarsz. Wśród huku walących się w oddali budynków, nie usłyszał nic, kiedy za jego plecami czyjeś zaklęcie poderwało z ruin warstwę gruzów. Zawierucha cegieł i elementów konstrukcyjnych posłała Śmierciożercę na bruk. Ostry kawałek blachy rozerwał mu bok tuż pod żebrami, blacha wdarła się w ciało piekącym, ostrym bólem. Pozostała po niej brocząca krwią rana. Szlachetnemu śmiałkowi występującemu przeciwko rebelii Voldemorta brakło odwagi, gdy ujrzał, że Śmierciożerca podnosi się upiornie powoli, a co miało go zgnieść, obsypuje się z jego pleców. Śmiałek uciekł. Śmierciożerca wstał, lecz nie zdołał się już wyprostować, pozostał zgięty w pół bólem. Nie zdołałby w tamtej chwili bronić się — był w szoku. Nie do końca uświadamiał sobie, że się podnosi, że wciąż ściska różdżkę, że wciąż wzbudza strach, i że tylko to go uratowało. Tak dobiegł kres jego misji. Był w tym stanie bezużyteczny. Docisnął rękę do zranionego boku, próbując tamować krawienie. Nie było na czarnych rękawicach widać, że życie ucieka mu przez palce, tak jak nie było na nich widać wcześniej, ile żyć zabrał tej nocy. Był zbyt oszołomiony, żeby się deportować. Jak zranione zwierzę poczołgał się do najbliższej kryjówki, aby nie zamierzając czekać, aż ktoś zajdzie w ten zaułek i przypieczętuje jego los. Dokuśtykał do niewielkiego, zrujnowanego warsztatu rzemieślniczego. Szyld ogłaszał sklep z zabawkami, rodzinny biznes. Pękły szyby witryny, za którą siedziały osmolone pluszowe hipogryfy i smoki oprószone okruchami szkła jak brokatem. Wystarczyło lekko pchnąć ramieniem drzwi opuszczonego w pośpiechu zakładu. Niedomknięte ustąpiły od razu, a Śmierciożerca prawie wpadł do środka. Zdołał chwycić się regału i uchronić w ten sposób przed upadkiem. Czarnomagiczny dym od dawna już snuł się w środku. Ktoś zdążył zostawić przeklęte runy. Mimo to wiszące pod sufitem drewniane kukły wciąż niestrudzenie machały zaklętymi łapkami, w tle zgrzytały mechanizmy niemych, magicznych pozytywek. Śmierciożerca osunął się ciężko na ziemię, oparł plecy o półkę pełną tęczowych, nakręcanych elfików. Oddychał ciężko. Mimo bólu unosił się kilka razy, aby wyjrzeć dyskretnie na zewnątrz, gdy przechodzili ludzie. Nasłuchiwał, kto mija sklep z zewnątrz, gotów wołać pomocy, jeśli by swój szedł. Być może Gareth Rowle miał ciężki krok kogoś, kto nie uciekał, a może przeszedł za blisko witryny, może zrobił to za wolno. Coś sprawiło, że gdy Gareth przechodził, skryty wewnątrz zakładu czarnoksiężnik podniósł się ze swojego zacienionego miejsca, aby lepiej się czarodziejowi przyjrzeć. Musiał ocenić Garetha jako wystarczająco swojego. Gdzie widział tę piegowatą mordę? Minęli się, gdy Gareth warował gdzieś za Lazarusem czy Śmierciożerca sam grał z nim raz czy dwa w karty i zapamiętał nazwisko przyklejone do tej dłużnej mu kasę gęby? Nigdy nie miał się podzielić odpowiedzią na to pytanie. Okryty czarnym płaszczem Śmierciożerca, szurając buciorami o klepki podłogi, podszedł do wytłuczonej witryny, oparł się o nią z trudem i zawołał do Rowle'a zniekształconym przez zaklętą maskę głosem: — Pomożesz mi. |