Secrets of London
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór (/showthread.php?tid=6453)



[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Savaš Gregorovitch - 20.09.2026

Został sam w domu Gregorovitchów, a ponure Little Hangleton zdawało się jeszcze bardziej pozbawione życia niż zwykle. Resztki jesiennego światła dogasały na szybach, a wraz z nimi pokoje powoli traciły domowy nastrój. Savaš znał tę porę dobrze. Smutek samotności przychodził wtedy pierwszy, jak przypływ, który przez cały dzień pozostawał niewidoczny, by wieczorem odnaleźć drogę do każdego pustego pomieszczenia. Nauczył się jednak z nim żyć. Jak człowiek, który po wielu latach przestaje walczyć z demonem i zamiast tego sadza go naprzeciw siebie. Nie wypędzał go, ale pozwalał mu mówić, a potem wykorzystywał jego czar.

Na środku stołu ułożył narzędzia rytuału. Czarną świece, wiązkę tarniny, której gałęzie zostały wcześniej spalone na drobny, czarny popiół. Wiklinę oraz płytką miseczkę, w której popiół czekał na swoją przemianę. Zgasił wszystkie lampy. Pozostała tylko jedna świeca. Przez chwilę siedział nieruchomo przed jej płomieniem. Nie rozpoczynał zaklęcia. Najpierw musiał pozwolić smutkowi osiąść w sobie do właściwej głębokości. Rytuał wymagał ciszy, dogłębnej, duchowej i pozbawionej dźwięku. Potrzebował ciszy, w której człowiek słyszy własne myśli wyraźniej niż wszystko, co znajduje się poza nim. Przycisnął dłonie do swoich skroni z zamkniętymi oczami. Trwał tak kilka minut, aż ciężar przytłaczających, gnębiących myśli przelał się na jego ręce. Wtedy uniósł je i wystawił przed siebie, tuż nad płomieniem. Poczuł ciepło, co dodało mu przez moment sił, ale tylko na moment. Potem czekał dłużej i chwilę jeszcze. Aż do momentu, aż swąd palonej skóry mógł być wyczuwalny w pomieszczeniu. Nie czuł już bólu, to nie mogło go odwlec od czarno magicznego rytuału. Pozwolił myślom wrócić do jednego z tych wieczorów, które jego pamięć przechowywała z okrutną dokładnością. Nie przywoływał obrazu w całości. Wystarczył jej głos i tylko jedno zdanie. Nikt z nas nie jest niczym więcej niż krwią, która w nim płynie.

Pierwsza łza spadła na popiół. Nie otarł jej. Druga. Trzecia, a potem jeszcze kilka kolejnych.  Wilgotny popiół tarniny zaczął ciemnieć, nasiąkając czymś, co dla każdego innego byłoby jedynie oznaką słabości. Dla niego stało się składnikiem. Bazą. Gregorovitchowska magia znała przedmioty, które można było uczynić bardziej podatnymi na klątwę, jeśli odpowiednio przygotowano ich materię. Tarnina nadawała się do tego szczególnie dobrze, cierń, granica, drewno, które od dawna kojarzono z ochroną i przekraczaniem tego, czego przekraczać nie należało. Savaš zanurzył dwa palce w czarnym, nasiąkniętym łzami popiele. Dopiero wtedy rozpoczął pracę. Wiklina układała się pod jego dłoń w równy, cierpliwy splot. Nie spieszył się. Każde pasmo przechodziło nad drugim, każde skrzyżowanie było jak kolejna linia zaklęcia. Z czasem płaska mata zaczęła przypominać ozdobną ceratę przeznaczoną na stół. Wzór był subtelny, niemal elegancki. Z daleka wyglądałby jak przedmiot wykonany przez kogoś, kto chciał nadać zwyczajnemu posiłkowi odrobinę uroku. Savaš wiedział jednak, co ukrywał splot. Co pewien czas dotykał wikliny popiołem, zostawiając na niej czarne ślady. Przy każdym takim dotknięciu wypowiadał pojedyncze słowo inkantacji. Słowa miały zamykać się w materiale tak, jak jego smutek zamykał się w nim. Kiedy ostatni splot został ukończony, Savaš koniec różdżki na powierzchni maty. Płomień świecy wygiął się nagle w jego stronę. Wypowiedział ostatnią formułę. Nie było huku ani błysku. Tylko głęboka cisza, która na krótką chwilę zdawała się wypełniać cały dom. Potem płomień wrócił do normalnego kształtu. Klątwa została zamknięta. Każdy, kto zasiadłby do posiłku nad zaczarowaną matą, początkowo nie zauważyłby niczego. Dopiero później pojawiłoby się w nim poczucie przytłoczenia, niepokój bez wyraźnej przyczyny, smutek bez wspomnienia, żal bez źródła. Z czasem wszystko, co dobre, zaczęłoby wydawać się odległe i kruche. Nadzieja stawałaby się czymś naiwnym, niemal absurdalnym. Rozpacz narastałaby cierpliwie, aż zaklęcie zostałoby rozproszone. Savaš patrzył na gotowy przedmiot długo. Nie czuł triumfu. Nie czuł też winy. Ojciec kazał, syn wysłuchał. Zdmuchnął świecę. W ciemności czarna wiklina pozostała niewidoczna. Tylko zapach spalonej skóry wciąż wisiał w powietrzu, jak ślad po modlitwie skierowanej do czegoś, czego Savaš nigdy nie odważyłby się nazwać bogiem.

Przełom przyszedł przez rzecz zupełnie błahą, niemal żałosną w swojej zwyczajności. Savaš nie dogasił świecy. Nie tak jak powinien. Zorientował się dopiero wtedy, gdy usłyszał zwęglający się pergamin za sobą. Płomień, pozostawiony na skraju stołu, musiał przechylić się podczas jego pracy i liznąć brzeg starej księgi. Była to jedna z tych staroruskich ksiąg, które ojciec przechowywał niemal jak relikwie, kruche karty, wyblakłe pismo, notatki naniesione przez kilka pokoleń Gregorovitchów. Savaš znał jej wartość. Wiedział, ile razy ojciec przestrzegał, by nawet nie stawiać przy niej filiżanki z herbatą. Teraz kilka kart było nadpalonych. Zamarł. Przez chwilę patrzył tylko na cienką strużkę dymu unoszącą się nad księgą. Potem gwałtownie zdusił płomień i ostrożnie odsunął świecę, jakby sam dotyk mógł pogorszyć sytuację. Palce zaczęły mu drżeć. To była jego wina. Nie żadna klątwa. Nie cudza magia. Nie los, który znów postanowił przypomnieć mu o własnej złośliwości. Jego nieuwaga. I nagle cały ten smutek, z którym nauczył się żyć, zmienił kształt. Smutek ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu. Lękowi Nie bał się samej kary. Bał się twarzy ojca, kiedy ten zobaczy zniszczoną księgę. Bał się rozczarowania, które mogło pojawić się w jego oczach, tego cichego, znacznie gorszego od gniewu. Tego spojrzenia, które mówiłoby, że nawet teraz, po wszystkim, po śmierci i powrocie, po całej tej próbie udowodnienia swojej wartości, Savaš wciąż potrafił zawieść. Przycisnął dłonie do twarzy. Oddech stał się płytki, choć jego ciało nie powinno przecież potrzebować oddechu tak jak dawniej. Myśli zaczęły biec jedna za drugą. Co jeśli ojciec wróci wcześniej? Co jeśli zauważy? Co jeśli uzna, że zrobił to przez lekkomyślność? Co jeśli… Kolejna łza spadła na nadpalony brzeg księgi. Tym razem nie była składnikiem rytuału. Była czystym strachem, a strach był inny. Nie dawał się prowadzić. Rozlewał się po nim bez kierunku i odbierał mu możliwość myślenia. Spojrzał na drzwi pracown i na pusty korytarz. Na miejsce, gdzie zwykle siedział ojciec. I wtedy, niemal wbrew sobie, pomyślał o Septimie. O jej dłoni zamykającej się na jego własnej. O cieple, które wtedy odpędziło wszystkie lęki. Po raz pierwszy samotność nie była już czymś, co mógł cierpliwie przeczekać. Savaš odsunął nadpaloną księgę, sięgnął po pergamin i przez dłuższą chwilę trzymał pióro nieruchomo nad pustą kartką. Potem zaczął pisać do ostatniego promienia światła, który pozostał mu jeszcze w zasięgu ręki.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=A7OUEUD.jpeg[/inny avek]


RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Septima Ollivander - 05.10.2026

[inny avek]https://i.postimg.cc/tCbhTzZD/septimka.png[/inny avek]
Teleportacja wypluła ją na rozmokłą drogę kilkanaście kroków od cudzej furtki. Stała chwilę rozchwiana jak gibki pęd na wietrze, z trudem łapiąc pod stopami solidny grunt Little Hangleton.
Wzgórza stały dookoła krucze i garbate, zamykając mieścinę niczym dłoń zamykającą się nad owadem; wyżej, na wzniesieniu, majaczył kościół z tą swoją powyginaną szybą, w której podobno widywano przedziwne rzeczy, a jeszcze dalej, już poza lichym horyzontem światła, ciągnęła się ciemniejsza od smoły kreska lasu. Powietrze tutaj było obrosłe wilgocią; od razu dopadła ją przenikliwa woń przegnitych nieustannym deszczem, starych liści, która na myśl przywiodła jej leśne ostatnie wędrówki z Savasem. Różnica była jednakże taka, że te kilka dni temu przechadzali się po znajomym, względnie bezpiecznym Epping Forest, a Little Hangleton nie znała prawie wcale, a słyszała za to wiele ciekawych historii.
Septima nie wierzyła nawet w połowę tego, co opowiadano o tej uroczej dziurze, ale fakt faktem, przybyła tu w środku długiej, październikowej nocy z planem właściwie żadnym. Słońce nie miało wstać jeszcze przez kolejne kilka godzin, a jej ciało, niespokojne od momentu otrzymania niepokojącego listu, trwało w nieustępliwym stanie szukania zagrożenia.

Z wiadomości co prawda nie wynikało, aby chłopakowi miało coś grozić. Ale kto pisał takie listy w środku nocy? Wiedziała, że ktoś kto potrzebował pomocy.
Szła wzdłuż niskiego muru, przykładając do niego koniuszki palców jak dziecko liczące sztachety, a każda kolejna zroszona wilgocią cegła, wydawała się zimniejsza od poprzedniej. Gdzieś za plecami, od strony bocznej drogi, leżał czarodziejski cmentarz. Nie kusiło jej, by w jego kierunku odwrócić wzrok, ale z jakiegoś powodu zapamiętała sobie gdzie go znaleźć.

Dom Gregorovitchów rozpoznała, zanim doszła do numeru. Wydawało jej się, że widzi w jednym z okien śreżogę mdławego światła, ale nie mogła być pewna, czy aby nie myli jej z blaskiem, wysuniętego leniwie w jasnych obłokach, księżyca.
I dopiero wtedy, trzy kroki od furtki, dotarło do niej w pełnym brzmieniu to, co właśnie robiła. Przychodziła, wręcz skradała się, nocą do cudzego domu, bez wiedzy jego gospodarzy, do rodziny, która jej nie zapraszała i z całą pewnością by jej nie zaprosiła. Ona zaś stała przy ich furtce, o tej godzinie, z płaszczem narzuconym pospiesznie, w mieścinie, w której pokoleniami hodowano utalentowanych czarodziejów najczystszej krwi i w której każdy dom musiał mieć piwnicę wypełnioną trollami. W innych warunkach, znalazłaby w tym zapewne trochę dziecinnej frajdy, ale troska o chłopaka przyćmiewała jej patologiczne ciągotki.

Furtka ustąpiła bez skrzypienia, co wcale jej nie uspokoiło, bo wokół siebie nie naliczyła żadnego innego dźwięku, poza tymi, które wykonywały jej trzewiki stąpające po chodniku.
List leżał w kieszeni krzywo, bo w pośpiechu zapiętego, płaszcza, przeczytany dwukrotnie, zinterpretowany został wielokrotnie. Savaš nie napisał, co się stało. Napisał, że nie radzi sobie w ogóle, że dom jest zbyt pusty, że można nawet nie rozmawiać — same rzeczy nie do użycia, bez konkretu, kontekstu, którego dałoby się chwycić. Septima umiała naprawiać to, co można było dotknąć, zobaczyć, rozłożyć na części i złożyć z powrotem. Pęknięty trzon, rozwarstwiony rdzeń, włos ptaka skręcony nie w tę stronę; przy takich rzeczach wiedziała, od czego zacząć, bo widziała szkodę i znała dobrze swoje narzędzia. Jej własne dłonie. Namacalne. A ze wszystkim innym? Cholera, ze wszystkim innym szło jej po prostu źle.

Dom stał bliżej, niż się spodziewała, i wyglądał zupełnie zwyczajnie.
To ją właściwie rozczarowało, chociaż nie przyznałaby tego nawet przed samą sobą. Nie było przy ścieżce żadnych kości zawieszonych dla ostrzeżenia, żadnych zwierząt o złych oczach siedzących na murze, żadnej z tych rzeczy, którymi straszono dzieci różdżkarzy, kiedy wymawiano mroczne nazwisko Gregorovitch. Głupio się poczuła z tą swoją młodocianie naiwną wyobraźnią, tak jakby ktoś tam za drzwiami czyhał, kto potrafiłby wtargnąć do jej głowy. Może się co do tego nie myliła, ale chłopakowi ufała i wiedziała, że reszty domowników nie ma w domu.

Uniosła do góry piąstkę. Ale nie zapukała. List w kieszeni zaszeleścił pod ramieniem. Stała już kiedyś przed takimi zamkniętymi drzwiami. Trzynaście lat temu znalazła za nimi śmierć najbliższych. I choć o tym w tym momencie nie pomyślała, to mięśnie zapamiętały jak to jest przygotowywać oddech na najgorsze.
Musiała to przyznać. Bała się — nie jego, nigdy jego, tylko tego, co zastanie w środku i czego nie będzie potrafiła rozwiązać. Nie bała się, że przyjdzie niepotrzebnie, ale że przyjdzie za późno.
Nacisnęła klamkę. Ustąpiła od razu, nie była zamknięta i Septima pomyślała z nagłym, nieprzyjemnym przebłyskiem, że ktoś czekający z otwartymi drzwiami, niekoniecznie robi to z czystej gościnności.
Ze środka buchnęło znajome, przyjemne ciepło. Nie zapaliła światła, nie wyjęła różdżki. Ciemność przyjęła ją bez szelestu, zasklepiając się nad głową jak woda nad kamieniem. Pozwoliła się jej pochłonąć. Jedna z głębokich wyrw pod żebrami, chciała przyjąć tę ciemność łapczywie, z tęsknotą za niespełnioną czułością. A teraz mogła stać się jednością z czymś, czego nawet nie można było chwycić.

Serce waliło jej wysoko, pod obojczykiem, nierówno i mocno, że czuła je aż w zębach trzonowych.
Z wnętrza domu nie usłyszała nic. Tuż pod rozgrzewającą ciepłotą, leżał znajomy zapach spalenizny, już stary, już wystygły, ale jeszcze nie na tyle, żeby dało się go przeoczyć. Nie był to kominek, wydedukowała.
— Savašie? To ja, Septima.
Nie czekając na odpowiedź, poszła przed siebie, za jakimkolwiek usłyszanym szmerem, całkowicie po omacku. Może coś nakazało jej choć na chwilę zanurzyć się do jego świata. A może szukała w nim czegoś innego.


RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Savaš Gregorovitch - 02.11.2026

Nie chciał, żeby się martwiła. Nie musiała obawiać się, że coś zagraża jego zdrowiu czy życiu. On sam nie zaprzątał sobie tym głowy. Śmierć nie była już dla niego czymś co wzbudzało trwogę. Nie należała mu się ani ta ostateczna zguba, ani taka, którą otrzymać mógł z łaski cudzej magii. Przyjął już, że jego istnienie nie będzie przypominało życia innych ludzi, i nauczył się nie pytać, jak długo jeszcze będzie musiał je znosić. Były rzeczy znacznie bardziej przerażające od perspektywy kolejnego końca. Najbardziej bał się zawieść ojca. Myśl ta, paraliżująca i przygnębiająca, rosła w nim od chwili, gdy dostrzegł nadpalone karty. Niewiele rzeczy pozostało mu w pośmiertnym życiu, które mógłby jeszcze nazwać własnymi, ale utraty twarzy w oczach Mykewa obawiał się chyba najbardziej. Nie chodziło nawet o gniew czy reprymendę. Znacznie nieprzyjemniejsza do wyobrażenia była chwila, w której ojciec spojrzałby na niego z rozczarowaniem, jak na kogoś, komu powierzono coś cennego, a kto nie potrafił okazać się tego godnym. Savaš znał wartość jego uznania. Wiedział też, jak wiele wysiłku kosztowało go niekiedy zasłużenie na choćby niewielki przejaw aprobaty. Podziwiał Mykewa nie tylko dlatego, że był jego ojcem. Widział w nim mistrza rzemiosła, człowieka o niezwykłej dyscyplinie umysłu i wybitnego badacza. Pioniera, który nie zadowalał się odpowiedziami pozostawionymi przez poprzedników, lecz sięgał po wiedzę, od której inni odwracali wzrok. Tam, gdzie większość dostrzegała granicę, on widział zaledwie początek kolejnego zagadnienia. Savaš dorastał w cieniu tej niezwykłej ambicji, ucząc się, że kunszt wymaga cierpliwości, a wiedza odwagi. Chciał być kiedyś choć w niewielkim stopniu podobny do niego. Nie umiał nawet wyobrazić sobie, jak miałby znieść świadomość, że zamiast dorównać jego oczekiwaniom, stał się dla niego kolejnym rozczarowaniem.

Doprowadził mechanizm kominkowego zegara do stanu niemal całkowitego rozczłonkowania. Rozkręcał go z obłędem na twarzy. Skrupulatnie rozbierając na coraz mniejsze elementy, aż poszczególne części przestały przypominać całość, z której pochodziły. Było ich tak wiele, że szybko zabrakło miejsca na stole. Sprężyny, zębatki, maleńkie blaszki, osie i śrubki zajęły więc niemal każdą płaską powierzchnię salonu. Na komodzie, na regałach przy książkach, długim parapecie pod oknem, nawet na krzesłach wokół stołu. Rozstawił je w idealnym porządku, zachowując równe odstępy między elementami. Każda sprężyna miała swoje miejsce, każda blaszka własną pozycję. Wszystko zostało podpisane i ponumerowane na niedbale urwanych skrawkach pergaminu. Sam siedział przy ostatnim wolnym fragmencie stołu, pochylony nad oliwną lampą. Narzędzia leżały w zasięgu dłoni. Jego palce poruszały się niemal bezwiednie, wybierając kolejne szczypce, pęsety i niewielkie śrubokręty. Savaš pracował z desperacją, która znalazła sobie jedyną rzecz zdolną utrzymać go na powierzchni. Nie mógł patrzeć na zegar. Nie mógł patrzeć na wskazówki, które nieubłaganie przesuwały się po tarczy, odmierzając czas pozostały do świtu. Poranek miał przynieść powrót ojca, a wraz z nim konieczność zmierzenia się z tym, czego nie potrafił naprawić. Sekundy zdawały się jednak upływać w nienaturalnym pośpiechu. Niemożliwe, żeby trwały tak krótko. Przecież jeszcze przed chwilą było znacznie wcześniej. Musiał coś zrobić. Musiał zatrzymać ten przeklęty mechanizm, odnaleźć przyczynę jego rzekomej usterki, rozebrać go do ostatniej śrubki i złożyć ponownie. Może wtedy czas odzyskałby właściwy rytm. Może poranek przestałby zbliżać się do domu. A może zegar wcale nie chodził za szybko.

Po drugiej stronie stołu, niedbale oparte o krzesło, spoczywało wielkie płótno w ciężkiej, ciemnej ramie. Przedstawiało jednego z pradziadów Gregorovitchów, którego zaczarowany wizerunek od pokoleń zdobił rodzinny salon. Savaš nie potrafił znieść samotności do tego stopnia, że nawet jego obecność, zwykle naznaczona ruskim narzekaniem, uszczypliwościami i nieustannymi wyrazami dezaprobaty, była lepsza od pustki. Wolał słuchać przygan starego przodka, jego tyrad o upadku obyczajów, niż pozostawać sam na sam z ciszą. Było jednak tak późno, że nawet portretowy dziadek nie miał już siły na swoje zwyczajowe połajanki. Zapadł w sen, ubrany w długą, nocną koszulę ze skośnym, haftowanym kołnierzem, z tradycyjną mormułką naciągniętą niemal na same oczy.

Nie od razu odpowiedział na jej głos. Przez moment pozostał nieruchomy, z palcami zaciśniętymi na krawędzi stołu, jakby dopiero teraz docierało do niego, że Septima rzeczywiście znalazła się w domu Gregorovitchów. Podniósł głowę, a w jego oczach, zaczerwienionych od łzawych godzin, pojawiło się coś pomiędzy niedowierzaniem a ulgą. Nie spodziewał się, że przyjdzie. A przynajmniej przez większą część nocy próbował wmówić sobie, że nie powinien na to liczyć. Na jej widok poczuł jednak, jak coś w nim nieznacznie odpuszcza. Zaraz potem zawstydzenie kazało mu opuścić wzrok. Spojrzenie miał rozmyte, nieprzytomnie błądzące gdzieś pomiędzy jej twarzą a blatem przed nim. Wyglądał, jakby od wielu godzin trwał w tym transie, z którego nie potrafił się wybudzić. Włosy opadały mu na czoło, policzki były zapadnięte, a palce nie przestawały obracać maleńkiej sprężyny. Jego wargi poruszały się jeszcze przez chwilę, zanim zdołał wydobyć z siebie kilka nieskładnych słów. - Nie… nie, tutaj. Tutaj coś jest źle. Widzisz? Ta sprężyna… nie, to nie ona. Musiała być inna. Miałem ją, przecież miałem… gdzieś tutaj. Sprawdzałem. Dwa razy, może trzy. Wskazówka, Septimo… ona nie powinna tak… tak szybko. Sekundy nie mogą… nie mogą być takie krótkie. Przesunął dłonią po blacie, potrącając kilka drobnych elementów. Jeden z nich potoczył się pod lampę. Savaš natychmiast pochylił się, próbując go odnaleźć, choć jego palce kilkakrotnie przesunęły się tuż obok. W końcu zsunął się z krzesła i niemal uklęknął przy stole. Przez moment słychać było tylko szelest jego ubrania i ciche brzęknięcie przesuwanych narzędzi. Kiedy znów się wyprostował, trzymał w dłoni niewielką część mechanizmu, zaciśniętą tak mocno, jakby ktoś mógł mu ją zaraz odebrać. Spojrzał na Septimę. Tym razem chyba naprawdę ją widział. W jego twarzy nie było już jednak skupienia, które pozwalało mu przez ostatnie godziny udawać, że panuje nad sytuacją. - Pomóż mi, proszę - wyszeptał, a głos załamał mu się na ostatnim słowie. - Tak mi ciężko… Nie wyjaśnił, czego właściwie od niej oczekuje, nie potrafił. Być może sam już tego nie wiedział. Prośba wyrwała się z niego z miejsca znacznie głębszego niż ten nocny lęk przed powrotem ojca i fantomową usterką mechanizmu. Jakby przez wszystkie godziny chorego epizodu próbował nie dopuścić do głosu właśnie tych kilku słów. Teraz, kiedy wreszcie je wypowiedział, wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=A7OUEUD.jpeg[/inny avek]


RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Septima Ollivander - 02.11.2026

[inny avek]https://i.postimg.cc/tCbhTzZD/septimka.png[/inny avek]
Szmer, za którym podążała, okazał się w końcu delikatnym brzęknięciem metalu o drewno. To on wyprowadził ją z przesiąkniętego mrokiem korytarza na próg salonu, gdzie oliwna lampa rozlewała po wszystkim swoją gęstą, miodową żółć. Wciąż jeszcze nasiąknięta wilgocią Little Hangleton i chłodem przyniesionym z rozmokłej drogi, przystanęła w masywnej futrynie, barkiem przywierając do twardej framugi.
Pokój wyglądał, jakby ktoś rozpruł małemu mosiężnemu zwierzęciu brzuch i porozkładał jego trzewia do suszenia na każdej płaskiej powierzchni jaką zdołał znaleźć. Elementy rozstawione były na komodzie, na parapecie, między grzbietami książek, na siedziskach krzeseł. A pośrodku tego rozbebeszonego mechanizmu, w ostatnim kręgu światła, siedział on. Skręcone i zbite włosy przywarły mu do czoła, podobne do łyka zdartego z kory i pozostawionego na pastwę deszczu; policzki zapadły się w ostry cień, który lampa tylko pogłębiała, a w oczach, niebezpiecznie zaczerwienionych, gubiło się coś mętnego. Coś, czego nie potrafiła od razu nazwać i to od razu ją zaniepokoiło.
Savaš  nie przypominał Savaša.  Noc musiała obracać go w sobie godzinami niczym gwałtem rzucony w rzekę kamień, mieląc, wypłukując, oddając końcowo tylko obły, wytarty kontur. Pozbawiony swoich rodzimych kantów i nierówności. O rysach, które nadać można było jedynie duchom.
Dłonie zauważyła na samym końcu, choć to na nie spojrzeć powinna była od razu — na te same alabastrowe dłonie, które jeszcze kilka dni temu ostrożnie podawały jej w lesie gałązki do powąchania, czule, spokojnie, jakby wręczały dziewczynie coś, co kiedyś miało matkę.
Zamrugała, wymuszając źrenice do oswojenia się z naciekami niejednolitego światła; skóra na wnętrzach jego dłoni była zaczerwieniona aż po nadgarstki, miejscami zmarszczona w pęcherze, jakby ktoś trzymał nad ogniem pergamin dopóty, dopóki nie zaczął się zwijać. Nagle wiedziała już, skąd wziął się swąd, który owiał ją w progu, i wiedza ta zsunęła się w nią jak zimny kamień połknięty w pośpiechu.
Jej uwadze nie uszła również leżała stara księga leżąca na skraju stołu, przykryta cieniem jak pogrzebowym całunem. Cyrylica na kartach była wyblakła do koloru herbacianych fusów, a brzegi stron skurczyły się i sczerniały, podobne do liścia, którego jesienna gleba obgryzła od krawędzi. Tuż obok, zrolowana do połowy, czerniała wiklinowa mata o równym splocie. Septima znała ten zapach. Mocny, gorzkawy, schowany pod swądem skóry.
Tarnina. Krzew, który słodził owoce dopiero wtedy, gdy mróz pokąsa je do kości. Drewno, któremu nie wystarczy dłoń, bo żąda ofiary, zanim odda się w całości. Ojciec sprzedawał tarninowe różdżki aurorom. Nie każdy jednak aurorem pozostawał na całe życie. Ta myśl zawisła w niej niedokończona, a wzrok, nie mając się czego uchwycić, ześlizgnął się z maty na rzędy ponumerowanych blaszek.
Miała wrażenie, że podobną układankę już kiedyś widziała. Kilkanaście lat temu, w noc po drugim rodzinnym pogrzebie, wysypała z maminego koszyka wszystkie szpilki i układała je zaciekle na parapecie według długości, burząc wściekle rząd przy każdym drgnięciu którejś z nich i zaczynając od nowa, aż szyba posiniała od świtu. Nie pamiętała o tym aż do teraz. Wspomnienie i Savaša łączyło pozornie niewiele, ale w tamtej właśnie chwili uświadomiła sobie, że widziała już tak szaleńczą rozpacz, tylko że oglądała ją z wnętrza własnej czaszki. 
Napatrzyła się dość. Oderwała się od framugi i przeszła przez pokój omijając rzędy sprężyn oraz blaszek. Przystanęła tuż przy jego krześle, rąbkiem rozmokniętego chłodem płaszcza ocierając się o jego kolana. Niedbale ściągnęła z siebie okrycie i ujęła go za nadgarstki, w miejscu ponad oparzeniami, gdzie skóra pozostała gładka i nietknięta. Zamknęła na nich palce ostrożnie, jakby podnosiła z ziemi wystraszone pisklęta wypadłe z matczynego gniazda.
Potem wyłuskała z jego garści maleńką część mechanizmu i odłożyła ją na blat, nie zważając, gdzie, choć pewnie było dla niej przewidziane jakieś miejsce i jakaś cyfra.
— Czas nie istnieje. Ktoś kiedyś pomyślał jak długa ma być sekunda, a potem zaczęliśmy budować czasomierze na jedną modłę — przemówiła cichym, łagodnym głosem, którego zarzewia szukała długo w sobie, najpewniej w strachu co jeszcze tam odnajdzie. Może nie tego od niej wymagał, może nie powinna była się wcale odzywać. Ale kiedy był ostatni raz, gdy ktoś wołał po nią w samym środku nocy? Wołał po jej obecność, którą jak sama sądziła, była większości raczej zbędna w swej niezręcznej naturze. 
Objęła go czule, chłopięcą głowę przyciskając sobie do piersi. Nie oddał jej żadnego ciepła, owiała ją za to znajoma woń ciała, które już kiedyś odeszło. Jeszcze rok temu cofnęłaby się na sam jego nieludzki ślad; teraz oparła rozpalony policzek o jego włosy czując, jak coś topornego w niej mięknie i układa się wygodnie. A potem oddycha z ulgą.
— Jak mam ci pomóc? Powiedz mi — szept, jaki z siebie wydała, ociekał utrapieniem a nuta wesołości, którą usiłowała w nim przemycić, zabrzęczała fałszywie, jak dzwoneczek przyszyty do żałobnej chusty. Wplątała palce w rude pukle, troskliwie wyczesując splątane strąki. Był to piękny kolor, stwierdziła, bo pomimo swojej matowości, przypominał jej korale jarzębiny po pierwszym przymrozku, takie pociemniałe i zmarszczone, a jednak wciąż najczerwieńsze i najżywsze barwą ze wszystkiego, co zostało w krajobrazie wokoło.
Zerknęła z powrotem na podłogową układankę, czując obezwładniającą bezradność wobec mechanizmu, który potrafiłaby złożyć z powrotem po omacku, gdyby tylko wiedziała, że to cokolwiek naprawi.
— Czy ty… — zawahała się, a słowa stanęły jej cierniem w krtani jak uparta drzazga. Czy powinna była się odzywać? A może więcej otuchy dałaby mu cisza?
Tylko, że cisza nie odpowiadała. Cisza nie naprawiała. Wypchnęła zatem zalegające słowa szeptem, prosto w chruśniak jego czupryny — dlaczego chcesz zatrzymać czas?
Dostrzegła w tym gorzki paradoks. W ramionach trzymała młodego człowieka, który wydawał się zyskać lata nieodliczone przez żaden mechanizm, tyle ich, że wystarczyłoby na kilka ludzkich żywotów.
Ktoś mu kiedyś zabrał tę jedną, zwykłą miarę, a w zamian dał nową, bez żadnego dna i to właśnie on siedział teraz nad rozprutym zegarem, próbując przytrzymać wskazówki gołymi, poparzonymi palcami.
— Mam to naprawić?
A ona, z sercem tłukącym się pod niespokojną piersią, chętnie popchnęłaby wskazówki do przodu, byle tylko takie noce jak ta skończyły się wcześniej. Zanim do nich przywyknie, nadając im rodzime imiona.
Nie wypuszczając go z objęcia, zaczęła kołysać ich oboje w przód i w tył, tak miękko, że krzesło pod nim nawet nie skrzypnęło.
Przypominające łuski zeskrobane z ryby, połyskujące blaszki, mrugały do niej złowrogo. Ale Septima nie odwracała od nich wzroku, czujnie obserwując jak strażnik, którego nikt nigdy na nic nie wyznaczył.


RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Savaš Gregorovitch - 04.11.2026

Nie zaprotestował, kiedy Septima ujęła go za nadgarstki. Nie próbował wyrwać dłoni ani upomnieć się o maleńki element mechanizmu, który wyjęła z jego palców i odłożyła na blat, burząc tym samym starannie wyznaczony porządek. Przez moment jego palce zacisnęły się jeszcze odruchowo, jakby wciąż próbował zatrzymać to, co właśnie mu odbierano. Z jego ust wydobyło się kilka niewyraźnych, niemal bezsilnych słów. - Ale jeszcze… Ja muszę… Nie dokończył. Nie było w tym zresztą prawdziwego sprzeciwu, a jedynie nikły odruch wrzuconego w pracoholiczny trans rzemieślnika. Savaš nie umiał stawiać oporu. Nie potrafiłby postawić się nikomu z rodziny, nikomu, kogo darzył zaufaniem lub choćby odrobiną przywiązania. Zbyt łatwo ustępował cudzym gestom i decyzjom, jakby każda próba sprzeciwu niosła ze sobą ryzyko utraty czyjejś przychylności. Przy Septimie nie musiał jednak nawet długo się wahać. Choć jego spojrzenie na moment powędrowało za odłożoną częścią, ostatecznie pozwolił jej robić wszystko, co uznała za słuszne. Nie rozumiał jeszcze, co zamierza, ale instynktownie czuł, że nie chce mu odebrać niczego, czego naprawdę potrzebował. Czuł bardziej, niż wiedział, że chciała dla niego jak najlepiej. A on był już zbyt zmęczony, by dłużej udawać, że sam potrafi o siebie zadbać. Właściwie w całym natłoku emocji zdążył już zapomnieć o własnych rękach. O skrzywdzonej skórze, bolesnych pęcherzach i tym, co sam sobie uczynił na potrzeby przeklętej maty z tarniny. Wszystko to zdawało się należeć do jakiejś odległej części nocy, do wydarzeń, które przeminęły tak dawno, że nie potrafił już nawet przywołać, wiedział jedynie że istniały. Domyślał się jednak, że Septima musiała zauważyć. Trudno było przecież cokolwiek przed nią ukryć, skoro nawet nie przyszło mu do głowy, by spróbować zatrzeć ślady jeszcze przed napisaniem do niej listu. Księga wciąż leżała na stole, mata nie została uprzątnięta, a w powietrzu nadal unosił się ciężki zapach spalenizny. Nie miał już siły przejmować się tym, co mogła sobie pomyśleć. Nie miał siły na wstyd, na wyjaśnienia, na kolejne próby uporządkowania czegoś, co dawno wymknęło mu się spod kontroli. Zresztą sam list wydawał mu się teraz czymś niewiarygodnie odległym. Miał wrażenie, jakby napisał go w zeszłym stuleciu, w zupełnie innym życiu, zanim zdążył przeżyć tę nieznośnie długą noc. Czas stał się dla niego czymś nieuchwytnym i niezwykle okrutnym. Dłużył się niemiłosiernie, rozciągając każdą chwilę do granic wytrzymałości, a jednocześnie przeciekał przez palce jak piasek, którego nie sposób zatrzymać nawet w najmocniej zaciśniętej dłoni. Nie potrafił już określić, ile godzin minęło, ile razy przeliczył te same elementy ani jak długo siedział pochylony nad lampą. Wszystko zlewało się w jedno, ciężkie, duszne wspomnienie, w którym kolejne wydarzenia nakładały się na siebie, odbierając mu poczucie jakiejkolwiek chronologii. I właśnie dlatego, kiedy poczuł na sobie dotyk Septimy, pomyślał z nagłą, niemal bolesną wdzięcznością o Savašu sprzed zaledwie paru godzin. Teraz ta wyczerpana i przerażona kukiełka była wdzięczna tamtemu chłopakowi, który wbrew rozsądkowi uległ tęsknocie i poprosił o pomoc kiedy miał jeszcze na to ostanie okruchy odwagi pod opuszkami.

Dopiero jej dotyk wyrwał go z odrętwienia. Ciepło skóry Septimy, tak odmienne od chłodu, do którego zdążył przywyknąć, dotarło do niego z opóźnieniem, jakby jego ciało potrzebowało chwili, by przypomnieć sobie, czym właściwie jest bliskość drugiego człowieka. Początkowo zesztywniał. Ramiona napięły mu się odruchowo, a palce zastygły w bezruchu. Nie rozumiał do końca, co się wydarzyło. Jego ciało, od dawna pozbawione zwyczajnej wrażliwości, nie potrafiło od razu rozpoznać tej czułości. Przez krótką chwilę zdawało się wręcz przygotowywać do wycofania, do odsunięcia się od czegoś, czego nie znało już dostatecznie dobrze, by przyjąć bez lęku. Ten bezwarunkowy odruch szybko jednak ustąpił. Nie było w Septimie niczego, przed czym musiałby się bronić. Jej dłonie nie żądały od niego żadnego wyjaśnienia, nie próbowały zmusić go do porzucenia strachu ani przywrócić go do porządku brutalnym gestem. Po prostu przy nim były. Powoli rozluźniły się więc napięte mięśnie jego karku i ramion, dotąd gotowe do dalszej, niemal chałupniczej pracy. Opuścił głowę, pozwalając, by objęła go nie tylko jej obecność, ale i ciepło, którego sam nie potrafił już oddać. Po raz pierwszy od wielu godzin nie próbował też z nim walczyć, przyjmował je nieporadnie, z cichym niedowierzaniem.

Rozum powracał do niego powoli, niemal niepostrzeżenie. Paraliżujący strach nie zniknął całkiem, nie rozproszył się nagle pod wpływem kilku czułych gestów, ale po raz pierwszy od wielu godzin przestał wypełniać całe jego serce. Dobroć Septimy, jej dłonie obejmujące go z taką ostrożnością i usta znajdujące się tuż przy jego głowie, stały się czymś w rodzaju granicy, której wcześniej nie potrafił dostrzec. Nie był nawet świadom, jak bardzo tego potrzebował. Jak bardzo pragnął, by ktoś na moment odsunął od niego ciężar wszystkich myśli, nie żądając w zamian niczego. Lęk wciąż w nim tkwił, głęboko zakorzeniony, gotowy ponownie zacisnąć się wokół gardła, kiedy tylko przypomni sobie o nadchodzącym poranku. Teraz jednak potrafił dostrzec jego kres. Zrozumiał, że nawet strach ma swoje granice, jeśli tylko zestawić go z dobrocią tak bezinteresowną i czystą. W niemym, niemal nabożnym geście odnalazł jedną z dłoni swojej wybawicielki i ostrożnie sprowadził ją niżej, ku własnej twarzy. Przycisnął jej wierzch do ust, przymykając powieki. Nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby pomieścić wdzięczność, jaką odczuwał. Pozostało mu więc to nieporadne muśnięcie wargami jej skóry, delikatne i pełne czułości, jakby bał się, że nawet taki gest mógłby okazać się zbyt śmiały. Wtedy coś w nim pękło. Fala żalu przetoczyła się przez jego ciało, a niespokojne drgania mięśni, dotąd szarpane i nieprzewidywalne, zaczęły powoli układać się w równomierne fale. Łapał oddech pomiędzy kolejnymi sekwencjami łez, z trudem nabierając powietrza. Nie próbował już powstrzymywać łez, spływały po jego policzkach. Minęła dłuższa chwila, zanim gorycz ustąpiła na tyle, by odzyskał głos. Wciąż drżał, choć teraz nieco spokojniej, a kiedy w końcu się odezwał, jego słowa wydobywały się z gardła z wysiłkiem, przerywane nierównym oddechem. - Nad ranem wróci ojciec… Zobaczy, co zrobiłem. Zawiesił głos. Nie musiał dodawać niczego więcej, by ciężar tych słów stał się zrozumiały. Spojrzenie na moment powędrowało ku starej księdze, której sczerniałe brzegi wciąż majaczyły gdzieś na skraju jego pola widzenia. Potem znów opadło, jakby nie miał odwagi dłużej na nią patrzeć. - Dlaczego ja wiecznie muszę się tak czuć? - zapytał cicho, a w jego głosie pojawiło się coś znacznie boleśniejszego niż wcześniejszy strach. - Nie chcę już być więźniem nienawiści… Nie we własnym domu… Ostatnie słowa wypowiedział niemal szeptem. Nie było w nich oskarżenia skierowanego w jedną stronę, ani nawet próby wyjaśnienia tego, co działo się w murach rodzinnego domu. Wciąż trzymał jej dłoń przy ustach, jakby obawiał się, że gdyby ją wypuścił, wszystko, co właśnie udało mu się odzyskać, znów mogłoby bezpowrotnie zniknąć.

Choć słowa Septimy o nieistnieniu czasu były nader słodkie, niemal kojące w swojej prostocie, Savaš nie potrafił w pełni się z nimi zgodzić. Nie potrafił jednak. Czas istniał. Był obecny w każdym przemijającym dniu, w każdej twarzy, która znikała z jego życia, w każdej zmianie, której nie mógł powstrzymać. I z biegiem lat stał się demonem znacznie potężniejszym, niż kiedykolwiek potrafił sobie wyobrazić. Okrutnym, cierpliwym i bezlitosnym, odbierającym mu wszystko, co kiedykolwiek miało dla niego znaczenie. Wszystkich, których kochał, których potrzebował, których obecność nadawała jego istnieniu jakikolwiek kształt. A jego samego, paradoksalnie, miał nigdy nie tknąć. Zostawił go na uboczu naturalnego porządku, skazując na patrzenie, jak świat nieustannie posuwa się naprzód, podczas gdy on pozostaje w miejscu, którego nie potrafił już nazwać życiem. - Czasami łapię się na tym, że przepraszam, chociaż nikogo nie ma w pokoju. Chciał jej coś powiedzieć. Czuł niemal fizyczną potrzebę wyrzucenia z siebie tego, co od dawna zalegało mu pod żebrami, nazwania choćby części ciężaru, który przygniatał go pod tym dachem. Nie potrafił jednak znaleźć odpowiednich słów. Przez moment zdawało się, że zamierza powiedzieć coś jeszcze o domu, o tych wszystkich niewypowiedzianych tajemnicach Gregorovitchów. Słowa jednak ugrzęzły mu w gardle. Nie potrafił dłużej utrzymywać uwagi na czymś, co tak łatwo mogłoby sprowadzić rozmowę na niebezpieczny grunt. Zamiast tego spuścił wzrok, a jego palce niepewnie przesunęły się po materiale ubrania Septimy, jakby szukał w nim odwagi do wyznania czegoś zupełnie innego. - Znowu zrobiłem coś złego, Septimo… - urwał, zaciskając lekko usta. - I boję się, że mi nie wybaczysz, kiedy zrozumiesz. Nie patrzył jej w oczy. Wstyd mieszał się w nim z lękiem, a pod nimi kryło się jeszcze coś znacznie trudniejszego do zniesienia. Potrzeba, by mimo wszystko pozostała przy nim, nawet jeśli prawda, którą nosił w sobie, okazałaby się dla niej nie do przyjęcia.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=A7OUEUD.jpeg[/inny avek]


RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Septima Ollivander - 05.11.2026

[inny avek]https://i.postimg.cc/tCbhTzZD/septimka.png[/inny avek]
Było jej jakoś prościej z wizją biernej bliskości, takiej, która nie wymagała od drugiej osoby żadnej wzajemności. Bo jakże łatwiej przychodziło jej dawać i pielęgnować, czule, ale dłonią wyciągniętą z czeluści okratowanego pudła, tak aby nikt czasem nie mógł jej dosięgnąć i chwycić w akcie pieszczotliwego odwetu. Jeszcze kilka dni temu wiernie ofiarowywała mu swoją przyjaźń, jednocześnie enigmatycznie ostrzegając przed nią samą — nie z kaprysu ani z błahej fanaberii, ale ze strachu przed utratą i krzywdą, na którą nigdy nie była gotowa.
Gnębiąca ją samotność ojca sprawiała, że gubiła litery w swoich pracach. Mniej jadła, gdy Flint wyruszał w niebezpieczne morskie podróże. Mniej spała, gdy Leviathan bez słowa oddalał się, mimo łączącej ich niegdyś więzi. Oddawała ludziom skrawki siebie, chętnie i bez rachunku, ale z tymi, które ktoś próbował oddać jej samej, nie wiedziała do końca, co zrobić. Obracała je w palcach jak cudzy, zbyt strojny i drogi prezent, którego nie wypadało w ogóle przyjąć.
Tyle że przy Savašie ta obawa sięgała gdzieś głębiej, tam, gdzie nie docierało nawet światło przenikliwie rażącej lampy. Wargi muskające jej dłoń wypaliły na skórze wstydliwy krater, który wymuszał na mięśniach płochliwe naprężenie. Takie, jakie u każdej innej, normalnej osoby prędzej pojawiało się w oczekiwaniu na fizyczny cios, niż przy geście dżentelmeńskiej wdzięczności. Dlaczego? Nie wiedziała. Drżącej dłoni jednakże nie cofnęła, blademu uśmiechowi zezwalając, aby wkradł się na wargi.
Pozwoliła przyjacielowi płakać w milczeniu. Cisza zaopiekowała się nim przez tych kilka chwil lepiej, niż zdołałoby jakiekolwiek słowo. Dopiero potem przesunęła opuszkami po aksamitnych policzkach, zbierając z nich wilgoć z taką miękkością, z jaką strząsa się rosę z delikatnych płatków maku, które rozsypać by się mogły od nawet najlżejszego podmuchu.

Więzień nienawiści, słowa obracały się w niej uparcie, kiedy błądziła wzrokiem po regałach i komodzie, aż zatrzymała się na kominku, na którym ziało puste miejsce po zegarze.
Jeszcze przy furtce niemal rozczarowało ją to, jak zwyczajnie wyglądał ten dom. Teraz ta zwyczajność wydała jej się wypielęgnowana aż do przesady, wyszorowana jak wytarta deska, z której zbyt długo i obsesyjnie zmywano coś, czego nie dało się zmyć.
Nie mogła nie zadać pytania, które samo sunęło się na usta.
— Czy ktoś cię tu krzywdzi, Savašie? — zapytała cicho — …nie musisz mi teraz odpowiadać. Chcę tylko, żebyś wiedział, że możesz mi powiedzieć.
Cisza, która zapadła po tych słowach, ciążyła jej bardziej niż jakakolwiek odpowiedź. Nie potrafiła wyciągać od niego bolesnej szczerości, nie oferując w zamian własnej. Nie mogła zaglądać mu pod jeszcze świeżo broczące opatrunki, samej trzymając swoje rany szczelnie zawinięte.
Odchyliła więc głowę, wzrok wbijając w sufit. Nikomu nigdy o tym nie mówiła.
— Kilka lat temu kupowałam u pewnej wiedźmy z Nokturnu. Ingrediencje z przemytu, książki, których nie ma w żadnym katalogu. Nie musiałam. Chciałam. Chciałam mieć to, czego nie miał inny rzemieślnik z Pokątnej. Chciałam czytać to, do czego żaden ambitny uczeń nie miał dostępu. Byłam zachłanna. I głupia, tak cholernie głupia. — wypluła z siebie powietrze, jakby miało zgniły posmak. — Wpakowałam się w coś, od czego nie było odwrotu. Myślałam, że w najgorszym wypadku stracę sakiewkę.
Zapauzowała, w bezdennej pustce umysłu poszukując odpowiednich słów.
— Popełniłam tyle błędów… Zadarłam z ludźmi, z którymi zadziera się tylko raz. A potem któryś z nich chciał wyrównać rachunki, tak jak rachunki wyrównuje się w ich świecie. Najemnik wiedźmy z Nokturnu zarżnął go na moich oczach.
A jego ciepła krew trysnęła mi na twarz, chciała dodać, ale w coś takiego nikt by nie uwierzył.
— Kiedy go błagałam, żeby przestał, powiedział… — Głos załamał się jej pod ciężarem wspomnienia, które wciąż lepiło się do skóry, choć zmyła je dawno temu. Parsknęła gorzko. — Powiedział, że sama się zaprowadziłam tam, gdzie leje się krew. Miał rację. Tylko że stchórzyłam i uznałam, że to ja bardziej zasługuję na drugą szansę. A wyrok wykonały za mnie cudze ręce.
A potem zginął również sam Flynn i choć namaścił ją piętnem, z którym żyć musiała już do samego końca, to wierzyła z całą mocą swojego rozdartego sumienia, że na taki los nie zasługiwał. Opowiadając, rozdzielała mu włosy na równe pasma, niby od niechcenia, choć palce, posłuszne jakiemuś dawnemu rytuałowi, już zaczynały plecenie warkocza, mimo iż do prawidłowego splotu brakowało jej kilku dobrych cali. Nie wiedziała, które z nich miało przy tym ulec ukojeniu.
— To nie jest wspomnienie młodzieńczych błędów, które można naprawić. W najlepszym wypadku narażam reputację ojców mojego ojca, budowaną skrupulatnie przez wieki. W najgorszym… — Spuściła oczy z sufitowego bezkresu, przechylając głowę ku niemu, i ucięła, nie znajdując w sobie niczego więcej poza wyrwą, którą ktoś lub coś kiedyś w niej wyrąbało i zostawiło otwartą na przeciągi.
W jej wyobraźni istniało miejsce na niemalże każdą ewentualność, ale żadna nie odebrałaby jej zaufania do Savaša ani nie zasiałaby w niej zwątpienia. Znali się od lat, od sabatowych ognisk i rodzinnych zgromadzeń kowenu, acz nazwisko Gregorovitch od zawsze ciągnęło się za nim jak swąd za zgaszonym knotem. Długo wypatrywała w nim marsowego cienia, który według plotek nosił w sobie każdy rzemieślnik z tego rodu, i czekała, aż wyrośnie w niego tak, jak sęk wrasta w młode drewno. Wyrósł zamiast tego na wiernego przyjaciela o wrażliwej duszy i życzliwym usposobieniu. Ciepło, które tliło się w nim niezmożenie, przetrwało wszystko, co mu odebrano, i Septima nie potrafiła sobie wyobrazić, by te same dłonie, które podsuwały jej w lesie gałązki do powąchania, mogły kiedykolwiek świadomie wyrządzać zło i cierpienie.
— Nie znajdziesz we mnie żadnego osądu. — Odgarnęła mu troskliwie kosmyk przylegający do czoła. — Nie istnieje nic, czego nie byłabym w stanie zrozumieć — w kącie jej oka pulsowała czarna mata, a w nozdrzach wciąż majaczyła tarnina, cierpka i natrętna. — Obiecuję.
Nie potrafiła obiecać mu niczego więcej. Ani świtu bez gniewu, ani księgi bez śladów ognia, ani ojca, który zrozumie. Bez fałszu, bez lukrowanych nadziei bez pokrycia, mogła mu na ten moment dać tylko siebie.
— Zostanę tu z tobą do rana. — Przysiadła na zimnej posadzce przy jego krześle, głowę opierając o jego kolano, i dopiero wtedy przypomniała sobie, że poza nocną koszulą nie miała na sobie nic, co mogłoby ją osłonić przed chłodem parkietu. Albo przed spojrzeniem Mykewa o świcie.
Nie musiała mu dopowiadać, że Mykew mógł się złościć o wiele rzeczy, ale na widok niezapowiedzianej Ollivanderówny we własnym domu z pewnością znalazłby w sobie dość gniewu, żeby choć na chwilę zapomnieć o przewinieniach — nie musisz nic mówić. Ale… wydaje mi się, że będzie ci lżej, kiedy to z siebie wyrzucisz.
Jej nierozprostowana czupryna rozsypała mu się na kolanach, wciąż pachnąca nocą, deszczem i przebytą drogą, a ona zastygła z policzkiem wtulonym w szorstki materiał jego spodni i czekała cierpliwie.